Maj – Rozdział I

Popołudniowe słońce zalało klasę pomarańczowym blaskiem. Wiatr ciepłymi podmuchami wzbijał w powietrze drobinki kurzu, które wraz z owocami dmuchawców rosnących na trawniku pod budynkiem, fruwały po pomieszczeniu.
Julian złożył głowę na skrzyżowanych ramionach i odetchnął ciężko. Zaraz jednak, uśmiechnął się lekko, patrząc na zalaną światłem tablicę, na której nadal błyszczały równe, krągłe litery zapisane przez polonistkę. Lubił te chwile. Lubił ciepły, pełen słońca maj.
Może czasami, Julek bywał zbyt rozmarzony i odrywał się od rzeczywistości, ale w zabawny sposób wolał te marzenia, niż rzeczywistość. Zawsze czuł się jak ktoś inny. Zawsze chciał być kimś innym. I co mu stało na przeszkodzie, by to sobie wyobrażać? Lubił włączać muzykę na słuchawkach i wyobrażać sobie siebie w różnych sytuacjach, do lekkich rockowych piosenek japońskich wykonawców. To nic, że nie rozumiał słów. Dopóki nie wyszukał ich tłumaczenia w internecie, całą duszą wchłaniał głos wokalisty i melodię piosenki. Na tym mógłby spędzić całe życie i wiedział, że byłoby to o wiele przyjemniejsze niż studia i cała ta reszta. Czasami może w zbyt egzaltowany sposób to wyrażał, może zachowywał się dziwnie… ale chyba był takim dziwakiem. Nie przeszkadzało mu to. Czasami po prostu, gdy szedł do liceum znajdującego się na obrzeżach miasteczka, czuł się jak bohater jakiegoś teledysku. Lubił wiosenny wiatr, który bawił się jego jasnymi włosami i muskał jego policzki.
Wiedział, że jego zachowanie przysparza mu o wiele więcej złej sławy niż tej dobrej, ale nie czuł się w obowiązku zadowalać wszystkich dookoła. Nie musiał być popularny, ani lubiany. Zresztą nigdy nie był. W nauce też się niczym nie wyróżniał, może tylko na lekcjach języka polskiego, gdy mieli literaturę. W tym był naprawdę dobry, umiał to przyznać pomimo wrodzonej niepewności siebie, która, jak uważał, była jego największą wadą.
Julek przekręcił głowę na bok, jego wzrok padł na roztaczającą się za szkoła łąkę, która była również boiskiem. Niemal wszyscy uczniowie liceum, codziennie zostawali na niej po lekcjach. Chłopacy rozgrywali zawody w nogę, a dziewczyny dopingowały ich, zdzierając gardła. Julek nigdy do nich nie dołączał, ale lubił ich obserwować. Podświadomie czuł, że z większością z nich nie dogadałby się wcale, tym bardziej, że w tym małym liceum, które miało tylko cztery równoległe klasy znali się niemal wszyscy. Wiedział, więc kto jest największym pozerem, kto największym kujonem. Ale to zawsze było jakby poza nim.
W zasadzie nie znał najnowszych plotek krążących po szkole, bo po prostu na przerwach włączał sobie muzykę w telefonie i zakładając słuchawki na uszy odcinał się od wszystkich. Na długiej przerwie za to, odkąd było już ciepło wychodził na dziedziniec, prowadzący do szkoły i zaszywał się w którymś z jego zakątków.
W szkole przesiadywał aż do momentu, gdy do klasy przychodziła sprzątaczka i wyganiała go, wtaczając do niej wózek obładowany detergentami. Nigdy nie była zbyt uprzejma, ale chyba nie musiała być.
Tym razem również tak się stało.
– Chciałabym tu posprzątać… – rzuciła zrzędliwym głosem, wyrywając Julka z zamyślenia.
Chłopak wstał z ociąganiem z ławki i po chwili wyciągnął spod niej torbę. Odwracając się w jej stronę, posłał jej łagodny uśmiech i ruszył pomiędzy ławkami, w kierunku drzwi.
– Do widzenia, pani! – Rzucił nim wyszedł na korytarz.
Kobieta oczywiście nie odpowiedziała mu ani słowem.
Julek ruszył korytarzem w kierunku klatki schodowej. W porównaniu do zalanej słońcem sali lekcyjnej, korytarz był ciemny i zimny, zakończony dużym oknem, przed które wpadało nieco światła.
Gdy wyszedł ze szkoły, jak zwykle założył na uszy słuchawki i ruszył w kierunku oddalonego o kilkaset metrów zabudowań miasteczka.
Przechodząc obok siatki, którą z jednej strony było ogrodzone boisko, zatrzymał się na chwilę i wsunął palce pomiędzy metalowe oczka. Z lekkim uśmiechem obserwował biegających za piłką graczy. Już po chwili zauważył jak niektórzy wołają coś do niego, machając rękoma i poruszając ustami. Odmachał im więc i oderwał się od siatki, ruszając w kierunku miasta.
Po niecałych dziesięciu minutach wyszedł na chodnik przy głównej ulicy, przebiegającej przez miasteczko. Mijając domki, przesuwał ręką po płotkach, które odgradzały je od ulicy. To jakoś samo weszło mu w nawyk. Lubił to robić, pomimo tego, że brudził sobie ręce od spalin pokrywających ogrodzenia.
Zawsze też zwalniał przy jednym z ładniejszych w miasteczku domów. Był duży, pomalowany żółtą farbą, duże okna o ciemnych obramowaniach i wejście poprzedzone dwiema kolumnami, zawsze robiły na nim wrażenie. Budynek bardzo przypominał niewielki dworek, jak z filmów. Mieszkała w nim rodzina z większego miasta, a ich syn, Marcel, chodził z nim do klasy.
