Maj – Rozdział II

Kolejnego dnia, gdy przyszedł do szkoły nic się nie zmieniło.
Julian nawet się na niego nie obejrzał ani nie przywitał. Myśląc tylko o tym jak bardzo było to nie w porządku, nie pomyślał nawet, że sam równie dobrze mógł do niego podejść.
Ale Julek traktował go jak powietrze, jak wszystkich innych dookoła. A przecież chyba byli czymś w rodzaju przyjaciół? W każdym razie wczoraj, nad rzeką i za każdym razem gdy się spotykali, miał takie wrażenie.
Siedząc na zajęciach co raz na niego zerkał. Blondyn niewzruszony siedział w ławce patrząc jak nauczycielka od matematyki zapisuje wzory trygonometryczne na zielonej tablicy.
W tym roku kończył osiemnaście lat, ale czuł się jak dzieciak, gdy tak złościł się na niego za to olewanie. Ale może powinien zaakceptować takie zachowanie Julka? W końcu z tego co wiedział, chłopak funkcjonował już tak od gimnazjum i teraz zakrawałoby to na cud, gdyby nagle zaczął się integrować z rówieśnikami. Odetchnął tylko ciężej i skupił się na zadaniach. Może faktycznie nie powinien zmieniać nic na siłę?
Julek cały dzień czekał aż Marcel do niego podejdzie.
Sam nie mógł i nie chciał tego zrobić. Po wczorajszej rozmowie, gdy wracali znad rzeki odniósł wrażenie, że chłopakowi zależy na akceptacji ludzi ze szkoły. I na pewno, gdyby nagle zaczął się z nim bardziej zadawać, nie zyskałby uznania w oczach znajomych. A Julek nie chciał mu szkodzić, przecież tak jakby byli przyjaciółmi. I w zasadzie nie miał mu tego za złe. Był tylko lekko rozczarowany i po raz pierwszy od dawna poczuł się jak prawdziwe dziwadło. Czasami miewał takie myśli, szczególnie, gdy przyjaciel namawiał go na jakąś integrację, jednak zazwyczaj nie gościły długo w jego głowie.
Wychodząc na długą przerwę mimowolnie przesunął wzrokiem po rozmawiającym z chłopakami brunecie. Dla niego takie rozmowy o niczym nigdy nie były naturalne, wolał nie mówić nic, niż gadać o głupotach. Ale może to był jego problem? Może na siłę chciał być inny? Może tylko upierał się, że nie potrzebuje wcale kontaktu z rówieśnikami i jest ponad to? W ogóle był nieco na siebie zły, że aż tak przywiązał się do Marcela.
Szkolne korytarze, obwieszone starymi fotografiami były niemal puste. Wszyscy uczniowie zawsze w cieplejszych sezonach wylegali na boisko, by zjeść przyniesione ze sobą drugie śniadania. Julek robił podobnie. On jednak zawsze wychodził na tyły szkoły, gdzie znajdowało się drugie, zarośnięte przez bzy wejście. Zrobił sobie do niego przejście i siadał na poprzedzających je betonowych schodkach. Niby zawsze miał ze sobą słuchawki i mógł odciąć się od otoczenia, jednak dodatkowa zapora z krzaków sprawiała że czuł się dużo bezpieczniej.
Odetchnął głęboko zapachem kwitnącego bzu i już po chwili wyciągnął z torby pudełko z kanapkami.
No i po co mu to było? Po co w ogóle wdał się w jakiekolwiek kontakty z Marcelem? Czasami naprawdę tego żałował!
Wczoraj całą noc przeżywał jego słowa i ten wypad nad rzekę. To było naprawdę fajne, takie ciepłe i miłe. A na nieszczęście dla ludzi, oni zawsze przywiązują się zbyt szybko do przyjemnych rzeczy.
Po chwili namysłu Julian odłożył kanapkę do pudełka i schował je ponownie do torby. Czując przyjemny zapach przymknął oczy opierając się plecami o betonowy, obrosły mchem murek.
To było idealne miejsce. Zaciszne i dające mu wiele pola do popisu, bo uwielbiał wyobrażać sobie, że znajduje się w jakieś elfiej kryjówce. Tym razem jednak szybko porzucił te wyobrażenia na rzecz Marcela i wspominania wczorajszego popołudnia. Czyżby zaczynał dorastać i wyrastać z tej infantylności? W końcu miał już osiemnaście lat, a nadal zachowywał się jak dwunastolatek. Tak strasznie też napalił się na tę przyjaźń z Marcelem.
Po jakimś czasie Julek zdał sobie sprawę, że już dawno temu był dzwonek na lekcję. Szybko podniósł się z miejsca i okrążył budynek szkoły, by do niej wejść. Kiedy wszedł do klasy lekcja trwała w najlepsze. Były to zajęcia artystyczne więc i tak każdy robił na nich co chciał, a nauczyciel zawsze przychodził w połowie lekcji.
Nie oglądając się na nikogo przeszedł do swojej ławki i usiadł na miejscu.
