Maj – Rozdział III

Nigdy niemal nie rozmawiali ze sobą w szkole jednak to co miedzy nimi teraz było, było tak bardzo wymowne, tak bardzo oczywiste, że Marcel miał ochotę wyć z bezsilności. Może na pozór nic się nie zmieniło. Może Julek zachowywał się tak samo. Tak samo siedział w ławce, tak samo znikał na długiej przewie i tak samo ignorował wszystkie zaczepki i ludzi z klasy.
Ale była też możliwość że był w tym bardziej zaciekły, że szczególnie jego omijał wzrokiem, wobec niego był bardziej wyniosły. I Marcel mógł przysiąc że tak było, nawet jeżeli były to tylko jego urojenia.
Był trochę zły na siebie za tamto popołudnie od którego minął już niemal tydzień podczas którego on nie mógł zupełnie się przełamać by zagadać do Julka. Ale z drugiej strony miał go przepraszać? Za co? Za to, że coś do niego poczuł? Że poddał się jego niewątpliwemu urokowi?
Zresztą, czy chłopak nie miał pojęcia jak musi działać na innych? O co tak naprawdę był zły?
Marcel zawsze sądził, że Julek jest taki otwarty, bardziej niż pozostali stąd i w najśmielszych snach, chociaż te tak na poważnie pojawiły się dopiero po tamtym zdarzeniu, był gotów spróbować… tak z nim, trochę. Tylko teraz pewnie już nigdy się do niego nie odezwie.
I chociaż Marcel często się wkurzał, że chłopak zachowuje się jak mały dzieciak to sam też zupełnie nie postępował dojrzalej.
Zauważał, że o ile w szkole grał takiego pewnego siebie i wyluzowanego, w domu zamieniał się nie do poznania. Miał nadal żal do ojca, który od tamtego popołudnia i uderzenia, po którym na jego policzku nadal widniał ślad, niemal się do niego nie odzywał. Marcel nie łudził się nawet że usłyszy przeprosiny, że ojciec porozmawia z nim szczerze, dopóki on nie ukorzy się przed jego żoną. Ale nie zamierzał tego robić. Wręcz przeciwnie całą złość na siebie i na Julka wyładowywał chyba na niej, a atmosfera w ich domu już dawno przestała być znośna i jeżeli którekolwiek się odzywało to zawsze głosem przesiąkniętym wyrzutem. Ale tak już było. Marcel nie łudził się, że jeszcze kiedykolwiek będą szczęśliwi. W tej sprawie już dawno przestał być naiwny. Zresztą coraz częściej miał wrażenie że tylko im przeszkadza. Że ojciec ze swoja kobietą byliby o wiele wiele szczęśliwsi bez niego, bo tylko on nadal tkwił w przeszłości, nadal nie mógł patrzeć na kobietę bez żalu. Nie chciał brać udziału w tej szopce, chociaż tego od niego oboje oczekiwali. Że chociaż poza domem, gdy wychodzili razem będzie zachowywał się tak dobrze i prawidłowo. W końcu byli chyba jedną z zamożniejszych rodzin z miasteczku i powinni sprawiać te chore pozory. Drobnym szczegółem było to, że w ten sposób mogli pokazać się jedynie nielicznych festynach, które organizowała parafia i gmina, no i oczywiście w samym kościele, do którego musieli chodzić. Marcel często wywijał się od tego głupiego według niego obowiązku. To było naprawdę żałosne, bo nim się przeprowadzili w kościele bywali tylko z okazji czyjegoś wesela, chrzcin czy pogrzebu. A tutaj?
Tutaj musieli być tacy przykładni bo przecież nie mogli sobie pozwolić na to by wytykano ich palcami.
A on miał ochotę rzygać gdy widział jak ojciec idzie z Nią pod ramię, tacy eleganccy, pachnący i wymuskani jak żaden z pozostałych mieszkańców. Oczywiście też chociaż mieli do kościoła tylko kilkadziesiąt metrów musieli wozić się autem, bo jak mogliby pójść pieszo? Wszystko to tak bardzo irytowało Marcela.
Mimo tego kolejnej niedzieli sam wstał wcześniej i ubrał się po czym bez słowa wyszedł z domu. Czuł się jak głupek idąc nierównym chodnikiem w stronę świątyni. Mijając pocztę i rynek wyłożony kamieniami szedł pewnym krokiem mając nadzieję, że spotka Juliana w kościele. Że go chociaż zobaczy. To było śmieszne, bo widywał go przecież codziennie w szkole, ale i tak kiedy doszedł już na miejsce i przeszedł przez bramę czuł to niezdrowe podekscytowanie. Z każdym krokiem stawianym na szerokiej dróżce wyłożonej kostką denerwował się bardziej. Kiedy w końcu minął drzewa i szedł dalej ku wejściu białej świątyni, rozejrzał się dyskretnie. Dzień należał do tych cieplejszych więc na zewnątrz kościoła stało wielu ludzi, ale oczywiście Julka nie dostrzegł ani przy niewielkiej kaplicy otoczonej żywopłotem, ani na żadnej z ławek stojących przed wejściem. Rozczarowany przesunął wzrokiem po jasnej fasadzie budynku i zawiesił wzrok na dwóch figurach świętych, stojących nad wejściem poprzedzanym przez dwie kolumny. Szybko jednak minął stojących grupkami ludzi i hałasujące dzieci, przez które ledwie słyszał głos organisty sączący się z głośnika zamontowanego nad czarnymi drzwiami i ruszył ku wejściu. W końcu zawsze mógł go zobaczyć w środku.