Julek podziwiał ten dom, nie raz z resztą w nim był. Czasami nawet zazdrościł jego mieszkańcom, bo sam mieszkał w mieszkanku, w jednym z ciężkich, popeerelowskich bloków stojących na drugim końcu miasteczka.
Kiedy tak opierał się o wysoki płot z żelaznych prętów, nagle z domu wypadł chłopak.
– Nie myśl, że cokolwiek ci zawdzięczam! – wrzasnął nim trzasnął drzwiami i z zaczerwienioną z gniewu twarzą, ruszył do przylegającego do domu garażu.
Julek z zainteresowaniem obserwował jak wysoki, śniady chłopak z rozmachem otwiera drzwi po przeciągnięciu ręką po niemal granatowoczarnych włosach. Później po kilku siarczystych przekleństwach wyciągnął stojący obok dużego samochodu rower i wyprowadził go na zewnątrz. Gdy zamknął garaż otarł ręce w powyciąganą, szarą koszulkę bez rękawów i wskoczył na rower, ruszając ze zrywem z podjazdu.
W kilka sekund znalazł się za bramką i zauważając stojącego przy płocie Julka, podjechał do niego.

Marcel dopiero, gdy wyjechał z podwórka, zauważył śledzącego go wzrokiem chłopaka. Znał go całkiem dobrze, byli razem w klasie, jednak Julek miał zazwyczaj do wszystkiego bardzo luźny stosunek. Zawsze wydawał się jakby miał wszystko i wszystkich gdzieś, a z tego, co zauważył pozostali uczniowie odwdzięczali mu mniej więcej tym samym. Czasami dorzucając jednak jakąś wulgarną uwagę w jego kierunku. Blondyn jednak nigdy nie reagował na te zaczepki, jakby w ogóle ich nie słyszał.
– Hej! – Zawołał do niego, podjeżdżając i opierając tułów na sterze.
Szczupły chłopak spojrzał na niego dużymi, piwnymi oczyma i po chwili dopiero zsunął z uszu słuchawki.
– Cześć! – zaśmiał się Marcel, wyciągając do niego dłoń.
Blondyn zerknął na niego pytającym spojrzeniem i w końcu uścisnął mu rękę.
– Jedziemy nad rzekę? – zapytał brunet i ruszył powoli wzdłuż chodnika.
Julek ruszył u jego boku.
– Mmm… dziwne, myślałem, że będziesz dzisiaj grał w nogę. – powiedział, mając wrażenie, że jego głos wcale nie jest jego. Nie odzywał się zbyt często i dlatego zawsze się dziwił temu jak brzmi.
– No tak… chłopacy coś o tym mówili… – westchnął Marcel, prowadząc rower za ster. – Ale jest tak gorąco, że wolę iść z tobą nad wodę.
Starał się skupić na rozmowie, jednak nie mógł oderwać myśli od domu. W zasadzie nie buntował się, gdy się tu sprowadzali, pomimo tego, że całe swoje życie zostawił właśnie ze względu na decyzję ojca. To ojcu wszystko zawdzięczał, jego potrzeby zawsze były na pierwszym miejscu dla Marcela.
On sam wcale na nic nie narzekał. Nawet, gdy ojciec pił i wypominał mu, że to przez chłopaka odeszła od niego żona. Starał się tym nie przejmować, bo chciał zrozumieć ból mężczyzny. Jednak zaślepienie ojca wzbudzało w nim od dawna litość, od momentu, gdy matka odeszła. Jego ciągłe skamlenie o jej względy, jego głupotę. Chociaż kochał go i zrobiłby dla niego wszystko, nie potrafił mówić dobrze o Tej Kobiecie. Sam już dawno pogodził się z jej odejściem i niczego od niej nie potrzebował.
Dlatego tak bardzo irytował go jej powrót. Nagła wielka miłość, którą przez niemal dwa lata sama odrzucała. I terapia małżeńska, wizyty u psychologa, by zjednoczyć ich rodzinę, odbudować. I zmiana otoczenia, wyjazd do małego miasteczka z dala od zgiełku zatłoczonych ulic. I jej matkowanie, jej pouczanie, zgrywanie idealnej matki, idealnej żony.
Marcel tylko czekał, aż ponownie od nich odejdzie, a był przekonany, że nie zatrzyma jej ani piękny dom, ani uroki małego miasteczka, ani tym bardziej starania ojca. Ona taka już była. I w żadnym wypadku nie należał się jej żaden szacunek z jego strony, którego wymagał ojciec.
Idąc i rozmyślając nagle zdał sobie sprawę z maszerującego obok niego chłopaka. Zerknął na niego kątem oka i zaskoczony zauważył na jego twarzy zdenerwowanie.
Julek idąc obok chłopaka przeżywał istne katusze. Czasami nadal martwił się tym, jak powinien zachowywać się przy Marcelu. I chociaż znali się już przeszło pół roku nadal miał z tym problemy. Naprawdę! Był najbardziej antyspołecznym człowiekiem w całym liceum, co zawsze na wywiadówkach powtarzał wychowawca jego matce. Tak, jak do tej pory się tym nie przejmował, teraz naprawdę chciał, a raczej nie chciał, wyjść na jakiegoś głupka. Ale co mógłby powiedzieć? O czym mieliby rozmawiać?
