Ćmy i Anioły 01 – To, co nas trzyma

Na szczycie dachu powietrze było spokojne i zimne.
Joe zatrząsł się, gdy silny podmuch jesiennego wiatru przejął go do szpiku kości. Spokojnym wzrokiem obserwował dachy budynków, które roztaczały się wokół niego. Tu, na szczycie, panowała przyjemna pół-cisza, z rzadka przerywana odgłosami klaksonów i piskiem opon jadących w dole aut, gdzie ulica, jak rzeka, niosła je w dal na swoim grzbiecie niby małe, zabawkowe samochodziki. Nie było ich zbyt wiele, ponieważ, pomimo wielkości miasta, pora była bardzo późna.
Chłopak odgarnął z czoła przydługą, ciemną grzywkę i przytknął do ust szyjkę butelki. Z każdym łykiem wina robił się coraz bardziej rozgoryczony i obojętny. Kiedy uniósł wzrok, napotkał drwiące światła miasta, które gasły powoli. Każde z nich było jak jego blednące plany i marzenia. Jak sny, które chciał zrealizować, gdy dorośnie. Już dawno zapomniał, po co tak właściwie budzi się z rana, a wszystko było takie bezsensowne i puste. Jego głupia praca woźnego w szpitalu była jak gwóźdź do trumny, jak ostatni krok przed przepaścią. Czuł to. Zawsze marzył, że zostanie znanym kucharzem, założy własną restaurację, gdzie jadać będą największe sławy, a znani krytycy będą zachwycać się jego daniami.
Ale teraz to już nieważne, bo nie potrafił nawet zaliczyć egzaminów końcowych na Akademii, przez co czuł, że całe miasto się z niego śmieje. Naprawdę był czas, kiedy myślał o sobie jak o kimś wyjątkowym, jak o młodym chłopaku mogącym naprawdę wiele osiągnąć. Kimś, kto podąża za swoimi aspiracjami, kto naprawdę ma szansę wybić się z masy szarych, małych ludzików, goniących za czymś, czego nigdy nie zdobędą. On miał to zdobyć. Miał być inny, a skończył jako kolejny pokonany nieudacznik z mopem w ręku.
Nie chodziło też o to, że jest gejem. Rzygał już tym, jak często wszyscy mu współczuli, mówiąc, że na pewno jest mu ciężko, na pewno spotyka się z różnymi komentarzami. Ale on naprawdę miał je wszystkie gdzieś. Jest gejem i co z tego? Rodzice byli źli, ale to też go za bardzo nie obchodziło. Dobrze go znali, wiedzieli, że ich gadanie niczego nie zmieni. Nigdy nie był konformistą, nie ulegał wpływom innych ludzi. Teraz też nie zamierzał.
Do tego wszystkiego dochodził jeszcze Rob, ten podły, zakłamany palant, który zdradził go z pierwszą lepszą suką. Na ich łóżku, w ich pościeli! Z Robertem poznali się jeszcze w liceum i mieszkali razem już od roku. A on tak lekko wszystko zniszczył. Bo impreza. Bo piwo. Bo pijany. Joe nie mógł mu wybaczyć zdrady, tego był pewien, chociaż tak bardzo żałował, że to już koniec.
A mieli być razem.
Tak na zawsze, na długo. Niby nigdy nie był przesadnie romantyczny, ale naprawdę w nich wierzył, w to, że mają jakąś przyszłość. Że razem, trzymając się za ręce, pokonają wszelkie przeciwności, a później czeka ich ten mdły happy end. Był zły, lecz w głębi duszy też żałował, że Ktoś Wyższy zaplanował dla niego inne życie. Z drugiej strony, czy to nie było żałosne? Zawsze twierdził, że to on dzierży stery swojego życia, a teraz nie tylko siebie obwiniał za te liczne niepo-wodzenia, ale też Kogoś Wyższego, gdzieś Wyżej, poza jego zasięgiem.
A może to wszystko bzdura i wcale mu nie zależało aż tak, skoro dał za wygraną? Ani na Robie, ani na gotowaniu, ani na niczym innym. W końcu teraz tak po prostu się poddawał! Miał już dosyć tego, że nic mu nigdy nie wychodziło. Nigdy. Nie miał siły, żeby się szarpać, kiedy i tak niewiele z tego miał. Pieprzone gotowanie, pieprzone serce, pieprzone życie.
Często wspominał, jak biedni rodzice ukrywali przed nim problemy z kasą. Pamiętał jak wiele razy, gdy był młodszy, brakowało mu na ciuchy czy książki, ale przywykł do tego stanu rzeczy. Wtedy wcale się nie skarżył, wierząc, że to jeszcze się zmieni. Nigdy też nie jadali pełnych obiadów ani tym bardziej nie stołowali się w restauracjach. Zawsze ledwie wiązali koniec z końcem, dwa razy byli eksmitowani z mieszkania, a on sam przez kilka lat harował ciężko, by nazbierać na czesne do najlepszego instytutu kulinarnego w mieście. I wtedy jeszcze miał na to siłę, walczył jak lew, by zmienić swoje życie, a później? Kto wie? Może zmieniłby i życie rodziców? Może w końcu wszyscy żyliby w dostatku, mogąc spełniać swoje zachcianki lekką ręką, zupełnie nie martwiąc się o takie rzeczy jak ostatnie dziesięć dolców do końca miesiąca?
Teraz, po roku od oblania egzaminu, zdał sobie sprawę z tego, jak zniszczył swoje życie. Ale to nie tak, że od razu się poddał. Przecież starał się ratować! Łudził się, że obojętnie jaka praca, byleby przy gotowaniu, jakoś go pocieszy. Ale co miało wspólnego hurtowe gotowanie zupy z proszku w wielkich kadziach, do układania wykwintnych kompozycji z prawdziwego, pachnącego jedzenia na talerzu własnej restauracji? Nic. Absolutnie nic. Z każdym dniem na kuchni w tamtej przeklętej stołówce tracił cały zapał i chęci do życia. Zaczął funkcjo-nować jak automat – bez pasji i marzeń, nie zwracając już nawet uwagi, czy dzisiaj zasypują pomidorową, czy grzybową, czy rozmrażają panierowanego kurczaka, czy paluszki rybne. Wszystko i tak śmier-działo tak samo sztucznie i ohydnie. Miał wrażenie, że nie widzi przed sobą żadnych perspektyw, nie rozwinie się dalej, nie przekwalifikuje, nie zmieni swoich marzeń. Rzucił to w cholerę i, by mieć na rachunki, zatrudnił się w tym pieprzonym szpitalu z dala od czegokolwiek, co przypominałoby mu o tym, kim miał być. On, Joe – dwudziestopięcio-latek, który chciał podbić świat.
Teraz siedzi na dachu i pije przemycone wino.
Nie chciał wracać do środka. Cały szpital, każdy jego korytarz przesiąknięty był obrzydliwym zapachem śmierci. Nie chciał znowu słyszeć jęków i kaszlu tych wszystkich chorych staruszków. Najgorzej było, gdy któryś z nich podchodził do niego i zaczynał mu opowiadać historię swojej choroby. Tylko co go to obchodziło? Miał własne życie, własne problemy, którymi rzygał. Własną, pustą egzystencję, którą chciał już zakończyć. Może później miałby szansę zacząć od nowa? Wtedy zechciałby być urzędnikiem albo nauczycielem. Kimś, kto według niego nie potrzebował zbyt wielu talentów do osiągniecia celu.
Nawet nie zauważył, że zaczyna powoli padać. Był zbyt zajęty pogrążaniem się w coraz czarniejszych myślach.
Tym razem zrobiłby to lepiej. Wszedłby wyżej, wypił o wiele, wiele więcej, żeby się nie wahać. Żeby po prostu umrzeć. Gdyby skoczył teraz…? Upadek z dziesiątego piętra na pewno załatwiłby sprawę. Z drugiej strony to byłoby tak cholernie ironiczne – zabić się w szpitalu. Ale patrząc z góry na miasto, widział wyraźnie, że nie ma w nim nic, co mogłoby go przy sobie zatrzymać.
– Pieprzyć – westchnął, pociągając kolejny łyk z butelki i krzywiąc się na rozdzierający dźwięk telefonu tkwiącego w jego kieszeni. Postawił butelkę między udami, odgarnął poły kraciastej koszuli i wysupłał z kieszeni komórkę. – Czego, kurwa, jeszcze chcesz? – warknął do słuchawki. Rob po drugiej stronie zająknął się, nim zdążył cokol-wiek powiedzieć. – No czego?! – wrzasnął Joe.
– Pogadać – wydusił z siebie mężczyzna.
Joe zaśmiał się histerycznie i klepnął się w udo, jakby usłyszał dowcip pierwszej jakości.
– Ciekawe o czym…? – prychnął.
– No o nas…
– O nas!? – zaśmiał się głośno, słysząc, jak echo niesie jego śmiech aż w głąb miasta. – Nie ma żadnych, kurwa, nas!
– No, ale Joe… Przepra…
– Nie, „Joe”, nie „przepraszam”! Mogłeś, kurwa… sam to zjebałeś, pieprząc się z tą dziwką! – przypominał mu, mając wrażenie, że Rob zupełnie nie bierze tego na poważnie. – Byłeś ciekawy, jak to jest bzykać laskę? Świetnie, bzykaj ją dalej, ale ode mnie się odpieprz! Nie chcę mieć z tobą już nic wspólnego!
Nie miał pojęcia, jak ten dupek śmiał jeszcze do niego dzwonić!
– Gdzie jesteś? Porozmawiajmy na spokojnie. To była pomyłka…
– Pomyłka?! Gdyby ci się spodobało, pewnie mnie nazwałbyś pomyłką! Po tylu latach bycia razem…!
– Joe, wróć… Daj już spok…
– Spierdalaj. Nie chcę cię znać – warknął Joe i z rozmachem wyrzucił telefon przed siebie, by zniknął, tak jak wszystko inne pochłonięte przez to bezlitosne miasto.
– To nie było zbyt miłe – usłyszał z tyłu i odwrócił się przestraszony. Butelka wysunęła mu się spomiędzy ud i już po kilkunastu sekundach usłyszał z dołu niesiony echem trzask, gdy rozbiła się na chodniku. Spojrzał mętnym wzrokiem na postać przed sobą i prze-łknął ciężej ślinę.
Stał tam młody chłopiec opatulony szalikiem i jasną kurtką. Na nogach miał ciepłe buty, na głowie jasną chustkę, a na niej jeszcze grubą czapkę z pomponem. Na widok tak ubranego dzieciaka, Joe zatrząsł się bardziej z zimna. W duchu jednak jęknął z rozpaczy. Naprawdę brakowało mu jeszcze pacjenta po chemii, który zacząłby go umoralniać i truć coś o wartości życia.
– No, ale w sumie, chyba mu się należało – powiedział chłopiec, podchodząc bliżej i siadając przy Joe’m. – Jestem Kai – przedstawił się. – A to jest moje miejsce ­– dodał łagodnym głosem. – Ale okej, okej, możesz tu chwilę posiedzieć.
Joe zmarszczył brwi, wpatrując się w papierową, wychudzoną twarz chłopaka. Zapadnięte oczy i policzki oraz wyschnięte usta sprawiły, że aż przełknął ciężej ślinę. Koścista dłoń leżąca na udzie Kaia też napawała go przerażeniem. Nie lubił widoku chorych ludzi. Przerażali go, o ile nie obrzydzali. Wydzielali też taki specyficzny zapach, który go odrzucał. Wiedział, że to chamskie i okrutne, ale zawsze powtarzał sobie, że nie umie nic poradzić na swoje reakcje.
– Jak masz na imię? – usłyszał i przełknął ciężko ślinę.
– Joe – wydusił nieswoim głosem i odchrząknął szybko.
– A na jakim jesteś oddziale? – zapytał chłopak tak cicho i delikatnie, że ledwie słyszalnie.
– Na żadnym – bąknął i przetarł uda spoconymi dłońmi.
Kai spojrzał na niego zaciekawiony.
– To co tu robisz? – dopytał.
Joe, po chwili wahania, spojrzał przenikliwie w zapadnięte oczy chłopaka.
– Po prostu siedzę – wytłumaczył sucho.
– Ooooo… A czemu? – zapytał szybko Kai.
– Nie wiem, może dlatego, że mam na to ochotę? – burknął Joe głosem przesiąkniętym ironią.
– Mmm… Chcesz o tym pogadać? – dopytał niezrażony chłopak, a on spojrzał na niego z mieszanymi uczuciami.
– Jestem woźnym w szpitalu – powiedział w końcu, czując się głupio, kiedy myśli podsuwały mu same sarkastyczne i cyniczne odpowiedzi na dociekliwość nastolatka. Nie chciał być niemiły, zasadniczo też, wcale taki nie był. Tylko teraz, lekko wstawiony i rozgoryczony, nie czuł się w nastroju do zupełnie niczego.
– Nie widziałem cię wcześniej. Chyba jesteś nowy, co? – zauważył Kai. – Które piętra sprzątasz?
– Ortopedię i pulmonologię. Czasami też zajmuję się parkiem.
– To co robisz na dachu?
– Siedzę i piję wino?
Kai zaśmiał się lekko, na co Joe zmarszczył się nieprzyjemnie i spojrzał na chłopca sceptycznie.