Kiedy tylko Julek dostrzegł Marcela pewnym krokiem wchodzącego po schodkach do kościoła spochmurniał bardziej i zacisnął wargi. I tak nie mógł skupić się na mszy, bo jego myśli stale uciekały w stronę Marcela, a teraz już był pewien, że będzie myślał o nim non stop.
– O, Marcel.. – na domiar złego zauważyła matka i uśmiechnęła się do niego lekko, po czym ponownie wbiła wzrok w przestrzeń ni to obserwując otoczenie, ni skupiając się na słowach modlitwy.
Julian zasępił się bardziej i przyglądał się jak chłopak znika za ciężkimi drzwiami. Zaraz też przygarbił się lekko siedząc na murku przy kapliczce i wbił spojrzenie w swoje trampki.
Nie mógł zapomnieć. Nawet nie tamtego popołudnia, które wszystko między nimi zepsuło. Ale tego przed. Kiedy mogli się spotykać normalnie, przyjaźnić się i gadać o wszystkim. Brakowało mu tamtych dni i tamtego Marcela. Teraz gdy już wiedział, że chłopak nie chce jego przyjaźni, a zgoła czegoś innego nie miał pojęcia jak mógł być tak naiwny. I z żalem skrzywił się mocniej. Było przecież tak fajnie.
Nie zaprzeczał, że był zły na chłopaka, że ten nie powiedział mu o swojej orientacji i chyba łudził się, że gdyby wiedział, to wszystko potoczyłoby się inaczej. W końcu skoro się przyjaźnili nie fair było ukrywanie tego. Nie fair było tak nagłe rzucenie się na niego i… to wszystko co wtedy się stało.
Od przeszło tygodnia Julek chodził struty i rozdrażniony, starając się tym zamaskować swoje rozczarowanie. Ale cholera, nie mógł tego znieść. W dodatku to, że Marcel zachowywał się tak jakby zupełnie nic się nie stało, dodatkowo go denerwował i bolał. W szkole nadal się śmiał i żartował z innymi, a jego jak zwykle ignorował. A przecież czuł coś do niego, prawda? Skoro go pocałował, nieważne że tylko po ramieniu, i skoro go przytulał w ten inny sposób, musiał czuć coś więcej. Musiał myśleć o nim inaczej. A dla Julka to, że chłopak tak skutecznie go olewał naprawdę się kłóciło z tym domniemanym uczuciem.
Wpatrując się pod nogi Julian aż spłonił się na policzkach gdy po raz kolejny pomyślał, że Marcel mógłby się w nim podkochiwać. Sam nie wiedział czy ma coś przeciw, ale nikt nigdy się w nim nie kochał. Zawsze był sam i chociaż dostrzegał urodę niektórych koleżanek to nigdy nie skupiał się na tym aż tak. Jakoś nigdy się nie złożyło by był z kimś, nie licząc oczywiście internetowych ‚miłostek’ których miał już za sobą kilka. Wszystkie jednak po kolei rozpadły się tak po prostu bo ileż można tylko pisać? Zresztą on nie łudził się nigdy że te znajomości będą trwały wiecznie, chociaż angażował się w nie naprawdę i nie raz zdarzało mu się wracać jak na skrzydłach do domu by tylko wejść na komunikator i rozpocząć rozmowę, która często kończyła się nad ranem. Wydawało mu się zresztą, że ludzie z internetu bardziej go rozumieją, a i nie mógł zaprzeczyć że takie znajomości nie były łatwiejsze. Miał przecież tyle różnych szans, tyle możliwości by poznać kogoś z kim mógłby popisać o swoim hobby, o muzyce, a czasami po prostu ponarzekać na szkołę czy właśnie samotność.
Ale teraz? Kiedy wiedział, że Marcel był nim zainteresowany mimo woli zdarzało mu się myśleć o nich. O nich razem. I nie było to nieprzyjemne, a ekscytujące i nowe. Chociaż nigdy przecież nie fascynował się chłopakami, nigdy nawet nie myślał o sobie z innym chłopakiem teraz siłą rzeczy musiał to robić. Bo chyba oprócz złości na Marcela i rozczarowania, które niewątpliwie czuł, była w nim jakaś cząstka, która chciała spróbować. Chciał po prostu w końcu poczuć jak to jest być z kimś, pocałować kogoś, dotknąć tak inaczej. A teraz okazywało się, że w tym małym miasteczku, gdzie robił za głównego dziwaka wcale nie jest skazany na samotność.
I za każdym razem gdy myślał o tym w taki sposób, wzdychał cicho i kulił się w sobie.
Przecież Marcel wcale nie powiedział, że mu się podoba, nie napomknął też o tym, że go kocha. Co prawda ‚kocha’ brzmiało bardzo poważnie, ale Julek na ten moment nie umiał wymyślić innego słowa. Nie chciał myśleć, że Marcel chciał go tylko do seksu, tylko po to by go zaliczyć. Był towarzyski i otwarty, ale nie mógł być taki jak chłopacy stąd. Nigdy nie zdarzyło się by przeklinał za bardzo w jego obecności, by chwalił się swoimi podbojami miłosnymi, rozdziewiczaniem czy imprezami na których bywał. Był taki… inni niż oni wszyscy. A przynajmniej w stosunku do niego, Julka.
Był miły, przyjazny i ciepły. Jak przyjaciel, bratnia dusza przed którą Julian zaczął się otwierać i bliskością, której naprawdę pragnął.
Momentami żałował tamtego wzburzenia. Tego, że nie stać go było na to by zostać i porozmawiać z nim szczerze. Zapytać o co w tym wszystkim chodzi i czego Marcel w ogóle od niego chce.
Bo teraz bardzo trudno mu było się przełamać by do niego podejść, by napisać czy zadzwonić. Zresztą co miał mu powiedzieć? Jak niby zacząć? ‚Hej Marcel, kochasz się we mnie?’ Przecież to było strasznie żałosne i śmieszne. A może miał go przeprosić?
Ale za co, na Boga? Czy to nie chłopak się na niego rzucił? Czy to nie on sam coś ukrywał? Czy to nie on go teraz ignorował?
Wypuszczając głośniej powietrze z płuc, Julek zacisnął zęby.
Tak, naprawdę musiał go kochać skoro teraz po prostu go olewał, myślał ironicznie, czując szybko powracającą złość. Zresztą nie raz od tamtego popołudnia, Julian przyglądał się sobie krytycznie w lustrze. Co Marcelowi mogło podobać się w innym kolesiu? Co takiego mógł widzieć w nim?
Wyblakłe przez słońce włosy? Buzię pełną piegów? Szczupłe ciało, któremu daleko było by móc je określić ‚ładnie wyrzeźbionym’, ‚seksownym’ czy chociaż ‚kuszącym’. A to nawet nie wynikało z niskiej samooceny, a po było po prostu obiektywnym określeniem jego stanu, na który nagle Julek zaczął zwracać większą uwagę.
Naprawdę podczas zajęć w szkole zastanawiał się czasami, czy może Marcel przygląda mu się ukradkiem jak to pokazują na filmach, czy pisze sobie jego imię w zeszycie. Szybko jednak krzywił się lekko dochodząc do wniosku, że na Marcela byłoby to zbyt dziewczyńskie. Ale może zerkał na niego ukradkiem, może też miewał o nim różne myśli. Naprawdę RÓŻNE.
Julek skrzywił się lekko i potarł po ramieniu po czym uniósł wzrok na księdza wychodzącego z kościoła z koszykiem na ofiarę.
Nagle aż jęknął w duchu zdając sobie sprawę, że nie mógł wybrać sobie lepszego miejsca na rozmyślanie o takich rzeczach niż to, w którym się znajdował. Czując się naprawdę głupio zerknął jeszcze na matkę, która już wyciągała z portmonetki drobne o obiecał sobie, że już teraz naprawdę będzie skupiał się na mszy.