Nagle wyprostował się jak struna, czując pod pośladkami coś mokrego i zimnego. Pomimo słuchawek założonych na uszy, doskonale słyszał ciszę jaka zapanowała w klasie, by po chwili rozbrzmieć głośną falą śmiechu.
Chłopak pobladł i zacisnął zęby. Po chwili zgarnął ręką zeszyty i torbę, i wymaszerował z sali. Wychodząc zerknął kątem oka na Marcela i był pewien, że na jego twarzy malowało się rozbawienie nie mniejsze niż u pozostałych. Uniósł tylko wyżej głowę i odwrócił spojrzenie. Poczuł się strasznie zdradzony. Pierwszy też raz od gimnazjum, ktoś wyciął mu taki numer. Wtedy chłopacy zniszczyli mu rower, ale ojciec poszedł wtedy do szkoły i zrobił taką awanturę, że nikt więcej nie ośmielił się mu dokuczać. Ale teraz? Ojca nie było, zresztą jego ingerencja tylko by mu zaszkodziła.
Zresztą sam fakt, że ktoś podłożył mu jajko, nie był tak bolesny jak fakt, że Marcel się z niego śmiał. To paliło go bardziej niż mokra plama na tyłku.
– Dokąd to, Julianie? – usłyszał głos idącego z naprzeciwka nauczyciela.
Kiedy zbliżyli się do siebie, Julek skrzywił się udając ból.
– Do ubikacji… Bardzo źle się czuję… – powiedział, starając się brzmieć wiarygodnie.
Wysoki mężczyzna położył mu rękę na ramieniu i przyjrzał się jego twarzy uważnie.
– Dobrze, zaraz kogoś do ciebie przyślę. – postanowił, klepiąc go po barku.
Julek pokiwał głową, nie łudząc się, że ktokolwiek przyjdzie, w końcu nie raz już tak bywało.

Marcel z niewiadomych dla siebie przyczyn, nie wybiegł za Julianem. W zasadzie do ostatniej chwili nie wiedział, co się właściwie stało. Dopiero, gdy na spodniach wybiegającego z sali Julka dostrzegł wielką plamę i złapał jego zimne spojrzenie, zrobiło mu się aż niedobrze. Gdy chłopak zniknął za drzwiami odwrócił się do siedzącego za nim kolegi i dowiedział się szczegółów.
W pierwszej chwili pomyślał, że powinien pójść za blondynem, jednak coś uparcie trzymało go przy krześle.
Kiedy do klasy wszedł nauczyciel pytając kto pójdzie pomóc Julianowi, bo źle się poczuł, rozejrzał się po pomieszczeniu. Absolutnie nikt do tego się nie zgłosił, nawet żadna z dziewczyn. Szybko podniósł się i wyszedł z sali. Nie rozumiał za co wszyscy tak go nie znosili.
Szybkim krokiem skierował się do ubikacji znajdującej się na tym piętrze. Gdy do niej wszedł, zastał Julka stojącego w samej koszuli przy zlewie i spierającego plamę ze spodni. Wyglądał jak półtora nieszczęścia pochylony nad umywalką i z zaciekłą miną szorujący materiał.
– Julek… – zaczął, czując się absurdalnie winny tej sytuacji.
W pierwszej chwili pomyślał, że chłopak go nie słyszał, przez założone na uszy słuchawki. Nieco zirytowany, sięgnął ręką by je zdjąć lecz chłopak zabrał szybko głowę.
– Daruj sobie… – burknął pod nosem, nie podnosząc na niego spojrzenia.
– O co jesteś na mnie zły? – powiedział szybko Marcel – Przecież nie ja ci je podłożyłem!
Julek prychnął cicho i odkręcając kran spłukał mydło z materiału.
– Nie, ty tylko się ze mnie śmiałeś. – szepnął chłopak, wyżymając wodę.
Marcel zaczerpnął powietrza, by dalej się usprawiedliwiać, a chłopak strzepał spodnie i przyjrzał się im. Plama była jeszcze większa, lecz zaprana szybko powinna wyschnąć, może nawet nim dojdzie do domu, pomyślał, przymierzając się do ich założenia.
– Ja… nie masz innych ciuchów? – zapytał brunet, widząc jak Julian zakłada mokre ubranie na szczupłe nogi.
– Nie co dzień ktoś robi mi takie kawały, więc nie noszę do szkoły ubrań na zmianę. – powiedział chłodno chłopak – Ale kto wie? Może powinienem zacząć? – dodał ironicznie, rzucając mu szybkie spojrzenie.
– Mam spodenki, myślałem, że po lekcjach pójdę na boisko… Zaraz ci przyniosę. – szybko zaoferował się Marcel, odwracając się do drzwi.
– Obejdzie się. – rzucił Julek, zapinając spodnie i sięgając po leżącą pod umywalką torbę.
Czuł się naprawdę okropnie. Tak, jak do tej pory nie zwracał uwagi na żadne docinki, które i tak zdarzały się sporadycznie, tak teraz było mu naprawdę przykro. Że Marcel to widział, że śmiał się z niego, że… Uh! Odkąd on się zjawił wszystko zaczęło się zmieniać!
Minął go w przejściu, nawet nie dotykając.
