Ćmy i Anioły 02 – To, co moglibyśmy mieć

(Piosenka do rozdziału to „Runaway” Three Doors Down, w tekście jest gwiazdka, ale możecie ją włączyć kiedy tylko chcecie).

Dni z nowym przyjacielem mijały Kaiowi naprawdę bardzo szybko.
Każda chwila, z której chciał wyciągnąć jak najwięcej, zdawała się mijać w zastraszającym tempie, jakby czas nagle przypomniał sobie o jego życiu.
Kiedy zostawał już sam, zdawało mu się, że zegar wiszący na ścianie, na który wcześniej prawie nigdy nie zwracał uwagi, śmieje się brzęczącym w uszach tykaniem. Jak kat, wisiał nad nim i przypominał mu o mijających sekundach.
Kai czuł coraz większy żal.
Naprawdę. Dlaczego on? Dlaczego teraz, kiedy poznał Joe’go?
Ale przecież Joe to Anioł, który miał go przygotować, przeprowadzić na tę drugą stronę. I gdyby nie ten rak, nie spotkaliby się nigdy. Może powinien być wdzięczny za chorobę? Chyba nie potrafił.
Nie potrafił już jeść, nie potrafił spać. Za bardzo się bał, że umrze. Wiedział, że większość chorych na raka trzustki umiera z głodu, bo odmawiają jedzenia ze względu na wymioty, ale nie mógł ostatnio nic przełknąć, szczególnie, gdy był sam. Gardło paraliżował mu strach, gdy Joe go opuszczał, a ręce drżały mu bardziej. Za każdym razem obawiał się, że minione spotkanie było ich ostatnim i że nawet się nie pożegnali tak porządnie.
Jeszcze bardziej bał się samotności, gdy w końcu po spędzonym w niej długim czasie, poznał smak towarzystwa. I to nie byle jakiego towarzystwa, a towarzystwa Joe’go, Anioła.
Uwielbiał z nim być.
Uwielbiał spacery, na które razem wychodzili, cierpliwe spojrzenie mężczyzny, którym go obdarzał, gdy musieli iść wolniej niż otaczający ich ludzie, bo on, Kai, nie miał siły. Często Joe brał go pod rękę i przenosił ciężar ciała chłopaka na siebie, niemal go unosząc nad chodnikiem.
Jak Anioł, prawdziwy Anioł, z którym chłopak mógł latać nad wszystkimi, niemal nie dotykając liści leżących pod ich stopami.
Jesienne słońce, sprawiało, że Joe wyglądał naprawdę zjawiskowo. Kai uwielbiał na niego patrzeć. Na zarumienioną od wiatru twarz, roześmiane, szczere oczy i ciemne włosy targane wiatrem. Wszystko to było jak sen. Cudowny, ostatni już sen.
Głośny śmiech mężczyzny towarzyszył mu cały czas. Po spotkaniach, gdy jeszcze nie przychodził strach, leżał w łóżku i z motylami w brzuchu analizował to, co się na nich zdarzyło – każdy gest, każde słowo mężczyzny. Patrzył na swoje kościste, szare dłonie i przesuwał palcami po miejscach, gdzie trąciła go ręka Joe’go. Zawsze widział je doskonale, jakby skóra w tych fragmentach na powrót stała się różowa i żywa.
To absurdalne, wiedział, ale kto mógłby mu zabronić tych fantazji? Czasami czuł się tak jakby był zakochany. Tylko czy to takie dziwne, że się zakochał? Kto mógłby oprzeć się urokowi Anioła? Jego głos był jak melodia, w którą Kai mógł wsłuchiwać się bez końca. Rozmawiali o wszystkim i o niczym, o przeszłości Kaia, o jego szkole, dawnych znajomych, dawnym życiu, marzeniach. O dziwo, chłopak zauważał, że wspomina to bez żadnego żalu, bez goryczy, której, jak podejrzewał, nabawił się przez ostatnie dwa lata.
Bo z Joe’m wszytko było takie inne.
Siadali w parku na ławce i śmiali się, dopisując historię mijającym ich ludziom albo podkładając im własne teksty, gdy widzieli jak rozmawiają. I to smakowało zupełnie inaczej, niż wcześniej, gdy robił to sam. Podobnie robili w bufecie, do którego chodzili bardzo często, raz wyobrażając sobie, że to wyszukana, droga restauracja, a raz, że to podmiejski pub pod motelem, w którym nocują kierowcy ciężarówek. Jagnięce, delikatne kotleciki stawały się wtedy ociekającymi tłuszczem burgerami, a rozgotowane brokuły, rosły do rangi drogiego kawioru. Jedli, śmiejąc się i rozmawiając o głupotach, które przychodziły im na myśl, bo o czym innym mogliby gadać? O chorobie? O śmierci?
Czasami im się to też zdarzało. A czasami nawet się sprzeczali, gdy Kai miał gorszy dzień i zero siły do wstania i ogarnięcia się. W takich chwilach błahe rzeczy wyrastały na wielkie problemy, jak na przykład niewinna propozycja pomocy Joe’go.
– Nie potrzebuję twojej litości – warczał wtedy Kai, odtrącając jego ręce i opadając na poduszki.
– A ja myślę, że potrzebujesz – słyszał i jeszcze bardziej zdenerwowany kazał mężczyźnie się wynosić. Joe wtedy śmiał mu się w twarz, żeby wstał i go wyrzucił, a potem brał jedną z książek leżących na stoliku i siadał na parapecie, pogrążając się w lekturze.
Po jakimś czasie leżenia pod kołdrą i tamowania łez, Kai odkrywał się i wbijał spojrzenie w mężczyznę. A Joe po kilku sekundach odrywał się od książki i zerkał na niego ciepłym, ciemnym spojrzeniem, po raz kolejny udowadniając mu, że nie ma do czynienia ze zwykłym człowiekiem, że to Anioł, który bez problemu czyta w jego myślach, bo Joe wtedy wstawał i uśmiechał się do niego, podchodził do łóżka, siadał na krzesełku i zaczynał czytać na głos.
A czasami Joe przychodził późno w nocy, po tym jak Kai powiedział mu o czających się za drzwiami dementorach i razem spacerowali w milczeniu po ciemnych, szpitalnych korytarzach. Nie rozmawiali wtedy dużo, by nie zbudzić pielęgniarek w dyżurce, po prostu przechadzali się jak cienie, pogrążeni we własnych myślach.
W niektóre takie noce, mężczyzna zabierał go na inne piętra, w naprawdę opuszczone korytarze, gdzie mieli pewność, że nikt ich nie znajdzie i łapał go za ręce, ciągając po śliskiej podłodze. Na skarpetach, jak na łyżwach, ślizgali się przez długi czas, wyobrażając sobie, że to wielkie lodowisko. Czasami nawet zabierali telefon Kaia, albo laptopa by włączyć muzykę albo robić sobie zdjęcia.
Później, gdy leżał już w łóżku, Kai drżącymi dłońmi otwierał galerię w telefonie i przeglądał je po kilka razy, powiększając i pomniejszając. Zawsze miał wrażenie, że od jego Anioła bije blask i otula też jego, sprawiając, że wygląda dużo lepiej niż w rzeczywistości. I Kaiowi nie przeszkadzały bolące od wpatrywania się w maleńki ekranik oczy. Często budził się z dłonią zaciśniętą na telefonie i oglądał je ponownie, nim w drzwiach stanęła pielęgniarka.
