Ćmy i Anioły 03 – To, co mamy

(link do piosenki, gdyby ktoś z Was jeszcze miał  ochotę potowarzyszyć Joe’mu –> 3 Doors Down – Runaway)

Na starym moście łączącym zachodnią i wschodnią część miasta powietrze było spokojne i zimne.
Joe zatrząsł się, gdy silny podmuch zimnego wiatru przejął go do szpiku kości. Spokojnym wzrokiem obserwował wieżowce, które roztaczały się wokół niego. Tu, na szczycie, panowała przyjemna półcisza, przerywana odgłosami klaksonów i opon, jadących w oddali samochodów. Spojrzał w dół, gdzie rzeka, jak ulica, niosła na swoim grzbiecie dryfujące w płochym śnie kaczki. Nie było ich zbyt wiele, tylko kilka, które wyglądały jak małe, papierowe samochodziki.
Odgarnął z czoła przydługą, ciemną grzywkę i przesunął dłonią po zielonym albumie trzymanym na kolanach. Z każdą stroną, każdą fotografią w jego oczach stawały łzy.
Kiedy uniósł wzrok, napotkał drwiące światła latarni, które gasły powoli. Jak każdej nocy miasto zasypiało na krótką chwilę tylko po to, by niedługo z hukiem rozpocząć kolejny dzień. Jakby nic się nie stało, a przecież zaledwie kilka dni temu cały jego świat po prostu runął ot tak.
Wargi zaczęły mu drżeć, lecz pomimo świadomości, że jest sam, nie miał odwagi się rozpłakać.
– Pieprzenie – syknął i po chwili, tknięty impulsem odwrócił się za siebie.
„To nie było zbyt miłe…” – zabrzmiało w jego głowie, jednak gdy się odwrócił, nie stał przed nim młody chłopak opatulony szalikiem i kurtką. Tylko wiatr hulał, przewalając ulicą starą gazetę.
Joe poprawił wiszącą na jego ciele marynarkę i przymknął powieki. Tak bardzo chciał go zobaczyć. Jego wychudzoną sylwetkę, wielkie lśniące oczy i delikatne usta, białą chustkę na głowie, która podkreślała chorowity odcień skóry.
Ale przecież Kai nie wstanie z grobu. Nie podejdzie do niego i nie zaproponuje mu przyjaźni. Już nie.
Naprawdę myślał, że to będzie takie proste? Że pobędzie z nim trochę, a gdy chłopak umrze, on nic nie poczuje?
Wiedział doskonale, że to, co się między nimi narodziło przez te trzy tygodnie, było prawdziwe, że był przy nim szczęśliwy. Tak cholernie tęsknił. Czuł, że los znowu go oszukał, ale tym razem najohydniej i najpodlej. Czy Kai nie miał wyzdrowieć? W jakiś magiczny sposób od jego… od ich miłości? Rak miał się cofnąć, trzustka odrosnąć… cokolwiek! Życie było tak strasznie nie fair.
Joe sięgnął do stojącego obok niego pudełka, które po pogrzebie wręczyła mu matka chłopaka, a w którym Kai trzymał pamiątki z ich spotkań: zdjęcia, których nie umieścili w albumie, zasuszoną główkę róży, którą dał mu na ich pierwszej randce, nawet jedno z ryżowych serduszek, które Joe wycinał przez cały dzień. Jakiś bilecik przez niego napisany, by spotkali się w opuszczonych korytarzach szpitala, płytę z jego ulubioną piosenką „Runaway”, którą kupił na randkę, a później mu podarował i białą kopertę opisaną „Anioł Joe”, którą cholernie bał się otworzyć.
Dlaczego to się musiało tak skończyć? Ale przecież wiedział. Już dwa dni temu, kiedy do niego zaszedł, doskonale to czuł.