– Powiedz nauczycielowi, że poszedłem do domu. – rzucił tylko, unosząc rękę w geście pożegnania.
– Julek, nie uciekaj… – zaczął brunet, ruszając za nim – Pokaż im…
– Co mam im pokazać? – zaśmiał się blondyn idąc przed siebie. – Plamę na tyłku? Kolejny powód do śmiechu? – zakpił, maszerując szybkim krokiem.
– Nie, pokaż im, że wcale to ciebie nie boli… że jesteś ponad to! – zawołał Marcel.
Gdy byli przy klatce schodowej na końcu korytarza, załapał Julka za rękę, by go zatrzymać.
– Do tej pory, wcale cię to nie obchodziło… że gadają, że się śmieją.
Julek spojrzał na niego zraniony, zadzierając nieco głowę do góry, bo Marcel był od niego wyższy.
– Nadal mnie to nie obchodzi! – odparł pewnie, czując jak serce zaczyna mu przyspieszać.
– Więc przed czym teraz uciekasz? – zapytał brunet, marszcząc brwi.
Spojrzenie chłopaka było tak bezradne, że chciał go przytulić i zrobić wszystko inne, co tylko by mógł, by poprawić mu humor. Nie pasowała do niego ta pochmurna, zmartwiona mina. Poza tym czuł, że Julian nie zasłużył na to wszystko.
– Przed tobą… – powiedział półgłosem Julek i wyrwał rękę z jego uścisku – Myślałem, że jesteś moim przyjacielem. – dodał, przełykając gulę rosnącą mu w gardle – Może to twój pomysł w ogóle? Odkąd się zjawiłeś, coraz częściej przytrafiają mi się takie właśnie rzeczy.
Nim Marcel zdążył odpowiedzieć, że to zwykłe nieporozumienie, chłopaka już nie było.
Julek zbiegł szybko na parter i wybiegł ze szkoły.
Może to faktycznie było prawdą? To, co przed chwilą wpadło mu do głowy? W końcu odkąd w szkole był Marcel, wszyscy jakoś chętniej coś za nim wołali i teraz jeszcze to jajko… Może Marcel wcale nie był taki dobry, jak mu się wydawało? W końcu przedtem uczył się w dużo większej szkole, w o wiele większym mieście. Nie wyglądał też na zbyt grzecznego, może miał już doświadczenie w prześladowaniu innych, słabszych od siebie uczniów. Na pewno tylko udawał takie zainteresowanie tylko po to, by wyciągnąć z niego jakieś rzeczy, z których później mógłby się nabijać z innymi, równie przebojowymi chłopakami z klasy.
W tamtej chwili był tak rozczarowany przyjacielem, że zapomniał już, że Marcel wcale nie trzyma się z tamtymi chłopakami, i że w gruncie rzeczy był fajnym kolesiem, z którym przyjemnie spędzało się czas.
Idąc przez miasteczko zupełnie zapomniał o mokrej plamie na tyłku, na którą pewnie zwróciła uwagę większość mijających go osób. Cały czas myślał o Marcelu i o tym, jak bardzo sam zmienił się przez te ostatnie kilka miesięcy.
Przecież wcześniej nawet by się nie przejmował taką sytuacją. Nadal siedziałby zamknięty w swoim świecie, nie myśląc, czy tego ranka ktoś podejdzie do niego by się z nim przywitać lub czy w ogóle odezwie się do niego chociaż jednym słowem przez cały dzień.
Czuł się, jakby nagle ktoś brutalnie wyrwał go z jego bajkowego świata i wrzucił wprost w szarą rzeczywistość. Jakby nagle dorósł i w parę chwil rozczarował się życiem.
A przecież nic tak właściwie się nie stało i to jeszcze bardziej go zirytowało. Spuszczając głowę, szedł dobrze znaną, prostą trasą w kierunku bloków. Tym razem nawet muzyka, która ustawił na całą głośność nie oderwała go od kłębiących się w głowie negatywnych myśli.

Marcel wrócił do domu w nie najlepszym humorze. Cieszył się, że nie zastał w nim żony ojca, bo niewątpliwe wywołałby kolejna burzę, w której ojciec jak zwykle stanąłby po Jej stronie. Bo w końcu powinien szanować ‘matkę’, bo w końcu to Ona w bólu wydała go na świat.
Szybko przeszedł przez duży salon w kierunku schodów na górze i już po chwili zamknął się w swoim pokoju. Zdenerwowany rozejrzał się po niemal pustym wnętrzu. Nigdy nie lubił bałaganu na biurkach czy szafkach i wręcz obsesyjnie przestrzegał, by łóżko było zawsze dobrze zasłane. Tym razem jednak jasnoszare ściany pokoju wydały mu się być zbyt przytłaczające i nawet wpadające zza okna słońce nie rozjaśniło wnętrza.