– Czy ty jesteś naćpany? – warknął nieco niewyraźnie, zerkając na niego z ukosa.
­– Mam raka trzustki, cały czas łykam jakieś prochy – odparł chłopak z lekkim uśmiechem, na co on speszył się i szybko odetchnął, by uspokoić wirujące myśli. W końcu nie może wyżywać się na chorym dzieciaku.
– Nie powinieneś, w takim razie, leżeć w łóżku? – zapytał.
– Jak mam siłę, to wolę wyjść na zewnątrz. Od dwóch lat jeżdżę po szpitalach. Ale już się przyzwyczaiłem – powiedział nastolatek i zaczerpnął powietrza na dalsze słowa.
– Naprawdę mnie to nie obchodzi, wiesz? Mam swoje problemy! – warknął Joe, widząc, że Kai zmierza do jakiegoś dłuższego wywodu o historii swojej choroby. – I naprawdę nie chcę słuchać pouczeń poszkodowanego przez los dzieciaka, który dzielnie znosi swoje cierpienie – wyrzucił z siebie, nim wstał i otrzepał spodnie z kurzu. – Sorry, ale już spadam – rzucił, odwracając się od Kaia.
Nie odszedł daleko, gdy usłyszał za sobą głos chłopaka.
– Mmm… może przyjdziesz jutro? Na onkologię. To szóste piętro. Sala numer osiemset pięćdziesiąt dziewięć.
– Po co mam przychodzić? – zapytał zaskoczony. Po co miałby wdawać się w konszachty z chorym dzieciakiem? Nie potrzebował tego. Może i bał się, że gdyby poznał bliżej historię chłopaka, naprawdę zacząłby myśleć tak jak inni? Że nie ma prawa narzekać na swoje życie, bo jest zdrowy? Bo ma rodzinę, jest młody i może jeszcze zacząć od nowa? Ale co oni wiedzieli? O tym jak się czuje każdego dnia, jak bardzo jest mu źle, kiedy żyje życiem, jakim się brzydził – od początku do końca zmiany, a później tylko jeść i spać, po to by z rana znowu ruszyć do nudnej pracy.
– Skoro i tak będziesz w szpitalu, chyba możesz spełnić życzenie poszkodowanego przez los dzieciaka? – powiedział bez cienia złośliwości Kai, a Joe spojrzał w jego błyszczące w ciemności oczy. – I nie będę cię pouczał. W końcu po co miałbym to robić? Przecież tylko sobie tu siedzisz i pijesz wino – podkreślił, uśmiechając się delikatnie.
Joe wzruszył ramionami i ruszył w kierunku zejścia z dachu, nie dodając już nic o tym, jak głupia wydawała mu się ta propozycja.
Siedzący samotnie Kai odetchnął głęboko i pociągnął nosem, czując, jak uśmiech szybko schodzi z jego ust. Wcale nie był pogodzony z chorobą. Wcale nie twierdził, że nie ma żalu do losu o tego raka. Bo miał. Przecież niczym nie zawinił, nikogo nie skrzywdził, nie zrobił nic złego. Wcale nie był też dzielny – tak bardzo bał się tego, co przyniesie mu kolejny dzień.
Uniósł wzrok na roztaczające się przed nim budynki.
To było naprawdę nie fair. Miał tylko siedemnaście lat, w tym od dwóch żył w szpitalach. Rok temu wycięli mu większość trzustki, ale były przerzuty i właśnie był po trzeciej chemii, która i tak nie dawała mu szans na przeżycie. Już od dawna wiedział, że umrze.
A nigdy nie miał dziewczyny, nigdy żadnej nie pocałował, nigdy nie był na prawdziwej randce. Nie założy już zespołu ze swoimi kumplami, przecież nawet nie miałby siły utrzymać gitary przez kilkanaście minut. Nie miał już nawet kumpli, którzy przestali przychodzić wieki temu.
Życie było takie nieuczciwe, pomyślał, podpierając brodę na cieniutkich jak patyki rękach.
Czym sobie na to zasłużył?
Dopiero po chwili zorientował się, że po policzkach spływają mu łzy i spadają w przepaść przed nim.
Każda była jak jego niespełnione marzenie. Wiedział, że one już nigdy się nie spełnią. I chociaż tam na dole było tyle rzeczy, które go trzymały, ani jedna nie sprawi, że będzie mógł wrócić. Żyć normalnie, bawić się. Wiedział, że nie pójdzie na bal seniorów w liceum, nie prześpi się po nim ze swoją dziewczyną w aucie na obrzeżach miasta. Nie wytatuuje sobie jej imienia na ramieniu, nie pokłóci się z nią, nie poślubi, nie rozwiedzie. Teraz już nawet żadna na niego nie spojrzy, bo był tak przeraźliwie wyniszczony chorobą – strasznie chudy, jakby nie miał ani jednego mięśnia pod zielonkawo-szarą skórą. Nawet prawka nie zrobi i nie dostanie od rodziców auta za zaliczenie egzaminu na studia.
To wszytko już przepadło.
Wolnym ruchem ściągnął czapkę i chustkę z głowy, by poczuć na skórze krople deszczu. Kiedyś miał takie piękne włosy, pomyślał, z żalem gładząc się po ich resztkach. A fryzurę niemal jak John Travolta w Grease. Nie to, co teraz – kilka rzadkich piórek, które przyprawiały go o mdłości i które lepiej było zasłonić.
Pociągając nosem, zszedł powoli z murku i ruszył w stronę metalowych drzwi, przez które mógł wrócić do szpitala.
Zjazd windą z dachu na szóste piętro trwał kilkanaście sekund, ale przejście przez długi korytarz zajęło mu dobre dziesięć minut. Kiedy wszedł na swoją salę, która tak właściwie była już jego pokojem, pierwszym co zrobił, był kilkuminutowy odpoczynek. Naprawdę się zmęczył. Miał szczęście, że kwalifikował się na izolatkę. Chociaż według niego powinni byli już go przenieść do przylegającego do szpitala hospicjum. Przecież i tak było jasne, że umrze.
Na tyle, na ile mógł, i na ile pozwolił mu lekarz, urządził salę po swojemu. Było tu parę plakatów jego ulubionych zespołów, jego laptop i kilka innych bibelotów. No i głupi pluszak, którego dostał dwa lata temu od ludzi z klasy. Czasami zastanawiał się, czy nadal go pamiętali. Nigdy nie był tym przebojowym liderem, ale miał znajomych, lubili się chyba. Czasami bolała go cisza z ich strony, bo wyglądało to tak jakby już dawno go skreślili, zapomnieli chwile, które razem spędzili choćby na wycieczkach szkolnych. Jasne, że mieli swoje życia, swoje zajęcia, plany, które pewnie kolidowały z odwiedzinami w tak ponurym miejscu jak oddział onkologiczny, ale czy to było tak wiele? Chciał ich zobaczyć, ale sam bał się zadzwonić i poprosić o spotkanie. Nie zamierzał być natarczywym, nękającym ich duchem, albo jakąś starą ciotką, którą wypadało odwiedzić w szpitalu i udawać, że jej stan cokolwiek ich obchodzi.
Kolejnych kilkanaście minut zajęło mu rozebranie się z ubrań i ułożenie na łóżku. Jednak tu, w szpitalu, czas płynął zupełnie inaczej.
Kai zazwyczaj nie interesował się, jaki jest dzień tygodnia, chyba że czasami w świetlicy puszczano filmy, jakie chciał obejrzeć. Nie sprawdzał jednak kalendarza, a i zegar był czymś zupełnie zbędnym w jego świecie. Wystarczało mu tylko, że widział, jak pory dnia się zmieniają i zmienia się park za oknem. Mógł kłaść się spać o dowolnej porze, choć jego ciało przywykło już do pewnego rytmu. Mógł wstawać, kiedy chciał, a jedynymi ograniczeniami i punktami orientacyjnymi były badania i kontrole, które miewał co jakiś czas.
Kiedy ułożył się wygodnie na łóżku i podłączył sobie do ramienia kroplówkę, która dzisiaj dla niego była pieczenią z indyka, odetchnął głęboko.
Nie lubił nocy w szpitalu, pomimo tego, że były pełne spokoju i ciszy. Nikt nie gadał, nikt nie wchodził, by pobrać krew, podłączyć kolejną kroplówkę. Mógł zasłonić żaluzje na dużych, szklanych drzwiach i wyobrażać sobie, że jest w swoim pokoju, w domu. Że łóżko, na którym leży, wcale nie jest metalową konstrukcją z tysiącami przycisków, a obok wcale nie stoi metalowy stojak na kroplówki ani szafka na medykamenty. Zresztą nie mógł narzekać na warunki w szpitalu. Teraz to był jego dom.
Leżąc tak w ciemności, długo wpatrywał się w sufit.
Chciałby, by ten mężczyzna, Joe, jutro przyszedł. Był nim tak bardzo zaintrygowany. Tam na dachu, Joe wyglądał tak inaczej niż wszystko dookoła.
Kai nigdy wcześniej nie spotkał geja, a ta jego kłótnia z chłopakiem była taka żywa! Przez chwilę poczuł się, jakby był świadkiem czegoś normalnego, czegoś spoza sterylnego szpitala. Tak naprawdę był tu tak bardzo samotny. Znał pielęgniarki, lekarzy i pacjentów, ale oni byli tacy… Tacy, jak ten szpital. Jak ten pokój – przesiąknięci zapachem chloru, środków dezynfekujących, chorób i śmierci. A Joe był taki świeży i nowy. I Kai był niemal w stu procentach pewien, że mężczyzna my-ślał o tym, by skoczyć z tego dachu. Pewnie nie byliby długo przyjaciółmi, ale ucieszyłby się, gdyby spotkali się kilka razy.
Był bardzo zmęczony, ale zamiast spać, zaczął wyobrażać sobie, o czym mógłby porozmawiać z Joe’m. W głowie widział, jak mężczyzna siedzi z nim w bufecie i jak zjadają odtłuszczone dania gotowane na parze. Tak naprawdę tylko coś takiego mógł teraz jadać, a i tak wszystko stawało mu ością w gardle, a jeszcze częściej wymiotował to z powrotem. Później mogliby iść na spacer do parku za szpitalem. Kai nie miałby siły iść zbyt daleko, ale w jego wyobraźni przeszli wokół całego terenu i nawet przepychali się żartobliwe jak starzy, dobrzy kumple, idąc ścieżką między drzewami.
Uśmiechnął się do swoich myśli. Naprawdę wolał nie spać, tylko przenosić się we własne marzenia. Ostatnio coraz bardziej bał się, że już się nie obudzi. Czuł się jakoś lepiej i wiedział, że tak właściwie nie wróży to nic dobrego. Dużo nasłuchał się i naczytał o tym, że przed śmiercią pacjenci czują poprawę. I on się tego bał. Już wolał, by go rwały bóle brzucha, by bolała go wątroba i pozostałe, zajęte nowotworem narządy, bo wtedy wiedział, że żyje.
Tak bardzo bał się śmierci, która niemal codziennie zabierała kogoś z oddziału. W nocy wydawało mu się, że słyszał jak sunie korytarzem za drzwiami. Zawsze wyglądała jak dementor z Harry’ego Pottera, przesuwała pieszczotliwie rękoma po szklanych drzwiach, a jej kościste palce wżynały się w nie, zostawiając po sobie głębokie bruzdy. Tak bardzo się jej bał, że w końcu nie minie jego pokoju, że zajrzy i do niego, stanie przed jego łóżkiem i go zabierze. Tak po prostu, a on nawet nie będzie miał siły się jej opierać, krzyknąć, zawołać o pomoc, bo jej lodowata dłoń zasłoni mu usta, a on tak zwyczajnie przepadnie.
Co się z nim wtedy stanie? Pójdzie w stronę światła i utonie w jego ciepłym blasku? Zacznie drugie życie? A może po prostu się wyłączy jak robot? Ale nie wyobrażał sobie, jakby mogło go nie być. To przecież takie irracjonalne. Nawet jeżeli został wyłączony z życia już w momencie diagnozy, w jakiś sposób nadal był, coś nadal czuł. Nie chciał zgnić w ziemi, nie chciał, by go spalili i wyrzucili. Nie chciał umierać. Był przecież tak młody!
Ale czy wiek miał tu jakieś znaczenie? Gdyby miał czterdzieści lat, żonę, dwójkę dzieci i kredyt na mieszkanie, byłoby mu łatwiej? Szybciej pogodziłby się z chorobą? Z tym, że ma ich zostawić? I to nie tak od razu. Najpierw wyczyściliby wspólne konto, zapożyczyli się u przyjaciół, by miał na zabiegi i lekarstwa, a dopiero później umarłby, zostawiając rodzinę w długach.
Czasami myślał, że to nawet lepiej, że zachorował teraz.
A czasami tak bardzo chciał mieć jeszcze trochę czasu.
Myśląc nadal o poznanym dzisiaj mężczyźnie, zapadł powoli w sen, licząc na to, że nie przyśni mu się umieranie.

