Święto Przodków I XI MMXIII

Tego dnia szybko zapadła gęsta noc i już od kilku godzin mieszkańcy zbierali się, by oddać hołd zmarłym przodkom. Kobiety od rana piekły żytni chleb, który później, wraz z jesiennymi plonami kupionymi na targu, zanosiły na miejsce pochówku zmarłych. Następnie wracały do domu i tam również zastawiały stoły jadłem, w oknach stawiały grube świece i zapalały je, by duchy zmarłych mogły odnaleźć drogę przez pogrążone w mroku Miasteczko. Tego dnia nie zapalano lamp ani na ulicach, ani w domach, a cała okolica była cicha i spokojna. Tylko stojące w oknach świece wyznaczały trasę w gęstej mgle spowijającej ulice. Kiedy wieczerza dla zmarłych dusz była gotowa, kobiety z dziećmi zasiadały do stołu i drżąc w obawie przed zawitaniem jednej z nich, spożywały posiłek, po czym układały się do snu.
Wszyscy mężczyźni zbierali się pod lasem za miasteczkiem, gdzie pomiędzy wielkimi menhirami, na płaskim kamiennym płacie, rozpalano wielkie ognisko, które nawet pomimo gęstej mgły było widoczne z oddali.
Zebrani mężczyźni w napięciu obserwowali iskry, które wzlatywały w niebo z każdym okrzykiem Koźlarza, odprawiającego mistyczne gesty nad ogniem. Tylko on posiadał wiedzę, której potrzeba było do zapanowania nad duchami i całym rytuałem. Oni mogli tylko stać w okręgu i przyglądać się obrządkowi, który sprawiał, że ich ciała, odziane w stare łachy, drżały ze strachu i rozpalały od ognia. Nikt z nich nie mógł przyjść ubrany w nowe ubrania, by nie prowokować zjaw. Wszystko musiało być stare i znoszone. Każdy przynosił również dzban miodu i chleb, lub warzywa, które później palono w ogniu, by nakarmić tym duchy.
Nikt nie wiedział kim jest mężczyzna odprawiający obrządek. Jedni mówili, że to jeden z mieszkańców Miasteczka, inni, że jest jednym z duchów, który dwa razy do roku wyrywa się z Nawii, Krainy Zmarłych i  pomaga innym duszom, błąkającym się po ziemi do niej trafić. Ci bardziej pragmatyczni, utrzymywali, że jest starcem zamieszkującym w ciemnej gęstwinie Czarnego Lasu, lecz mówili tak tylko do tej pory aż Koźlarz nie otworzył ust. Jego głos, tłumiony maską jaką miał na twarzy, był melodyjny i dosadny, jakby należał do żwawego młodzieńca. Podobnie jak jego ruchy. Mężczyzna tańczył wokół ognia, wywijał rękoma płynne gesty i układał je w tajemnicze symbole. Tylko jego sylwetka była zgarbiona, odzwierciedlająca posturę kilkudziesięcioletniego starca i włosy – długie i białe, plątane przez wiatr rozmywały się w dymie i mgle, która ich otaczała.
Rogata, podłużna maska, którą Koźlarz miał na twarzy, co chwila wyłaniała się z dymu, tylko po to, by zaraz ponownie w nim zniknąć. Czarne ślepia, w  których błyskały ogniki napawały wszystkich trwogą, a długie szpony, którymi zakończone były jego dłonie, przecinały gęsty dym z donośnym trzaskiem, który wywoływał dreszcze na ciałach zebranych. Długie łachmany, w które był ubrany, wyglądały niczym wyliniałe futro zdjęte z jakiegoś leśnego potwora, które według legend zamieszkiwały Las. W zwykłe dni, każdy z mieszkańców wyśmiewał te plotki, jednak tego dnia, jak nigdy, stawały się tak prawdopodobne, że nikt nie śmiał z nich kpić. Wszyscy lgnęli do ognia, mając przeświadczenie, że stojąc w jego ciepłym, pomarańczowym blasku są bezpieczni, a ci, którzy stali na obrzeżach okręgu, co chwilę zerkali za siebie, jakby w obawie, że nagle gęsta mgła złapie ich swoimi aksamitnymi dłońmi i wciągnie w swoje wnętrze. Zazwyczaj w tym dniu jeden z zebranych przepadał bez wieści i mówiono, że został on wciągnięty prze mgłę, do Lasu, gdzie według innych legend znajdowało się zamknięte wejście do Nawii.