Kiedy po przeszło godzinie wrócili do domu obładowani zakupami, Julek starał się w miarę możliwości słuchać słów matki i odpowiadać na jej pytania. Kobieta jak zwykle opowiadała mu jakieś wrażenia z kościoła: o mszy, o ludziach, o tonie księdza, który według niej zupełnie nie nadawał się do głoszenia kazań.
Julian potakiwał jej tylko głową chowając zakupy do szafek i lodówki, i gdy skończył szybko nalał sobie soku do szklanki.
– A ty, wychodzisz gdzieś dzisiaj? – zapytał nagle, a on aż uniósł na nią zaskoczony wzrok. Podpierając się jedną ręką i jasny blat starej szafki zmarszczył brwi.
– A gdzie miałbym iść? – dopytał, zastanawiając się od kiedy to on spędzał niedzielne popołudnia poza domem.
Kobieta zerknęła na niego tylko i pokręciła głową.
– No nie wiem, gdzieś z Marcelem? – zapytała i uśmiechnęła się do niego tym uwielbianym przez niego dobrodusznym uśmiechem, który nadawał jej twarzy taki przyjemy wyraz. – Ostatnio coś mało o nim mówisz… – zauważyła, a on spiął się nieco i szybko dopił sok.
– Bo nie ma o czym mówić. – rzucił tylko i szybko opłukał naczynie pod kranem po czym wstawił do szafki. Uważając temat za zamknięty, wzruszył jeszcze ramionami i ruszył w kierunku wyjścia z małej kuchenki.
– Jak to nie ma? – dopytała matka zatrzymując go w pół kroku – Chyba się przyjaźnicie? – dodała – Pokłóciliście się? – drążyła, a Julek odetchnął ciężej i zmarszczył mocno brwi.
– Nieee… – odparł kręcąc głową i rzucając jej pełne wyrzutu spojrzenie.
– Miałam nadzieję, że…
– Że w końcu odkleję się od komputera i zacznę zachowywać się jak dzieciak w moim wieku? – dokończył za nią i posłał jej chłodne spojrzenie.
– Nie, że masz w końcu przyja…
– Boże mamo…! – jęknął cierpiętnico – Możesz przestać mnie traktować jak upośledzonego? Nie potrzebuję przyjaciół! – dodał i wyparował z kuchni. W kilku krokach pokonał przedpokój i zaraz zamknął się w swoim małym pokoiku.
Był naprawdę zły. Nie na matkę, ale na to, że podobnie jak ona, też był święcie przekonany, że ma tego głupiego przyjaciela. W końcu, po tylu latach wpierania sobie, że wcale ale to wcale ich nie potrzebuje.
Przełykając gorycz zgarnął z biurka słuchawki i telefon i położył się na łóżku, ustawionym pod przeciwległą do wejścia ścianą. Nie ociągając się włączył muzykę i założył na uszy słuchawki, po czym wpatrując się w okno ze złością przygryzał wargę, co jakiś czas prychając i kręcąc głową do swoich myśli. Te oczywiście były monotematyczne, bo w jego głowie był tylko Marcel.
Po dłuższym czasie wgapiania się na błękitne niebo i puchate chmury, które sunęły po nim powoli, po czuł na swoim ramieniu dłoń i szybko ściągnął słuchawki.
Widząc zmartwioną twarz matki, szybko poczuł wyrzuty sumienia, że wcześniej był wobec niej taki opryskliwy. Zupełnie jak nie on. W końcu zawsze kobieta wychowywała go tak, by odnosił się do niej i do starszych z należytym szacunkiem. Nawet gdy buzowały w nim emocje i hormony. I udawało mu się to. Nawet gdy czasami się złościł, że matka ma mu za złe to, że zamyka się w domu, to była mu najbliższa i na pewno martwiła się o niego, więc on mając to na uwadze zachowywał się dobrze. Tak jakby sobie tego życzyła.
Kiedy matka przysiadła na brzegu łóżka i pogłaskała go po głowie, Julek niemal jęknął żałośnie.
– Mmm… to powiesz mi co się stało tak właściwie? – zapytała patrząc na niego cierpliwie.
Julek spojrzał na nią krzywo i zaraz zacisnął mocno zęby, spuszczając wzrok na swoje kolana.
W pierwszej chwili nadal miał ochotę nic jej nie mówić, ale szybko doszedł do żenującego wniosku, że to matka jest jedyną osobą której może powiedzieć absolutnie wszystko.
Uśmiechając się krzywo przełknął gorycz. Faktycznie był chyba upośledzonym maminsynkiem skoro to w matce miał swojego jedynego przyjaciela. To ani nie brzmiało, ani nie wyglądało zbyt dobrze.
– Mmm? No? – pogoniła go kobieta, a on poczerwieniał na policzkach.
Niby jak miał jej to powiedzieć? Że Marcel jest gejem i chciał go tylko wyruchać? Albo, że on sam jest takim tchórzem i nie potrafi sobie poradzić z tym wszystkim?
– Co się stało?
– Nic… – burknął i zaraz spojrzał na nią żałośnie – Bo… bo Marcel… – jęknął i zaraz podrapał się po policzku. – Marcel jest… gejem… – wydukał cały czerwony i zerknął na nią szybko.
Widział zaskoczenie na jej twarzy w zasadzie wcale się temu nie dziwił.
– No dobrze… – westchnęła kobieta i uśmiechnęła się nieco nerwowo – A ty…?
– Ja? Nie! – zaprzeczył szybko zaraz jednak sobie uświadamiając, że skoro już przebrnął przez etapy wyobrażania sobie ich razem nie do końca było to uczciwe stwierdzenie.
Spojrzał szybko na kobietę i przygryzł wargę.
– I nie wiem już sam… – westchnął i zamknął laptopa o czym odłożył go na bok – Ja… lubię go, ale… nie wiem no, mamo… – jęknął podciągając kolana pod brodę.
Matka odetchnęła głębiej i pokręciła głową.
– To skoro ty nie jesteś… to chyba nie jest to taki problem, że on… jest… – powiedziała powoli, a Julek tylko się skrzywił i odwrócił spojrzenie.
– A gdybym był, mamo? – zapytał cicho – Co by wtedy się stało…? – dopytał i usłyszał głośniejsze westchnięcie.
– Wiesz… często zastanawiałam się wcześniej jak to z tobą jest… – zaczęła a Julian aż zesztywniał i spojrzał na nią w szoku – I chyba doszłam do wniosku, że to nic… – dodała – W każdym razie miałam naprawdę dużo czasu by w jakiś sposób pogodzić się z taką ewentualnością. Więc jak? Jesteś gejem? – zapytała żywiej.
Julian zupełnie czerwony na policzkach spojrzał na nią z kolejnym żałosnym wyrazem twarzy i zgarbił się mocniej. Co miał jej odpowiedzieć?
– Chyba nie… – westchnął w końcu, a widząc, że kobieta nabiera już powietrza w płuca rzucił jej błagalne spojrzenie – Proszę cię mamo… dość na dzisiaj. Nie magluj już mnie… – jęknął i sięgnął drżącą dłonią do telefonu.
Gdy matka pokiwała głową, świdrując go spojrzeniem, po czym wyszła, odetchnął głębiej i przetarł twarz dłońmi.
Dopiero teraz pomyślał o tym jakie konsekwencje miałoby to, gdyby był gejem. W końcu tutaj na pewno nie miałby życia już zupełnie. Ani on, ani matka. I tak przecież niemal wszyscy krzywo na nich patrzyli, a jak nie, to i tak obgadywali ich za plecami. A gdyby okazało się, że jest homo… Boże, nawet nie chciał o tym myśleć. Do tej pory kpiny i wyzwiska jakoś mu nie przeszkadzały, ale gdyby ktoś wyzwał go od pedałów czy ciot, a on faktycznie byłby… taki… to sam już nie wiedział jakby to przeżył.
I może Marcel też tak miał? Może też się bał mu do tego przyznać, oczekując podobnych reakcji. Że się od niego odsunie i zostawi go samemu sobie. To faktycznie nie było miłe i Julkowi zrobiło się aż głupio, że właśnie potraktował go chyba najgorzej jak tylko mógł. Po prostu go zostawił, zamiast jak przyjaciel być z nim mimo wszystko.
Z cichym jękiem Julian przewrócił się na poduszkę i zasłonił oczy ramionami.
Bardzo chciał by to co między nimi było naprawiło się szybko. Chciał nadal móc z nim się śmiać, chodzić na ich – bo już na zawsze była ich wspólna – plażę, wracać z nim ze szkoły, gadać o wszystkim. Wbrew temu co mówił matce w kuchni, naprawdę go potrzebował i chyba nic ostatnio nie ucieszyło go tak jak to, że mógł kogoś nazwać przyjacielem.