Lekarz, wiedząc o jego nowej znajomości, kazał mu tylko uważać i się oszczędzać. Ubierać się, by nie złapać przeziębienia, przez które musieliby odwołać zbliżającą się wielkimi krokami chemię. Sam chłopak tak bardzo jej nie chciał. Nie powinien tak myśleć, ale gdy ostatnio na wiadomość o postępie nowotworu i jego innych złych wynikach musieli ją zawiesić na półtora miesiąca i zmodyfikować, nawet mu ulżyło, bo mógł pożyć trochę bez ciągłych mdłości, a przynajmniej nie tych spowodowanych chemią. Poza tym Kai wiedział, czuł, że nie dożyje kolejnej porcji wyniszczającego go leku. Dlatego z takim utęsknieniem i niecierpliwością małego dziecka, oczekiwał Joe’go, który zdawał się być początkiem i końcem jego życia.
Kiedy przyszedł tego wieczoru, wyglądał naprawdę cudownie i promiennie. Ubrany w brązową koszulę, czarną kamizelkę i obcisłe spodnie prezentował się obłędnie.
– Gotowy? – zapytał, gładząc chłopaka po głowie.
Kai uśmiechnął się i podniósł się z łóżka.
Ubrał się już jakiś czas temu, by Joe nie musiał później na niego czekać. Był lekko przepocony i niewątpliwie mógłby się zaziębić, ale to zupełnie go nie obchodziło. Nie mógł już się doczekać, bo Joe od kilku dni opowiadał mu o tym enigmatycznym wieczorze.
– Gotowy – potwierdził, unosząc się powoli.
Czując zawroty głowy, podparł się drżącą ręką o poręcz łóżka. Joe ujął go natychmiast pod ramię.
– Może pójdę po chuchromobila? – zaproponował z cierpliwym uśmiechem, a Kai zaśmiał się pod nosem.
– Sugerujesz, że nie dam rady? – prychnął, wiedząc doskonale, że to prawda. – Dokąd w ogóle idziemy?
– To niespodzianka – usłyszał i osunął się z powrotem na materac.
Joe wrócił po kilku dłużących mu się minutach i kiedy Kai usiadł wygodnie na wózku, i został troskliwie przykryty kocem, wyjechali z sali.
Wrześniowa noc zapowiadała się naprawdę ciepło i pogodnie, a Kai z napięciem rozglądał się dookoła, nie mogąc doczekać się tego, co przygotował mu Joe.
Park pogrążony w świetle latarń otulał ich romantycznym półmrokiem, a chaotycznie latające u szczytu smukłych lamp ćmy przyciągały spojrzenie Kaia.
– Dokąd mnie zabierasz? – zapytał w końcu, gdy zjechali z chodnika, a Joe uparcie pchał go przez równo skoszoną trawę.
– Zaraz zobaczysz.
– Ale powiedz – poprosił, oglądając się za siebie. Mężczyzna jednak pokręcił uparcie głową i wbił wzrok w żywopłot, do którego się zbliżali.
Kiedy jakimś cudem udało im się przebrnąć przez gęściejsze krzaki, oczom Kaia ukazał się niesamowity widok.
– Co…? Co to jest…? – wydusił dopiero po kilku sekundach.
Joe pochylił się nad uchem chłopaka.
– Jak to co? – zapytał, przechodząc do przodu i ujmując go za rękę. – Randka – wytłumaczył mu z onieśmielającym uśmiechem.
Kai wstał powoli z wózka i jak zahipnotyzowany szedł za mężczyzną w stronę rozłożonego na trawie koca, wokół którego porozstawiane były płonące świece. Na kocu leżały poduszki, a obok nich kilka małych spodeczków, na których Kai dostrzegł wafle powycinane w serduszka.
Joe odszedł na chwilę od chłopaka i podniósł leżącą na jednej z poduszek czerwoną, długą różę.
– Proszę… to dla ciebie – wydusił, czując oblewające go gorąco.
Kai w niemym szoku wyciągnął rękę po kwiat i po chwili przytulił go do twarzy, zasłaniając tym samym swoje wzruszenie.
To był szalony pomysł. On na randce? I to jeszcze z facetem, z Joe’m, z Aniołem. Często myślał o tym, że nigdy nie był na takiej prawdziwej randce i to była jedna z rzeczy, których trochę żałował, ale… Teraz? Czuł się jakby tu, za tą ścianą z krzaków, był zupełnie inny świat.
Szybko obejrzał się za siebie i z ulgą nie dostrzegł za sobą murów szpitala.
– Nie podoba ci się? – zapytał Joe i podszedł bliżej.
Naprawdę sporo czasu poświęcił na przygotowania, bo chciał zrobić mu przyjemność, sprawić, by na dłuższą chwilę zapomniał o bólu i chorobie. Nie miał pojęcia, kiedy właściwie pomyślał o randce, ale to było jak grom z jasnego nieba. I w dziwny sposób pasowało do nich. Przecież byli razem, prawda? Nie mówili o tym głośno, on też dopiero wtedy to sobie uzmysłowił, ale przecież jego życie teraz zaczynało i kończyło się na Kaiu, na ich spotkaniach, rozmowach, żartach.
Przytulił lekko chłopaka i poczuł jak drży.
Kai zesztywniał. Mężczyzna wiele razy go przytulał, ale dzisiaj… dzisiaj odczuwał to zupełnie inaczej.
– Podoba ­– westchnął tylko i dał się pociągnąć na poduszki.
Kiedy ukląkł na jednej z nich, odkładając obok różę, Joe podał mu do ręki małą miseczkę z porcją czerwonej galaretki udekorowanej prażonym ryżem i serduszkiem z wafla.
– Zwariowałeś chyba – mruknął chłopak pod nosem i już po chwili usłyszał cichy śmiech.
– Chyba tak – potwierdził Joe i wychylił się, by włączyć stojący za nim magnetofon. – Jedz, bo się roztopi – zaśmiał się i podał chłopakowi długą łyżeczkę do lodów.
Kai nie wiedząc, gdzie podziać spojrzenie, wbił je w swoją miskę i zaczął powoli jeść.
– Mam nadzieję, że będzie ci smakowało – usłyszał i nie wytrzymał.
Roześmiał się głośno i spojrzał załzawionymi ze śmiechu oczyma na swojego Anioła. Coś wyciskało z niego łzy, ale na pewno nie był to żal czy smutek. Wiedział, że one nadejdą później, a teraz był tak szczęśliwy!
– Jesteś szalony – powtórzył, unosząc ku wargom koleją, pełną łyżeczkę. – Przepyszne – zaśmiał się, machając nią.
Joe za to wyciągnął z kieszeni telefon i szybko pstryknął mu zdjęcie.
– Eeejj! – zawołał zaraz Kai. – Nie rób…
– Nie ma mowy, chcę mieć z tobą zdjęcie z naszej pierwszej randki – odparł Joe i zaraz przysunął się do chłopaka obejmując go ramieniem i robiąc im wspólne zdjęcie. Kiedy zerknął później na wyświetlacz uśmiechnął się szeroko. – Wyszedłeś przepięknie – powiedział do Kaia, na co chłopak widocznie się speszył.