Po wyjściu Julka dowiedział się, kto wpadł na ten pomysł, a widząc dumnego z siebie chłopaka, miał ochotę po prostu rozkwasić mu twarz. Cały czas prześladowało go zranione spojrzenie blondyna, jakby to on był wszystkiemu winien. I jeszcze to, co na koniec powiedział… Jak mógł w ogóle podejrzewać go o to? W końcu też uważał ich za przyjaciół. Tylko z Julkiem od przeprowadzki czuł się swobodnie. Chłopak był bardzo szczery i naprawdę przyjemnie spędzało się z nim czas. Marcel nie mógł też przed sobą ukryć, że w dziwny sposób wzbudzał w nim nietypowe odruchy. Bo naprawdę chciał go w jakiś sposób bronić. Wiedział, że wynikało to z tego, że nie znosił jak inni znęcali się nad słabszymi, ale też po prostu z samego Julka, który musiał chyba we wszystkich wzbudzać takie uczucia – jego wielkie, nieobecne oczy i drobna postura.
Marcel ułożył się na łóżku i przymknął oczy.
Nie chciał kłócić się z Julkiem. Ale czemu chłopak nie mógł być taki jak inni? Nie musiał być super popularny, ale żeby chociaż żył z innymi w normalnych stosunkach. Żeby mogli normalnie ze sobą gadać, a nie żeby chłopak zawsze się od wszystkich odgradzał. Z jednej strony czy to nie była jego wina? W końcu sam wybrał sobie takie życie – słuchawki i gapienie się w okno. To oczywiste, że prowokował innych do takiego zachowania, w końcu ludzie tacy już są! A później jeszcze miał jakieś wyrzuty, jakieś żale…!
Chłopak jęknął wciskając twarz w poduszkę.
O czym też myślał? Przecież tak naprawdę chciał się z nim zobaczyć, wyjaśnić mu całe to nieporozumienie. Przecież gdyby Julek był inny, nie byłby już TYM Julkiem.

Kolejne, pochmurne dni nie przyniosły nic dobrego.
Dokuczanie Julkowi, wyzywanie go, stało się jakimś nowym sportem w ich klasie i nikt nie omieszkał rzucić chłopakowi jakiejś przykrej uwagi. Blondyn trzymał się twardo, uczepiony swoich słuchawek i swojego świata, nawet gdy ktoś zaczepiał go i zrywał mu słuchawki z uszu. Marcela strasznie to bolało. Może nawet bardziej niż samego chłopaka. Był na siebie wściekły za to, że nie potrafił im się postawić, stanąć w obronie Julka. Naprawdę był tak beznadziejnie słaby? Pewny siebie tylko na pokaz?
Nie reagował nigdy. Ani gdy go popychali, ani gdy mazali jego zeszyty i podręczniki tuszem, gdy Julian wychodził z klasy. Zaciskał tylko zęby i pięści, bo tylko na tyle było go stać.
Widział jego puste, jakby obojętne spojrzenie na każdą taką rzecz, na każde kolejne upokorzenie. Ale jak zwykle był tylko obserwatorem. Czasami nawet wkurzał się na samego chłopaka, że sam nie reagował, że nie robił nic, by się przed nimi obronić. Po prostu pozwalał im na wszystko, jakby wszystkie te obelgi go nie dotyczyły. Może i to był jakiś sposób, może kiedyś w końcu by się od niego odczepili? Ale jak długo można pozwalać na coś takiego?
Kiedy wracał do domu był niemal tak wykończony, jakby sam był ich ofiarą. Ale ile można?
Codziennie udawał, że nie obchodzą go te ‘żarty’ jakie robili blondynowi. Starał się mówić jak bardzo są szczeniackie i po prostu słabe. Ale to wszystko jakby nic nie dawało, jakby jeszcze bardziej prowokowało ich do wymyślania nowych małych tortur. Starał się też nie trzymać się za bardzo z nikim z klasy.
Coraz częściej tez kłócił się z ojcem i jego żoną. Nie potrafił się z nimi dogadać. Ciągle miał wrażenie, że Ta Kobieta udaje, że kombinuje coś na boku, że wykorzystuje ojca. Drobne rzeczy wywoływały w nim dziką wściekłość.
Tak było też tamtego deszczowego popołudnia.
Marcel odrabiał matematykę, próbując nie myśleć o Julku, który każdego dnia oddalał się od niego coraz bardziej, kiedy Ona weszła, jak zwykle bez pukania, do jego pokoju.
– Kochanie, obiad. – powiedziała swoim melodyjnym głosem, który działał na niego jak płachta na byka.
Dziwił się sobie, że kiedyś, nim ich zdradziła, uwielbiał jej słuchać. Że był dumny z jej świetnego wyglądu pomimo dojrzałego wieku. Teraz dopiero zauważał, że ubrania, które nosi, nie pasują czterdziestoletniej kobiecie, że makijaż jest zbyt wyzywający, że całą swoją postacią, wcale nie reprezentowała matki, która miała niby być.
– Nie mów tak do mnie. – rzucił tylko, nie odrywając spojrzenia od zeszytu.
– Marcel…
– Już schodzę. Wyjdź. – dodał twardo, zaciskając palce na długopisie.
Kobieta po chwili wyszła z pokoju, a on odetchnął głęboko. Dopiero po kilkunastu minutach, gdy zgłodniał zszedł na dół. Ojca z żoną zastał nadal przy stole.