Ze snu wyrwał go delikatny głos pielęgniarki, która obudziła go, by zjadł posiłek i wziął lekarstwa. Chude, gotowane na parze mięso smakowało jak zwykle papierowo. Zjadł aż trzy kawałki w przeciągu kilkunastu minut, nim zaczęło go ciągać na wymioty.
Po jedzeniu dostał kolejną porcję tabletek. Kiedyś jeszcze interesował się, która jest od czego – która przeciw wymiotom, która na trawienie, która od bólu. Teraz widział już tylko, że strzykawka to chemia, a wenflon to jedzenie lub glukoza, gdy spadnie mu cukier.
Dopiero gdy zamieszanie wokół niego ucichło, miał chwilę, by przypomnieć sobie wczorajszą noc i sen, który mu się przyśnił.
Był ciepły, letni wieczór, a oni szli, trzymając się za ręce przez niekończącą się dolinę pełną kwiatów. Nie odzywali się do siebie, tylko w zachwycie podążali ku zachodzącemu słońcu. Wiedzieli, że nigdy go nie dogonią, nie dotkną, nie zbliżali się do niego wraz z kolejnymi krokami, jakby ścieżka była bieżnią przesuwającą się pod ich stopami. Ale nie czuli niepokoju czy smutku. Czuli się dobrze.
I to był jeden z lepszych snów, jakie przyśniły mu się ostatnio.