– Oooo… jedna z moich ulubionych – powiedział, by ukryć zmieszanie i zerknął na magnetofon, z którego leciały piosenki.
– Oczywiście – Joe schował telefon i zabrał się za swój deser. – Muzykę wybrałem pod ciebie, bo wiem, jaką masz obsesję na ich punkcie – wyjaśnił, szybko pochłaniając swoja galaretkę.
Kiedy skończył, Kai był mniej więcej w połowie, więc Joe patrząc jak chłopak je, ułożył się wygodnie na poduszkach i wbił w niego spojrzenie. Ten jadł powoli i z rozmysłem przeżuwał każdy kawałek.
– Ładnie wyglądasz w tym świetle – rzucił do niego Joe i sięgnął ponownie po telefon.
Kai uśmiechnął się w delikatny sposób.
– Zawstydzasz mnie ­– powiedział. – Poza tym wiem, jak wyglądam. – dodał ciszej.
– Jestem od tego, by cię zawstydzać.
– By się litować… raczej.
– Też. – Joe uśmiechnął się do niego ciepło i pokazał mu przed chwilą zrobione zdjęcie.
Sam Kai ledwie poznał siebie na zdjęciu. Ale czy mógł się jeszcze temu dziwić, po tych dwóch wspaniałych tygodniach? Nawet on musiał przyznać, że wyglądał lepiej, a wpatrzone w niego ciepłe spojrzenie jeszcze go w tym utwierdzało.
– Poza tym powinieneś do tego przywyknąć – usłyszał jeszcze i pomyślał, że to racja. Joe przecież często mówił mu komplementy, ale i one dzisiaj smakowały inaczej.
Skończył powoli galaretkę i odstawił miseczkę na bok. Spojrzał z góry na leżącego mężczyznę i poczuł rozlewające się w nim ciepło. To Joe wyglądał pięknie i to on powinien był słyszeć komplementy od niego. Mężczyzna, widząc jego wzrok, pociągnął go do siebie i już po chwili obaj leżeli na wznak, a przed ich oczyma rozciągało się wielkie granatowe niebo usiane złotymi kryształami,
– To prezent – zamruczał cicho Joe. – Wszystkie są dla ciebie – powiedział z bijącym mocno sercem.
Kai oniemiały wpatrywał się w tysiące gwiazd, które świeciły jaśniej lub mocniej, ale niezmiennie pięknie. Dawno tego nie robił. Właściwie nigdy tego nie robił. Żył tyle lat, ale nigdy nawet nie zatrzymał się, by spojrzeć w nocne niebo. Teraz żałował, bo widok zapierał mu dech w piersiach.
– Piękne – wydusił tylko z siebie i uśmiechnął lekko.
– Jutro… jutro zabiorę cię na wybrzeże, jeżeli będziesz miał czas – powiedział Joe.
– Myślę, że chyba trochę znajdę – zażartował chłopak, sądząc, że Joe jak zwykle zaczyna grać w ich grę.
– Ale naprawdę – powiedział mężczyzna, unosząc się i podpierając głowę na ramieniu. – Później zabiorę cię do galerii i zrobimy sobie zdjęcia w automacie, pójdziemy na zakupy… chcesz iść do księgarni?
– Joe… przecież… nie mogę opuścić szpitala – powiedział zaskoczony jego zaangażowaniem Kai. A on roześmiał się tylko.
– Bzdura. Nie jesteś więźniem – odparł szybko. – Poza tym znam świetny sposób, by przekonać pielęgniarkę by nas puściła.
– Jaki?
– Powiem coś, że niedługo umrzesz – zaczął lekkim tonem, – i chcę ci coś pokazać nim… nim to się stanie – dodał, przełykając ciężko ślinę i poważniejąc.
Kai uśmiechnął się lekko i odwrócił spojrzenie.
Co się z nim działo? Przecież wiedział to do cholery! Przecież nie raz już Joe podkreślał ten fakt, nie raz on sam używał tego argumentu, by wymóc coś na nim. Więc dlaczego teraz z oczu zaczęły mu lecieć łzy?
Od razu poczuł, jak mężczyzna otacza jego szyję ramieniem i przytula się lekko, chowając twarz w zgięciu jego szyi. Poczuł jego ciężki oddech i wilgoć na skórze.
– Cii – usłyszał drżący głos mężczyzny i zacisnął wargi.
Chwilę leżeli w milczeniu.
– Joe…? – zapytał w końcu. – Dlaczego…? Dlaczego zjawiłeś się dopiero teraz? – rzucił rozłzawionym głosem. – Tak bardzo nie chcę umierać… Nie teraz – dodał, przełykając łzy. Mężczyzna jednak nie odpowiedział, a przygarnął go mocniej i zacisnął zęby. – W końcu poczułem, że żyję, wiesz… dzięki tobie… Nie chcę, żeby to się skończyło – mówił cicho Kai. – Co ze mną się stanie? Powiedz… Proszę. Tak bardzo się boję – zapłakał i zawiesił głos, czekając na odpowiedź.
Joe myślał długo nad odpowiedzią, ale jak mógł go, do cholery, pocieszyć? Jak mógł pocieszyć siebie?
– Zaśniesz – wydusił z siebie, – a gdy się obudzisz, ja będę czekał – zapewnił. – Zawsze będę czekał, gdziekolwiek będziesz – dodał i poczuł, jak ciało chłopaka silniej dygocze.
Kai pociągnął nosem.
– Gdzie…? Gdzie będziemy? – zapytał.
– A gdzie byś chciał? Zabiorę cię wszędzie…
Kai odetchnął głęboko.
– Raz śniło mi się… śniła się taka wielka łąka… i szliśmy nią, trzymając się za ręce – powiedział ściszonym głosem.
– To zabiorę cię na tę łąkę – usłyszał przy sobie i z zaskoczeniem zdał sobie sprawę, że ich dłonie są splecione w delikatnym uścisku.
– A co, gdybym chciał zostać tutaj? – zapytał z nadzieją. Przecież Joe mógł zrobić wszystko, był Aniołem.
– Tutaj nie możemy zostać. Wiesz o tym… Musimy odejść – wydusił mężczyzna, pogrążając się w myślach i wspomnieniach ostatnich dni.
– Dlaczego? – zapytał Kai. – Spraw, żebyśmy mogli zostać – poprosił naiwnie.
Joe zamilkł. Nie miał pojęcia, kogo widzi w nim chory chłopak, ale on był naprawdę słaby. Czuł, że jeszcze chwila i rozpłacze się jak mały dzieciak. Wciągnął głęboko zapach Kaia, by uspokoić myśli wirujące w głowie.
– Masz rację… nie możemy zostać – Kai roześmiał się gorzko. – Ale będziesz ze mną później – dodał spokojniej i zamglonym spojrzeniem wpatrywał się w niebo przed sobą. – Jak tam jest? – zapytał po chwili. – Ciepło? Chciałbym, żeby było ciepło. Wiesz, naprawdę uwielbiam słońce… chociaż mogłyby też zapadać noce. Moglibyśmy wtedy wpatrywać się w gwiazdy. Tak jak dzisiaj. Może to i lepiej, że… uciekniemy. Myślisz, że tam będzie istniała tylko nasza łąka? Tylko nasz świat? – zapytał. – Tylko my tam będziemy…? Tak chyba byłoby najlepiej. Nikt by nam nie przeszkadzał i moglibyśmy spędzać każdy dzień tak jak chce-my – dodał, czując ciepło bijące od leżącego przy nim mężczyzny. – Ciekawe czy będzie tam muzyka? ­– zapytał, słysząc swój ulubiony kawałek zespołu. – Albo chociaż ta piosenka – dodał i poczuł jak Joe odrywa się od niego i unosi.