*

Poniedziałek, zgodnie z przewidywaniami, zaczął się źle. Marcel ledwie zwlókł się z łóżka, chociaż tak naprawdę miał ochotę spać jeszcze do południa. Oczywiście wstał tylko dlatego, że żona ojca przyszła go budzić do szkoły. Kilka razy była u niego w pokoju i w końcu Marcel pokłócił się z nią, i zabronił jej wchodzić. Ale po kłótni już nieco rozbudzony nie zmierzał narażać się na przebywanie z nią cały dzień więc z dwojga złego wybrał szkołę.
Ledwie się do niej dowlókł lecz gdy był już wewnątrz i gdy zaszedł do klasy od razu zapomniał o porannych przykrościach. Jakoś utonął w rozmowach i śmiechach, narzekaniach na poniedziałek i spekulacjach na temat ‚niezapowiedzianej’ kartkówki z historii.
Dopiero po dzwonku dostrzegł, że ławka Julka jest pusta i skrzywił się nieco. Wczoraj naprawdę chciał go zobaczyć i kto wie, może nawet odważyłby się z nim pogadać? Wyjaśnić jakoś to wszystko co się wtedy stało. Miewał nawet myśli, że mógłby mu powiedzieć, że to był tylko żart, że nie miał pojęcia co go napadło. Bo w chwilach słabości naprawdę tak myślał. Nie miał pojęcia czy naprawdę się w nim zadurzył, czy może zrobił to wtedy pod wpływem chwili? Słabości?
W końcu to, że był gejem nie znaczyło, że nie mógł się normalnie kumplować z innym chłopakiem.
Kiedy nagle, białe drzwi do klasy się otworzyły i wpadł przez nie Julek, Marcel szybko pozbył się złudzeń.
– Przepraszam za spóźnienie! – wydyszał nastolatek i szybko przeszedł do swojej ławki po czym opadł na nią uspokajając oddech.
Tak jak pozostali, Marcel śledził go wzrokiem i o zgrozo, jego zarumienione policzki i to jak oblizywał zeschnięte usta, szybko przekonały go, że jednak się w nim kocha. Że chciałby z nim spróbować. Że chciałby go pocałować.
Garbiąc się nieco w ławce, Marcel pochylił się nad zeszytem i zaczął bazgrać po marginesie, zupełnie odcinając się od tematu lekcji, a pogrążając się w fantazjach o Julku.
Po zakończonych zajęciach od razu ruszył do domu. Nie miał jakoś ochoty ani grać z pozostałymi w nogę, ani przyglądać się grającym. W domu też nie zamierzał siedzieć, więc gdy tylko do niego wpadł, ściągnął z siebie mundurek i przebrał w codzienne ubrania po czym wyprowadził z garażu rower postanawiając pojeździć po okolicy.