Joe nie przychodził.
Nie przyszedł ani nazajutrz, ani dnia następnego.
Kai spędził je w łóżku lub przy oknie, próbując czytać książkę. Czasami miał wrażenie, że dziecinnieje z każdym dniem, bo jedynymi książkami, jakie czytał, były zbiory baśni i bajek, fantastyczne powieści o rycerzach, o smokach i księżniczkach. Tylko one wciągały go na tyle, by czas płynął mu szybciej.
Ale dokąd mu się spieszyło?
Przecież nie do śmierci.
Siedząc w oknie, jeżeli miał na to siłę, obserwował park roztaczający się miedzy budynkiem szpitala, a hospicjum. Kolorowe liście przelatywały po wyciętej równo trawie, a szerokimi dróżkami przechadzali się ludzie. Niektórzy dreptali powoli, jakby każdy krok sprawiał im ból, inni, jak pielęgniarze i siostry oddziałowe, z narzuconymi na ramiona kurtkami, pchali wózki z chorymi.
W inne dni widywał nawet całe rodziny na spacerach. Często bawił się w wymyślanie historii na ich temat albo włączał muzykę na słuchawkach i wyobrażał sobie jak tańczą w jej takt. A czasami nie miał na to siły. Ani na otwarcie oczu, ani na słuchanie. Po prostu leżał i czekał na coś, co nigdy nie nadchodziło.
Doceniał chwile, które mógł jeszcze spędzić z rodziną. Rodzice z młodszą siostrą przychodzili niemal codziennie. Wpadali na godzinę lub dwie, by z nim pobyć. Kochał ich, ale czuł się, jakby już nie należał do ich świata. Gdy jeszcze wcześniej jego stan był lepszy, a oni zabierali go do domu, denerwował się często, gdy nie mógł czegoś znaleźć. To niby nic wielkiego, ale dawniej, gdy był ich, wiedział co gdzie leży. Teraz nie mógł znaleźć niczego, co tylko podkreślało to, że nie należy już do ich domu. Głupie szafki w kuchni, w których matka poprzestawiała naczynia czy zreorganizowanie garderoby przy wejściu, doprowadzało go do furii. Stawał się wtedy opryskliwy i rozgoryczony.
W szpitalu było zupełnie inaczej. To oni byli gośćmi, a on wiedział, na którym piętrze jest bufet, w którym końcu korytarza automat z kawą, której i tak zazwyczaj nie mogli pijać pacjenci. Wiedział, jaka pielęgniarka ma dyżur, który lekarz robi obchód. Tu był spokojniejszy. Potrafił się do nich uśmiechać, potrafił rozmawiać i cieszyć się z opowiadanych przez nich historii oraz tego, że go odwiedzają.