Zawsze to Marcel ciągnął jakoś rozmowę, a on po prostu z czasem zdawał się przy nim rozkręcać. Ale zdarzały się też chwile, gdy kolega milczał, a on wtedy panicznie starał się przywołać jakiś temat. Często zresztą gdy był sam w domu i oglądał coś lub czytał, powtarzał sobie, że musi o tym powiedzieć Marcelowi. A gdy się spotykali, oczywiście nie mógł przypomnieć sobie o czym takim chciał mu opowiedzieć.
Pocił się i denerwował strasznie, i jak na złość w głowie miał pustkę.
– Może zagrasz kiedyś z nami? – zapytał Marcel, idąc pewnie przed siebie.
Julek poprawił żółte słuchawki, zawieszone za szyi i zmarszczył nos.
– Szczerze? Nie rozumiem fenomenu tego sportu. – powiedział, starając się nadać swemu głosowi normalny ton.
– Mmmm… to znaczy, że wolisz sam ćpać po kątach? – zaśmiał się brunet, zwracając ku niemu spojrzenie.
– Ćpać? – powtórzył jak echo, aż zatrzymując się na chwilę.
Marcel zatrzymał się również i zmieszał się lekko.
– No… – zaczął – Najnowsza plotka. – machnął ręką.
Julek spojrzał na niego i wybuchnął śmiechem.
– Serio…? – wydusił przez śmiech i poczuł aż łezki zbierające się w kącikach jego oczu – Ha ha…– śmiał się zasłaniając buzię i od razu przybrał na twarz radosny uśmiech. Jak zawsze przy Marcelu.
– A jak w domu? – zapytał, ruszając powoli chodnikiem.
Marcel ruszył za nim.
– Ech… normalnie… – powiedział, wzruszając ramionami.
Zaraz jednak zaśmiał się pod nosem.
– Ty serio się niczym nie przejmujesz…? – bardziej stwierdził niż zapytał, wracając do tych plotek, które inni uczniowie opowiadali na jego temat.
Julek założył za ucho włosy i wzruszył ramionami.
– A czym powinienem? – odbił piłeczkę, wyciągając rękę i szorując palcem po mijanym ogrodzeniu.
Marcel zamyślił się na chwilę. Zawsze wydawało mu się, że ma dystans do rówieśników i rzeczywistości, ale okazuje się, że daleko było mu do poziomu jaki reprezentował Julek. On chyba nie mógłby tak się od wszystkich odcinać, żyć tylko w swoim świecie. I zawsze bardzo to go dziwiło.
– Nie wiem w zasadzie… – powiedział również wzruszając ramionami.
Przed kilka minut szli w milczeniu, a Marcel z zainteresowaniem obserwował idącego obok chłopaka, który idąc w wysoko podniesioną głową, zdawał się być równie nieobecny jak wtedy, gdy słuchał na przerwach muzyki. Jednak jego spojrzenie nie wydawało się śledzi mijanych budynków. Chłopak nie zerkał też pod nogi, ale ani razu nie potknął się o krawężnik czy nie wpadł w dziurę, którymi usłany był chodnik.
– Julek…? – rzucił głośniej.
Wbrew jego przeczuciom, chłopak natychmiast zwrócił ku niemu pytające spojrzenie.
– To idziemy? – zapytał, podrzucając przednie koło czerwonego górala. Ster odbił się kilka razy od betonowej płytki i zadrżał w jego dłoni. – Czy od razu wracasz do domu?
Blondyn pokiwał twierdząco głową.
– Mhm. – dodał przeciągając się i ziewając.
Było mu strasznie gorąco i czuł jak lepi się cały od potu. Cała koszula z krótkim rękawem i jasnobeżowe spodnie, z których składał się jego mundurek nieprzyjemnie kleiły się do jego skóry. Marzył o kąpieli.
– Hm…. czyli? – zapytał brunet.
– Mmm… Będzie lało… – westchnął Julek – Straszna burza.
– Jasne, jasne… – zaśmiał się zbywczo Marcel, popychając go lekko w ramię. – Jasnowidz…
Doskonale wiedział, że chłopak w jakiś dziwny sposób umiał przepowiadać deszcz. W każdym razie jego słowa zawsze się sprawdzały, a dla niego było to po prostu dziwne. Nie wiedział czy to przez to, że był ‚miastowy’ nie potrafił tez jej tak dobrze wyczuć, czy to może chłopak miał jakieś specjalne moce.
Julek wzruszył ramionami.
Przez kilkanaście kolejnych minut szli w milczeniu. Minęli pocztę, wybudowaną naprzeciwko rynku wyłożonego kocimi łbami i kościół, aż w końcu doszli do dużego skrzyżowania, przy którym stała stara mleczarnia. Blondyn zatrzymał się i zerknął w stronę bloków, stojących kilkadziesiąt metrów dalej.
– Będzie z piorunami. – powiedział, szczerząc się do niego.
Marcel spojrzał na niego jeszcze raz i uśmiechnął się lekko.
– Może jednak chcesz ze mną jechać? – zapytał, bo naprawdę nie miał ochoty być sam.
Poza tym przy kimś odrywał się od rozmyślań o sytuacji w domu i wiedział doskonale, że gdy Julek sobie pójdzie znowu zacznie o tym myśleć. A tak naprawdę rzygał już tym wszystkim. Miał dość ciągłych kłótni z ojcem i jego żoną.
– Może jutro? – podsunął blondyn, chowając ręce do kieszeni – Ty też wracaj do domu.
Marcel uniósł głowę wysoko i spojrzał na błękitne niebo, bez żadnej chmurki, po czym posłał powątpiewające spojrzenie stojącemu naprzeciwko chłopakowi.
Julek tylko się zaśmiał i uniósł rękę w geście pożegnania.