*

Gdy Joe skończył pracę i wrócił do swojej kanciapy, zdrzemnął się chwilę nim, tak jak zwykle wybrał się do Kaia.
Nawet nie zauważył, kiedy te spotkania stały się głównym punktem jego planu dnia. Kiedy naprawdę zakochał się w chłopaku, też nawet nie spostrzegł. To po prostu się stało, a on nie widział już jego szarozielonej skóry, podkrążonych oczu. Widział pełnego woli życia młodego chłopaka, dla którego mógłby zrobić wszystko. Przestała się dla niego liczyć rodzina, stracone marzenia czy zdrada Roberta. To było już za nim.
Wiedział, że Kai jest poważnie chory i to nie jest, i nawet nie powinno być zabawą, ale nie myślał o tym. Codziennie po skończonej pracy zachodził do niego, jakby szedł po prostu do kumpla… do chłopaka w odwiedziny. Nowotwór istniał, ale wydawało się, że obaj są z nim pogodzeni i go świadomi. Wiedzieli, że to ich wspólne życie nie będzie trwało wiecznie. Przecież wiedzieli.
Kai zachowywał się jak zwykle. Był pogodny, rozgadany i pełen pomysłów na każdy dzień. Czasami czuł się gorzej, jak każdy i wtedy leżeli razem w milczeniu i przytulali się. Tak jakby takie życie, jakie prowadzili w szpitalu, było naturalne i normalne. Bo dla nich rzeczywiście tak było. To szpital był domem, a wszystko z zewnątrz było obce i gościnne.
Szpitalny zapach był normą. Szpitalne jedzenie, widok pacjentów w szpitalnych piżamach, odgłos plastikowych klapek szurających po błyszczącej klepce, którą wyłożone były korytarze – to był ich świat.
Joe rzadko opuszczał szpital. Poznał lekarzy, a cały personel już chyba przywykł do tego, że zazwyczaj jest z Kaiem i zapewne tylko dlatego ordynator szpitala nie wyrzucił go jeszcze za koczowanie w kanciapie. Wszyscy litowali się nad chorym chłopakiem. A może raczej byli pełni współczucia, przewidywali najgorsze i nie chcieli go męczyć?
Ale oni żyli i tylko to się liczyło.
Kai zapoznał go ze swoją rodziną, która także wydawała się być spokojna i wyciszona jak wszystko wokół. Ale czy można się temu dziwić? Chłopak chorował już tak długo, że musieli przyjąć to za jakąś normę. Ile mogli płakać i żałować? A może po prostu wydawało im się, że powinni być w dobrym nastroju dla Kaia? Tak trudno czasami wbić się w skórę chorych lub ich rodzin i Joe nawet nie próbował ich zrozumieć. Żył swoimi gorącymi uczuciami.
Kai przedstawił im go jako swojego chłopaka i to wzbudziło w nich zaskoczenie, ale z czasem nawet zaczęło powodować żarty. I on ponownie nie wiedział, czy jest to udawana akceptacja tylko ze względu na stan syna? Ale to też ich w gruncie rzeczy nie obchodziło. Byli tylko oni. Dopóki jeszcze żyli.
Jednak serce biło mu inaczej niż zazwyczaj, gdy wtedy zbliżał się do sali numer osiemset pięćdziesiąt dziewięć, ale nie mógł jasno określić, dlaczego tak było. Po prostu waliło, tak jakby szedł na jakieś ważne spotkanie, od którego zależała jego przyszłość.
Ubrany w brązową marynarkę i obcisłe czarne spodnie, zaczął zalewać go zimny pot, a po plecach zaczęły przebiegać mu dreszcze. Kiedy tylko wysiadł z windy na piętrze onkologii, tknięty złym przeczuciem ruszył biegiem w kierunku sali, w której leżał Kai.
Zdyszany stanął w drzwiach, a jego oczom ukazał się ten sam co zazwyczaj widok – pielęgniarka poprawiająca rurki podłączone do chło-paka i worka wiszącego na stojaku, i sam Kai półleżący na łóżku.
– Joe – uśmiechnął się do niego delikatnie jak zawsze, a kobieta zwróciła się ku niemu.
– No, Kai, dzisiaj już bez żadnych wygłupów. Odpocznij – poleciła i ruszyła ku drzwiom. – Kai ma odpocząć – powiedziała do Joe’go.
Mężczyzna skinął tylko głową, nawet nie zwracając uwagi na nową, młodą pielęgniarkę i z ulgą wszedł do sali.
– Coś się stało? – zapytał i pochylił się, by pocałować Kaia na przywitanie.
Ten oddał nieśmiały pocałunek zeschniętymi wargami.
– Nie… – zamruczał, – tylko dzisiaj zasłabłem, gdy postanowiłem wyjść na spacer… Ale teraz czuję się już bardzo, bardzo dobrze.
Brunet pogłaskał go po głowie i uśmiechnął się, patrząc na niego rozkochanym wzrokiem.
– Więc chyba sobie odpuścimy wieczorną imprezę, mm? – zażartował, łapiąc chłopaka za rękę.
Każdy dzień z Kaiem był jak sen. Nie miał czasu myśleć o sobie, był zbyt zakochany w chłopaku, w odliczaniu minut do kolejnego spotkania. Nie zauważał już tego, że nastolatek z dnia na dzień marniał w oczach. Dla niego był najpiękniejszy i najlepszy.
– Chyba będziemy musieli – zaśmiał się słabo Kai. – Jak ładnie dzisiaj wyglądasz – zauważył, wywołując tym samym szerszy uśmiech na jego twarzy.
– Naprawdę ci się podoba?
– Pewnie – odparł. – Jesteś najprzystojniejszym facetem, jakiego miałem.
– Jestem jedynym facetem, jakiego miałeś – sprostował Joe mile połechtany komplementem.
W jednej chwili zapominał o obawach, jakie towarzyszyły mu, podczas drogi do sali. Przecież tyle jeszcze mieli planów, tyle rzeczy do zrobienia. I szpital, w którym się znajdowali, nie zdawał się ich ograniczać.
– Jedynym na całe życie – potwierdził Kai i powoli przesunął się na bok łóżka. – Połóż się obok, mmm? – zaproponował.
Joe, zdjąwszy marynarkę, wsunął się pod kołdrę i objął chłopaka w pasie.
– Lubię twój zapach – wyznał Kai i musnął jego usta suchym pocałunkiem.
Mężczyzna pogłębił powolną pieszczotę.
– Specjalnie dla ciebie się tak wystroiłem – zaśmiał się zbywczo, chociaż mówił całkiem szczerze.
Kai odetchnął chrapliwie i przymknął oczy. Przez krótką chwilę Joe’mu wydawało się, że przez jego twarz przebiegł grymas bólu, jednak nim zdążył o to zapytać, Kai otworzył zapadnięte oczy i uśmiechnął się lekko.
– Podasz mi, proszę, troszkę wody? – poprosił, a mężczyzna bezzwłocznie spełnił jego prośbę.
Kai zwilżył tylko usta i odsunął zaraz kubek, przymykając ponownie powieki.
– Wiadomo już, co z kolejną chemią? – zapytał Joe, gładząc go palcami po osłoniętym piżamą ramieniu.
Kai dopiero po chwili uchylił oczy i zamrugał w zastanowieniu.
– Słucham? – zapytał, oddychając ciężko przez usta.
– Pytałem, czy wiesz już, kiedy będzie następna chemia – powtórzył Joe z uśmiechem. – Chyba pora spać, mój drogi – zaśmiał się. – Chcesz, zostanę z tobą do rana.
Kai odwrócił spojrzenie i zmełł coś w ustach.
Byli ze sobą szczerzy, ale Kai nie mógł mu powiedzieć, że kilka dni po ich pierwszej randce okazało się, że bez sensu już było leczenie go chemią, bo przynosiło to więcej szkód niż pożytku, i że teraz właśnie, leczą go z powikłań po niej. Ale przecież obaj byli przygotowani na jego śmierć. A przynajmniej taki był plan.