Joe przyszedł chyba czwartego dnia od ich pierwszego spotkania.
Kai zauważył go przez przypadek, gdy siedząc na szerokim parapecie, oparł się o szybę w oknie i odwrócił lekko głowę. Nie mógł oprzeć jej o kolana, bo brzuch za bardzo go bolał.
Kiedy go zobaczył, upuścił aż trzymaną w dłoniach książkę.
Mężczyzna stojący w drzwiach wyglądał tak pięknie w świetle zachodzącego słońca! Oliwkowa cera Joe’go i jego ciemne, przydługie włosy sterczące na wszystkie strony, tak ładnie odbijały promienie słoneczne.
Joe oparł się o futrynę i popatrzył na leżącą na podłodze książkę.
– Myślałem, że umrę nim przyjdziesz – powiedział Kai z uśmiechem.
Mężczyzna podszedł do niego i podniósł książkę z podłogi.
Na jego kwadratowej, zarysowanej wyraźnie twarzy, Kai zauważył coś na kształt zmieszania. Ciemne oczy odwróciły się od niego, a pełne usta zacisnęły w wąską linię.
– Przyszedłeś się nade mną litować? – zapytał cicho, również od-wracając spojrzenie.
Joe przesunął ręką po szczęce.
– Chyba tak – powiedział, w końcu zerkając na chłopaka i podając mu książkę. Naprawdę bał się na niego patrzeć. Przerażała go jego kościstość i zielonkawy odcień skóry. Szpitalna koszula, która wisiała na nim jak worek, niczego nie ułatwiała. Gdy przesunął wzrok na kostkę chłopaka, doszedł do wniosku, że bez trudu mógłby ją objąć palcami jednej ręki.
Oparł się o ścianę pokrytą pomarańczową farbą po drugiej stronie okna. Przyszedł. Tak jak życzył sobie nastolatek.
– Więc…? Co chcesz robić? – zapytał, a nie wiedząc, co zrobić z rękoma wepchnął je po prostu w kieszenie kamizelki.
– Nie ma wielu rzeczy, które mógłbym – odparł chłopak, schodząc powoli z parapetu i siadając na łóżku. – Nie musisz się zmuszać. Możesz sobie iść… – Kai zamilkł, patrząc na niego w napięciu. Widział jego pełne obawy i niesmaku spojrzenie. Czuł, jak paliło mu skórę, jak budowało między nimi mur.
Joe odetchnął ciężko i przysiadł na krzesełku obok.
Przez tych kilka dni dużo myślał o chłopaku i o sobie. O tym, czy w ogóle przychodzić. W końcu wypełzł ze swojej klitki, gdzie sypiał przez ostatnie dni, by nie patrzeć na Roba i postanowił przyjść. Przecież to nic takiego – kolejny użalający się pacjent potrzebujący widza do słuchania.
– Wtedy na dachu… Chciałeś się zabić?
Joe zerknął ma chłopaka zaskoczony.
– Wyglądam jak potencjalny samobójca? – dopytał, wykrzywiając nieco usta.
Kai uśmiechnął się lekko.
– Chyba nie… Ja ciągle myślę o śmierci. Dlatego pomyślałem, że chcesz skoczyć. Nie zdziwiłbym się – powiedział, a Joe poczuł gulę stającą mu w gardle.
– Nie zdziwiłbyś się? Przecież… – zaczął. – Nie wiem, no… powinieneś zacząć coś pieprzyć, że nie zasługuję na życie, skoro nie umiem się nim cieszyć.
Kai zaśmiał się lekko, podłączając kroplówkę do swojego ramienia.
– A co mnie to obchodzi? – zapytał z uśmiechem. – To twoje życie. Ja mam własne problemy, wiesz?
Joe uśmiechnął się krzywo na dźwięk własnych słów sprzed czterech dni, a Kai spoważniał, przyglądając się mu przez kilka dłużących się chwil.
– Jesteś naprawdę piękny – westchnął zupełnie niespodziewanie nastolatek, tak bardzo mu zazdroszcząc.
Joe zamrugał i spojrzał na niego ze zmarszczonymi brwiami.
– Słucham? – Naprawdę nie potrzebował, by zakochiwał się w nim nastoletni, chory na raka dzieciak.
Kai wyciągnął rękę do jego dłoni zaciśniętych na sobie.
– Jesteś wspaniały. Taki zdrowy i żywy… Zazdroszczę ci…
Joe strapił się, nie wiedząc co powiedzieć i sztywniejąc pod dotykiem chłodnej, jakby wilgotnej dłoni chłopaka. Jasne, że szkoda mu było Kaia, był przecież bardzo młody, a już umierał.
– Ekhmm – odchrząknął skrępowany. – Nie wiem, chcesz… pogadać? O czymkolwiek? – zapytał w końcu, odsuwając ręce od dotyku Kaia.
Dostrzegając to, nastolatek zacisnął mocniej zęby.
– Przepraszam… – westchnął chłopiec, czując jak Joe za wszelką cenę chce się od niego odsunąć. – Idź już sobie – dodał wyraźnie zawiedziony. Naprawdę liczył się z tym, że mężczyzna nie będzie chciał mieć z nim zbyt wiele wspólnego, albo że jego motywacją będzie jedynie litość. I choć wiele razy z niej korzystał, akurat w tym przypadku czuł się źle. Gorzej.
– I tylko po to tu przyszedłem? – Joe spojrzał na chłopaka cierpliwie. – Żebyś mnie zaraz pogonił?
– Nie chcę żebyś zmuszał się do przebywania ze mną – odparł Kai, przymykając oczy. – To niekoniecznie jest miłe, co?
Jak mógł myśleć, że zdrowy, młody facet zechce przyjaźnić się z obrzydliwym, chorym dzieckiem, jakim był? Ale nawet przez litość, nawet fałszywie, Kai tego potrzebował. Nie chciał być sam. Kiedyś, zanim trafił do szpitala, zawsze myślał, że wolałby umierać w samotności, żeby bliscy nie wiedzieli jego bólu i ułomności. Teraz śmiał się z tego. Nic nie było gorsze, niż odliczanie w samotności godzin do śmierci.
Widząc grę emocji na twarzy nastolatka, Joe szybko poczuł wyrzuty sumienia. Nie chciał sprawiać mu przykrości.
– Okej… to ja przepraszam. Hmm… długo już leżysz w szpitalu? – zapytał, postanawiając choć chwilę z nim pogadać. Drgnął mocniej, gdy Kai zerknął ku niemu z nadzieją tak wielką, że niemal namacalną.
– Prawie dwa lata – powiedział cicho, zaciskając lekko dłonie.
– I jak się czujesz? – zapytał jeszcze Joe.
– Ostatnio lepiej – odparł smutno chłopak.
– To chyba dobrze, co?
– No, w moim przypadku raczej nie… Umrę już niedługo.
Joe zmarszczył brwi i szybko pokręcił głową.
– Nie myśl tak – zaczął. – Przecież czujesz się lepiej, a to chyba znaczy, że zdrowiejesz, co? Nie poddawaj się – powiedział i po chwili aż odetchnął w duchu, gdy dostrzegł rozbawione spojrzenie chłopaka.
– To było bardzo… banalne – uśmiechnął się Kai, a on potarł się zażenowany po policzku.
– Masz rację… Po prostu… to chyba powinienem był powiedzieć?
Kai zaśmiał się głośniej, łapiąc się za brzuch.
– Spokojnie, wiem, że umrę. Nie musisz mnie pocieszać – powiedział, spuszczając wzrok i wzdychając.
– Więc czego ode mnie chcesz? – zapytał mężczyzna.
– Nie wiem… jesteś taki żywy… chciałem z tobą pobyć, pogadać… Nie lubię siedzieć sam, albo w towarzystwie innych chorych… są obleśni – szepnął chłopak konspiracyjnie, pochylając się ku niemu. – Wiem, że nie wyglądam lepiej. No, a poza tym, jak już mówiłem niedługo umrę, więc poświęć mi trochę czasu – poprosił.
– Bierzesz mnie na litość tak…? – zapytał mężczyzna.
– Właściwie to często skutkuje. W końcu jestem chory i jeden krok dzieli mnie od śmierci – powiedział spokojnie chłopak, choć doskonale czuł, jak coś dławi mu gardło. – Nie mam tu nikogo, a czasami… chciałbym móc, wiesz, pożyć normalnie… Normalniej – poprawił się szybko i spojrzał na niego z nadzieją.
Joe, studiując jego twarz, zastanawiał się przez chwilę. Ten chłopak był niemożliwy. I Joe nie wiedział już czy mówi serio, czy sobie kpi. Czy jest zdołowany chorobą, czy z nią pogodzony. Nie wiedział, co miałby powiedzieć, o czym z nim rozmawiać i dlaczego w ogóle tu przyszedł. Czy chłopak chce jego litości, czy wręcz przeciwnie? Raz wyglądał tak krucho i delikatnie, a raz jakby miał zaraz wstać i rozpieprzyć stojakiem na kroplówki cały pokój.
– Jesteś dziwny ­– westchnął w końcu. – Ale okej… powiedzmy, że przystąpię do tej twojej gry. Musisz mi tylko powiedzieć, czego tak właściwie chcesz.
– Żebyś był moim przyjacielem – szepnął chłopak. – Dawno nie miałem żadnego – westchnął, unosząc na niego spojrzenie wielkich, podkrążonych oczu.
– I co miałbym robić?
Kai zastanowił się chwilę.
– No, na pewno nie będziemy robić tego, co zawsze robią przyjaciele… nie dam rady iść z tobą na imprezę, grać w kosza… czy coś – po-wiedział, nagle zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo był naiwny. – To zresztą chyba był głupi pomysł. Idź już, zaraz zacznę narzekać. Nie lubię narzekać, to chyba domena starych, schorowanych ludzi, a ja… – Chciał przyjaźni, a nie miał na nią nawet siły!
Joe zauważając kolejną zmianę nastroju chłopaka, odetchnął ciężko.
– Bzdura. Możemy robić dużo fajnych rzeczy – zapewnił i natychmiast dostrzegł jego kolejne spojrzenie pełne nadziei. – Możemy iść razem na spacer, słuchać muzyki, pójść na wykwintny obiad do bufetu… Nie wiem tylko, co możesz jeść. No, ale na pewno coś sobie wybierzesz… Ja stawiam – dodał od razu, z ulgą dostrzegając, jak twarz chłopaka się rozjaśnia.
– Naprawdę? Zechciałbyś? – dopytał Kai.
– Pewnie – uśmiechnął się Joe i klepnął go lekko po ramieniu.
To był chyba dobry pomysł. Może w końcu sam przestanie się użalać nad sobą? Zajmie się chłopakiem i przestanie myśleć o tym, jak bardzo jest mu źle. Poza tym zawsze był pełen współczucia dla innych ludzi. Ktoś mógłby powiedzieć, że rodzice dobrze go wychowali, ale on sam nie lubił tego w sobie.
– Jeszcze jakieś życzenia? – zapytał z uśmiechem.
– A ile ich mam?
– Oczywiście trzy – zaśmiał się Joe.
– Jak od złotej rybki – westchnął chłopak z łagodnym uśmiechem na ustach. – Pomyślę jeszcze, okej?
Joe uśmiechnął się ciepło.
– Jasne. To kiedy idziemy na kolację? – zapytał.
Kai chciał iść już. Nie stracić ani jednej sekundy ze swoim nowym przyjacielem. Jednak, gdy zaczął się podnosić, ciało, wbrew jego woli, opadło samo na poduszki.
– Cholera… – westchnął z lekkim uśmiechem. – Dzisiaj chyba nic z tego… Nie mam siły.
– To nic. Możemy iść jutro – odparł od razu mężczyzna. – Jestem tu codziennie – powiedział, przykrywając chłopaka kocem.
– A… nie skoczysz…? – zapytał cicho Kai, a on poczuł, jak coś ściska mu gardło.
– Jesteś moim kumplem, nie zostawię cię przecież – powiedział, zauważając, że nigdy nie nawiązał przyjaźni ot tak – z chwili na chwilę.
– To już niedługo. Później zrobisz, co zechcesz – zapewnił go Kai.
Kiedy chłopak uśmiechnął się delikatnie, Joe poczuł się naprawdę okropnie.
– Prześpij się, ja muszę wrócić do pracy… A jak kolejny raz cię odwiedzę, będziemy najlepszymi przyjaciółmi – zapewnił go szeptem. – Dobrze?
Chłopak posłał mu wilgotnie spojrzenie i pokiwał powoli głową, przymykając oczy.
Joe spojrzał na niego ostatni raz i wyszedł z sali.
To było takie naiwne. Kai, on, cała ta zabawa w przyjaźń. Ale skoro chłopak tego potrzebował i chciał, Joe nie miał odwagi mu odmówić. A może tylko sobie to wmawiał? W końcu potrzebował jakiegoś celu, czegoś, czego mógłby się uczepić kurczowo, jak dawniej każdego kolejnego marzenia.
Na korytarzu, którym szedł, minął kilka schorowanych osób i parę pielęgniarek.
Życie było takie do dupy.
Miał wrażenie, że jest słabym, małym człowiekiem, który nie wie nic o życiu, o cierpieniu. Był śmieszny w swoim użalaniu się, ale podjął już decyzje. Nie chciał żyć.
Nawet jeżeli szkoda było mu Kaia i uważał, że tak młody chłopak zasługuje na jakąś szansę, nie potrafił przenieść tego na siebie, a też był w końcu młody – a ponadto – zdrowy. Wiedział, że zabijając się, zrobi wiele złego swoim rodzicom, ale chciał być egoistą. Chociaż raz.
Zawsze dbał o nich, pomagał im, gdy zaczął zarabiać. Robem też się zajmował, bo kochanek zawsze wpadał w problemy, zawsze zadawał się z niewłaściwymi ludźmi. Próbował wkręcić się w ciemne interesy prowadzone na ich dzielnicy i często wracał pobity i okradziony. I to na głowie Joe’go było wszytko – by zapłacić rachunki, nakarmić faceta, opatrzyć go. Często nie wiedział, jakim cudem udawało mu się spławić ludzi, z którymi jego kochanek robił interesy. A on go tak po prostu zdradził. Potraktował jak śmiecia, sponsora… kolejnego kretyna, którego mógłby wykiwać.
Joe od zawsze wiedział, że był naiwnym głupkiem i że będzie przez to cierpiał. I teraz miał już naprawdę dość. Po tylu porażkach, chciał w końcu odpocząć. Odetchnąć i zrobić coś dla siebie. Uwolnić się od odpowiedzialności, nie słuchać ciągłych kazań i wyrzutów, być kimś, kto nie żałowałby siebie, ale żal był czymś, co tak często dominowało jego myśli. Czuł, że się od niego już nie uwolni, że nie będzie szczęśliwy. Nigdy nie będzie wystarczająco dobry, przystojny, majętny, by być kimś. Zawsze będzie tylko kolejnym szarym człowieczkiem, któremu się nie udało. Nie chciał tak żyć. Miał przecież inne marzenia.
Kiedy zjechał na ortopedię, znajdującą się na pierwszym piętrze, od razu przeszedł do kanciapy, skąd wziął wózek i zaczął zmywać korytarz.
Ten Kai… Może, jeżeli Bóg istnieje, on poprzez przyjaźń z Kaiem, zmaże jakoś grzech samobójstwa? Ale od kiedy przejmował się Bogiem? Może to była kolejna wymówka, która miała uspokoić jego sumienie? Bo w końcu został tak wychowany, by potępiać złe rzeczy jak morderstwa, kradzieże, samobójstwa, by starać się żyć jak wszyscy ludzie, zarabiać jak oni, starać się jak oni. Chciałby być wolny, nie posiadać żadnej moralności, która stale uwiązywała go przy ziemi. Mógł oszukiwać na egzaminie teoretycznym, jak większość studentów, mógł żyć z kradzieży, jak zaczął robić Rob, a nie sprawiać mu o to wiecznie wymówki. Mogło mu się podobać takie lekkie życie, ale nie! Nauczyli go, że człowiek stworzony jest do czegoś innego, że powinien być dobry i uczci-wy, że marzenia, że miłość… A teraz skończył jako woźny, bo marzenia, bo ideały…
– Joe…! – usłyszał za sobą i odwrócił się natychmiast.
Poczuł ukłucie bólu w piersi na widok Roba, który stał przed nim w tym swoim ciemnym płaszczu i motocyklowych butach. Potargane, jasne włosy okalały jego przystojną twarz, a wyprostowana postawa potęgowała wrażenie pewności siebie. Ale Joe wiedział, że jest kłamliwym zdrajcą i oszustem, który nie przepuści żadnej okazji. Byli w tym samym wieku, ale Rob wyglądał dużo dojrzalej. Stał się taki wyrachowany i zimny. Czasami Joe zastanawiał się, jak mógł się w nim zakochać, jak mogli być razem przez tyle lat, skoro tak bardzo się różnili. Skąd w ogóle miał pewność, że zdradził go tylko ten jeden raz? Z każdą nocą, podczas której analizował ich związek, dochodził do wniosku, że na pewno nie był jedyny.
– Czego chcesz? – zapytał, mrużąc oczy i zaciskając wargi.
Najgorsze było to, że Rob nadal go pociągał – ten jego pewny, arogancki uśmieszek i kpiące spojrzenie.
– Martwię się o ciebie, Joe – powiedział mężczyzna ściszonym, głębokim głosem, który zawsze przyprawiał go o dreszcze.
– Niepotrzebnie – wycedził Joe. – Świetnie daję sobie radę – prychnął, wracając do zawziętego szorowania podłogi.
– Nie było cię w domu już od tygodnia…
– Od czterech dni. Nawet nie wiesz – warknął Joe, prostując się. – Idź stąd. Nie masz tu czego szukać.
– Ty tu jesteś. Wróć, wiesz, że cię kocham – powiedział mężczyzna.
– Błagam, nie bądź naiwny. Nie nabiorę się na to. – Joe wbił spojrzenie w lśniące ślady pozostawiane przez mop. – Powiedz, ile razy mnie zdradziłeś tak naprawdę, co? – Odwrócił się nagle i, przełykając ciężko ślinę, spojrzał na mężczyznę przed sobą.
– Joe, nie wymyślaj, wiesz, że jesteś tylko ty… Tylko ciebie kocham.
– A pieprzysz się z innymi!
– Przepraszam za tamto… Mam dla ciebie prezent – powiedział Rob, wyciągając z kieszeni srebrny, duży zegarek i ujął mężczyznę za rękę, by go na nią założyć.
– Nie chcę twoich kradzionych prezentów! Chcę prawdy! – Joe wyrwał rękę z jego uścisku.
Rob wbił w niego intensywne spojrzenie i zamyślił się na kilka chwil.
– Tylko ty dla mnie coś znaczysz – powiedział wykrętnie.
Joe zacisnął dłonie na trzonku mopa. Teraz był już pewien.
– To już koniec. Wynoś się stąd, nim wezwę ochronę – wydusił, chociaż serce bolało go cholernie.
– Tak po prostu, chcesz przekreślić te wszystkie lata…? – zapytał cicho były kochanek.
– Sam je przekreśliłeś, sam wszystko zniszczyłeś! A ja byłem gotów dla ciebie na wszystko… wiesz…? Gdybyś tylko to zauważył, gdybyś był uczciwy. Ale ja zawsze byłem kimś mniej, nigdy nie widziałeś jak się staram – powiedział z żalem. – Zawsze traktowałeś mnie jak gówniarza, bo chciałem, byśmy żyli jak normalni ludzie, nie jak zapchlone złodziejaszki, które w każdej chwili mogą trafić do paki! Tyle dla ciebie poświęciłem, tyle odpuściłem… – powiedział na wyrost. – Ale dla ciebie byłem zawsze jak ta stara, zrzędliwa żonka, potrzebna tylko do ruchania, nie? – niemal się zaśmiał, czując stające w jego oczach łzy. – Zresztą i tak szybko znalazłeś sobie inne, lepsze, które nie suszyły ci nigdy głowy, prawda?
– Co ty opowiadasz, kotku…
– Nie mów tak do mnie! Nienawidzę, jak tak się do mnie zwracasz, jak do kolejnej dziuni – wyrzucił z siebie. – To koniec. Idź już. Nie mam zamiaru, dłużej być wykorzystywanym kretynem. Nienawidzę cię za to…! – dodał, zaciskając pięści.
– Będziesz tego żałował, Joe – powiedział w końcu Rob widocznie zirytowany. – Zechcesz jeszcze wrócić, a wtedy zobaczysz! – Po chwili odwrócił się zamaszyście, licząc pewnie na to, że on jak zawsze za nim poleci i zacznie przepraszać.
– Niczego już nie będę żałował – warknął tylko pod nosem Joe, wracając do pracy.