*“Do you ever think about running away?
’cause I was thinkin’ about leavin’ today.”

Joe wyciągnął do niego rękę i gdy chłopak wstał, trwali tak przez chwilę, wpatrując się w swoje wilgotne oczy i trzymając się za drżące dłonie. Lśniące oczy Kaia pochłaniały go jak zwykle swoją głębią, a on mógł się tylko temu poddawać.
Zbliżył się do niego i ujmując pewniej jego prawą dłoń, drugą położył na plecach. Bez słowa zaczął się z nim kołysać w rytm muzyki. To miał być ich wieczór, ich randka, pozostawiająca za sobą same ciepłe wspomnienia, a nie łzy.

“We’ll follow forever where our hearts wanna go.
Maybe we’ll live somewhere where nobody knows our names?
Then things might change for the good.

I wanna be somewhere so far away.
To lie under the night at the end of another good day.
I can’t tell you how long we’ll be gone,
But as long as we’re together then forever’s never too long.
Too long, oh no…”

Kai uśmiechnął się delikatnie, gdy zaraz musieli znacznie zwolnić, bo pomimo tego, że piosenka nie należała do szybkich, on nie miał siły wirować w takim tempie. Mężczyzna roześmiał się głośno, okręcając po raz kolejny chłopakiem i patrząc na niego uważnie.
Po chwili Kai, położył głowę na ramieniu Joe’go, by uspokoić oddech i usłyszał jak śpiewa cicho po nosem.

“Do you ever think about not comin’ back?
Hoppin’ on a train and we’ll burn up the tracks?
We’ll jump off somewhere that we don’t know how to say.
Maybe hitch a ride from someone who can tell us the way,
To where these things might change for the good?”