Po kilku tak spędzonych godzinach, zmęczony nawet przestał już myśleć o czymkolwiek. Zapadający mrok przyniósł chłód i Marcel z ulgą zmierzał w kierunku świateł miasteczka. Dopiero gdy mijał cmentarz i tym samym zbliżał się do bloków, w jednym z których mieszkał Julek, wszystkie jego dylematy powróciły. Kiedy zatrzymał się przy mleczarni stojącej na skrzyżowaniu, przygryzł wargę i w końcu wyciągnął z kieszeni telefon. Szybko napisał smsa do Julka z pytaniem czy ten jest w domu.
Wydawało mu się, że czeka już wieki wpatrując się w jaskrawy ekran, ale gdy nie otrzymał żadnej odpowiedzi niemal ze złością nacisnął na pedał.
Mijając mały osiedlowy sklepik, dojechał szybko do końca drogi i zjechał na chodnik. Po kilku sekundach jazdy przebrnął jeszcze przez wewnętrzny parking i szybko znalazł się pod blokiem Julka.
Kiedy odstawił rower i stanął przed domofonem, szybko nacisnął mały przycisk i wsłuchując się w dzwonek, zacisnął mocno usta.
Naprawdę miał tego dosyć. Tego, ze Julian go tak ignoruje. Bo przecież mógł chociaż odpisać na tego durnego smsa, nawet gdyby była to wiadomość, że nie chce go ani widzieć, ani znać, była by lepsza niż to stałe olewanie.
Kiedy w końcu usłyszał głos matki chłopaka drgnął lekko.
– Tu Marcel… – powiedział cicho – Jest może Julek?
– Julek…? Jest, jest. Wejdź. – usłyszał i po specyficznym sygnale natychmiast pociągnął za klamkę.
Idąc powoli po wąskich schodach na czwarte piętro czuł jak uchodzi z niego cała determinacja.
Podczas szaleńczej jazdy po okolicy, nawet udało mu się odciąć od ciągle tych samych myśli o Julku, i miał wrażenie, że z potem i łapczywymi oddechami to wszystko jakoś z niego wyparowało. Dopiero teraz znowu zaczął się denerwować. Co jeżeli jedyne co zobaczy w jego oczy to niechęć? A jedyne co usłyszy z jego ślicznych ust, to coś co na zawsze pozbawi go złudzeń? Nie chciał tego. Tak bardzo mu zależało.
Kiedy stanął pod białymi drzwiami, potarł się mocno po policzku, na którym nadal odznaczało się zaczerwienienie po uderzeniu ojca i przygryzł mocno wargę.
W końcu, czując jak kolana mu miękną, zapukał do drzwi. Całą wieczność czekał nim te się otworzą i drżał na myśl, że zobaczy z nich Julka.
Kiedy się jednak uchyliły, stanęła w nich matka chłopaka, a on uśmiechnął się do niej nerwowo.
– Dobry wieczór. – wydusił widząc ponad jej ramieniem lekko uchylone drzwi do pokoju Juliana.
Kobieta uśmiechnęła się szeroko, jak zwykle gdy go widziała i zaprosiła go do środka.
– Dobry wieczór, Marcelu. Wejdź, wejdź. Julek jest u siebie. – skinęła głową w kierunku pokoju syna i zamknęła za nim drzwi wejściowe.
Marcel tylko pokiwał głową i nabrał głębiej powietrza w płuca.
Gdy matka Julka wróciła do salonu, skąd dobiegał dźwięk grającego telewizora, a on podszedł do drzwi do pokoju blondyna. Odetchnął głęboko nim w nie zapukał i wślizgnął się do środka, szybko je za sobą zamykając.
Gdy był już wewnątrz, jego wzrok padł od razu na siedzącego przy biurku chłopaka, przeglądającego jakieś forum. Na uszach oczywiście miał słuchawki, z których dobiegały Marcela zniekształcone trzaski. Brunet przez chwilę przyglądał się Julkowi, przygryzając lekko wargę i wzdychając pod nosem.
Nie miał pojęcia już gdzie się podziała cała jego pewność siebie, a to co jeszcze niedawno myślał by mu powiedzieć, też całkowicie z niego uleciało.
– Julek? – rzucił w końcu, wpatrując się natarczywie w jego szyję, tuż przy linii szczęki – Julian… – powtórzył opierając się o zamknięte drzwi.
Dopiero po kilku chwilach, chłopak widocznie wyczuwając w pokoju jeszcze czyjąś obecność, obejrzał się przez ramię. Zaskoczony aż otworzył szerzej usta, na co Marcel uśmiechnął się krzywo.
– Co… ty tu robisz? – zapytał w końcu zsuwając słuchawki na szyję i wbijając w niego spojrzenie.
Nie miał pojęcia po co Marcel w ogóle przyszedł. Nadal tkwiła w nim złość i na niego, i na siebie, jednak mając go przed sobą aż zapłonął na policzkach przypominając sobie tamten dzień i zaraz spuścił wzrok na jego tors.
– Twoja mama mnie wpuściła. – wzruszył ramionami brunet i potarł się po policzku – Mogę? – dopytał jeszcze zerkając na niego niepewnie.
Julek również wzruszył ramionami i zerknął na łóżko, na którym jako jedynym mógł zająć miejsce chłopak.
– Nie odpisałeś… – dodał jeszcze brunet spojrzał na niego niepewnie.
Julek posłał mu kolejne zdziwione spojrzenie i okręcił się na fotelu, po czym podszedł do szafki stojącej przy łóżku, z której podniósł telefon. Szybko spojrzał na wiadomość od chłopaka i skinął głową.
– Musiałem nie usłyszeć sygnału. – powiedział i zaraz wrócił na fotel przy biurku – Siadaj. – dodał jeszcze – Przecież nie będziesz tak stał. Chcesz coś do picia? – zaproponował jak zwykle, co Marcel przyjął z lekkim uśmiechem.
– Może soku? – rzucił i w końcu przemierzył w trzech krokach mały pokoik i usiadł na zasłanym narzutą łóżku.
Julek szybko pokiwał głową i niemal wypadł z pokoju, a Marcel aż się skrzywił. Chłopak albo czuł do niego obrzydzenie, albo po prostu nie mógł znieść tej dziwnej atmosfery. I obie możliwości zupełnie mu się nie podobały.
Kiedy blondyna nie było, rozejrzał się jeszcze po znajomym już pokoju. Był mały i zawieszony różnymi plakatami, przez co sprawiał wrażenie jeszcze ciaśniejszego. Biurko zabudowane było półkami zawalonymi książkami i magazynami, a naprzeciw niego tuż przy drzwiach stałą niewielka szafa na ubrania. Ot zwykły pokój, zwykłego nastolatka, ale on pewnie nigdy nie urządziłby go w ten sposób. Wszystko by mu przeszkadzało – plakaty, nierówno poukładane gazety, czyli wszystko to, co bardzo pasowało mu do wiecznie zamyślonego Julka.
Wzdychając cicho zerknął wyczekująco na białe, przeszklone drzwi i potarł się po karku. A gdyby tak Julek wrócił i udawał, że wszystko jest okej? Byłby chyba najszczęśliwszy na świecie.