– Pa! – rzucił odwracając się i zakładając słuchawki.
Brunet odprowadził go trochę spojrzeniem, po czym wsiadł na rower i popedałował we wskazanym przez Julka kierunku.
Już gdy dojeżdżał do pola kempingowego usłyszał pierwsze pomruki nadchodzącej burzy, co tylko poprawiło mu humor. „Cały Julek”, pokręcił głową i zwrócił w kierunku miasteczka.

Kolejnego dnia w szkole, ubrany w mundurek, wszedł do klasy, kierując się do ławki w środkowym rzędzie na środku sali.
Odpowiedział na kilka przywitań i wdał się nawet w krótką rozmowę z kilkoma chłopakami. Jak zwykle jednak zerkał w stronę Julka, którego ławka stała w pierwszym rzędzie pod oknem. Blondyn jak zawsze siedział ze słuchawkami na uszach i lekko kiwał głową w muzyki słuchanej muzyki, której zniekształcone trzaski słyszał pomimo toczących się wokół rozmów.
Oczywiście chłopak nie zauważył jego wejścia, bo patrzył się na coś za oknem, jak zawsze ignorowany przez pozostałych uczniów. Marcel słyszał dużo plotek na jego temat. No i oczywiście na temat jego rodziny. Większość z nich brzmiała jak tanie kryminały, albo przesadzone dramaty dla nastolatków.
To wszystko sprawiało, że zawsze miał wrażenie, jakby tylko on, chociaż w małym stopniu znał Julka. Bo przecież tak chyba było. Był pewien, że blondyn raczej nie handluje narkotykami ani nie okrada sklepów, a jego matka raczej nie trzyma w piwnicy zwłok zaginionego ostatnio pijaczka. Tego był pewien, bo nie raz bywał u chłopaka w mieszkaniu i znał jego mamę.
Coś jednak powstrzymał go przed podejściem do niego i przywitaniem się. Nie wiedział czy to niedostępność jaka od niego biła, czy może presja otoczenia, która ignorowała chłopaka. Poddał się jej już dawno i aż do dzwonka rozmawiał z uczniami o wczorajszej burzy, z czasem zupełnie zapominając o chłopaku siedzącym pod oknem.
Czasami podczas lekcji zerkał na niego, jakby w poszukiwaniu jakiejś reakcji na to, co się dzieje wokół. Jedyne, co zauważał to to, że Julek żył w zupełnie innym świecie, że nie potrzebował niczego i nikogo. Był zupełnie inny.
Jego długie do uszu włosy, już teraz rozjaśnione były przez słońce i przybierały niemal platynową barwę. Długie rzęsy również muśnięte przez słońce wyglądały niemal dziewczęco dodając mu tylko więcej nierealności, którą emanował. Godziny mijały, a chłopak spędzał je albo na słuchaniu nauczyciela, albo patrzeniu się przez okno, czy też słuchaniu muzyki.
Kiedy zajęcia w końcu się skończyły, a autobusy rozwiozły uczniów mieszkających w odleglejszych wioskach do domów, wszyscy pozostali ruszyli na boisko. Tym razem Marcel również się na nie wybrał, nie chcąc wracać do domu i słuchać kolejnych kazań, albo uczestniczyć w całej tej zabawie w dom.
Na boisku bawił się naprawdę dobrze. Podobała mu się atmosfera jaka na nim panowała – pełna beztroski i zabawy. Słońce grzało niemiłosiernie i już niedługo wszyscy prócz niego, ku brawom i gwizdom kibicującym ich dziewczyn, pozdejmowali koszulki.
W pewnym momencie Marcel zauważył stojącego przy siatce Julka.
– Eeeej! – zawołał do niego, przywołując go ręką – Julek! Chodź grać! – dodał, zapominając, że chłopak nie znosi przecież piłki nożnej.
– Właśnie cioto, chodź pokaż jak kopiesz piłkę! – wrzasnął jeden z chłopaków, co wzbudziło wśród pozostałych salwę śmiechu i kolejne okrzyki.
– Co…? – mruknął Marcel, odwracając się do nich ze zmarszczonymi brwiami. – O co wam chodzi?
– Daj spokój. To dziwak. – zaśmiał się przebiegający obok Tomek.
– O co ci chodzi? – rzucił się do niego od razu Marcel – Nawet go nie znasz! – prychnął, patrząc jak blondyn powoli odchodzi w kierunku miasteczka.
– Zluzuj, stary… – roześmiał się chłopak i poklepał go po ramieniu.
Brunet odsunął się od niego i warknął pod nosem.
– Głupie szczeniaki… – warknął pod nosem, schodząc z boiska.
Nie przebierał się już w mundurek, tylko zgarnął plecak i poszedł w kierunku szkoły po rower. Szybko wskoczył na niego i już po chwili dogonił wchodzącego na główną ulicę chłopaka.
– Ej, Julek… – zawołał hamując przed nim ostro – Słuchaj, oni… to znaczy ja… – zaczął się tłumaczyć – Kurde, no…
Julek patrzył się na chłopaka, nic nierozumiejącym wzrokiem.
– Coś się stało? – zapytał ściągając słuchawki.
Marcel wybuchnął śmiechem i zsiadł w końcu z roweru.
– Myślałem… że ich słyszałeś… – odetchnął z ulgą – W ogóle miałeś wczoraj rację z tą burzą. – zaśmiał się, chcąc zmienić szybko temat. – Jakie prognozy na dzisiaj? – zapytał, zerkając na niego.
Blondyn podrapał się po nosie, domyślając się tylko, że chodzi o jakieś wyzwiska, które mogły paść na boisku. Był zaskoczony, że Marcel pobiegł za nim i podjechał by się wytłumaczyć.