– O dusze, błąkające się po tym czarnym padole… – wykrzyknął Koźlarz, wyrzucając w górę pięść, za którą poleciały złote iskry – przybądźcie! Nakarmcie swe spragnione jestestwa! – krzyczał, machając rękoma i modulując dym w misterne wzory.
Wszyscy, jak zahipnotyzowani wpatrywali się w dym, przybierający makabryczne formy. Jedni widzieli maski podobne do tej, którą nosił Koźlarz, a inni ludzkie twarze wykrzywione w przerażających grymasach.
– Jesteśmy tu! Czekamy na wasz znak! Okażcie nam łaskę i nie zazdrośćcie nam życia, gdyż i tak wszyscy umrzemy, i ponownie narodzimy się, by powrócić tu i toczyć nieskończone koło życia. – dodał Koźlarz, głębokim głosem. – Przyjmijcie te dary, które składamy w ogniu! – krzyknął kiwając ręką, by mężczyźni stojący najbliżej wrzucili do ognia przyniesione jadło.
Gdy tylko to zrobili ogień buchnął niebieskim płomieniem, który wzbił się jeszcze wyżej, pchnięty rękoma Koźlarza.
– Pożywcie się! Nabierzcie siły i pełni nadziei przejdźcie do Nawii, by po latach męki tu, na tej okrutnej ziemi, zażyć w końcu ukojenia. Usłuchajcie naszych próśb, nie dręczcie nas! Nie zazdrośćcie tego marnego życia!
Kolejny słup dymu wzbił się ku niebu, a  wszyscy zadrżeli wsłuchując się w wycie, które nagle rozległo się od strony lasu. Czy to były dzikie zwierzęta, czy zbłąkane dusze – nikt nie wiedział, jednak wszyscy zacisnęli powieki i pochylili głowy, powtarzając w duchu słowa Koźlarza. Żaden nie chciał zadzierać z duchami, każdy z nich tego dnia był słabym, strachliwym mężczyzną, liczącym na obronę przez przewodnika obrządku.
– Niech otworzą się bramy Nawii! Niech zadrży ziemia i otworzy się jej krucha powłoka! Niech przyzwie do siebie duchy naszych zmarłych przodków i da im uspokojenie!
Z każdym słowem Koźlarza, serca zebranych napełniała trwoga. Wszystkie jego prośby, rozkazy stawały się prawdą. Ziemia nagle zaczynała drżeć, powietrze gęstnieć, a silne podmuchy wiatru zaczynały dąć w stronę gęstego, Czarnego Lasu.
– O śmiertelnicy! O żywi nieszczęśnicy! Padnijcie na kolana i módlcie się by Ich dusze znalazły odpoczynek! By wrota do Nawii otworzyły się! – wykrzyknął mężczyzna rozkładając szeroko ramiona i odrzucając głowę do góry.
Mężczyźni zebrani wokół niebieskiego ognia, padli posłusznie na kolana. Modlili się o otwarcie Krainy Zmarłych i o koniec obrządku, który z tych słabszych wyciskał łzy i zlewał ich zimnym potem. Zresztą tej nocy, nikt z nich nie był wystarczająco silny, każdy bał się i drżał, podświadomie dociskając ciasny krąg, w złudnym przeświadczeniu, że jeżeli będą bliżej, będą bardziej bezpieczni.
– Tak! Módlmy się! – wykrzyknął po raz ostatni Koźlarz , oddychając ciężko i głęboko, po czym zaczął wykrzykiwać pojedyncze słowa w  nieznanym dla pozostałych języku. Po dłużących się wszystkim godzinach zamilkł i stanął spokojnie wpatrując się w dogasający ogień.
– Powstańcie! – powiedział spokojnym, lecz mocnym głosem i gdy wiatr zawiał po raz ostatni, wyrzucił z dłoni garść pyłu, który zawirował i opadł na zebranych – Powstańcie! Nie bójcie się, gdyż duchy zostały przez nas przebłagane. Odchodzą jasną ścieżką ku swojemu domowi i wy…  wy również możecie w spokoju  powrócić i z rodzinami czcić pamięć o przodkach! – dodał, jednak wszyscy stali wbici w ziemię jak słupy soli – Odejdźcie! Pozostawcie ten stół – wskazał dogasające ognisko – zbłąkanym duszom, które nie zdążyły posilić swojego bytu!