Julian za to trzęsącymi się dłońmi nalał soku do wysokiej szklanki i oparł się o blat kuchennej szafki. Dopiero po kilku głębokich wdechach pełen szalonych myśli wrócił do swojego pokoju. Od razu zamknął za sobą drzwi i podał szklankę chłopakowi. Kiedy zajął miejsce na fotelu przed biurkiem, rozpaczliwie zerknął w stronę włącznika światła. Przytłumione światło lampki zdecydowanie nadawało pomieszczeniu tego dziwnego klimatu, który sprawiał, że dostawał dziwnych dreszczy i myśli, których nie powinien mieć.
Odetchnął tylko głęboko, nie chcąc już robić z siebie głupka i spojrzał nieco wyczekująco na Marcela.
Ten odchylając mocno głowę dopił sok jednym duszkiem i odstawił szklankę na szafkę przy łóżku, i jakby z ociąganiem przeniósł na niego spojrzenie.
– Wiesz… – zaczął lecz szybko zgarbił się ponownie i pokręcił głową. Jak bardzo chciałby, by teraz tak, jak wtedy na tamtej plaży, Julek opadł na niego i przytulił się lekko do jego pleców – Tak nie może być… – powiedział w końcu, powtarzając sobie w duchu, że nie jest tchórzem.
Julek zmarszczył brwi i wzruszył ramionami.
– „Tak”? To znaczy? – dopytał cicho i zaczął wykręcać sobie palce.
– Tak jak teraz… przecież jesteśmy… przyjaciółmi…? – wydukał i spojrzał na niego pewniej.
Julek skrzywił się tylko, jakby wbrew sobie i pokręcił głową.
– Przyjaciółmi… – prychnął i spuścił niżej głowę – Na pewno? – dopytał, zaciskając zęby.
Sam nie wiedział, czy przyniosło mu to ulgę, czy też nie. Czy może wolałby być jednak kimś więcej.
Marcel odetchnął głęboko i pokiwał szybko głową.
– Tak. Jesteśmy przyjaciółmi. – powiedział twardo.
– Czyli tamtego… nie było? – zapytał jeszcze ciszej blondyn, a Marcel zadrżał słysząc jego ton i jęknął w duchu.
– A chciałbyś, żeby nie było? – odpowiedział pytaniem na pytanie.
Julek nie patrząc na niego bił się z myślami. Chciał? Nie chciał? Co się tak właściwie stało? O jedną małą pieszczotę robił taka aferę?
– Chyba… chyba chciałbym… – powiedział – Wolałbym. – poprawił się szybko i spojrzał na niego z rozpaczliwą determinacją w wielkich oczach.
Marcel przełknął ciężej ślinę widząc go takim i szybko pokiwał głową. Nie miał odwagi się temu sprzeciwić. Nie chciał znowu go stracić, bo przecież brakowało mu ich rozmów. Chciał móc się z nim spotykać i słuchać jego opowiadań, chodzić z nim na ich plażę i robić to wszystko co do tej pory. W końcu tylko Julek mu został i teraz Marcel pluł sobie w brodę, że zapragnął od niego czegoś więcej.
A może właśnie nie? Może właśnie to Julek oferował mu coś więcej?

*
Kolejne dni mijały i wszystko wskazywało na to, że powoli wszystko wraca do normy. Julek wydawał się zapominać o tamtym, a Marcel też zupełnie do tego nie wracał. Nie myślał zupełnie ile tracił, starając się skupić na tym, co zyskał. Starał się nie patrzeć na różowe usta Julka, na jego piegi, policzki, oczy, włosy, delikatne dłonie w ten sposób. Nie myśleć o nim inaczej niż jak o przyjacielu.
Ale cholera, im bardziej się starał tym mniej mu się to udawało. Jakby od momentu, gdy o tym w ogóle pomyślał wszystko było już stracone. A nie chciał go stracić. I nie chciał też widzieć zawodu w jego oczach. Nie chciał zepsuć tego, co pomiędzy nimi było.
W szkole nadal niemal wcale ze sobą nie rozmawiali, ale za to po zajęciach widywali się niemal codziennie i Marcel czuł, że nie mógłby być chyba szczęśliwszy. Chyba.
Tylko w domu wszystko tak bardzo mu się sypało. Niby z Julkiem wszystko było okej, jednak on nawet po spotkaniach z nim był całkowicie sfrustrowany i oczywiście całą złość wyładowywał na żonie ojca.
Nie widział już zupełnie tego, jak kobieta stara się naprawić relacje między nimi, ani tego, jak sam z każdą kłótnią, odsuwa się od niej, a przede wszystkim od ojca. Czasami łapał się na tym, że przecież nie tak miało być, że chociaż z ojcem miał żyć normalnie, ale wszyscy tak zupełnie się od siebie oddalili.
Każdego wieczora po jego powrocie czekała go kolejna kłótnia, której często był prowokatorem, a czasami po prostu już wpadał w piekło. I co miał innego robić, jak się nie bronić?
Kolejne siniaki – niezbyt liczne – pojawiały się na jego plecach czy żebrach, ale one przecież kiedyś się zagoją. Był tego pewien. I Julek też tyle razy mu to powtarzał.
I faktycznie te siniaki zawsze się goiły.
Kiedy w Dzień Matki wrócił ze szkoły nie zastał ich w domu. Nie przejął się tym zresztą, bo i tak nie zmierzał nic dawać Tej Kobiecie. Z Julkiem nie mógł się widzieć, bo on przygotowywał coś swojej matce. Jakąś kolację, by było jej miło gdy już wróci z pracy z fabryki oranżady, która stała w odległości kilku kilometrów od miasteczka. Dlatego też Marcel postanowił tego wieczora zupełnie nic nie robić. Polenić się, poleżeć, pomyśleć o Julianie…
Dopiero po kilku godzinach, gdy na zewnątrz zapadał już mrok, usłyszał trzask otwieranych na dole drzwi. Dawno już wyrósł z witania rodziców drzwiach, więc zupełnie to ignorując nadal leżał na łóżku, stukając lekko knykciami w ścianę i skupiając się na własnych myślach.
W końcu jednak po kilku minutach drzwi od jego pokoju uchyliły się i stanął w nich ojciec. Spojrzał na niego jakby wyczekująco i surowo zarazem.
– Jesteśmy już. – powiedział, a Marcel zerknął na niego nieco obojętnym wzrokiem.
– Słyszałem – wzruszył ramionami nie unosząc się nawet z miejsca.
Szybko do jego uszy doleciało ciężkie westchnienie mężczyzny.
– Wiesz jaki dzisiaj jest dzień? – zapytał, a Marcel aż uniósł się na łokciach i skinął powoli głową.
– Środa. – odparł i spojrzał na niego twardo.
Ojciec zmarszczył brwi i pokręcił głową.
– Środa. – zgodził się, starając się widocznie nad sobą panować – Dzień Matki. – dodał jeszcze – Mam nadzieję, że coś przygotowałeś.
Marcel zerwał się z łóżka i spojrzał na niego żywo. Nie wierzył, że ojciec tak go prowokuje.
– Nie bądź śmieszny. – powiedział powoli – Doskonale wiesz, że nic nigdy ode mnie już nie dostanie. – dodał mocniejszym głosem i prychnął pod nosem. Może miał jej jeszcze malować pieprzone laurki i kupować kwiaty? Za co?!
– Jesteś niewdzięczny… – wycedził zduszonym głosem ojciec.
– JA?! – niemal krzyknął Marcel – Za co mam jej dziękować, co? Za to, że… – zaczął i zaśmiał się aż gdy kobieta stanęła w drzwiach.
– Co tu się dzieje…? – rzuciła łagodnym tonem.
– Nic takiego… – zaczął ojciec – Po prostu…
– Po prostu ojciec oczekuje, że będę ci z kwiatami dziękował za to, że się puś… – zaczął lecz nim wypowiedział ostatnie słowo, tępy ból szybko go uciszył.
Marcel zatoczył się do tyłu, czując jak buchający gorącem policzek puchnie szybko, a do oczu napływają mu szybko łzy.
– Więc to tak? – rzucił wpatrując się w ojca z wyrzutem – To jest twój jedyny argument? – warknął i dopadł szybko do drzwi – Nienawidzę was! – rzucił jeszcze zbiegając szybko po schodach i ignorując zupełnie nawoływania kobiety.
Gdy wypadł na zewnątrz szybko obrał jedyny znany mu kierunek. Zawsze, po każdej awanturze, po każdym uderzeniu tylko w jednym miejscu znajdował spokój. I po kilku minutach biegu przez niemal śpiące miasteczko znalazł się pod blokiem Julka. Drzwi były otwarte więc równie szybko wbiegł na górę i załomotał w drzwi do mieszkania chłopaka.
Julek otworzył niemal natychmiast, ale pomimo tego Marcel zdołał już ochłonąć i kiedy stanął z nim twarzą w twarz, wykrzywił usta w żałosnym uśmiechu.
Nawet jeżeli Julian był zaskoczony jego wizytą, nie dał tego po sobie poznać.
– No nie… – szepnął tylko płaczliwie – Nie znowu… – jęknął głośniej i wyciągnął dłoń do napuchniętego policzka Marcela.
Brunet drgnął lekko pod tym dotykiem i spuścił wzrok.
– Pewnie wam przeszkadzam… – rzucił zachrypniętym głosem.
Julek szybko pokręcił głową.
– Mama będzie dopiero za dwie godziny… – powiedział i otarł szybko zaszklone oczy. Szybko wciągnął Marcela do środka i dopadł do niego ściskając go mocno – To nic… słyszysz? Nic się nie stało. – zapewnił go pociągając głośno nosem – To nic, Marcel…. – zapewnił chłopaka.
Tyle razy już z nim o tym rozmawiał i nie dziwił się Marcelowi, że ten nie potrafił niczego z tym zrobić. Zresztą co mógłby? Donieść na ojca na policję? Powiedzieć komuś prawdę? Przecież mimo wszystko kochał go. Tylko jego miał, a gdyby ktokolwiek się dowiedział, że kolejny siniak zawdzięcza jemu, z całej jego poturbowanej rodziny nie zostałoby już nic. Zupełnie nic.
Brunet wcisnął twarz w szyję Julka i pokiwał głową, obejmując go mocno.
– Wiem… – wydusił nieudolnie starając się powstrzymać łzy – Zupełnie nic… – dodał, chociaż jego serce wyło żałośnie. Zaciskając mocno powieki, odetchnął głęboko.
Julek dusząc w sobie płacz, odsunął się od niego delikatnie i pogłaskał go po policzku. Wpatrując się w duże zaczerwienienie zadrżał mocno i po chwili wahania, musnął je lekko ustami.
– To nic… – szepnął wpatrując się uparcie w oczy chłopaka – Zagoi się…
Marcel spuścił wzrok i pokiwał głową. Szybko jednak podniósł oczy i spojrzał głęboko w oczy blondyna.
– Zagoi… – westchnął zupełnie pewien, że Julek każdego jego siniaka będzie tak delikatnie głaskał i lekko całował, dopóki ten naprawdę się nie zagoi.
I wpatrując się w jego oczy miał wrażenie, że z każdym tym uderzeniem ojca, które przecież tak cholernie bolało, tak cholernie go upokarzało, zyskuje coś więcej niż tylko te julkowe pocałunki, przytulanie i to wszystko… Przecież prawdziwa przyjaźń musiała być trwalsza i cenniejsza od zauroczenia.
A może nawet była nieśmiałym, julkowym preludium do miłości?