– Dziękuję ci, że przyszedłeś – wyznał cicho. – I że nie bałeś się być ze mną – dodał, wracając mglistym spojrzeniem do ciemnych oczu mężczyzny.
– O czym ty mówisz…? Kai – zaśmiał się Joe nieco zdezorientowany. – Przecież wiesz, że cię kocham. Czego miałbym się bać?
– Mojej choroby – westchnął chłopak. – Tego jak wyglądam.
– Przecież wyglądasz… – zaczął Joe, jednak chłopak uciszył go lekkim ruchem ręki.
– I dziękuję, że obiecałeś mi…że będziemy później razem – przesunął ponownie po ustach suchym językiem. – To wiele dla mnie znaczy – dodał, czując jak wzrok ucieka mu gdzieś w głąb ciała. – I ja… ja naprawdę będę czekał.
Joe poczuł dławienie w gardle i łzy stające mu w oczach.
– Czemu to mówisz…? Kai…? – wydusił z siebie i ujął jego policzek w dłoń.
Skóra pod jego palcami była tłusta i woskowata, zupełnie inna niż zazwyczaj. Spojrzał głęboko w oczy chłopaka, które wpatrywały się w niego prawie nieprzytomnie.
– Kai…! – zawołał, unosząc się i czując ogarniający go strach.
– Podasz mi trochę wody…? – zapytał ponownie chory.
Joe, drżąc, sięgnął po kubek i przytknął go do ust chłopaka. Dopiero teraz doszło do niego, że ciało Kaia jest chłodniejsze niż zwykle, a usta i dłonie bardziej sine.
– Boże, Kai… zawołam lekarza – wydusił przez zaciśnięte, sparaliżowane przez strach i wzbierające łzy, gardło. Nie wiedział, co robić. Przecież niedawno była tu pielęgniarka, dlaczego nie wezwała doktora?!
– Spokojnie – powiedział cicho chłopak, mlaskając językiem i starając się skupić wzrok na mężczyźnie. – Spokojnie… Joe…
Miał szczęście, że zajmująca się nim dzisiaj pielęgniarka była nowa, zaraz po studiach, bardzo podniecona pierwszym dniem pracy. Zresztą, wszyscy już wiedzieli: lekarze, pielęgniarki. On sam prosił doktora, by wezwał Joe’go, jeżeli będzie już naprawdę źle, a on się nie zjawi.
– Zaczekaj… ja… nie przejmuj się – wetchnął.
Joe zadrżał i uniósł się bardziej na łóżku. Jak mógł wcześniej tego nie zauważyć? Kai odpływał, to było pewne. Strach, który ogarnął jego ciało, nie sugerował mu już nawet, że to zwykły spadek formy czy po prostu zasłabnięcie.
– Dobranoc, Joe – usłyszał, a z jego oczu pociekły łzy.
Szybko zerwał się z łóżka i wybiegł na korytarz.
– Lekarza…! – zawołał schrypniętym głosem. – Pomocy… błagam! – krzyknął, biegnąc w stronę znajdującej w końcu korytarza dyżurki.
Kiedy do niej wbiegł, znajdujący się w środku lekarz i pielęgniarka unieśli się.
– Co się dzieje? – zapytał siwiejący nieco mężczyzna, ruszając szybkim krokiem do pokoju Kaia.
– Ja nie wiem… on… Kai – wydusił z siebie Joe. – On umiera… niech pan coś zrobi… błagam…! – dodał, gdy wchodzili już do sali, na której leżał chłopak.
Kai leżał półprzytomnie na łóżku i obserwował wszytko spod półprzymkniętych powiek.
Lekarz, który podszedł do niego, zasłonił sobą cały obraz Joe’mu i ku jego zdziwieniu odsunął się po chwili i uśpił niektóre ze stojących obok maszyn.
Joe patrzył na wszystko z przerażaniem w oczach.
– Zadzwonię po twoją rodzinę. – Doktor pochylił się nad Kaiem i sięgnąwszy po kubek, zwilżył wodą usta chłopaka.
Kai pokręcił przecząco głową.
– Rano – wydusił ledwie słyszalnym szeptem.
Lekarz, zaciskając wargi, poklepał go po leżącej na kołdrze dłoni i pokiwał głową. Przez chwilę patrzył chłopakowi w oczy, po czym od-wrócił się ku stojącemu przy drzwiach młodemu mężczyźnie i mijając go, przesunął ręką po jego ramieniu.
Joe wypadł za nim z sali.
– Co pan robi…!? – zawołał, łapiąc go za fartuch. – Nich go pan ratuje! – dodał ze łzami w głosie. – Błagam, niech mu pan pomoże – jęknął, czepiając się jego fartucha. – Dlaczego…?
Lekarz odjął jego dłonie od siebie i spojrzał mu twardo w oczy.
– Kai umiera – powiedział. – Każdy oddech przynosi mu ból i nie powinien już więcej cierpieć – dodał. – Wróć do niego. Chciał, byś był przy nim, gdy będzie odchodził.
Joe zacisnął mocno powieki. Nie rozumiał, jak lekarz może tak po prostu odpuścić. Z drugiej strony przecież wiedział, że nie mogą na nim stosować uporczywej terapii, która przedłużałaby jego cierpienie, ale czy tak dużo chciał? Jeszcze tylko trochę, by móc się przygotować… Przecież wiedział…!
Wiedział, że już od kilku dni Kai cierpiał bardziej niż do tej pory. Jego ruchy były powolniejsze, bardziej rozważone, jakby zastanawiał się, na ile starczy mu sił i jak może je dobrze zagospodarować. Ale uśmiechał się słabo i delikatnie, jak zawsze, i Joe’mu to wystarczało, jakby łudził się, że wszechobecna w szpitalu śmierć zapomniała o nich. Jakby mieli jakieś kredyty do wykorzystania na kolejny i kolejny dzień, albo byli wybrańcami żyjącymi ponad czasem.
– Joe… – usłyszał łagodny głos doktora i pokiwał głową.
Szloch wstrząsał jego piersią i na chwilę mężczyzna dał upust gorącym łzom. Kiedy odetchnął głęboko i pociągnął nosem, wrócił do sali, ocierając policzki.
Nadal, wbrew logice, miał nadzieję, że to tylko kilkudniowy spadek formy. Chciał w to wierzyć.
Kai oddychał chrapliwie i niespokojnie przewracał głową, jakby czegoś szukał. Kiedy Joe przykląkł przy łóżku i ujął go za rękę, uspokoił się.
– Jestem… Jestem, Kai – szepnął i spojrzał ze łzami w mętne oczy chłopaka.
Kościste palce zacisnęły się lekko wokół jego dłoni, a on sam z trudem zwarł wargi, by się nie rozpłakać. Przecież nie taka była umowa. Mieli odejść w spokoju, w ciszy, akceptacji. I chociaż w środku jego serce wyło żałośnie, on pochylił się nad chłopakiem i uśmiechnął się przez łzy.
– Kocham cię, Kai – szepnął.
– T… T…te-ż – wyrzęził chłopak, a Joe musnął ustami jego suche wargi.
– Ciii… Nic nie mów… Ja wiem – powiedział ledwo słyszalnie i sięgnął po wodę, by mu ulżyć. – Zaczekaj na mnie… na naszej łące… będę już niedługo, przysięgam…
Po pewnym czasie nie wiedział, czy Kai go jeszcze słyszy. Czasami wyglądał, jakby go już nie było. Oddychał jakoś wolniej, a Joe na przemian liczył te oddechy lub szeptał mu gorące, piękne obietnice o wspólnym życiu. Własnymi dłońmi rozgrzewał coraz zimniejszą rękę i wpatrywał się w oczy, które z chwili na chwilę robiły się bledsze. Kiedy zniknęły pod powiekami, sam zacisnął mocno własne.
– Zawsze będę przy tobie – szepnął, nawilżając ponownie jego wargi. – Zawsze… Tak jak przysięgaliśmy, Kai. Jak ja przysięgałem…
Z czasem ruchy ust i mięśni Kaia stawały się coraz rzadsze. Rzadziej prosił mocniejszym zaciśnięciem palców o wodę, lecz Joe nie ustawał w obietnicach i sporadycznych pocałunkach składanych na dłoni lub policzkach chłopaka. Czuł bolesne dławienie w gardle i ucisk w piersi.
Obaj powoli zapadli w sen.