W szkole rzadko normalnie ze sobą rozmawiali. Jakby mieli jakiś tajemny układ, że zachowują się raczej neutralnie. Nie przeszkadzało mu to specjalnie i tak cieszył się z tego co ma.
– Wieczorem będzie burza. – powiedział tylko, ruszając przed siebie.
Brunet idąc obok niego, uśmiechnął się szeroko.
– Wczoraj obiecałeś mi, że pójdziemy dzisiaj nad rzekę. – wyskoczył nagle.
Naprawdę miał na to ochotę, dzień był upalny i może nawet, pomimo wczesnej pory roku uda im się wykąpać?
– To jak, pójdziemy? – zapytał widząc, że zbliżają się do jego domu.
– Jasne, możemy iść. – wzruszył ramionami Julek.
– To zaczekaj tu chwilę. Zostawię książki, okej? – zapytał Marcel, opierając rower o bramę.
– Jasne… – powtórzył chłopak, patrząc jak brunet przechodzi przez bramkę i rusza w kierunku domu.
Tak właściwie Julek nie wiedział co ma o tym wszystkim myśleć. Wiedział jednak, że chciałby w końcu mieć przyjaciela, ale o przyjaźni wiedział tyle ile obejrzał w telewizji i przeczytał w książkach, i to wszystko dawało mu nieco wyidealizowany pogląd na rzeczywistość. I Marcel niewątpliwe był wspaniałym przyjacielem.
Kiedy chłopak wrócił ruszyli w kierunku jego domu, rozmawiając trochę o szkole i dzisiejszych zajęciach. Później zatrzymali się pod blokiem Julka by mógł pójść się przebrać i zostawić torbę.
Po kilku minutach blondyn zbiegł na dół, przebrany już w szorty i spraną bokserkę. Na szyi jak zwykle wisiały słuchawki, których kabel wchodził do kieszeni. Na palcu okręcał kluczyk.
– Rower mam w garażu. – skinął głową na stojące po drugiej stronie uliczki, rdzawe blaszaki.
Kiedy w końcu ruszyli w stronę rzeki Julek aż przymknął oczy, czując na twarzy pęd powietrza. Tak dawno już nie jeździł rowerem, pomyślał, czując, że to błąd.
– Hej! – zawołał za jadącym przed nim Marcelem.
Chłopak zakręcił się na asfalcie i podjechał do niego.
– Co jest? – zapytał, zrównując się z nim.
– Zaraz skręcamy. Pokażę ci lepsze miejsce. – zaoferował Julek i po chwili skręcił w polną drogę. – Niedawno je znalazłem. – rzucił oglądając się za siebie.
Przez jakiś czas jechali po zarośniętej niemal dróżce, aż w końcu droga skończyła się w gęstych krzakach.
Julek zeskoczył ze starego, poobdzieranego roweru i pchnął go w rosnące krzaki. Po chwili zastanowienia Marcel zrobił to samo i spojrzał wyczekująco na blondyna.
Chłopak zaśmiał się i ruszył w kierunku krzaków.
– Chodź, tu jest ścieżka. – wyjaśnił mu, odgarniając gałęzie w wskazując mu drogę.
Marcel zszedł na nią i ruszył wytyczonym traktem w dół doliny rzeki.
– Nikt nam nie ukradnie rowerów? – zapytał, oglądając się na idącego z nim Julka, który przybrał niemal nieobecny wyraz twarzy.
– Nie powinien. – odparł chłopak uśmiechając się do niego.
Brunet odwrócił się ponownie i rozejrzał się po rosnących wokół wysokich drzewach. Po chwili obok niego coś przeleciało, a on roześmiał się widząc zbiegającego z krzykiem Julka. Zaraz też sam ruszył za nim biegiem i obaj zdyszani wpadli na niewielką polanę otoczoną z trzech stron drzewami.
Julek ściągnął szybko buty i już po chwili zamoczył nogi w wodzie.
– Zimna… – wzdrygnął czując, wspinające się po plecach dreszcze.
Marcel roześmiał się i zrzucił plecak na trawę.
– Nie przesadzaj, mamy koniec maja. – zaśmiał się ściągając buty i spodenki.
Julek wyszedł z wody i podszedł do niego.
– Sam zobacz. – dodał zdejmując z szyi słuchawki i wyciągając telefon z kieszeni.
Wszystko złożył obok plecaka chłopaka i po chwili sam zaczął się rozbierać. Gdy skończył, Marcel był już w wodzie do pasa.
– I jak? – zawołał Julian, stając na brzegu w obcisłych bokserkach.
Widział z daleka jak chłopak drży i zaśmiał się pod nosem.
– Jest świetnie! – zawołał drżącym głosem Marcel i pomachał do niego ręką.
Julek zaczął się trząść chociaż nie wszedł jeszcze do wody, a w plecy grzało mu majowe słońce. Objął się ramionami i patrzył jak chłopak w wodzie zanurza się w niej i zaczyna powoli pływać.
– No choooodź! – usłyszał i po chwili wahania wszedł do wody tak jak przedtem, zamaczając w niej tylko stopy.
Patrzył na pływającego Marcela z uśmiechem na ustach. Do tej pory nawet nie przypuszczał, że mógłby tu przyjść z kimkolwiek. Że mógłby mieć… Przyjaciela? Może to było zbyt śmiałe słowo, ale on strasznie już się tym podekscytował i wszedł kilka kroków głębiej.
Marcel podpłynął do niego i nim zdążył zareagować pociągnął go ze śmiechem do wody.