Chłopak przymknął oczy. Naprawdę chciał, by ten wieczór trwał w nieskończoność. Albo by mogli uciec i nie przejmować się już niczym. Żeby zdarzył się cud, a oni mogli kiedyś wspominać ten czas jak dawny sen. Żeby on, Kai, wyzdrowiał i żeby Joe znalazł jeszcze trochę siły, by podnieść się z depresji, w której żył. By mogli spróbować jeszcze raz.
Nagle odsunął się od ramienia mężczyzny i spojrzał na niego z podziwem. Był taki piękny, naprawdę.
Przed chorobą nigdy nie myślał o tym, że mógłby być gejem. Teraz też w sumie tak nie myślał, tylko Joe działał na niego w ten dziwny sposób. Tylko przy nim czuł się, jakby był zakochany i szczęśliwy.
Piosenka w tle kończyła się powoli, a oni wpatrywali się w siebie.
Kai chciał poprosić, by Joe spróbował jeszcze raz. By porozmawiał ze swoim byłym chłopakiem i cieszył się życiem po jego, Kaia, śmierci. W końcu chyba powinien był coś takiego powiedzieć? Tak chyba się mówi.
Ale co mógł poradzić na to, że nie chciał, by Joe był jeszcze z kimś innym? By na kogoś innego tak patrzył i by z kimś innym tańczył na kolejnej pierwszej randce? Chciałby spotkać go, gdy odejdzie, a Joe wydawał się jakby już podjął decyzję o samobójstwie. Nigdy później nie rozmawiali o tym, a sam Kai obiecał mu przecież, że nie będzie się wtrącał ani go pouczał.
Joe spojrzał nieodgadnionym wzrokiem na chłopaka i pochylił się bardziej nad nim.
– Kocham cię – szepnął, czując jak jego ciało przebiega dreszcz.
Chłopiec spojrzał na niego zaskoczony. To było kłamstwo? Tak samo jak ta randka? Litość? Często śmiali się, że mężczyzna się nad nim lituje ale… czy byłby zdolny do czegoś takiego tylko ze względu na jego chorobę? Ale nawet jeżeli, to było to tak jak spełnienie jego marzeń.
– Chciałbym, żebyś był ze mną już na zawsze – dodał Joe. – Zgodzisz się?
Kai w niemym zachwycie wpatrywał się w Anioła. Nie śmiał zapytać, czy to tylko kontynuacja ich gry, zresztą w ogóle nie miał odwagi nic powiedzieć. Wpatrywał się tylko w twarz Joe’go, która zbliżyła się powoli i już po chwili ich usta się zetknęły.
Zadrżał i wstrzymał oddech. Poczuł jak ręka Joe’go wsuwa się mu na szyję, a jego usta ponownie muskają jego w lekkim pocałunku. Ich wargi wymieniały ze sobą delikatne pieszczoty, a mężczyzna przyciskał go do siebie lekko. Polizał go powoli po ustach i wsunął delikatnie język do ich wnętrza. Zaczął całować go powoli, lecz stanowczo, a chłopak poczuł nagłe zawroty głowy i aż ugięły się pod nim kolana. Westchnął ciężko, czując, jak przytrzymują go silne ramiona Anioła i przymknął oczy, oddając nieco nieumiejętnie pocałunek. Całe jego ciało drżało, a wszystko wokół przestało się liczyć. Chyba nigdy nie wyobrażał sobie lepszej pierwszej randki i pierwszego pocałunku. W jego wyobrażeniach oczywiście to on dominował i całował jakąś smukłą dziewczynę, ale to z Joe’m było tysiąc razy lepsze od jego fantazji.
Po kilku chwilach Joe odsunął się od pocałunku i spojrzał na chłopaka z rozbrajającym uśmiechem.
– Zgadzasz się? – zapytał.
Zamroczony wrażeniami Kai, dopiero po chwili przypominał sobie, o co pyta mężczyzna i z zaangażowaniem pokiwał głową.
– Tak… tak – odparł schrypniętym głosem i zrobiło mu się aż goręcej na widok jego szerokiego uśmiechu. Joe przygarnął go do siebie ponownie i zaczął tańczyć do kolejnej piosenki lecącej z płyty.