– Mówi się ‚smacznego’. – rzucił ojciec, ocierając usta serwetką.
– Smacznego, tato. – powiedział Marcel, podchodząc do lodówki.
Nim ją otworzył usłyszał z jadalni donośny głos mężczyzny.
– Matka zrobiła obiad.
– Nie chcę. – odparł od razu, biorąc z lodówki jogurt.
– Marcel! Nie po to stała pół dnia przy garach, byś teraz wybrzydzał!
– Jesteś pewien, że nas nie podtruwa? – zapytał bezczelnie, zatrzymując się przed schodami.
Ojciec odrzucił serwetkę na stół i wstał zamaszyście z krzesła.
Nim go uderzył, zapytał jeszcze jak mu nie wstyd. Marcel nie czuł wstydu, czuł tylko żal do ojca, że zawsze to Ją stawiał na pierwszym miejscu, pomimo tego ile obaj przez Nią przeszli.
Wybiegając z domu, zupełnie nie zwrócił uwagi na lejący deszcz i wskoczył na stojący pod garażem rower. Szybko ruszył mokrym asfaltem przed siebie, byle dalej. Byle nie myśleć.
Pedałował jak wariat, czując uderzające jego twarz krople i pęd chłodnego powietrza. Jak on mógł? Znowu to on był winny, to on nie sprawował się jak należy. Ale czy nie miał racji? Czy nie miał do tego prawa? To Ona ich zdradziła, oszukała i zostawiła.
Kiedy był już nad rzeką rzucił rower w krzaki i ruszył pędem na dół. Miał ochotę wyć. Kiedy znalazł się na polance, zaczął krążyć po niej nerwowym krokiem.
– Cholera… – jęknął, zatrzymując się w końcu na jej środku.
Czuł się okropnie bezradny i słaby. Jakby wszystkich po kolei zawodził: Julka, ojca i siebie. To było zabawne jak bardzo zmienił się odkąd tu się przeprowadzali, odkąd musiał starać się wpasować do nowego miejsca do nowej sytuacji. W starej szkole, w starym życiu miął jakieś miejsce, swoją rolę do grania, a tu? Nikogo nie znał, nagle okazywało się, że musi starać się o kontakty z innymi, nie to co kiedyś, gdy wszystkich znajomych znał od piaskownicy…
Zrezygnowany, przykucnął na trawie chowając twarz w dłonie. Był cholernie zmęczony i przemoknięty, a jego ciałem trzęsły zimne dreszcze. Nie znosił wiosennych ulew.
Po chwili poczuł na ramionach szczupłe dłonie i nagle na jego plecy opadł niewielki ciężar szczupłego ciała. Spiął się cały i uniósł głowę. Może to zabawne, ale po zapachu poznał, że to on. Julek. Od jego ciała biło niesamowite gorąco, które szybko rozgrzało jego plecy. Ramiona chłopaka objęły go mocno i już po chwili poczuł wtulającą się w jego policzek głowę chłopaka.
– Spokojnie… – szepnął w jego szyję Julian – Wszystko się ułoży… – dodał, zaciskając mocniej ramiona.
Marcel odetchnął ciężko, czując ogromną ulgę. W dziwny sposób mu wierzył, chociaż w normalnych okolicznościach przecież wyśmiałby te banalne słowa. Po chwili wahania, wyciągnął rękę, by pogładzić go po przedramieniu, zaciśniętym wokół jego szyi. Skóra Julka, pokryta delikatnymi, jasnymi włoskami była gorąca i miękka, taka, jaką mógł mieć tylko on.
– Co się stało…? – zapytał cicho blondyn, wpatrując się w pomarszczoną od deszczu taflę rzeki.
Marcel strapił się i zmierzwił jego mokre włosy.
– Przeziębisz się… – rzucił, byleby tylko coś powiedzieć.
Myśli w jego głowie galopowały, gdy czuł za sobą ciepło chłopaka. Nagle zdał sobie sprawę z dziwnej ulgi i podekscytowania, jakie czuł nie mogąc w ogóle zebrać myśli. Było mu ciepło i dobrze, i nawet padający wokół deszcz nie mącił tych uczuć.
– Chodź pod drzewa, tam tak nie pada. – zaproponował Julek, odsuwając się od niego.
Marcel obejrzał się za nim, czując dreszcz przebiegający jego plecy. Znowu zrobiło mu się zimno i zaczął drżeć.
Julek przeszedł kilka kroków i po chwili pochylił się wchodząc pod gęste gałęzie drzew. Gdy obaj się pod nimi znaleźli, usiadł pod pniem i spojrzał na pochylonego chłopaka.
– No siadaj. – wyszczerzył się do niego i wskazał mu suche miejsce obok siebie.
Marcel rozejrzał się jeszcze, dostrzegając porzucone pod pobliskim pniem słuchawki i torbę chłopaka.
– Przyjemna kryjówka… – zauważył, siadając w końcu obok niego.
Po drzewami było dużo spokojniej i cieplej niż na zewnątrz, gdzie pomiędzy gałęziami mogli dostrzec polankę i rzekę skąpane w deszczu.