Blondyn wpadł w nią ze zduszonym okrzykiem i odetchnął drżąco. Kiedy się uniósł był już cały mokry i spojrzał spod przemoczonej grzywki na śmiejącego się chłopaka.
– Nie przyszliśmy tu stać. – zaśmiał się brunet.
Julek, nie czekając rzucił się na niego ze śmiechem, przewracając go do wody i podtapiając lekko. Chłopak szybko wyrwał mu się, bo był znacznie silniejszy i już po chwili, złapał go w pasie i unosząc lekko do góry wrzucił do wody. Zaskoczony był wagą chłopaka, który był lekki jak piórko i bez większego oporu dał się podnieść. Przez kilkadziesiąt minut ze śmiechem siłowali się w wodzie. Marcel był dużo silniejszy, ale często dawał mu się przewrócić czy popchnąć, na co chłopak reagował radosnym okrzykiem zwycięstwa. W zasadzie cieszył się jak małe dziecko, gdy tylko udało mu się pokonać Marcela.
Kiedy w końcu wyszli z wody, Julek położył się na trawie, zakładając ręce za głowę. Nie wziął ręcznika, ale majowe słonce, które teraz świeciło dokładnie na polankę, było lepszym zamiennikiem. Przymknął oczy i uśmiechnął się do siebie. To było jedno z najlepszych popołudni w jego życiu.
Pod powiekami widział przesuwający się cień Marcela, który chwilę krzątał się przy plecaku i po chwili usiadł obok niego.
– Chcesz colę? – zapytał, stawiając mu na brzuchu puszkę.
Julek zaśmiał się i uniósł głowę, przesuwając wzrokiem po ciemnych plecach chłopaka.
– Dzięki… – szepnął, zatrzymując spojrzenie na widocznym pod łopatką siniaku.
Zamrugał zaskoczony i zerknął na twarz Marcela odwróconą w stronę wody.
– Co ci się stało? – zapytał siadając i otwierając puszkę.
Brunet z ręcznikiem na głowie, zerknął na niego.
– Mmmm… gdzie? – rzucił, udając, że nie wie o czym mówi Julek.
– Masz tu wielkiego jak pięść siniaka. – odparł Julek, przyciskając zaciśniętą rękę do gorącej skóry chłopaka.
Marcel zwarł zęby by nie syknąć z bólu i obejrzał się bardziej za siebie.
– Serio…? Widocznie dzisiaj na boisku ktoś mnie uderzył… – stwierdził, przesuwając dłonią po boku.
Julek posłał mu powątpiewające spojrzenie.
– Ten siniak jest już zielony… szybko się goisz, skoro tak. – zaśmiał się kładąc z powrotem na trawę i zaciskając rękę na puszce. Wiedział, że Marcel kłamał.
Odetchnął ciężko i przesłonił oczy ramieniem, pogrążając się w ten sposób w ciemności.
Brunet odwrócił się do niego i przesunął wzrokiem po jego szczupłej, jasnej klatce piersiowej. Splątane blond włosy były już niemal suche, a chłopak oddychał przez otwarte usta.
– To może wcześniej się gdzieś uderzyłem… nie wiem… – powiedział w końcu i dostrzegł, jak warga chłopaka drży.
– Wszyscy tak mówią, a później okazuje się, że są maltretowani przez swoich rodziców. – powiedział twardo, nie ruszając się z miejsca.
Marcel skrzywił się i dopił colę. Gdy zgniótł puszkę, odrzucił ją w stronę plecaka i zaraz położył obok blondyna.
– Nie przesadzaj, Julek… – powiedział półgłosem, zakrywając twarz ręcznikiem.
Julek nic już nie odpowiedział, analizując wszystko w myślach. Wiedział o sytuacji Marcela i o jego matce, ale nigdy nie mówił nic o tym by był bity. Po chwili odstawił puszkę od siebie, przewrócił się na brzuch i założył głowę na założonych ramionach.
– Udusisz się… – mruknął sięgając do ręcznika na twarzy chłopaka i odsłonił mu tylko usta.
Twarz Marcela cała była już czerwona i ten wzruszył ramionami.
– Złego licho nie bierze. – zaśmiał się pod nosem i przeciągnął się ziewając.
Po chwili odrzucił ręcznik i przekręcił twarz w jego stronę.
– Julek…? Ludzie mówią, że twój ojciec… – zaczął i zaraz zamilkł, zdając sobie z głupoty, jaką mógł przed chwilą popełnić – Znaczy, co się z nim stało? – zapytał.
Julian zaśmiał się lekko i uniósł brew pytająco.
– A co miało się z nim stać? – zapytał rozbawiony – Wyjechał do Anglii do pracy, nie mówiłem ci? A co ludzie mówią?
Marcel odetchnął z ulgą.
– Mówią, że… że ktoś go zamordował… – westchnął nie dodając już, że posądzają o to jego matkę.
W zasadzie wiedział, że w każdym małym miasteczku musi być jakaś rodzina okryta złą sławą i wytykana palcami. Nie rozumiał jednak czemu to akurat musiała być rodzina Julka, chłopaka który teraz roześmiał się w głos, chowając twarz w ręce.
Marcel zaśmiał się pod nosem i po chwili wyciągnął rękę, by potarmosić go po włosach.
– Jesteś dziwakiem. – stwierdził ze śmiechem, wzbudzając w nich kolejną salwę śmiechu.
– Ai ai, kapitanie. – zaśmiał się Julian, powoli uspokajając się i posyłając mu rozbawione, lekkie spojrzenie.