Kiedy po kilku godzinach wrócili po cichu do szpitala, Kai czuł się cudownie i lekko. Nie bolało go nic, a szczęście działało na niego jak porządna dawka morfiny. Cały wieczór był jak jej worek przypięty do ramienia.
Joe zaczął go powoli rozbierać z ubrań i każde odkładał na stojące obok krzesło. Cały czas uśmiechał się przy tym jak wariat i co chwila muskał ustami skórę Kaia. Jego nastrój udzielał się i chłopakowi, który także uśmiechał się do siebie i do niego.
– Może mógłbym spać dzisiaj tutaj? – zapytał Joe, gdy chłopak został już w samej szpitalnej piżamie.
– Ale… ale – zaczął chłopak, czując, jak serce zaczyna mu przyśpieszać. – Nie wiem… a chcesz? – zapytał podekscytowany.
– Gdybym nie chciał, nie pytałbym – usłyszał i zaraz poczuł, jak mężczyzna popycha go delikatnie na miejsce obok.
Położył się po jednej stronie wąskiego materaca, by zrobić miejsce dla Joe’go, który zdjąwszy kamizelkę, wsunął się pod kołdrę.
– Mam nadzieję, że podobała ci się randka? – zapytał, obejmując chłopaka w pasie.
– Była cudowna – westchnął tylko Kai i uśmiechnął się rozluźniony.
Joe pochylił się w kierunku jego ust i pocałował, powoli masując jego ciało przez materiał koszuli.
Chłopak zachichotał, gdy poczuł ciepłe wargi na swojej szyi i przy uchu. Skulił się, czując łaskotanie.
– Przestań – zaśmiał się, chociaż chciał, by te usta nigdy się od niego nie odsunęły.
– To nieprzyjemne? – zamruczał Joe.
– Przyjemne, ale – zająknął się i zawstydził. Nie wiedział, na co liczył Joe, ale sam po raz pierwszy pomyślał o seksie z nim. Wiedział, że to trochę absurdalne, ale po tej dłuższej przerwie od chemii jego ciało ponownie zaczęło reagować na zewnętrzne bodźce, a raz nawet obudził się z porannym wzwodem, co było bardzo krępujące, gdy zjawiła się pielęgniarka.
– To boli? – zapytał Joe. – Jeżeli tak, to przestanę – powiedział, odrywając się od szyi chłopaka i patrząc na niego zmartwionym spojrzeniem.
– Nie, nie boli – zaśmiał się Kai i położył dłoń na jego policzku. Oblizał wargi i wychylił się, by go pocałować. Jego pełne usta były miękkie i przyjemne w dotyku, i już po chwili zaczęły bawić się jego wargami.
– Jesteś taki piękny – westchnął Joe pomiędzy pocałunkami, wsuwając rękę pod koszulę chłopaka.
Czasami miął wrażenie, że jest chory, gdy czuł jak bardzo podnieca go Kai, jak chore, zniszczone ciało na niego działa. Ale ostatnio zauważył, że naprawdę tak się dzieje, zrozumiał, że przestał widzieć w nim odpychającego pacjenta onkologii. Teraz widział go dużo bardziej. Jego delikatne gesty, wielkie jak kryształy oczy i całą kruchość, z jaką nieodłącznie mu się kojarzył, to wszystko było takie piękne. Nigdy nie myślał, że przytrafi mu się coś takiego. Zaczynając pracę w szpitalu, nawet nie przypuszczał, że poczuje coś innego niż smród detergentów i starych ludzi. Jak patrzył na to z perspektywy czasu, przekonywał się, jaki był głupi.
Czuł pod palcami cienką skórę Kaia i pogładził go po żebrach. Usta zsunął na rozpięcie koszuli i pocałował go po obojczyku, z ulgą dostrzegając, jak mięśnie chłopaka napinają się lekko, a on sam przymyka oczy i oddycha głęboko.
– Powiedz, kiedy przestać – dodał jeszcze, nim zaczął rozpinać mu koszulę. Nie był naiwny, nie liczył na gorący seks, w końcu Kai był poważnie chory i przyjmował masę leków, które na pewno musiały mieć jakieś skutki uboczne. Ale naprawdę chciał go trochę podtykać, pocałować, pobyć bliżej, dopóki jeszcze obaj są.
Uniósł się nieco i rozchylił koszulę na boki, a jego wzrok padł na zapadniętą klatkę piersiową chłopaka i jego lekko wzdęty brzuch, oznaczony pooperacyjną, niewielką blizną.
Kai niepewnie spojrzał na twarz mężczyzny, próbując znaleźć na niej oznaki niesmaku czy obrzydzenia, ale jedyne, co zobaczył to rozpalone spojrzenie Joe’go i aż przełknął ciężej ślinę, gdy mężczyzna sam zrzucił z siebie ubranie. Jego szczupły, ale ładnie wyrzeźbiony tors sprawił na nim piorunujące wrażenie.
Kiedy pochylił się nad nim, Kai wyciągnął drżącą rękę i przesunął nią po ciepłym ciele mężczyzny, zahaczając palcem o zwisający na jego pierś rzemyk, na którym wisiał drewniany krzyżyk.
Czy Joe wierzył w Boga? W niebo, piekło i czyściec, do którego powinni trafić za to, co teraz robią? Ale czy to grzech? Tylko się całują, tylko są ze sobą, dopóki jeszcze mogą, dopóki żyją, pomyślał i zadrżał. Przecież jeżeli Joe się zabije, już nigdy nie będą razem, bo trafi do piekła. Ale jaką miał pewność, gdzie trafi sam? Może też do piekła, pomyślał z nadzieją. Ale skoro piekło ma być wiecznym cierpieniem, nie spotkają się w nim na pewno. A może spotkają, ale nie będą mogli się już przytulić ani dotknąć, a będą patrzeć wzajemnie jak ich ciała powoli płoną? Wsłuchiwać się w swoje bolesne jęki i krzyki rozpaczy? To byłoby piekłem, prawdziwym. Ale Joe był przecież Aniołem i Kai nie chciał się od niego odsuwać. Jego ręce były takie przyjemne, rozgrzewały jego ciało ciepłym dotykiem. Sam chyba wolał nie wierzyć, poza tym jego rodzina nigdy nie była specjalnie religijna, chociaż gdy zachorował, mama zaczęła często się modlić. A może dlatego czasami było mu tak ciężko? Bo nie miał wiary, która jasno określałaby, co z nim się stanie po śmierci?
– O czym myślisz? – zapytał Joe, widząc roztargnienie chłopaka.
– Wierzysz w Boga? – usłyszał i spojrzał zaskoczony w twarz Kaia.
Uśmiechnął się lekko i pogładził go po policzku.
– Nie – odparł krótko i pocałował go ponownie w usta.
– Nie boisz się, że… pójdziesz do piekła, gdy się zabijesz?
Joe westchnął i oblizał usta powoli.
– Nie pójdę do piekła, bo będę na naszej łące, pamiętasz? To tam będziemy – dodał pewnym głosem.
Kai zastanowił się chwilę, lecz zaraz uległ jego pewności siebie. Przecież to właśnie się stanie, pomyślał i zarzucił ręce na szyję mężczyzny. Przecież obaj na to zasłużyli.
– Pamiętam – uśmiechnął się delikatnie.
Joe ponownie pochylił się do jego ust i zaczął całować je powoli. Po szyi zsunął się na tors chłopaka i znaczył go lekkimi pocałunkami, na zmianę z liźnięciami gorącego języka. Ręce wsunął pod plecy Kaia i uciskał je lekko.
Chłopak zadrżał pod dotykiem jego ust i z napięciem śledził ich wędrówkę. Westchnął głośniej, gdy poczuł język otaczający jego sutek i zacisnął aż dłonie na włosach Anioła. Z każdym pocałunkiem i gorącym oddechem na swojej skórze podniecał się coraz bardziej, a jego ciało całe mrowiło i rozpalało się. Kiedy poczuł język Joe’go na brzuchu, przy gumce od spodni, aż zerknął zaskoczony w dół i otworzył usta, z których wydobył się cichy jęk.
Od mężczyzny biło coraz większe gorąco, a jego ciało wyglądało tak wspaniale w pogrążonej w mroku sali.
– Powiedz to jeszcze raz – zamruczał Kai. – Że mnie kochasz…
Joe, zsuwając ręce na biodra chłopaka i masując nimi jego uda, uniósł ciemne spojrzenie do góry.
– Kocham cię – westchnął i wychylił się do jego ust.
Chłopak ponownie przesunął rękoma po jego klatce piersiowej. Podniecenie zawładnęło nim bez reszty i ledwie mógł skonstruować w głowie jakąkolwiek myśl.
– Wiesz… ja nigdy… z nikim – szepnął, odsuwając twarz na odległość kilku centymetrów od twarzy Joe’go i spojrzał mu szczerze w oczy.
Sam Joe odetchnął płycej. Wielkie, błyszczące oczy pochłaniały go z każdą sekundą, a rozbudzone ciało zaczynało żyć własnymi prawami. Biodra same lgnęły do zaciśniętych ud, a silne ręce szybko znalazły drogę, by je rozewrzeć i założyć jedną z nóg Kaia na własne biodro, by mogli być jeszcze bliżej.
– Wiem – szepnął, opierając czoło o czoło chłopaka i wtulając się w niego jednym, płynnym ruchem. Chciał pozbyć się sprzed oczu wyobrażenia jak kochają się na tym łóżku. Z jednej strony to tak bardzo go podniecało, a z drugiej czuł, że to jest niewłaściwe, bo przecież Kai był chory i często ledwie wstawał z łóżka. Nie mogli chyba od tak tego zrobić, to było dziwne, a on zaczął czuć się jak zwierzę z tym swoim wzwodem.
– Zawsze zastanawiałem się, jak to jest. Opowiesz mi? – zapytał szeptem.
Joe przełknął ślinę i zastanowił się chwilę, studiując twarz chłopaka.
– To tak – zaczął, – tak jakbyś z każdym ruchem odpływał… Jakby twoje ciało przechodził prąd… Nie wiem… Jakbyś przestawał być na chwilę sobą.
Kai spojrzał na niego zaintrygowany.