Julek pokiwał tylko głową i podciągnął kolana do siebie. Zaplótł dłonie na kostkach i spojrzał na niego niepewnie.
Obecność Marcela w tym miejscu zaskoczyła go. Sam lubił tu przychodzić, siedzieć pod drzewami, nawet w czasie deszczu, ale on? Tutaj? W dodatku, gdy widział go tak krążącego po polanie zrobiło mu się go bardzo żal. I ten siniak pod okiem. Wyglądał okropnie i nawet pomimo ciemnej karnacji chłopaka, dumnie odznaczał się na jego twarzy.
– Co się stało…? – zapytał cicho, zakładając nerwowo kosmyk włosów za ucho.
Dziwnie nie miał odwagi spojrzeć mu w oczy. Sam nie wiedział dlaczego. Może dał się ponieść przed chwilą i zażenował tym Marcela? Nie mógł jednak zaprzeczyć, że ulżyło mu, gdy chłopak od niego nie odskoczył. Chciał mu jakoś pomóc, podnieść na duchu.
– To ojciec? – zapytał zaraz, przełamując się i rzucając mu szybkie spojrzenie.
Marcel spojrzał na niego nic nierozumiejącym wzrokiem. Dopiero po chwili złapał się ręką za twarz, czując pulsujący gorącem siniak. Przełknął głośno ślinę i zacisnął zęby.
– To nic takiego. – zbył go zaraz, gładząc się ręką po skórze.
Julek widocznie posmutniał. Zawahał się chwilę, wyciągając w jego kierunku rękę. Nim jednak to zrobił cofnął ją licząc na to, że Marcel nic nie zauważył. I bez tego miał go za dziwaka.
– Co tu robisz? – zapytał brunet, uważnie studiując jego twarz.
– Po prostu siedzę. – uśmiechnął się blado chłopak.
Cisza, która później zapadła ciążyła im obu, jednak to Marcel w końcu ją przerwał. Musiał się jakoś wytłumaczyć, musiał powiedzieć cokolwiek, by Julek… By Julek nie oddalił się bardziej od niego, pomyślał, przełykając ciężej ślinę.
– Tak, to on… – westchnął w końcu, zerkając na niego krótko.
– A więc jednak… – szepnął Julek, unosząc na niego spojrzenie wielkich oczu.
– Ale to zupełnie nie tak jak myślisz. – dodał od razu Marcel i odetchnął głośno, po czym zauważył, jak Julek coraz bardziej zaciska drżące usta. – Może tym razem faktycznie przesadziłem…
Kiedy skończył, Julek spojrzał na niego zamglonym wzrokiem.
– Przesadziłeś? – powtórzył jak echo, a w uszach Marcela brzmiało to niemal jak pretensja.
– Tak, cholera, przesadziłem! – wybuchnął – Każdy mówi czasami o jedno, pieprzone słowo za dużo! – warknął, posyłając mu wrogie spojrzenie.
– Ale to nie jest powód do bi…
– Czasami, kurwa, jest! – krzyknął na niego i opadł ponownie na pień plecami. Zasłaniając twarz rękoma, potarł oczy palcami.
Julek przygryzł wargę i spuścił wzrok. Milcząc przez chwilę, starał się uspokoić drżące ciało, które napięło się od krzyku przyjaciela. W końcu przełykając ciężko, skulił się bardziej.
– Mam ochotę cię przytulić… – szepnął, ocierając wierzchem dłoni nos i mokre policzki.
Było mu tak żal Marcela, że musiał przez to wszystko przechodzić. Podziwiał go, naprawdę, w końcu w jego domu nie działo się najlepiej, a on trzymał się tak dobrze.
Na jego słowa Marcel aż zadrżał. W dodatku czemu Julek, płakał za niego? Czy to nie on powinien się rozkleić? Widział jego drżące usta, które zaciskał w wąską linię i wilgotne, zaczerwienione oczy.
Serce zabiło mu szybciej, gdy tylko wyobraził sobie te ramiona obejmujące jego szyję.
To przytul, pomyślał, oddychając głęboko i po chwili, poczuł gorąco wstępujące na jego policzki.
– Nie wiem, jak ci pomóc… – dodał Julek, opuszczając ręce po sobie.
Marcel szybko zapomniał o swoim zwierzeniu. Czując łomoczące w jego piersi serce, zerknął na drobną dłoń leżącą na ziemi, obok jego uda. Powoli zsunął własną rękę i położył ją obok.
– To nic… – odparł ochrypłym głosem, czując oblewające go gorąco, jak zawsze gdy był z nim tak blisko.
Zawsze tak się czuł. Zawsze tak bardzo chciał zacisnąć palce na skórze Julka. Czuł się tak dobrze, czując przy sobie jego obecność. Jakby nic poza ich kryjówką nie istniało.
Chciał, by tak mogło zostać. By nie musieli wracać do domów, do szkoły.
– Przepraszam cię… – powiedział zaraz – Jestem skończonym dupkiem. Powinienem coś zrobić, gdy oni… – zaczął, lecz Julek uśmiechnął się lekko.