– Serio… jesteś największym dziwakiem, jakiego spotkałem… – westchnął Marcel, błądząc wzrokiem po jego twarzy – W dodatku masz piegi. – zaśmiał się, dostrzegając na jego nosie i pełnych policzkach małe brązowe kropeczki.
Julian zasłonił buzię ręką, udając zawstydzenie.
– No weee… – mruknął, hamując kolejna porcję śmiechu – To mój jedyny kompleks… – dodał, widząc jak Marcel od razu poważnieje.
Brunet spojrzał na niego zaskoczony i nagle zrobiło mu się bardzo głupio.
– Uch… przepraszam… Nie wiedzia… – zaczął, dopiero po chwili dostrzegając ukryty po szczupłą dłonią uśmiech i błysk rozbawienia w oku. – Och ty… – roześmiał się, rzucając się na niego i łapiąc za ręce. Szybko odwrócił go do siebie i przycisnął jego ręce do ziemi. Julian zaczął się pod nim wić ze śmiechem i po chwili, brunet usiadł na jego biodrach.
– Jaki kłamczuch! – zawołał, unieruchamiając go i pochylając się bardziej nad nim.
– Nieprawda… ha ha! – zaśmiał się Julek podrzucając biodrami, by go z siebie zwalić.
Chwilę siłował się z nim, lecz widząc że i tak nie ma żadnych szans, odpuścił w końcu, oddychając ciężko. Marcel zawisł nad nim i zmrużył oczy.
– Ha ha! Zwycięstwo… – zaśmiał się spoglądając w jego piwne oczy.
Były zabawne, tak jak cały chłopak. Z jaśniejszymi, niemal żółtymi plamkami i ciemną, gruba otoczką, wokół tęczówki.
Julek uśmiechnął się lekko, poważniejąc na twarzy. Był nieco skrępowany jego spojrzeniem, które tak uważnie studiowało jego twarz.
– Od gapienia się na nie, znikną. – zaśmiał się w końcu, unosząc wąską brew w geście rozbawienia.
Marcel zamrugał i pochylił się bardziej, wbijając spojrzenie w piegi.
– Przestaniesz być dziwadłem… – rzucił, niemal stykając się z nim nosem.
Julian odetchnął głęboko i poruszył jeszcze raz biodrami.
– Nie chcę, zejdź… – jęknął, starając się zachować powagę – To boooli… – stęknął w końcu, zerkając na niego z udawanym bólem w oczach.
Brunet odskoczył od niego natychmiast i wyprostował się, siedząc na jego kolanach.
– Przepraszam… – zawołał, obserwując jak chłopak siada i rozmasowuje sobie nadgarstki.
Julek spuścił głowę, by zasłonić oczy włosami.
– Julek… przepraszam, nie chciałem cię skrzywdzić… – powiedział Marcel prawdziwie zmartwiony i zsunął się z jego nóg.
Jak mógł o tym nie pomyśleć? W końcu Julian był od niego dużo szczuplejszy i słabszy, a on siłował się z nim jak z równym. Było mu bardzo głupio.
Sięgnął dłonią do jego twarzy, chcąc podnieść ją i zajrzeć mu w oczy.
Gdy tylko to zrobił, Julek bezczelnie roześmiał mu się w twarz i zaraz od niego odskoczył.
– Victory! – wykrzyknął, prostując się dumnie kilka kroków od niego.
Marcel tylko przymknął oczy.
– Kiedyś się na tym przejedziesz… – dodał i po chwili zaśmiał się również.
Kiedy wracali już do miasteczka słońce zachodziło za odległym na horyzoncie lasem. Prowadząc rower polną drogą, Marcel rozejrzał się dookoła. Zewsząd otaczały ich rozległe pola. Na niektórych rosła wysoka trawa, niektóre odznaczały się ciemną, niedawno rozoraną ziemią. Po jednej stronie w odległości kilkuset metrów widział pierwsze zabudowania małej wioski, a po drugiej miasteczko. Wszystko zalewała fala ciepłego, zachodzącego słońca. Zerknął jeszcze na idącego obok Julka, który prowadził za ster stary, przyrdzewiały rower.
– To było świetnie… – westchnął w końcu i uśmiechnął się szczerze.
Julek uniósł spojrzenie i również się do niego uśmiechnął, mrużąc oczy.
Też czuł się szczęśliwy. Nigdy z nikim nie bawił się tak dobrze. Nikt nigdy z rówieśników nie traktował go jak Marcel.
– Dzięki… – szepnął, patrząc na odległy krzyż, stojący przy wyjeździe na asfalt. – Też się świetnie bawiłem. – dodał, zaciskając dłonie na sterze.
Po kilkunastu krokach Marcel odezwał się ponownie.
– Tak się zastanawiam… – zauważył, zerkając na niego niepewnie – Bo jesteś… Znaczy fajny z ciebie chłopak – powiedział w końcu.
Julek zmarszczył brwi, słysząc jego poważny ton i po chwili roześmiał się w głos.
– A no wiem. – odparł rozbawiony – Tak po prostu bywa… – roześmiał się.
– To dziwne… – westchnął Marcel pod nosem do swoich myśli.
Znali się już długo, a on nadal zastanawiał się nad tym, czemu inni tak go traktują. Może oni zrobili coś chłopakowi? A może chłopak im? Chociaż nie był naiwny, wiedział jacy bywają ludzie w szkołach. Potrafili uwziąć się na kogoś zupełnie bez powodu. Ale Julek nie wyglądał na kozła ofiarnego, nie wyglądał jakby przejmował się tym, że ktoś go nie lubi, że jest szkolnym popychadłem. Ale czy faktycznie nim był? W końcu nikt się niemal do niego nie odzywał, nie licząc kilku wyzwisk. Czasami.