Kiedy się ocknął, zadrżał wsłuchany w przejmującą ciszę. Dopiero po chwili dotarło do niego, co się stało tej nocy. Czując napływające do oczu łzy, pochylił się nad chłopakiem.
– Kai…! – jęknął głucho. – Kai… Błagam…! – rozpłakał się cicho.
Przywarł ustami do sinych i zimnych warg chłopaka, i pocałował go czule, z całą swoją miłością, jakby ten jeden pocałunek miał obudzić Kaia.
Kiedy się od niego odsunął, wbił w niego pełne nadziei spojrzenie.
Ale nie drgnął ani jeden mięsień na zastygłej twarzy, a żadna z powiek nie uchyliła się nawet o milimetr. Może przez łzy nie był w stanie tego zobaczyć?
Szybko otarł rękawem oczy i ponownie, rozpaczliwie przywarł wargami do ust Kaia. I tym razem nic się nie stało. Jego pocałunki nie miały magicznej mocy. Kai umarł.
Po prostu zgasł.Na zawsze.
A Joe, pogrążony w rozpaczy, ponownie schował twarz w ramionach.
Po kilku minutach, gdy gardło zaczęło go boleć od szlochu, uniósł spojrzenie i pogłaskał chłopaka po policzku. Kai był taki piękny i nawet teraz wyglądał jakby spał. Często ukrywał pod maską spokoju, grymas bólu, ale teraz wyglądał tak jakby naprawdę poczuł ulgę. Może jest już na ich łące i ogrzewa twarz w słońcu?
Kiedy Joe uspokoił się i odetchnął drżąco, dostrzegł w końcu cień uśmiechu na ustach Kaia. Nie chciał roztrząsać czy to tylko jego urojenia, chciał myśleć, że Kai jest w końcu szczęśliwy i wolny od bólu.
I że czeka tam na niego.
Taki był plan.