– Daj spokój… Niech robią co chcą. Nie obchodzi mnie to. – powiedział szybko – Przejdzie im…
Marcel, starając się ignorować przyciągającą go dłoń.
– Ale tak nie może być! – zawołał, postanawiając nagle w sobie, że następnym razem nie będzie udawał ślepego – Coś z tym zrobię… Zrobimy… – dodał, szukając potwierdzenia w jego oczach.
Julek uśmiechnął się lekko i oparł głowę o chropowaty pień.
– Dzięki… – westchnął.
Teraz wydawało mu się absurdem to, że podejrzewał o to wszystko Marcela. Jak mógł? Przecież był jego przyjacielem, jedynym przyjacielem.
– Powiesz mi, co się stało? Czemu tak ciebie traktują…? – zapytał, śledząc jego reakcje.
Julek przygryzł wargę i wzruszył ramionami.
– Nie wiem… po prostu… – odparł, zabierając rękę i drapiąc się nią po ramieniu. – Tak bywa. – zaśmiał się zaraz. – Chyba przestaje padać… – zauważył, podchodząc na czworaka do wyjścia spod drzew. – Już późno, powinniśmy wracać… – rzucił oglądając się na niego.
Marcel odetchnął płytko. Nie chciał nigdzie iść, chciał siedzieć pod tym drzewem, czuć bijące mocno serce na najmniejszą myśl o Julku.
Julian jednak sięgnął po torbę i słuchawki, i posłał mu wyczekujące spojrzenie.
– Idziemy? – zapytał swoim delikatnym głosem.
Marcel przesunął rozbieganym wzrokiem po jego twarzy.
Chciał złapać go za rękę… Przytulić…
– Julek… – szepnął cicho wbił w niego spojrzenie.
Blondyn zamrugał kilka razy i odetchnął cicho, czując jak pod jego wzrokiem, na policzki wstępuje mu rumieniec.
– Mmm? – rzucił i zerknął na niego pytająco lecz szybko ponownie spuścił wzrok.
Atmosfera, która między nimi zapadła, sprawiła że poczuł się naprawdę zażenowany. Poza tym czuł, że gdyby tylko spróbował powiedzieć cokolwiek jego ust nie wydobyło by się nic prócz ochrypłego, dziwnego dźwięku.
Odchrząknął lekko i usiadł na kolanach podciągniętych pod siebie, po czym złożył na nich słuchawki i torbę. Czuł jak serce mocno wali w jego piersi, a szum deszczu, który nadal jednak lał, zupełnie zmieszał się z szumem w jego głowie. Czując na sobie wzrok przyjaciela odetchnął skrępowany i oblizał zeschnięte wargi.
Marcel poruszył się niespokojnie. Po chwili dopiero, złapał nieco powietrza i przesuwając wzrokiem po zawstydzonej twarzy chłopaka, sam spłonął kolejnym rumieńcem. Widząc jak Julek oblizuje wargi, sam poczuł jak jego szczypią nieprzyjemnie. Odetchnął głębiej i przesunął czubkiem języka po własnych.
– To… – zaczął chrapliwie – To przytulisz…? – zapytał szeptem i wbił w niego wyczekujące spojrzenie.
Julian drgnął i zerknął na niego nieco lękliwie. Miał go przytulić, ale wtedy jeszcze między nimi nie zawisł ten dziwny nastrój, który całe jego ciało wprawiał w drżenie. Zupełnie jakby nie miał to być zwykły, przyjacielski uścisk, a coś znacznie więcej.
Marcel widząc go takim, sapnął cicho i po chwili uniósł się na kolanach i przysunął go niego. Minęło kilka kolejnych chwil nim odważył się sięgnąć do rzeczy, które ten trzymał na udach i odrzucić je na bok. Widział jak jego ciało drży i jeszcze nim go dotknął jego ramiona pokryły gęsią skórką.
Bardzo mu się to podobało.
Oddychając ciężej, oparł niemniej drżącą dłoń o nagie kolano chłopaka i pogłaskał je lekko. Ciało chłopaka drgnęło, a on rzucił mu szybkie, rozbiegane spojrzenie.
Przecież to nie było przytulanie, prawda?
Zaraz jednak Marcel przesunął palcami w górę jego uda i położył rękę w jego pasie. Po chwili wychylił się do niego i objął lekko ramionami.
Ciało blondyna drżało, a zapach przyjaciela otumaniał jego zmysły. Zwykły uścisk – mogłoby się wydawać. Ale on całym sobą czuł, że to nie jest zwyczajne.
Marcel odetchnął głęboko i przygarnął do siebie Julka. Jego szczupłe ciało tak ładnie wypełniało jego ramiona. Kładąc głowę na jego ramieniu, uśmiechnął się do siebie lekko. Obecność chłopaka i jego ciepło zupełnie odcięły go od pochmurnych rozmyślań o domu.
Po chwili wahania brunet potarł policzkiem o jego nagą, ciepłą skórę. Czuł jak bardzo napięte jest ciało Julka i sam nie wiedział już czemu pomyślał, że jego usta mogą je nieco rozluźnić. Złożył więc na jego ramieniu kilka lekkich pocałunków.