Dopiero po tych słowach, mężczyźni ruszyli z miejsc. Powolnym krokiem, niby zahipnotyzowani, ruszyli w stronę Miasteczka. Żaden z nich nie obejrzał się za siebie i żaden nie zauważył że oprócz Koźlarza,  między menhirami pozostał jeszcze jeden młodzieniec.
Koźlarz podszedł do niego i ucałował go w gładkie, oliwkowe czoło.
Młody mężczyzna nie przestawał wpatrywać się w maskę Koźlarza.
– Chcesz uwolnić duchy…? – zapytał przewodnik, na co młodzieniec pokiwał głową, czując jak jego ciało rozpala się z ekstazy.
Koźlarz odgarnął z jego piersi łachmany i przesunął po niej szponami, w pieszczotliwym geście.
– Weź zatem jeden z dzbanów i pójdź za mną.
Młodzieniec uczynił co Koźlarz mu rozkazał i ruszył za nim w głąb Czarnego Lasu.
Przez całą drogę szedł za nim posłusznie, pożerając spragnionymi oczyma jego długie do połowy łydek, białe włosy, spływające na jego plecy spod maski. Z każdym oddechem wciągał w płuca mamiącą, słodką woń, która sprawiała, że całe jego ciało mrowiło, a z każdym krokiem czuł narastające podniecenie.
Ponad godzinę szli, zagłębiając się w Las, jednak on nie widział nic oprócz idącego przed nim mężczyzny, którego sylwetka nagle stała się piękna i lekka. Jakby sam był zjawą, mijał z gracją gęsto porosłe pnie wielkich dębów, przenikał przez gęste zarośla, a cała jego postać jaśniała bielą włosów, które błyszczały jasnym światłem.
W końcu doszli  na polanę, do splecionych ze sobą dwóch drzew, które były tak wysokie, że gałęzie u ich korony, zdawały się być tak wysoko jak samo niebo. U ich podstawy, pomiędzy splecionymi wyżej pniami znajdowała się czarna eliptyczna jama, która zdawała się bić gorącem. Narośnięte na pnie, gałęzie i bluszcze, wiły się w górę, zdobiąc je i tworząc  piękne, mistyczne rzeźbienia, jakby właśnie w tym miejscu znajdowało się przejście do innego świata.
Koźlarz odwrócił się do młodzieńca i odrzucił na bok szpony, maskę i skórę, w którą był ubrany podczas obrządku. Oczom młodego mężczyzny, ukazała się piękna, szczupła sylwetka, spowita w jasne szaty, zabrudzone u stóp. Pociągła twarz o jasnej, niemal mlecznobiałej cerze emanowała dumą, a duże, złote oczy patrzyły na niego z niezbadaną głębią.
– Rozbierz się. – rozkazał, tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Młodzieniec jednak nie myślał nawet, by mu się sprzeciwiać. Jak w transie zrzucił z siebie ubrania, nie przestając wpatrywać się w oczy Koźlarza. Już po kilku sekundach, odrzucił na bok wszystko, co zakrywało jego umięśnione, silne ciało.
Koźlarz podszedł do niego i oblizując językiem różowe, pełne wargi, przesunął spojrzeniem po twardym, dumnie sterczącym  penisie mężczyzny i ponownie pogładził gładką dłonią jego owłosiony tors, zahaczając palcami  o sterczące sutki. Przymknął aż oczy i zbliżył do nich usta, by polizać je z westchnieniem ulgi. Pocierając policzkiem o jego pierś, spojrzał w górę, płonącym wzrokiem kontemplując jego szeroką twarz, okoloną smoliście czarnymi włosami, długimi do połowy szyi. Widział wpatrzone w siebie zielone oczy, które z każdym jego gestem żebrały o więcej dotyku.
Odsunął się w końcu od młodzieńca, by nie przedłużać sobie i swojemu ukochanemu oczekiwania. Podniósł z ziemi dzban miodu i podał go mężczyźnie.
– Oblej nim swoje ciało.