To, że Julek był inny, było jednak pewne, pomyślał zerkając ponownie na niego.
Chłopak szedł z odchyloną na kark głowa i obserwował różowe chmury, które zbiegały się w stronę słońca. I wyglądał przy tym tak… lekko i pięknie. Pięknie?
Marcel odwrócił od niego wzrok i odetchnął głęboko. Miał wrażenie, że Julek jest taką istotą zupełnie z innego świata, że już go gdzieś spotkał. Myślał od tym od pierwszego dnia w szkole, gdy tylko go zobaczył. Jednak za nic nie mógł sobie przypomnieć gdzie to mogło być. W końcu odetchnął głęboko poddając się.
– Nie chciałbyś się z nimi jakoś dogadać? – zapytał.
Julek zaśmiał się tylko i wzruszył ramionami.
Kiedy był młodszy często próbował to zrobić, jednak nigdy nie potrafił znaleźć wspólnego języka z ludźmi w jego wieku. Prędzej czy później wychodziły na wierzch ich różne zainteresowania i poglądy.
– Nie kombinuj nic. – zaśmiał się do niego Julek – Pewne rzeczy warto zostawić takimi, jakie są i nic na siłę nie zmieniać. – powiedział, patrząc na niego bystrzej.
Marcel zacisnął wargi.
– Przecież nie zmuszę cię do niczego… – odparł, gdy zbliżali się do ogrodzonego spróchniałym płotkiem krzyża – Może to wszystko tylko ci się wydaje? A cała ta sytuacja wynika z tego, że się nie znacie wcale? – zauważył, przyglądając się kolorowym wstążkom, które uwiązany u góry krzyża ciągnęły się aż do sztachet.
– Znamy się bardzo dobrze. – odparł Julek, nieco irytując się tym jak bardzo brunet chciał zbawić jego życie. – Nie rób nic na siłę. – dodał jeszcze, wsiadając na rower. – Jedziemy? – zapytał, odpychając się stopami i zatrzymując na asfalcie.
Marcel tylko się zmarszczył i mruknął coś pod nosem, wyprowadzając rower na drogę.
– Rozumiem, że ci na tym wcale nie zależy. – rzucił, łapiąc za ster wsiadając na rower.
Julek ponownie wzruszył ramionami.
– Niespecjalnie. – odparł, po czym Marcel odbił się od asfaltu i ruszył w kierunku miasteczka.
Sam nie wiedział, czemu aż tak zdenerwowała go postawa chłopaka.

Reklamy
Posted in Maj

6 thoughts on “Maj – Rozdział I

  1. Cóż mogę powiedzieć? Są cudowni! To dopiero pierwszy rozdział, ale ja już jestem pewna, że „Maj” zapadnie mi w pamięć na długo ^^
    Opowiadanie zapowiada się świetnie. Urzeka swoją prostotą, bohaterowie są ciekawie wykreowani, a od całości bije niemal namacalne ciepło. Nie potrafiłam przestać się uśmiechać, czytając sceny nad rzeką ;)
    Z niecierpliwością będę wyczekiwać drugiego rozdziału ^.^
    Pozdrawiam!

    1. Dziękuję. Liczyłam na to, że uda mi się napisać coś takiego ciepłego i innego. Trochę beztroskiego, z takimi ‚zwykłymi’ dramatami. C:

      ściskam gorąco!
      <3

  2. ,,Doskonale wiedział, że chłopaka w jakiś dziwny sposób umiał przepowiadać deszcz.” ~ ,,chłopak”
    ,,Tak dawno już nie jeździł rowerem, pomyślał, czując że to błąd.” ~ przed ,,że” przecinek
    ,,- Chodź tu jest ścieżka. – wyjaśnił mu, odgarniając gałęzie w wskazując mu drogę.” ~ przecinek przed ,,tu” chyba..
    ,,Splątane blond włosy były już niemal suche, a chłopak oddychał przez otwarte,usta.” ~ bez przecinka przed ,,usta”
    ,,- Jesteś dziwakiem. – stwierdził ze śmiechem, wzbudzając w nich kolejna salwę śmiechu.” ~ ,,kolejną”
    ,,- Od gapienia się na nie, znikną. – zaśmiał się w końcu, unosząc wąską brew w gaśnie rozbawienia.” ~ ,,geście”
    ,,Nikt nigdy z rówieśników, nie traktował go jak Marcel.” ~ a nie powinni byc bez przecinka?
    Marcel jest super! Jest taki kochany i troszczy sie o Julka, a on jest taki chamski :c
    Pewnie Marcel zaraz sobie pomysli, ze Julkowi w ogole na nim nie zalezy? Mam nadzieje, zw jego sytuacja w rodzinie sie polepszy.. A ta kobieta to jest jego mama, tak? Bo nie wiem czy dobrze zrozumialem.. I mam nadzieje, ze nikt go nie bije, bo zeby rodzice go bili!?
    Pozdrawiam

    Damiann

    1. Dziękuję za błędy. C:
      No cóż. Czy Julek az taki jest chamski? Sama nie wiem. Po prostu przez lata się przyzwyczaił do takiego życia, a i gdyby Marcel był tak bardzo wobec niego w porządku, na pewno zagadywałby go i w szkole, a nie tylko gdy są sami…

      Trzymaj się. <3

  3. Aż żałuję, że to będzie takie krótkie opowiadanie. Marcel i Julek po prostu chwytają za serce, zasługują na więcej niż trzy rozdziały. Może kiedyś, coś…
    Pozdrawiam :-)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s