Julian czując tę pieszczotę zesztywniał jeszcze bardziej i panicznie odsunął od chłopaka.
– C-co robisz? – wydusił Julek i spojrzał na niego przestraszonym wzrokiem.
Marcel uśmiechnął się krzywo i oblizał się. W milczeniu wpatrywał się w jego oczy i powoli wzruszył ramionami. Nie wiedział co też miałby mu odpowiedzieć.
Julian pokręcił głową i skrzywił się bardzo.
– Nie mówiłeś mi… nigdy… – wyjąkał czerwieniejąc na buzi – … że jesteś… – rzucił tylko i po chwili złapał swoje rzeczy i zerwał się z miejsca. Ruszył przez zalaną wodą polanę w kierunku ścieżki w górę.
Sam już nie wiedział czemu tak bardzo go to boli, wiedział tylko, że było to cholernie nie fair. Czemu Marcel nigdy mu o tym nie wspomniał? A teraz? Po prostu napadł na niego nie dając mu nawet szansy na jakąkolwiek refleksję na ten temat. To było nieuczciwe i to tak bardzo, że ze złości zaczęły mu aż płynąc łzy.
Po za tym jak on mógł tak po prostu zniszczyć ich przyjaźń?
Marcel był jego jedynym przyjacielem od wieków, ale widocznie tylko Julek tak postrzegał ich relację, skoro brunet nawet nie zająknął się o tym, że jest gejem. I dlaczego w ogóle go dotykał? Czemu pocałował go w ramię?
Może w ogóle od początku chodziło mu tylko o jedno? Może myślał, że przyjechał tu z wielkiego miasta, a on był głupim prowincjuszem, który da się łatwo wyruchać? Przecież gdyby czuł do niego cokolwiek więcej, na pewno nie pozwoliłby ludziom w szkole tak z niego kpić! Stanąłby w jego obronie, gdyby uważał go za swojego przyjaciela, lub za… kogoś innego.
Julek pędząc na górę potarł się mocno w ramię, po czym ze złością otarł łzy z policzków.
Czuł się bardzo oszukany i zdradzony.
Przecież gdyby wiedział, byłoby zupełnie inaczej!

Reklamy
Posted in Maj

7 thoughts on “Maj – Rozdział II

  1. Ugh… Nienawidzę tego robić, ale… Gdzie rozdział? :c
    No nic, będę musiała poczekać. Mam nadzieję, że to z powodu Twoich, jestem pewna, że bardziej produktywnych niż moje, wakacji :)

    Pozdrawiam! ^^

  2. Czekam niecierpliwie na III :) ale jesli spedzasz miło czas to sie nie dziwie że nie myślisz o blogu ;);) baw sie :) pozdrawiam :)

    1. Trzeci rozdział już jutro. Nie wiem coś się stało i oooo… Ale dla równowagi, wrzucę go w środku tygodnia. C:
      Mam nadzieję, że Twoje wakacje były bardziej udane od moich. c:

  3. ,,– Co się stało…? – zapytał cicho, zakładając nerwowo, kosmyk włosów za ucho.” ~ w tym miejscu musi byc przecinek przed ,,kosmyk”?
    ,,Przecież gdyby wiedział byłoby zupełnie inaczej!” ~ a tu nie powinno byc przecinka przed ,,byłoby”?
    Cudowny rozdzial. Duzo emocji!
    Bylo tak dobrze, a przez kilka pocalunkow Marcela, Julek znowu nabral watpliwosci do niego. Ale przeciez nie jest homofobem, wiec czemu tak ostro zareagowal?
    Mam nadzieje, ze Marcel w koncu sie postawi ojcu i nawet moze go uderzyc. Co to za powiedzenie ,,szanuj rodziciela”? Jak ojciec go nie szanuje, to dlaczego on ma to robic? .. Ja tez mialem wczesniej taka kolezanke. Trzymalem sie z nia przez 2 lata, odpuscilem sobie wycieczke, zeby ja pocieszyc, bo olala ja dziewczyna (ktora potem wybrala), a ona i tak mnie OLAla i wybrala kogos innego za kolezanke.. Coz.. Niewdziecznosc, niestety, ktora tez chyba wystepuje w postaci Ojca tutaj.
    Jestem pewny, ze chlopcy sie pogodza, w koncu to opowiadanie o nich? :)
    Pozdrawiam

    Damiann

    1. Cóż. Wiele zależy od wychowania. Mnie na przykład zawsze wychowywano tak by szanować starszych, nawet jeżeli nie do końca, obiektywnie, na ten szacunek zasługują. A Marcel, gdy zostawiła ich Matka, miał tylko ojca. Tylko on był mu najbliższy i na pewno nie jest łatwo mu, gdy teraz ojciec bardziej zajmuję się kobietą niż nim. I chociaż się na niego gniewa i złości, nie sądzę by było go stać na to, by go uderzyć. Matkę uważa za skreśloną, więc cuuu, tylko ojciec mu pozostał.
      Te pocałunki, chociaż drobne na pewno wystraszyły Julka. Do tej pory nie

      Pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s