Gdy mężczyzna to uczynił, podszedł do niego i rozsmarował gęsty płyn w tych miejscach, gdzie sam nie dopłynął – na jego plecach, pośladkach i pomiędzy nimi,  na ramionach i grubym, twardym jak skała penisie. Oliwkowe ciało przed nim drżało, i wydawało z siebie głośnie ekstatyczne westchnienia, ale na razie, było to tylko ciało.
– Wskocz do jamy. – rozkazał mu, co też od razu uczyniło.
Gdy tylko zniknęło, pochłonięte przez gęstą czerń, z otworu błysnęło światło i po chwili wyczołgał się z niej mężczyzna.
Był  nagi, a jego ciało, do złudzenia przypominało to, które przed  chwilą zniknęło w jamie. Było jednak wyższe i bardziej umięśnione. Kruczoczarne włosy, przysłaniały mu szeroką twarz, z której wyzierały ciemne, niemal czarne oczy.
– Domamirze… – jęknął Koźlarz, czując jak nogi uginają mu się na widok mężczyzny.
Domamir ubrudzony ziemią podszedł do niego i objął go  mocnym, wytęsknionym uściskiem.
– Shea… – zamruczał mężczyzna, chowając twarz w jego szyję.
Po chwili dopiero odsunął się od niego i wbił utęsknione spojrzenie w złote, wilgotne oczy.
– Czy to ciało, – zapytał – jest dobre?
Shea uśmiechnął się delikatnie.
– Idealne. Dokładnie takie, jak pamiętam. – potwierdził.
– Tyle miesięcy… Shea. – jęknął nisko Domamir – Tak tęskniłem.
Shea zacisnął szczupłe dłonie na  ramionach mężczyzny, nie przestając się w niego wpatrywać.
Dziękował bogom, za możliwość przyzwania do siebie Domamira chociaż dwa razy do roku. Tak za nim tęsknił, za jego ciałem, głosem. Nauczył się już pokory, nie pragnął więcej niż mógł mieć, tak, jak zanim jego ukochany został wtrącony do Nawii. Obaj wtedy byli zbyt zuchwali. Połączyli się wbrew tradycji, wbrew zakazom, zabili króla, którego córka miała posiąść Domamira i bogowie ich ukarali. Mieli już wiecznie żyć rozdzieleni. Dusza Domamira w Nawii, a Shea tutaj, na ziemi. I od wieków młodzieniec modlił się do bogów i zgłębiał tajniki magii, bo wiedział, że jest sposób na przyzwanie ukochanego. Na początku, mógł to robić tylko raz na siedemdziesiąt siedem lat, na wiosnę. Jednak od kilku lat udawało mu się to także na jesieni, w Drugie Święto Przodków.
Nie śmiał już sprzeciwiać się bogom, nie chciał, by mu ponownie odebrali Domamira.
Nagi mężczyzna wsunął silną dłoń na kark Shei i przyciągnął go do pocałunku. Wiedział, że mieli mało czasu, że starczy im go zaledwie, by nacieszyć spragnione ciało Shei, który według przekleństwa miał już na zawsze cierpieć na rozpalające go pożądanie. To jego oskarżono o nieczystość, o sodomię i czary, które miały uwieść narzeczonego córki króla. Sam Domamir nie wierzył w te oskarżenia i nawet jeżeli był pod wpływem czarów, były to czary, które zbawiły jego życie i otworzyły mu oczy. W Nawii był tylko duszą, wspomnieniem o duszy, błąkającym się po zakątkach Krainy Zmarłych i tęskniącym do Shei.
Gdy tylko ich usta się zetknęły, Shea wydał z siebie głośnie westchnienie ulgi. Łapczywie przesuwał dłońmi po obejmującym go ciele i oddawał głęboki, gorący pocałunek, przygryzając penetrujący go gładki język i muskające go wargi. Drżał na całym ciele, wpychając biodra w krocze Domamira. Tylko jego ciało potrafiło go zaspokoić, tylko jego silne usta i mocny uścisk. Już po chwili masował wnętrze ud mężczyzny i drapał je paznokciami. Domamir badał językiem wnętrze ust Shei, bawiąc się językiem i wargami białowłosego mężczyzny.
– Jesteś mój… – westchnął, odrywając się od niego i patrząc na wykwitłe rumieńce na jego policzkach i zaczerwienione usta.
Czując jak jego męskość sztywnieje, od przesuwających się po niej chaotycznych dłoni, przesunął rękę na tył głowy Shei i zapał go mocno za włosy.