– Mmm… to chyba przyjemne – wyznał, przesuwając dłońmi po ciele mężczyzny. – Ale nie wiem, czy po tych lekach, po tej chemii…
Joe pocałował go czule i podpierając się jedną ręką, by za bardzo nie obciążać chłopaka, drugą zaczął przesuwać po jego boku. Zafalował lekko biodrami, ocierając się twardniejącym penisem o krocze Kaia.
– Co czujesz? – zapytał cicho i sam odetchnął ciężej.
Kai nie odpowiedział, tylko skrył pod powiekami zawstydzone spojrzenie, a Joe, biorąc to za dobrą monetę, powtórzył ruch kilkakrotnie, starając się być jak zwykle delikatnym. Usta wcisnął w szyję chłopaka i zaczął go namiętnie po niej całować. Sam był już bardzo podniecony i zsunął rękę, by pomasować nią penisa Kaia.
Nastolatek przymknął oczy, starając się wczuć w nastrój i przyjemne doznania, jakie niewątpliwie czuł. Zawstydzony dotykiem w intymnym miejscu, odetchnął drżąco. Było mu bardzo ciepło i dobrze, czuł przyjemność, gdy Joe się o niego ocierał i go dotykał, ale po chwili uświadomił sobie, że nie jest ona aż taka, by mogli dzisiaj zrobić coś więcej. W niektórych momentach czuł lekkie mrowienie w podbrzuszu i słyszał, jak krew szybciej dudni mu w uszach. Zdawał sobie sprawę z tego, że lekko zesztywniał w spodniach, zwłaszcza od tych posuwistych ruchów bioder. Czuł też i widział doskonale, co działo się z ciałem jego Anioła. Jak drżą jego plecy, jak usta coraz zachłanniej zaciska-ją się na jego sutkach, a penis, coraz sztywniejszy, ociera się o niego mocnej. Po kilku minutach spojrzał na niego lekko zażenowany swoją niedyspozycją.
– Ja chyba nie… nie dam dzisiaj rady – wyznał po chwili bardzo skrępowany.
Joe oderwał usta od jego skóry i uniósł się, skupiając rozbiegany wzrok na jego twarzy. Odetchnął głęboko i uśmiechnął się tym rozbrajającym uśmiechem.
– Nie szkodzi – powiedział cicho i oblizał wargi, po czym muskając ustami po raz ostatni jego pierś, ułożył się obok i pocałował go w rozgrzany policzek. – Nie szkodzi… – westchnął, przymykając oczy i oddychając głęboko, by ochłonąć.
Kai położył rękę na jego ramieniu i ułożył się na boku, by spojrzeć na jego przystojną twarz.
– To było bardzo przyjemne, ale – wyznał, – nie wiem… Nie zareagowałem tak jakbym chciał – wytłumaczył mu, walcząc z zawstydzeniem. – Nie jesteś zły?
Joe otworzył oczy i uśmiechnął się lekko.
– Kai… nie jestem zły. Jestem szczęśliwy – powiedział zgodnie z prawdą.
W końcu jeżeli ktoś miałby być zły, to Kai za jego zachowanie. Zresztą Joe naprawdę nie liczył na nic więcej niż kilka chwil pieszczot.
Chłopak wychylił się, by pocałować mężczyznę i przesunął ręką po jego silnym ramieniu.
– Masz wspaniałe ciało – powiedział. – Może, gdybym nie zachorował, też bym takie miał? – rzucił, zsuwając rękę niżej i podążając za nią wzrokiem.
Przełknął ciężej ślinę na widok wybrzuszenia w spodniach mężczyzny i po chwili zastanowienia, zsunął palce na pasek jego spodni. Nigdy nie widział innego mężczyzny ze wzwodem tak na żywo i nagle zechciał zobaczyć całego Joe’go, całe to idealne ciało.
Ten patrzył na jego zafrasowaną minę i oblizał spierzchnięte wargi. Jego brzuch napiął się bardziej, gdy Kai wsunął opuszki palców za pasek i wepchnął je głębiej, unosząc się nieco na posłaniu.
Chłopak zagryzł wargę, gdy pokonując kolejną granicę, jaką była bielizna, poczuł pod palcami plątaninę gęstych włosów. Uniósł szybko spojrzenie na oczy Joe’go, które wpatrywały się w niego w nieprzeniknionym wyrazie.
– Mogę…? Mogę cię zobaczyć? – zapytał, czując jak zaczyna mu drżeć ręka.
Joe odetchnął płytko i sięgnął do paska i rozporka. Gdy je odpiął, zsunął z siebie całe ubranie, nie przestając spoglądać w zaciekawioną twarz chłopaka.
Kai wpatrywał się jak urzeczony w twardego penisa, który zaraz po zsunięciu ubrań opadł na kołdrę, gdy Joe ułożył się przodem do niego.
– Możesz, co tylko zechcesz – powiedział schrypniętym głosem.
Chłopak przysunął dłoń do członka i po chwili zastanowienia przesunął po nim palcami, co wywołało serię dreszczy na ciele leżącego obok mężczyzny. Zachęcony tym Kai zaczął dotykać go coraz śmielej. Z wypiekami na twarzy bawił się, ściągając skórkę z penisa, ujmując między palce jądra czy przepuszczając między palami krótkie włoski. Po chwili takiej zabawy, przesunął kciuk na czubek penisa i poczuł na nim wilgoć, a zaraz potem do jego nozdrzy doleciał słodkawy zapach, który poczuł również wcześniej, gdy tylko Joe rozpiął spodnie. Po chwili ujął penisa mocniej w dłoń i zaczął go stymulować.
Joe oddychał gołębiej, nie spuszczając spojrzenia z twarzy Kaia, który wyglądał, jakby przeprowadzał mały eksperyment na jego ciele.
– Dobrze to robię? – zapytał chłopiec, unosząc na chwilę spojrzenie.
Brunet wypuścił głośno powietrze przez nos i pokiwał twierdząco głową.
– Pocałuj mnie – szepnął drżąco i wychylił się do ust chłopaka.
Kai pocałował go głęboko, nie przestając dotykać. Ciało przed nim było takie piękne. Napinało się czasami, a czasami drżało i to tylko od takiego dotyku. A może aż od takiego dotyku? Z żalem zauważył, że ręka zaczyna odmawiać mu posłuszeństwa. W jednej chwili poczuł na siebie złość. Chciał się kochać z Joe’m, a nawet nie miał siły, by go dotykać przez kilka minut. Przesunął wilgotną dłonią po napiętym udzie mężczyzny.
– Skończysz? – zapytał cicho i przytulił się do niego.
Joe objął go ramieniem.
– Nie… nie muszę – westchnął, chociaż czuł, że niewiele mu już brakowało.
– Skończ… Chcę to zobaczyć – usłyszał.
Nie mógł odmówić chłopakowi, chociaż jego podświadomość szeptała mu, że ta prośba jest dziwna i absurdalna. Sięgnął więc ręką do swojego penisa i zaczął się dotykać, nie przestając przytulać chłopaka. Kai, wsłuchany w jego coraz płytsze i bardziej chrapliwie oddechy, składał na jego ciele drobne pocałunki aż do chwili, gdy poczuł, jak targa nim silny spazm. Odsunął się trochę i nim zsunął wzrok na krocze Joe’go, zobaczył jak ten odchyla głowę i zaciska mocno oczy. Na palcach mężczyzny, wciąż zaciskających się na członku, dostrzegł małą ilość spermy, którą po chwili namysłu rozmazał na wierzchu jego dłoni. Gdy to zrobił, zbliżył własną rękę do twarzy i powąchał, by poczuć bardziej zapach mężczyzny.
– Kocham cię – usłyszał schrypnięty głos, gdy otarł palcami wargi, po których zaraz przesunął językiem.
Przez chwilę wpatrywał się w oczy Joe’go, które wydawały się być nieco senne.
– Też… cię kocham – wydusił z siebie i schował twarz w zgięciu szyi mężczyzny.
Joe pogłaskał go po głowie okrytej chustką i pocałował w skroń.
– Obiecuję, że będziemy już na zawsze razem – szepnął, czując wiotką dłoń gładzącą go po torsie.
– Wierzę ci – westchnął chłopak i zamknął oczy. – Zostaniesz jeszcze trochę? – zapytał, nie chcąc, by Joe odchodził. – Nie lubię, gdy cię nie ma – wyznał. – Boję się, że umrę i nie pożegnamy się nawet… Zanim zobaczymy się ponownie, chciałbym się z tobą pożegnać w tym życiu.
Mężczyzna pogładził go po szczupłym ramieniu.
– Powiedziałem dzisiaj rodzicom, że chciałbym mieć taki normalny pogrzeb, wiesz? Mama płakała i powiedziała, że zrobią, jak zechcę… Już mnie nie pocieszała, że wyzdrowieję… nikt już w to nie wierzy, nawet ona – powiedział cicho. – A ty? W co wierzysz?
Joe zadrżał, po raz kolejny Kai zadał mu pytanie, nad którym nigdy się nie zastanawiał.
– Przyjdziesz na pogrzeb?
– A chciałbyś, żebym przyszedł? – zapytał Joe.
Kai zastanowił się chwilę.
– Nie wiem… Chyba tak. Chyba powinieneś być.
– Więc będę – szepnął mężczyzna. – Zawsze będę obok – zapewnił chłopaka. – Zapnij się, nie chcę żebyś zmarzł – dodał i gdy Kai uniósł się, by zapiąć koszulę, sam wstał, podciągnął spodnie i ubrał koszulkę. Zaraz wrócił na swoje miejsce i przytulił ponownie chłopaka do siebie.
– Może wywołamy nasze zdjęcia? – zapytał po chwili Kai. – Fajnie byłoby zrobić z nich album.
– Pewnie. Pójdę jutro i to zrobię… A album możemy wybrać przez Internet, hm?
– Super… Wybierzemy go razem.
– Ale to jutro. Teraz już śpij. Wypocznij przed jutrem – postanowił Joe, przykrywając ich kołdrą.
– Dobranoc – usłyszał i w odpowiedzi pocałował Kaia.
Po chwili przymknął oczy, ale mimo zmęczenia długo nie mógł zasnąć.
„W końcu poczułem, że żyję, wiesz…? Dzięki tobie… Nie chcę żeby to się skończyło – zabrzmiało w jego głowie. – Dlaczego…? Dlaczego zjawiłeś się dopiero teraz?”
Właśnie, Kai, dlaczego?