Reklamy
Posted in Maj

13 thoughts on “Maj – Rozdział III

  1. Poczułam wiosnę czytając to opowiadanie ☺Ta ukryta plaża, a nawet to miejsce z tyłu szkoły z kwitnącym bzem – normalnie miałam wrażenie że tam jestem. Uwielbiam bez ☺Takie trochę melancholijne to opowiadanie, zostawia spory niedosyt i skłania do myślenia jak to się dalej potoczy. Żałuję tylko że został taki nierozwiązany stosunek kolegów i koleżanek ze szkoły do Julka, bo o ile przyszłość Marcela i Julka jakoś pozytywnie sobie wyobrażam to zachowanie tych dzieciaków jakoś mnie dołuje.No nic, postaram się to wymazać z pamięci. Przyjaźń między chłopcami jest niesamowita, najbardziej ujęła mnie empatia Julka, w ogóle Julek jest jak nie z tego świata. Sama bym go porównała do elfa :) A Marcel, myślę że on będzie się stawał z czasem odważniejszy, jak się zacznie usamodzielniać i mam nadzieję że wtedy znajdzie w sobie siłę by bronić swojego przyjaciela. Widzisz jak na mnie działają takie niedopowiedzenia na koniec? Ja po prostu potrzebuje szczęśliwych zakończeń ☺ Bardzo przyjemnie się czytało tą historię bo mimo ciężkiej sytuacji życiowej obu chłopców to udało im się stworzyć coś pięknego :) Bardzo dziękuję ☺

    1. No to się ładnie wszystko zgrało z wiosną za oknem. C: Cieszę się, że opowiadanie Ci się spodobało i przyznaję się, że akurat otoczenie było inspirowane miejscem, które dobrze znam. Może dlatego udało mi się je tak opisać, że aż się w nie przeniosłaś? C:
      Dzięki, że się odzywasz i zachęcam do czytania kolejnych opowiadań. Oby ich bohaterowie pozostawili po sobie fajne wspomnienia, choć pewnie już inne niż Julek i Marcel. C:
      Pozdrawiam! <3

  2. Uwielbiam to opowiadanie. Jest moim drugim ulubionym, zaraz po ‚ĆIA’, opowiadaniem Twojego autorstwa. Jest takie ciepłe i inne w porównaniu do reszty, a jednak jest w nim zawarty dramat, który swoją drogą uwielbiam. Lubię Twój styl pisania i nawet drobne błędy czy literówki, przez które często porzucałam nie jedno ciekawe opowiadanie (strasznie kuły mnie w oczy), nie są w stanie oderwać mnie od Twoich historii.
    Kolejna noc spędzona u Ciebie na blogu, ale zdecydowanie uważam, że warto :D
    Zabieram się właśnie za ‚Synów…’ i jak tylko skończę, to ponownie się odezwę :)
    Weny życzę i powodzenia C: No, i kolejnych takich perełek :3

  3. Nie mogę… nie wiem, co w ogóle o tym myśleć.
    Przeczytałam na jednym wdechu, a zakończenie całkowicie mnie załamało i mam łzy w oczach…
    To pierwszy twój twór, z jakim się spotykam, trafiłam na niego przypadkiem, a już jest na pierwszym miejscu moim ulubionych opowiadań.