Dokładnie nie wiedział, jak Kai wyobrażał sobie swoją ceremonię pogrzebową, a on sam nie miał zbyt wielkiego porównania, ale chyba była ładna. Poszedł na nią, tak jak obiecał i z zastygłą twarzą obserwował znikającą pod ziemią trumnę, ubranych w czerń ludzi, czerwone róże wrzucane do grobu.
Z letargu wyrwała go dopiero matka Kaia, która, chowając zapuchnięte oczy pod woalką, wręczyła mu niewielkie pudełko.
– Kai napisał list do ciebie dzień przed… śmiercią – wydusiła z siębie. – Jest w środku.
Joe przyjął paczuszkę bez słowa i przełknął ciężko ślinę. Ona na pewno wiedziała, jak teraz cierpi, ale sam czuł, że nie ma o czym z nią rozmawiać. Kiedy Kai umarł, nie pozostało już nic, co mogłoby ich łączyć.
– Joe… dziękuję – dodała jeszcze kobieta, ujmując go za rękę i ściskając ją lekko.
Mężczyzna popatrzył, jak ojciec i siostra chłopaka odprowadzają kobietę. Czuł się absurdalnie. Dlaczego oni dziękują mu za czas, który spędził z Kaiem? Teraz, kiedy o tym myślał, wiedział doskonale, że zrobił to dla siebie, że to on najwięcej zyskał na spotkaniach z Kaiem.
A po jego śmierci czuł się taki pusty, jakby wyrwano mu coś ze środka.

*

Mężczyzna pociągnął mocno nosem i otarł go w rękaw znoszonej, brązowej marynarki, którą ubrał na ceremonię. Podobał się w niej Kaiowi i dlatego ją założył na pogrzeb.
Siedząc na balustradzie mostu, zdał nagle sobie sprawę z tego, jak śmieszne było jego wcześniejsze życie. Jego jawny żal do Roba i ten skrywany do rodziców. Dopiero teraz, gdy stracił Kaia, poczuł, że jego życie naprawdę się skończyło.
Sięgnął dalej po stojący na barierce magnetofon i drżącymi rękoma wyciągnął płytę z pudełka, by włożyć ją do odtwarzacza. Po chwili otoczenie wypełniła ulubiona piosenka chłopaka, a on, nadal drżąc, sięgnął po list. Nim otworzył białą kopertę, przysunął ją do nosa i poczuł doskonale mu znany zapach szpitala. Zapach Kaia.
I strasznie bał się ją otworzyć.
Co jeżeli Kai poprosił go o to, by nadal żył? By był dzielny, by korzystał z życia, cieszył się nim?
Joe doskonale wiedział, że nie umiałby dalej tego ciągnąć.
A jeżeli chłopak napisał mu, że nie może się doczekać ich spotkania? Joe musiałby skoczyć, ale tego też się w gruncie rzeczy bał. Wiele razy obiecywał Kaiowi, że będą razem. Zapewniał, że się spotkają. Ale jaką miał pewność? Był twardy i stanowczy, bo chciał, żeby takim właśnie widział go chłopak. Chciał być dla niego podporą, uzależnić go od siebie, by poczuć się potrzebnym. Poczuć sens swojego życia.
Czyżby znowu się przecenił? Znowu miał zawalić?
Przymknął na chwilę oczy i odetchnął głęboko. Po kilku sekundach zacisnął zęby i zaczął czytać.

„Joe,
to już tak blisko. Wiem to.
Wiem też, że będziesz obok, gdy będę umierał. Zawsze przecież byłeś – pisał Kai. – Nie wiem tylko, czy będę miał siłę, by się pożegnać i Ci podziękować.
Dziękuję.
Za randki, za spotkania, za żarty. Za wszystko, co mi dałeś.
Dopóki Cię nie spotkałem, naprawdę nie wierzyłem już w nic. Dopiero przy Tobie… Tyle rzeczy chciałbym Ci jeszcze powiedzieć, tyle z Tobą zrobić i zobaczyć. Usłyszeć Twój głos i śmiech, i jestem pewien, że już za Tobą tęsknię, tak jak zwykle, gdy tylko szedłeś do pracy. A może bardziej?
Tak bardzo Cię kocham. I nigdy nie przestanę. Nawet jeżeli nie wiem, czy się jeszcze spotkamy, ja będę czekał. Zawsze nas, chorych, uważałem za szare ćmy, ale dzięki Tobie przez chwilę poczułem się jak motyl. Mógłbym życzyć innym chorym, by spotkali na swojej drodze takiego Anioła, jakim jesteś, ale chyba jestem egoistą.
Na pewno nim jestem.
Żegnaj, Joe.