Reklamy

5 thoughts on “Ćmy i Anioły 02 – To, co moglibyśmy mieć

  1. To było piękne. Przez ciebie prawie się popłakałam. Coś czuję, że na ostatniej części nie wyrobię i się najzwyczajniej w świecie rozryczę. Ta randka była taka romantyczna i w ogóle cały rozdział mnie rozczulił. „W końcu poczułem, że żyję, wiesz… dzięki tobie… Nie chcę żeby to się skończyło. – zabrzmiało w jego głowie – Dlaczego…? Dlaczego zjawiłeś się dopiero teraz?”- a ten cytat po prostu kocham. <3

    "Siadali w parku na ławce i śmiali się, dopisując historię mijających ich ludzi, albo podkładając im własne teksty, gdy widzieli jak rozmawiają."- nie powinno być "mijającym ich ludziom" albo "ludziom, którzy ich mijali"?
    "Kai nie wiedząc gdzie podziać spojrzenie, wbił je w swoją miskę i zaczął powoli jeść.(…)
    – Jesteś szalony. – powtórzył i zaczął powoli jeść. – Przepyszne. – zaśmiał się, machając łyżeczką."- jak raz zaczął jeść, to może zrobić to drugi raz?
    Gdzieś tam mi jeszcze mi mignęło "po za" zamiast "poza" i "gołębiej" zamiast "głębiej", ale nie mogę teraz znaleźć.

    Pozdrawiam, życzę weny, dostępu do stałego łącza i czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział.

    PS: Bardzo mi się podoba ta piosenka. Pierwszy raz ją słyszałam, ale od razu ją pokochałam :)

    1. Tak. Ten rozdział jest najbardziej upośledzonym rozdziałem, ze wszystkich jakie wrzuciłam. Po prostu stałam przed dylematem: wrzucić nie do końca zbetowany, czy nie wrzucić w ogóle. Wybrałam według mnie mniejsze zło i oto jest.
      Ale już sie biorę za edycję i powinno być okej. Dziękuję! C:

      A jak się popłaczesz jutro będzie mi szalenie miło. <3

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s