– Powiedz, że nie pocieszasz się innymi, gdy mnie nie ma… – rzucił odchylając jego głowę i w wgryzając się zębami w łabędzią szyję mężczyzny, a drugą ręką podciągając jego szatę.
– Niie… nnnie… – jęknął Shea, czując silną dłoń miażdżącą jego pośladki i zęby brutalnie drapiące jego wrażliwą skórę.
Kiedyś owszem, próbował znaleźć pocieszenie i ulgę w ramionach innych mężczyzn, jednak te próby kończyły się jeszcze większym pragnieniem.
– Jesteś tylko ty, Domamirze… Tylko ty…. – wydyszał przez zaciśnięte gardło i poczuł jak szerokie, twarde palce, przesuwają się drażniąco pomiędzy jego pośladkami.
Gdy Domamir puścił jego włosy, natychmiast pochylił się i przyssał ustami do jego torsu. Znaczył językiem jego blizny, które pojawiły się, gdy wypełzł z jamy. Znał je bardzo dobrze. Kiedyś, gdy obaj jeszcze żyli, Shea czcił każdą z jego wojennych ran, każdą bliznę okraszał pocałunkiem pełnym oddania i miłości. Domamir był dawniej  wielkim wojownikiem. Najcenniejszym i najodważniejszym na całym Świecie.
Teraz również Shea oddał hołd jego poświęceniu. Językiem pieścił jego blizny i całował je z namaszczeniem. Łapał zębami za sterczące sutki, otoczone brązową obwódką. Z rozkoszą rejestrował cięższe oddechy Domamira. Zerkał w jego twarz, by rozkoszować jej widokiem. Usta wykrzywione w wyrazie podniecenia i jego przymrużone oczy, były takie jak wtedy, gdy przed laty kochali się  na zamku. Gdy dopiero co siebie poznawali, swoje ciała i to, że idealnie do siebie pasują.
Zaraz upadł przed nim na kolana, wcałowując się w pasmo mocnych, czarnych włosów, ciągnących się od zagłębienia pępka, aż po okazałą, szeroką męskość wojownika. Jego ciało pulsowało i widząc, jak z każdą chwilą członek jego kochanka sztywnieje, sam aż zacisnął mocno pośladki, czując w kroczu mrowienie. Jasnymi dłońmi, przesuwał po mocnych mięśniach, rysujących się pod oliwkową skórą, śliską i błyszczącą od miodu.
Domamir pochylił się i już po chwili zdarł z Shei odzienie. Szczupłe ciało białowłosego mężczyzny, zdawało się lśnić w mroku Czernego Lasu i roztaczać wokół siebie znikomą aurę. Wojownik złapał za głowę Sheę i przyciągnął jego twarz do swojego penisa. Sapnął ciężko przez nos, czując, jak mężczyzna zapiera się dłońmi o jego uda i przeciąga  gorącym, wilgotnym językiem po całej długości jego członka.
Koźlarz chuchał na niego i ssał leciutko główkę jego szerokiego penisa. Cały czas wpatrywał się w górę, w oczy Domamira, które płonęły żywym ogniem i wciągały go w bezbrzeżną czerń.
– Shea… Nawilż mnie. Nie zostało już dużo czasu.- westchnął głęboko wojownik.
Wiedział, że już niedługo zacznie wschodzić słońce, a gdy to się stanie, on po prostu zniknie. W ten poranek, promienie gwiazdy docierały nawet przez zbite korony porastających Czarny Las drzew.
Shea pokiwał głową i natychmiast wziął szerokiego penisa do ust. Męskość rozpychała jego usta i wyciągała za sobą duże ilości śliny, która spływając z kącików jego ust, ciekła mu po brodzie. Shea wpychał go do gardła tak głęboko, aż nos zatapiał w  czarnych włosach łonowych mężczyzny, a dolną wargą trącał jego stwardniałych, pomarszczonych jąder. Ciężki zapach mężczyzny, zawracał mu w głowie, sprawiał, że wszystko w  jego wnętrzu przewracało się, na samą myśl o czekających go rozkoszach.
Domamir odchylił głowę i zaczął wbijać się w gardło kochanka. Pomrukiwał przy tym głęboko i zaciskał mocno powieki.