Po dwóch godzinach zmachany wrócił do swojej kanciapy i położył się na starym materacu, z którego zrobił sobie legowisko. Nie przeszkadzało mu to, że było tu bardzo mało miejsca, a wokół wszędzie stały szczotki i butelki z płynami czyszczącymi. To miejsce nadawało się akurat do leżenia i rozmyślania.
Zawsze tak było, pomyślał, wracając myślami do Roba. Zawsze mu ulegał. Kolejna kradzież, kolejna brudna sprawa i jego słodkie słówka, zapewniające o miłości i przeznaczeniu… zawsze dawał się nimi udobruchać. Teraz wiedział, że to było naiwne i śmieszne. Każda awantura, kiedy Rob wracał nad ranem, zakończona była szybkim, namiętnym seksem i kolejną porcją gładkich, pięknych słów, w które on, jak idiota, wierzył. Bo chciał wierzyć w nich. Że chociaż oni i to, co ich łączy, jest coś warte. Że chociaż po to warto żyć, że chociaż to mu się w życiu udało.
A powinien był wiedzieć, że Robert wracał od swoich kochanków. Że na tych pseudo-biznesowych spotkaniach na pewno obmacuje skąpo ubrane hostessy. Może nawet sam komuś dawał, by coś zyskać i wkręcić się w interesy. A on, jak głupi czekał na niego, bo bał się, że w końcu nie wróci, że któryś z tych jego nowych przyjaciół zakatuje go na śmierć. I nie poczuje już tej bolesnej ulgi, gdy Rob wracał w końcu poturbowany i posyłał mu krwisty uśmieszek z tekstem: Muszę zmienić biznesplan, kotku.
Ale teraz to już koniec. Już za nim nie poleci, nie skłamie, że wszystko jest okej, nie skończą razem w ich starym, zniszczonym już łóżku i spranej pościeli, albo prędzej, na obdartej komódce stojącej w przedpokoju. Bo on nie chce już być kolejny. Nie chce już tych prezentów, które Rob kradł innym ludziom w metrze bądź sklepach. Chciał się od tego uwolnić, chociaż wiedział, że nie zapomni o tym tak łatwo. W końcu minęło tyle lat, tyle się między nimi wydarzyło.
Joe przymknął oczy.
Był tak bardzo zmęczony.
Wszystko, czego chciał od życia było zbyt śmiałe.
Miał dość.
I jeszcze ta obietnica złożona Kaiowi. Mieli się przyjaźnić? To też pewnie zniszczy. Po co w ogóle się zgodził? Tak naprawdę, co mógł dać temu chłopakowi?
Ale obiecał. Musiał dotrzymać obietnicy. Pobędzie z nim, pogada… To na pewno była kolejna wymówka. Może tak naprawdę bał się śmierci? Zresztą, kto się jej nie bał?
Po kilku godzinach wstał i poszedł na onkologię. Szpital nocą był i spokojny i cichy. Joe z każdą chwilą przyzwyczajał się bardziej do jego zapachu i stopniowo przestawał go czuć. Spędzał tu przecież całe dnie.
Kiedy wszedł do sali Kaia, zauważył, że chłopak śpi.
Rozejrzał się po pokoju spokojnie. Oprócz podstawowych sprzętów medycznych pod ścianą stało małe biureczko, a na nim leżały książki poukładane w niewielkie stosiki.
Joe sięgnął po jedną, której okładka była gładka i cała żółta, a gdy ją otworzył, z zaskoczeniem zauważył, że trzyma w rękach dziennik chłopaka. Właściwie nie mógł tego nazwać dziennikiem, bo nie było tam ani jednej daty lecz same myśli zapisane prostym, płynnym pismem.
Zerknął do tyłu na śpiącego Kaia i już po chwili zaczął czytać.
Nie wiedział, ile czasu tak stał przy tym biurku, ale gdy skończył, za oknem już świtało. Przełknął gulę stojącą mu w gardle i odłożył notes na miejsce.