Twój Kai”

Joe uśmiechnął się przez łzy.
Powinien być wdzięczny za to, że spotkał Kaia? Był, ale jego śmierć tak bardzo bolała. On też był egoistą. Przez chwilę, w ciągu tych ostatnich dni, poczuł żal do chłopaka. Że go zostawił, że odszedł. Nigdy wcześniej nie odczuł aż tulu emocji w tak krótkim czasie, że czuł się już niemal fizycznie wykończony. Przeczytał list jeszcze kilka razy. Chłopak nie dał mu żadnej wskazówki, co powinien teraz zrobić. Zabić się? Żyć? A może po prostu zatrzymać czas i zawisnąć w przestrzeni? Nie musieć podejmować decyzji, nie musieć żałować?
Siedząc samotnie, odetchnął głęboko i pociągnął nosem.
Gdy w końcu stanął na balustradzie wsłuchany w zapętloną piosenkę, wydawało mu się, że nie czuje już nic. Wiedział, że to niemożliwe, bo w końcu rozrywający jego pierś ból, nie mógł zniknąć ot, tak sobie. Słońce powoli wstawało, ale na niebie nadal widoczne były blade gwiazdy. Za parę chwil na moście miały pojawić się pierwsze samochody, pierwsi ludzie.
Co miał zrobić?
Chciał, byto ktoś inny podjął decyzję. Może Kai? Może wiatr, mógłby go zepchnąć? Sam się bał. To tylko mały krok, ale tak bardzo trudny. Widział, jak cierpiała rodzina Kaia po jego śmierci. I oni wiedzieli, że to nadejdzie. A jego rodzice? Jakikolwiek mógł do nich żywić żal, czuł, że nie może im tego zrobić. I naprawdę nie chciał.
Ale przecież obiecał Kaiowi.

Na starym moście łączącym zachodnią i wschodnią część miasta powietrze było spokojne i zimne. Joe zatrząsł się, gdy zimny ciąg przejął go do szpiku kości. Spokojnym wzrokiem obserwował wieżowce, które roztaczały się wokół niego.
Silny podmuch wiatru rozsypał leżące na balustradzie papiery i zdjęcia. Część wirowała przez chwilę w powietrzu i zniknęła z jego oczu. Joe odwrócił się w stronę jezdni i uniósł spojrzenie ku niebu, ku gwiazdom, które wtedy podarował chłopakowi, jakkolwiek to nie było banalne. Wolał widzieć je niż zbliżającą się taflę jeziora. Ale jaką miał pewność, że będzie widział cokolwiek?
Pamiętał, jak wtedy nałykał się tabletek, a umieranie stało się po prostu zasypianiem, ćmiącym bólem głowy i oblewającymi go gorącymi dreszczami. Pamiętał wystraszony głos Roba, gdy ten go znalazł i późniejsze wyrzuty pielęgniarki, która pełnym oburzenia głosem, krytykowała jego próbę samobójczą.
– Cholerny gówniarz, poszedłby na onkologię, to doceniłby wartość życia – mamrotała pod nosem.
Joe uśmiechnął się do siebie. W końcu trafił na ten oddział, tak jak mu życzyła. I przekonał się o wartości życia, ale chyba nie w ten sposób, w jaki powinien był. Bo ile to życie było warte?
Czekał tak przez kilka chwil na kolejny podmuch zimnego wiatru.
Kiedy w końcu uderzył w niego silną pięścią, nie słyszał już nic – ani pisku opon, ani krzyku wyskakującej z samochodu kobiety, ani piosenki lecącej z radia.

– Joe… – usłyszał w końcu delikatny głos przywołujący jego świadomość z oddali. – Joe…!

Reklamy

17 thoughts on “Ćmy i Anioły 03 – To, co mamy

  1. Nie wiem kiedy ostatni raz płakałam. Kilka lat temu po prostu „wyłączyłam” coś takiego jak ból psychiczny. Może to brzmi jak jakieś gówniane i iście „dorosłe” wnioski na temat siebie, ale naprawdę tak uważam. Otóż. Chcę tylko powiedzieć. Że chyba w sumie cię nienawidzę. Nienawidzę cię za to, że jedno, zwykłe, krótkie opowiadanie wywołało we mnie tyle emocji. Praktycznie cały czas ryczałam jak bóbr, zasmarkałam się tylko cała i dostałam czkawki. Pierwszy raz w życiu zdarzyło się, że płakałam przez jakieś opowiadanie, film, książkę.. Siebie również nienawidzę za to, że pozwoliłam, aby ta historia wywołała we mnie tak silne odczucia. Nawet teraz, pisząc komentarz, wciąż płaczę. Tak więc w zasadzie można powiedzieć, że tej mojej nienawiści w stosunku do ciebie nie powinnaś brać na serio. Jest to również pierwsze twoje opowiadanie, które przeczytałam. Nie wiem czy brać sie za kolejne, ale zapewne tak zrobię. Teraz mówię poważnie, jeśli jeszcze jedno twoje opowiadanie sprawi, że się poryczę jak jakaś nastolatka to cię znajdę i zniszczę laptopa, komputer, telefon, tablet czy co tam jeszcze na czym piszesz.
    Pozdrawiam, rascal. (przepraszam za możliwe błędy)