    1. Dzień dobry Pina Colado!
      Załamało? Miałam nadzieję, że jest takie optymistyczne bardziej. C:
      Maj podbija serca, dzięki! Może któreś z pozostałych opek jeszcze bardziej Cię zachwyci? C:

  4. Jeju jakie to było urocze!
    Czytałam to w trakcie wielkanocnego obiadu z rodziną, czasami niestety trzeba sobie od nich zrobić przerwę, na moment się odizolować i troszkę uchachać :’)
    Wciąż nie mogę uwierzyć, że zakończyłaś tow takim momencie! To był bulwers, kiedy zobaczyłam koniec strony, lecz jednocześnie pomyślałam sobie, ze może i dobrze, że poczuliśmy się nienasyceni.
    Wybrałaś do opowiadanka jeden z moich ulubionych momentów roku – maj od zawsze wydawał mi się jakimś magicznym miesiącem, poza listopadem i październikiem (które są z pewnością jego przeciwieństwami).
    Napisane schludnie i aż nie mogłam się doczekać, kiedy pomiędzy bohaterami zacznie się coś dziać. Lubię sobie poczytać o takich niedostępnych typkach jak Julian (to imię przypomina mi jedynie o rozwydrzonym synku bogatych sąsiadów ;-;), ponieważ w realnym życiu taka postawa nigdy nie przejdzie. Niestety nie ma możliwości, aby nagle znikąd napatoczył się jakiś książę z bajki, który zainteresuje się taką osobowością…
    Mam nadzieję, że dalsze losy bohaterów potoczyły się jak najbardziej pozytywnie, choć moje gusta zawsze poszukują jakichś smutnych zakończeń i wydaje mi się, że chyba skłamałam w pierwszej części tego zdania >:)
    Wesołych Świąt Wielkanocnych, jeżeli odczytasz to akurat w tych dniach, dużo weny w trakcie tworzenia kolejnych pozycji, ponieważ widzę, że blog owocuje w jeszcze inne propozycje :33


    bytaasteful.blogspot.com

    1. O rety! Nie ma to jak odpisywać na maila po tylu miesiącach! Wybacz! Dx
      W każdym razie miło mi powitać Cię na blogu.
      Maj miał być krótkim opowiadaniem właśnie z takim otwartym zakończeniem. Właściwie lubię takie zakończenia bo wbrew wtedy właśnie wydają się nie być zakończeniem. xD Zawsze jest coś dalej, a nie koniec i kropka.
      Mam nadzieję, że pomimo tego, że nie odpisałam, bo jestem złym człowiekiem, to jednak nadal jesteś na blogu i czytujesz od czasu do czasu moją skrobaninę.
      Teraz to ja z kolei życzę fajnych wakacji i oby do zobaczenia! C:

  5. I już koniec? Tak po prostu? No niee… Jestem całkowicie na „nie”. To takie fajne opowiadanie. Wciągające, takie… rzeczywiste i jakby na przekór sytuacji Marcela i Julka – lekkie. Aż dziwne, że to już koniec. Przeczytałam za jednym zamachem i jakoś mi tak… smutno.
    Muszę przyznać, że pod koniec się wzruszyłam. Piękna scena. I ostatnie zdania… Cudo ;)
    I powiem szczerze, że nie spodziewałam się takiego opowiadania. Mam na myśli, że raczej wychodziłam z założenia, że będzie ono całkowicie… hmm, wesołe? Takie wiosenne właśnie. A tu dwóch bohaterów z różnymi problemami. Zaskoczenie, lecz patrząc po treści – miłe. ^^
    Oby więcej fajnych opowiadań!
    Pozdrawiam ;)

    1. No chyba koniec. Czasami myślałam nad rozwinięciem tej historii, ale już sama nie wiem. Nie ogarniam wszystkiego. Ghrrrr~~~
      Tak mi źle, że tu taka pustka, ale huh… och dobra, nieważne.
      Mhm, jej miało być wesołe. xD Ale ja nie wiem, nie umiem. Czasami sobie tak postanawiam, że o bez dram, ale na nic te moje postanowienia. xD Zawsze dramę muszę wcisnąć.

      Nuu, tez liczę na więcej.
      Ściskam ciepło! <33

  6. Mało mi :c Chcę więcej :c
    Jak dla mnie „Maj” jest opowiadaniem tak zwyczajnym, że aż niesamowitym. Nietrudno znaleźć historię, która urzeka niecodzienną fabułą i zaskakuje na każdym kroku, ale to właśnie takich opowiadań jak to jest najmniej.
    Nie mogłam się pozbyć wrażenia, że sama w jakimś stopniu uczestniczę w tych wydarzeniach; prawdopodobnie dlatego, że opisałaś zwykłe życie dwóch chłopaków i ich zwykłe problemy. Szczerze mówiąc, „Maj” jest czymś, co zawsze chciałam przeczytać. Nieraz nawet próbowałam napisać krótkie opowiadanie w podobnym klimacie, ale nigdy nie wychodziło mi to tak, jakbym tego chciała. Dlatego też cieszę się, że zdecydowałaś się stworzyć coś takiego :)
    Jestem pewna, że jeszcze nieraz wrócę do tych trzech rozdziałów ^^

    Pozdrawiam i życzę potężnego zastrzyku weny przy pisaniu piątkowego rozdziału „Till We Are”! :3

    1. Czyli mi się udało. C: Zwyczajne, ale niezwyczajne opowiadanie – bardzo się cieszę, nie masz pojęcia jak mi się miło zrobiło.
      Wiesz, bałam się trochę, że wprowadzając ten wątek z ojcem Marcela, przegnę już i o, nie będzie to takie…. zwykłe? Chociaż nie ukrywajmy, przemoc w domu jest, a raczej nie jest niczym nadzwyczajnym. Na Boga jak to brzmi… :C
      Och, nie wiedziałam, że też piszesz. Może nie mam za wiele czasu nigdy by regularnie rozczytywać się w dziełach innych, ale z chęcią zobaczyłabym coś od Ciebie. Może dasz się namówić na małą próbkę?
      TWA to długaśne opowiadanie o kilku panach, w jakby jednym świecie, jednym klimacie, dlatego chociaż w miniaturkach sobie odbiłam i starałam się by były różnorodne. I chyba mi sie udało! C:
      Wracaj tak często jak tylko zechcesz. Będzie mi niezmiernie dobrze. C:

      Dziękuję i również ściskam gorąco! <33

      1. Właściwie to chętnie bym zasięgnęła Twojej opinii :) Jeśli tylko masz ochotę, to mogę przesłać kilka pierwszych stron/rozdziałów, musiałabyś tylko podać na siebie jakieś namiary c: No i ile byś tego chciała ^^ <3

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s