Kiedy Kai otworzył oczy, aż zamrugał na widok półleżącego na jego łóżku mężczyzny. Serce zabiło mu szybciej i wyciągnął drżącą rękę, by wsunąć mu ją na głowę, by sprawdzić czy to nie sen. Lśniące włosy pod jego palcami załaskotały go lekko. Były takie zdrowe i miękkie, że aż uśmiechnął się do siebie. Były też prawdziwe.
Skóra na twarzy mężczyzny była jędrna i zarumieniona w niektórych miejscach, policzki pokryte małymi bliznami i ledwie widocznym zarostem, sprawiły, że serce w nim drgnęło mocniej. Pomyślał, że nigdy nawet nie będzie mógł ogolić się tak naprawdę. Do tej pory nie miał niemal żadnego zarostu, zawsze był gładziutki na buzi jak niemowlak. Czasami nawet wyobrażał sobie siebie na scenie z seksownie wyciętą bródką, albo widział swój wizerunek na plakatach, gdyby faktycznie mógł kiedyś mieć swój zespół. W jednym momencie po raz kolejny z żalem doszedł do wniosku, że to nigdy się nie stanie.
Pogładził Joe’go po głowie i uśmiechnął się smutno. Zaraz powinna przyjść pielęgniarka i to taka była jego rzeczywistość. Czasami tak bar-dzo bolały go te jego głupie marzenia, a czasami tylko dzięki nim mógł przetrwać.
Po chwili Joe podniósł głowę i spojrzał zaspany na Kaia.
Wielkie, zapadnięte oczy patrzyły na niego bystrze, a niemal sine usta rozciągnęły się w delikatnym uśmiechu.
– Obudziłeś się – zauważył cicho Kai. – Od dawna tu jesteś? – zapytał.
– Przyszedłem jakoś po północy – mruknął Joe, przeciągając się i ziewając jak kocur.
– Nie musiałeś…
– Obiecałem chyba, że będę, jak się obudzisz – powiedział i zastanowił się chwilę. – Czy nie obiecałem? Nie mam pojęcia, ale nieważne – zaśmiał się lekko. – Jak się dzisiaj czujesz? – zapytał, łapiąc chłopaka za rękę.
Kai spojrzał na niego jak zaczarowany. To jednak był sen? Joe patrzył na niego takim ciepłym wzrokiem, trzymał go za rękę i masował leciutko jego palce. A przecież jeszcze wczoraj w jego spojrzeniu wyraźnie można było wyczytać niechęć.
– Dobrze – uśmiechnął się lekko. Jak mogłoby być inaczej? Kiedy ostatnio ktoś spędził noc przy nim? Przy jego łóżku, tuż obok!
– To świetnie! – zawołał Joe. – Mam niecny plan, by zabrać cię na spacer. Szykuje się świetna pogoda – powiedział. – Ale to po południu. Niedługo muszę zacząć pracę.
– Rany… pewnie nie wyspałeś się przeze mnie. Daleko masz do domu? – zapytał Kai.
Joe pogłaskał go po głowie.
– Mieszkam bardzo blisko – zapewnił chłopaka i uśmiechnął się pod nosem, dochodząc do wniosku, że powiedzenie mu, że mieszka w składziku na miotły, nie jest chyba niezbędne. – I jak, zastanowiłeś się nad życzeniami?
Kai zmarszczył brwi.
– Nie, ale nie chcę nic od ciebie… tylko – zaczął nieśmiało, – żebyś był… – westchnął cicho.
Joe uśmiechnął się miło i pochylił nad chłopakiem.
– Będę – obiecał. – Będę tak długo, jak zechcesz – dodał jeszcze, nie mogąc zapomnieć słów z jego notatnika. Ciągle miał je przed oczyma, doskonale pamiętał, co czuł, czytając je nocą. Choć tak wiele ich dzieliło i różniło, w gruncie rzeczy byli tacy sami – samotni i nieszczęśliwi, mający marzenia, które nigdy nie mogłyby się spełnić.
Kai spojrzał na niego zafascynowany. Joe był dzisiaj jak jakiś anioł. Ciepły, miły i otwarty. Serce zabiło mu szybciej, gdy pomyślał, że to faktycznie może być prawdą. Tyle się naczytał, naoglądał fantastycznych opowieści. Może Joe był prawdziwym Aniołem? Spotkali się przecież na dachu i sam mężczyzna był taki piękny. I teraz to jego ciepłe spojrzenie, jego ciepłe dłonie… Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślał? To przecież było oczywiste! Że ktoś mu go zesłał. I że niebawem już umrze. Tak naprawdę. Tak na zawsze.
– Mogę cię o coś zapytać? – wydusił z siebie po dłuższej chwili ciszy.
Joe uśmiechnął się i potarł jego dłoń.
– Pewnie.
– Dlaczego chcesz się zabić? – zapytał cicho.
Joe strapił się nieco i odetchnął głęboko.
– Po prostu – westchnął. – Po prostu – powtórzył, nie umiejąc dobrać odpowiednich słów. – Nie chcę o tym gadać, okej? – zapytał, patrząc na niego ze zmarszczonymi brwiami.
– Dobrze… Ale dopóki…
– Dopóki tu będziesz, będę i ja – zapewnił Kaia i uśmiechnął się kącikiem ust. – Muszę iść, wpadnę po drugiej – pogładził chłopaka po głowie i posyłając mu kolejny uśmiech, wyszedł z sali.
Po przeczytaniu pamiętnika chłopaka nie mógł mu odmówić.
Nie miał serca, by to zrobić.