    1. O rany, sama nienawiść w tych internetach! :I
      Hehe. Witam serdecznie na blogu i och, powiem, że jestem z siebie dumna. xD Cieszę się, że aż tak poruszyło Cię to opowiadanie i żałuję tylko, że musiałaś czytać starą wersję – pewnie była tam maaaasa błędów. :< teraz są już świeże Ćmy i może jeszcze kiedyś je przeczytasz, pewnie już bez łez. C:
      A tam! Raz popłakałaś to o, organizm oczyściłaś z toksyn (czy coś) i jest dobrzy. *podaje chusteczkę*. Nie wiem czy to Cię zachęci, czy też nie, ale starałam się, by każde opowiadanie było inne, więc istnieje spore prawdopodobieństwo, że płakać już nie będziesz. Liczę na to, bo mój laptop i tak jest już wrakiem, a po ostatnim zalaniu udało się go uratować dzięki nowej klawiaturze, więc hehe… dopóki nie będę bogaczem musi mi jeszcze posłużyć… trochę… he he… Także nie płacz już! QuQ
      Dziękuję za komentarz i mam nadzieję, że odezwiesz się pod resztą opowiadań. c:
      Pozdrawiam gorąco~!
      <3

  2. Mój Boże, jakie to było piękne! Żadne, na prawdę ŻADNE fikcyjne opowiadanie nie wzruszyło mnie tak bardzo jak to właśnie. Jest takie lekkie i naturalne, a jednak czuję, że jeszcze na długo pozostanie w mojej głowie. Kiedy skończyłam je czytać, wyjrzałam przez okno i poczułam coś w stylu dziwnej radości, a w głowie miałam jedną myśl: „Kurdę, w końcu mogą być razem… szczęśliwi.”. Ożywiłaś swoje postacie i na prawdę ciężko mi przekonać samą siebie, że to tylko fikcja i że te łzy to takie niepotrzebne…. Biję pokłony i nie mogę się doczekać, aż dorwę resztę opowiadań (to jest pierwsze, na które wpadłam). Jesteś prawdziwą pisarką z powołania! :<

    1. Dzień dobry, Dhiro! C:
      Otwarte zakończenia mają właśnie to do siebie, że każdy (z ulgą) może sam wybrać jedyną słuszną jego wersję. Widzę, że według Ciebie chłopcy ponownie się spotykają. Kai pewnie się pobeczał ze szczęścia! C:
      Łzy są jak najbardziej potrzebne, bo nie dość, że oczy oczyścisz to i Autorkę ucieszysz. Chyba nie ma lepszego komplementu dla Autora niż taki – świadomość, że coś tak osobistego, jak opowiadanie wzruszyło Czytelnika aż do łez. A ożywiłam je nie tylko ja, ale i Ty. Gdybyś nie przeczytała Ciem, ani Kai, Joe, ani nawet Rob, nie mieliby szansy żyć ani przez chwilę, w końcu nigdy nie wiadomo, czyja rzeczywistość jest tą właściwą. Może akurat Twoja? c:
      Dziękuję za komentarz i nie straszę już filozofowaniem. C:
      Mam nadzieję, że i pozostałe opowiadania natchną Cię na komentarz. Jestem tylko ciekawa, skąd ta smutna mina przy takim miłych słowach…?
      Pozdrawiam szalenie,
      Inga

  3. Wiem, że minęła ogromna ilość czasu od kiedy napisałaś to opowiadanie. Dopiero trafiłam na Twojego bloga. Do tej pory przeczytałam tylko TWA i właśnie to. Chciałam być jednym z czytelników, którzy nie pozostawiają po sobie śladu, bo i po co? I pewnie by tak było, gdyby nie ‚Ćmy i Anioły’. Uznałam, że muszę napisać, chociażby po to, żeby spytać Dlaczego? Dlaczego to musiało być tak porażająco smutne a zarazem piękne? Te ich emocje, obawy, marzenia i pragnienia… To jak w tak krótkim czasie wszystko potrafi się zmienić, jak ludzie się zmieniają. Czytając TWA myślałam ‚O kolejne opowiadanie o skrzywdzonym chłopcu i odzyskanej nadziei. PIEKIELNIE DOBRE opowiadanie o skrzywdzonym chłopcu i odzyskanej nadziei’ Nie zmieniało to jednak faktu, że czytając to, wiedziałam, że to tylko opowiadanie i nie istniejące postacie. Kiedy zagłębiałam się w świat Kei’a i Joe’go, miałam wrażenie, że to się dzieje naprawdę, że słucham czyjejś niesamowicie smutnej opowieści. Opowieści o prawdziwych, żyjących ludziach, którzy istnieli. Targała mną ogromna ilość emocji, od nadziei, że Kei jednak wyzdrowieje, poprzez rozgoryczenie i złość do autorki, że nie ma litości, a po ogromny smutek i żal, że właśnie tak się to skończyło. Jesteś jedyną autorką, która doprowadziła mnie do takiego stanu. Jeszcze nigdy, przy żadnym opowiadaniu, nie ważne jak smutnym, nie płakałam. A teraz, zamiast spać, bo jutro praca, siedzę i piszę coś czego normalnie nigdy bym nie napisała. Dziękuję Ci, za to opowiadanie. Jest niesamowicie piękne. To jak to wszystko opisałaś, było takie naturalne i nie wymuszone. Jeszcze raz dziękuję. Wiem, że piszę niezwykle chaotycznie, ale mam nadzieję, ze zrozumiałaś co chciałam powiedzieć.