Gdy był w  Krainie Zmarłych, jego dusza nie odczuwała pożądania, jednak w momentach, gdy Shea go przyzywał, wracały do niego wszystkie emocje i pragnienia. Chociaż dziwnie czuł się w tych zastępczych ciałach, przyjemność zagłuszała wszystkie jego myśli. Gardło zaciskające się na jego penisie i przesuwający się po nim języczek dostarczały mu  ogłuszających pieszczot. Po chwili Shea, odsunął się, by zaczerpnąć powietrza i zaczął pokrywać męskość wojownika jeszcze większą ilością śliny, chociaż wiedział dokładnie, że na nic to się zda. Zresztą po tylu latach wolał już nawet, gdy członek Domamira rozrywał mu wnętrzności i palił jego wnętrze żywym ogniem, by w końcu przynieść mu chwilowe ukojenie.
Wojownik pochylił się nad kochankiem i pocałował go głęboko, po czym osunął się na kolana i przysiadł na szatach Shei.
– Dzisiaj ja cię będę ujeżdżał. – westchnął Koźlarz i popychając kochanka usiadł na jego kolanach, od razu oplatając go nogami.
Domamir zamruczał z aprobatą, czując ciasny uścisk wokół ciała. Jego kochanek, zawsze był bardzo rozpalony i wytęskniony. Nie czekając długo rozsunął ręką jego pośladki. Wychylił się, by zgarnąć z brzegu stojącego obok dzbana nieco miodu i zaraz brutalnie wepchnął  palec w odbyt Shei.
– ACH! – jęknął mężczyzna, a jego głos poniósł się echem po lesie.
Wojownik bezbłędnie trafił w czuły punkt w jego wnętrzu i zaczął nim szybko poruszać.  Dziurka białowłosego mężczyzny zaciskała się mocno na jego palcu, a sam Shea pojękiwał zagryzając wargi aż do krwi i ocierając się sztywną jak kłoda męskością, o stalowe mięśnie przed sobą. Brakowało mu tego od tylu miesięcy. Gdy był sam, w lesie nie mógł się dotykać, nie mógł myśleć o przyjemności jaką zapewniał mu kochanek, bo przez to, jego pożądane wzrastało i rozrywało jego podbrzusze tępym bólem.
– Wyjdź… – jęknął i już po chwili uniósł się na kolanach.
Dłońmi sięgnął za siebie i rozchylił jasne pośladki, nakierowując się dziurką na wystającego spomiędzy czarnych włosów penisa.
Syknął między zębami, gdy poczuł jak wilgotna główka ociera się o pomarszczone, delikatne wejście. Domamir nie czekając dłużej, nacisnął mocno jego uda i nadział go na siebie aż po nasadę penisa.
– ACH! DOM… DOMAMIRZE! – krzyknął Shea zatracając się  ekstazie i odrzucając głowę w tył. Zaraz też zaczął unosić się na męskości kochanka i opadać na nią w stałym, szybkim rytmie.
Wojownik zawarczał głucho, gdy ciasne, aksamitne wnętrze kochanka zacisnęło się na jego członku. Gorąca, które go ogarnęło nie mógł porównać do niczego innego, co kiedykolwiek czuł. Z pasją przyglądał się jasnemu ciału na sobie i objął je silnymi ramionami, drapiąc mocno po plecach.
– Tak… TAK! – krzyknął Shea – Zostaw… Błagam… zostaw jak naj… Najwięcej śladów… – jęknął, wczuwając się w rozpychającą go męskość.
Domamir drapał go mocno i gryzł jego szyję i ramiona. Jęki kochanka podniecały go coraz bardziej i z czasem, jego świadomość, nie rejestrowała już nic oprócz ocierającego się o niego ciała.
Shea nie potrzebował dużo czasu, by skończyć. Z każdym nabiciem się na penisa miedzy pośladkami, był coraz bliżej końca i nie zamierzał się powstrzymywać. Przez kilka ostatnich miesięcy robił to wystarczająco długo.
– Wypełnij mnie… – wydyszał pomiędzy spazmatycznymi oddechami i łapiąc się rękoma za męskość zaczął szybko masturbować – Domamirze! Jestem twój… Rozedrzyj moje ciało… – jęknął, czując gorące łzy spływające po policzkach.