Reklamy

10 thoughts on “Ćmy i Anioły 01 – To, co nas trzyma

  1. Cały tydzień siedziałam chora w domku, więc postanowiłam poszukać jakiegoś fajnego opowiadania yaoi, które mnie nie rozczaruje. I jeszcze chciałam, żeby to nie był fanfick, tylko z własnymi postaciami. No i znalazłam bloga, na którym były reklamy takich blogów. Pootwierałam sobie kilka, zaczęłam czytać twoje i po trzecim rozdziale wyłączyłam resztę. Bo to jak książka i gdy wciągnie, to nie ma się ochoty czytać niczego innego, żeby nie wybiło z tego klimatu. No po prostu zakochałam się w tej historii ^-^

    Ja teeż lubię jesień. Za kolorowe liście, ciepłe sweterki (kocham sweterki =w=), wieczorki z kakao lub herbatką i książką (albo opowiadaniem c:), za deszczowe dni i za… święta patriotyczne :D Uwielbiam patriotyczne piosenki ^-^;

  2. Jeej. To było takie piękne. Wzruszyłam się normalnie. Ciekawe co będzie, jak przyjdzie mi czytać ostatni rozdział.
    Z jednej strony mamy Joe’go, który jest zdrowy, ale jednocześnie pragnie śmierci, nawet jeśli miałby się zabić, a z drugiej Kai’a, chorego, rozpaczliwie pragnącego żyć. Joe porzucił swoje marzenia, a Kai nie może spełnić swoich, bo dopadła go choroba. O ile los Kai’a jest przesądzony i czeka go nieunikniona śmierć (powiedzmy sobie szczerze- aż takich cudów nie ma), o tyle Joe może znowu zechcieć żyć. Nie oszukujmy się, życie jest tylko jedno i tylko raz możemy je przeżyć.
    Rob mnie wkurza. I chyba już wiem, co czułaś, jak czytałaś o Philipie. Jednak na tym etapie nie wiem, kto jest gorszy. Trudno mi nawet ich porównać.
    Szkoda mi Kai’a. Jest taki młody, a już mu przychodzi umierać.
    Ten czarny humor, który wprowadziłaś, sprawia, że nie wiem, czy się śmiać, czy płakać.
    Powiem to jeszcze raz: to było piękne.
    I nie mogę się doczekać następnego rozdziału.

    Teraz trochę literówek:
    „Nie chciał znowu słychać jęków i kaszlu tych wszystkich chorych staruszków.”- „słuchać”.
    „Joe speszył nie nieco i odetchnął, by się uspokoić.”- „się” zamiast „nie”.
    „Niektórzy dreptali powoli, jakby każdy krok sprawiał im ból, inni, jak pielęgniarze i siostry oddziałowe, z narzuconymi na ramiona kurtkami, pchnęli wózki z chorymi.”- a nie „pchali”?.
    „Ale okej… powiedzmy, że się przystąpię do tej twojej gry… „- nie jestem pewna, czy to „się” jest tutaj potrzebne.
    „- Będziesz tego żałował, Joe. – powiedział w końcu Rob i po chwili odwrócił się zamaszyście zastawiając bruneta samego.”- „zostawiając”.

    Pozdrawiam i życzę weny.

    PS: Dzięki za życzenia :)

    1. Cieszę się, że ten przerywnik miedzy seriami TWA okazał się na tyle dobry, by Cię wzruszyć, i że Ci się spodobał.
      Tak… Jak pisałam myśli Joe’go, dotyczące Roberta miałam wiele wątpliwości. Bo jednak mu naprawdę na nich zależało,a Rob, cóż Rob zachował się poniekąd jak Twój Phil. I wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że może zbyt lekko skreśliłam Philipa? Ale później, gdy roztargnienie spowodowane wcześniejszym pisaniem o Kaiu minęło, wróciła złość na Roberta za to, ze tak łatwo zdradzał Joe’go.
      Dzięki wielkie za literówki. jesteś wielka! c:
      Wzajemnie: weny i jeszcze raz: sto latek! :3

  3. Stworzyłaś przepiękną, choć niesamowicie smutną historię. Może piszę to trochę na wyrost bo to dopiero pierwsza część, ale jeśli w pozostałych zachowałaś ten sam klimat, to będzie pięknie i to niezależnie od zakończenia. Wiesz, popłakałam się… I trochę wróciły wspomnienia, złe wspomnienia mojej koleżanki, która zmarła na raka w wieku 15 lat ( w jej wypadku jednak od wykrycia choroby do śmierci minęły niecałe 2 miesiące), a także walki z chorobą mojego taty, na szczęście zwycięskiej… Wróciły smutne wspomnienia, jednak nie odmówię sobie przeczytania kolejnych części.
    Pozdrawiam***

    1. ‚Ćmy i Anioły’ napisałam już jakiś czas temu. Kilka miesięcy wstecz, bliska mi osoba zmarła na raka trzustki, nieco ponad rok po wykryciu, w święta Bożego Narodzenia i… no.
      Jak zaczynałam pisać, myślałam, ze opiszę wszytko tak, jak było dokładnie, chodzi mi o przebieg choroby i brudy z tym związane, ale chyba nie mogłam. Na pewno nie mogłam, bo jak to czytam teraz, to widzę jak bardzo wszytko ubarwiłam niekiedy i ile rzeczy pominęłam. Ale wydaje mi się, że tak jest lepiej.
      Kai niewiele ma wspólnego z tą osobą, bo to nie jest historia oparta na faktach, ale chyba w jakiś sposób nią odreagowałam. Może dlatego miejscami jest taka… lepsza, niż rzeczywistość?
      Cieszę się i gratuluję, że Twój tato pokonał chorobę. Domyślam się co musieliście wszyscy przejść i nawet jeżeli zabrzmi to banalnie, z całego serca Wam gratuluję i myślę, że masz bardzo silną i wspaniałą rodzinę. Trzymam za Was kciuki. <3

  4. Kaaaaai Y^Y
    Kiedyś miałam postać, która nazywała się Kai (był absolutnie inny z charakteru, ale to szczegół), więc kocham go jeszcze bardziej!
    Takie historie o nieuleczalnie chorych osobach zawsze tak bardzo mną wzruszają. Przy tym rozdziale udało mi się jeszcze powstrzymać łzy, ale nie wiem jak będzie dalej… Powinnaś sponsorować czytelnikom chusteczki higieniczne.
    Jak na razie ten chłopiec podbił moje serce i jest moim ulubieńcem *głasia Kaia po główce*

    „Gdy brunet przesunął wzrok na kostkę chłopaka, doszedł do wniosku, że bez trudu mógłby ją objąć palcami jednej ręki.”
    Właściwie, to mi się wydaje, że u większości ludzi tak się da, nawet jeśli mają taką normalną wagę, żadne wychudzenia. Na przykład ja mogę, a powinnam trochę schudnąć xD

    I tak btw… Pierwsza!

    1. O rany… jestem grubasem, ja swojej nie mogę. xD A tak serio, sprawdzałam nawet u braci ( a tak poważnie żadne z nas grubaski) i się nie da. xD Ale zapewne to jeszcze zależy od kości. xD Nic to.
      Chusteczki mówisz… xD Zapewne bym zbankrutowała. xD Sama pisząc, często pochlipuję, tak szczerze. C:
      Może w następnym rozdziale uronisz łezkę…?
      Fajnie cię znowu czytać. C:

      1. A no właściwie, to może całkiem sporo od kości zależeć, jakoś o tym nie pomyślałam… ^-^;
        Bardzo możliwe, że mi się zdarzy. Tak z zasady baardzo rzadko płaczę, ale teraz ten okres szarugi jesiennej, mała chandra mnie dopadła, więc więcej rzeczy na mnie działa. W czasie takiej wewnętrznej rozsypki wystarczy mi jakiś krótki, smutny komiks i nie mogę się opanować, eh ^-^; Ale to dopiero początek tego stanu, więc się jeszcze trzymam!
        Ja zamierzam tutaj zagościć przez dłuższy czas c: Naprawdę baaardzo podoba mi się twój warsztat językowy. Nieczęsto czytam opowiadania blogowe (tak właściwie, to tylko mojej siostry xD), bo żadne nie potrafi mnie zaciekawić. Ale tutaj jest inaczej i z chęcią zostanę stałą czytelniczką ^-^
        W ogóle superświetnie by było, gdybyś mogła powiadamiać mnie o nowych rozdziałach na gg, mój numer – 5386929.

        1. Jak miło mi to czytać! Super, ze zamierzasz się tu zadomowiać, ja jak najbardziej zapraszam i postaram się, by ostatni tom TWA był wart Twojego czasu.
          „mój warsztat językowy’~~~jak to dobrze zabrzmiało! ^///^
          Oooo… skoro nie czytasz blogowych opowiadań, to mogę zapytać jak trafiłaś na moje? : )
          Już wcześniej zauważyłam, że pod twoim nickiem kryje się opowiadanie i jak tylko uporam się z przeprowadzką, zabiorę się za pierwsze rozdziały. : )
          A informować, oczywiście będę! C:

          Tak, dlatego uwielbiam jesień, bo wzrusza i w ogóle jest taka nostalgiczna~~~*podaje paczkę chusteczek*

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s