    1. Dzień dobry, Tchizi.
      Szczerze mówiąc na tym etapie sama trochę unikam swoich starych tekstów, bo czytanie ich nagle stało się dla mnie bardzo… dziwne? A kiedy ktoś nagle je komentuje i pisze, tak jak Ty, jakoś powoli się do nich ponownie przełamuję. A to znaczy, że bardzo dobrze, że napisałaś.
      Mam nadzieję, że jeżeli pokusisz się o przeczytanie pozostałych tekstów, to one spodobają Ci się bardziej. Staram się nie powtarzać historii i ciągle sięgać po coś nowego. Nie obiecuję, że trafisz jeszcze na coś, co wzruszy Cię podobnie do Ciem, ale mimo wszystko zachęcam do dalszego czytania. Wierzę, że każde kolejne opowiadanie jest coraz lepsze.
      Dziękuję za tyle miłych słów, i że w ogóle napisałaś, naprawdę wkładam dużo siebie w każdego z moich chłopaków, w każda historię. Nie wiem czy u każdego Autora tak to wygląda, ale czasami myślę, że to o to chodzi?
      Mam nadzieję, że choć trochę się wyspałaś i dzień w pracy nie był tak tragiczny po niemal zarwanej nocce. No i że jeżeli przeczytasz inne teksty także dasz znać co o nich sądzisz. Oczywiście tylko, jeżeli skłonią Cię do napisania czegoś, czego normalnie nigdy byś nie napisała. C:

      Pozdrawiam ciepło,
      Inga

    1. Jestem wredna, ale ciesze się. C: W ogóle sama wzruszam się często, także pisząc TWA, więc jest mi szalenie miło, jak ktoś reaguje podobnie. QuQ
      Aaa…. nic nie zdradzam więcej~~~ nie zmusisz mnie. xDD <33

  4. Zamiast wybierać się do szkoły, ja wolałam sobie jeszcze szybko przeczytać rozdział :D
    I baaardzo mało mi brakowało, a bym się popłakała. Jednak próbowałam się powstrzymywać, bo obok siedzi brat, ehh ^-^;
    Naprawdę piękna historia.

    1. oho! Nie mów, że się spóźniłaś przeze mnie? C:
      Cieszę się, że Ci się podobała. Łzy nie były konieczne, ale fajnie wiedzieć, że Cię poruszyło! C:

  5. To było piękne i jednocześnie smutne. I tak jak przewidywałam, poryczałam się, serio. Zakończenie nie do końca jasne, ale przypuszczam, że tak miało być. Nie wiem, co mam jeszcze napisać… Po prostu brak mi słów (ociera łezkę). Mimo że było to krótkie opowiadanie, nie pozostawia raczej niedosytu.

    Trochę literówek mi się w oczy rzuciło:
    „‘To nie było zbyt miłe…’ – zabrzmiało w jego głowie, jednak gdy się odwrócił, nie stał przed młody chłopiec opatulony szalikiem i kurtką.”- chyba powinno być „przed nim”.
    „To po prostu się stało, a on nie widział już nim szarozielonej skóry, podkrążonych oczu.”- a tu chyba powinno być „w nim”.
    „Pomocy… błagam! – krzyknął, biegnąc w stronę znajdującej w końcu korytarza dyżurki.”- powinno być chyba „znajdującej się”.
    „Własnymi dłońmi rozgrzewał coraz zmniejszą rękę i wpatrywał się w oczy, które z chwili na chwilę robiły się mętniejsze.”- „zimniejszą”.
    „Może przez łzy nie był stanie tego zobaczyć?”- „w stanie”.
    „Poszedł na nią tak, jak obiecał i z zastygła twarzą obserwował znikającą pod ziemią trumnę.”- „zastygłą”.
    „Ona na pewno wiedziała, jak teraz cierpi,, ale sam czuł, że nie ma o czym z nią rozmawiać.”- tu ci się dwa przecinki pod rząd zrobiło.
    „Kiedy został sam, i dostrzegł czającą się już mała koparkę z facetem w środku, ruszył z powrotem do szpitala,”- „małą” i na końcu kropka, a nie przecinek.
    „Jego jawny żal go Roba i ten skrywany, do rodziców.”- „do”.

    Weny :) Ściskam mocno.

      1. Witaj, Elly! C:
        Dziękuję! Bardzo miło, że napisałaś co myślisz. Motywacja wzrasta z każdym słowem.

        Co do tego wzoru~~~ Na pewno są i inni, którzy dodają rozdziały systematycznie i wkładają w nie duuużó pracy. Poza tym jak już kiedyś komuś wspominałam, po prostu staram się tak traktować ludzi, którzy poświęcają swój czas na moje pisanie, jak ja sama chciałabym być traktowana jako czytelniczka. C:
        Niemniej, fajnie, że to doceniasz i zwracasz na to uwagę. <3

    1. Literówki już poprawione! Dziękuję! <3

      Tak, tak miało być. Czy to Kai go woła? A może rodzice…? Rob? Miliony pytań~~ C:
      Fajnie, że się podobała ta miniaturka. Mam nadzieję, ze nie będę okrutna, jeżeli napiszę, że miło mi, że się wzruszyłaś aż do łez. C:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s