Czując zbliżającą się falę orgazmu, uniósł się z kolan i przysunął penisa do ust kochanka. Domamir przyjął go bez zastanowienia i ssąc go mocno, doprowadził go do końca. Shea doszedł z głośnym okrzykiem, który wielokrotnie wracał do ich uszu, odbijany przez panującą wokół pustkę.
Kiedy wojownik wyssał i wylizał nasienie do końca, pociągnął Sheę z powrotem na dół i pchnął go na klęczki pochylając do przodu. Kiedy białowłosy mężczyzna przyjął pozycję, rozwarł mocno jego pośladki i z westchnieniem pochylił się gryząc je mocno. Uwielbiał ich jędrność i wrażliwość, z jaką reagowały na jego dotyk. Shea ponownie zaczął drżeć i pojękiwać. Zaciskał mocno powieki, by skupić się tylko na zębach i gorącym języku kochanka.
Domamir rozchylił dłońmi jego pośladki i polizał go po pomarszczonej, rozluźnionej już dziurce. Szczupły mężczyzna jęknął głośno, czując jak sprawny język Domamira wsuwa się do środka i penetruje jego wrażliwe, poobcierane wnętrze. Po kilku chwilach wojownik zsunął się ustami na jądra Shei i pieścił je wsysając je mocno do ust. Koźlarz szybko zaczął ponownie twardnieć i podpierając się na drżących dłoniach zaciskał pulsujące pośladki.
Po chwili Domamir wbił się  w niego ponownie. Brutalnie i szybko, jak tylko pozwalało mu na to jego nowe ciało.
– Och! TAK! Kocham cię… Do… DOMAMIRZE! –  Shea nie przestawał jęczeć i z błogim uśmiechem na twarzy, czuł jak wszystko w  środku go piecze i pali.
Domamir zaraz też rozdrapał mu mocno plecy, aż grube bruzdy wypełniły się małą ilością krwi. Wiedział, że jego kochanek, będzie pielęgnował te rany, że zagoją się dopiero niedługo przed ich ponownym spotkaniem na wiosnę.
– Tak! Domamirze… – jęknął czując jak mężczyzna za nim wbija się coraz mocniej w jego dziurkę. Jak jego ruchy stawały się coraz mniej płynne lecz bardziej agresywne i bolesne.
Plecy Shei  płonęły, gdy słony pot wżerał się w rany, pozostawione przez paznokcie kochanka. Już po chwili poczuł też, jak wojownik przyciska się z impetem do jego pośladków. Zachwiał się, tracąc równowagę i upadając torsem na ziemię z głuchym jękiem.
– Shea… kocham cię… – westchnął Domamir , rozpłaszczając go na ziemi i wypełniając jego dziurkę gorącą, gęstą spermą.
Shea poczuł jeszcze dwa ruchy w sobie, nim jego ciało otulił delikatny pył.
Białowłosy mężczyzna schował twarz w zgięciu łokcia. Czuł jak po jego pachwinach spływa sperma Domamira zmieszana z krwią i pyłem, jednak samego wojownika już za nim nie było. Chłodny podmuch wiatru musnął jego ciało, strącając z niego pozostałości po kochanku. Shea nie miał siły wstać. Jego ciało zaspokojone niedawno, znowu zaczynało drżeć z tęsknoty i na nowo rozpalającego się pożądania.
– Domamirze… – załkał cicho wtulając twarz w zgięcie łokcia – Domamirze…
Ile ze sobą byli tym razem? Godzinę? Pół? Czas, gdy byli ze sobą płynął zbyt szybko, jednak nie miał odwagi złorzeczyć bogom, którzy mogli zabrać mu również te kilkadziesiąt minut.
Nie miał siły wstać i pójść do chaty, w której mieszkał nieopodal. Nikt i tak go tu nie znajdzie, w Czarnym Lesie nawet nie było zbyt wielu zwierząt. Żył tylko on. Shea. Przeklęty i samotny. Dwa razy do roku mógł spędzić kilka chwil z innymi ludźmi i to tylko po to, by wykorzystać ciało jednego z nich i zakorzenić w nim duszę Domamira.
Po kilku chwilach obrócił się i  usiadł na jasnych szatach, barwiąc je kolejną stróżką krwi, która z niego wypłynęła. Pod palcami czuł miękki pył, który na początku wiosny pomoże mu otumanić mężczyzn i wybrać ciało jednego z nich na kolejną kukłę do zakorzenienia duszy kochanka.

Święto przodków cz 2
______________________________________________________________
Zgodnie ze słowiańską koncepcją, zaświaty dzielą się na zaświaty górne i zaświaty dolne, czyli Nawię. Wiosenne święto zmarłych obchodzone było około 2 maja, jesienne – 2 listopada.
Opowiadanie w luźny sposób nawiązuje do pogańskiego święta Dziadów, obchodzonego 2 listopada.

 

Reklamy

10 thoughts on “Święto Przodków I XI MMXIII

  1. Uwielbiam takie klimaty. Takie pogańsko-szamańskie *_* cudowne opowiadanie. i takie smutne TT__TT biedny Shea. i biedny Domamir. mam nadzieję że wkrótce częściej będą mogli się widywać <3

    1. A ja mam nadzieję, że końcu kopnę się w swój zacny tyłek i napiszę kolejne rozdziały, bo przecież Shea i Domamir czekają na to… Uch. D:
      <3

      1. no właśnie! czekają! i cierpią! pomyśl jak bardzo cierpią! i ja cierpię! … dobra. może przesadziłam trochę z dramatyzmem (swoją drogą lubię dramaty *___* ) a w razie czego mogę nawet użyczyć swojej nóżki do kopania xD

        1. Mnie trzeba mocno kopać, ale mam twardy tyłek więc obawiam się, że póki coś poczuję, to nóżka może pęknąć. :I ALE w sumie zbliża się 2 maja, może się coś urodzi. C:
          I tak w ogóle, też lubię dramaty *hajfajf*

  2. Fajne opko. Klimacik też fajny zbudowałaś. Aż mi się mimowolnie „Dziady” przypomniały. Choć muszę przyznać, że to mi się dużo lepiej czytało :)

    „Koźlarz odwrócił się do młodzieńca o odrzucił na bok szpony, maskę i skórę, w którą był ubrany podczas obrządku.”- „i” nie „o”.
    „Podniósł z ziemi dzban miodu i podął go mężczyźnie.”- „podał”.
    „Kiedyś owszem, próbował znaleźć pocieszenie i ulgę w ramionach innych mężczyzn, jednak te próby kończył się jeszcze większym pragnieniem.”- „kończyły”.
    Sorki, że się tak czepiam :)

    Pozdrawiam i życzę weny.

    1. Ha ha ha~~! Cieszę się.
      I standardowo, dziękuję za literówki~! Cieszę się, że mi je wypisujesz, bo mogę je poprawić i wtedy ludkom się lepiej czyta. W ogóle tylko mi głupio, że za darmo mi tak ‚betujesz’ C:

    1. A pomyślałam, że ogólnie halooweenowe speciale są na wszystkich blogach, to ja dodam coś na później, żeby nie było nawału opek na jeden dzień. Cieszę się, że się podobało. C:

    1. Oj biedny biedny~~~Ale pomimo tego, że to oneshot, może na drugiego maja doczekamy się kontynuacji? I może happy endu? Kto wie~~ C:
      Dziękuję~! C:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s