Synowie Rosemary 06 – Kiedy nadchodzi strach

Wyglądając przez duże okno czytelni, Bruno schował do aktówki kilka książek i na wyczucie zapiął ją z głośnym westchnieniem. Później już uśmiechnął się przyjaźnie do siedzącej za biurkiem Wandy, która bawiąc się długopisem cierpliwie czekała aż się zbierze i założy płaszcz.
– Okropna ta pogoda się robi – powiedziała wesołym tonem i poprawiła okulary na nosie.
– Masz rację, mam nadzieję, że spadnie w końcu śnieg. Agnieszka już zaczyna się o niego modlić – dodał mimochodem – O białe święta, ale przyznam, że raczej czarno to widzę – dodał poprawiając przy szyi szalik.
– Wcale, a wcale się nie dziwię – zaśmiała się głośno kobieta i założyła za ucho pukiel farbowanych włosów. – Wyobrażasz sobie święta bez niego? Nie byłyby prawdziwe – dodała żartobliwym tonem.
Bruno tylko skinął głową i pomacał kieszenie z wierzchu by sprawdzić czy ma wszystko.
– Na pewno… – mruknął i upewnił się że ma w kieszeni kluczyki od auta. – No nic, dziękuję Wandziu za te książki.
– Nie ma za co. Dam ci znać przy następnych zamówieniach – machnęła ręką kobieta i uśmiechnęła się ciepło. – Pozdrów Agnieszkę i Cyprianka – dodała, a brunet pokiwał głową.
– Pewnie, dziękuję – odparł – Do zobaczenia – uśmiechnął się do kobiety i zaraz po jej odpowiedzi ruszył ku drzwiom.
Kiedy wyszedł na jasny korytarz miejskiej biblioteki, którą odwiedzał w zasadzie tylko wtedy, gdy Wanda dokupowała nowe książki i sprowadzała też kilka dla niego, odetchnął ciężko i z niechęcią obserwował krajobraz za oknem.
Szybko zapadający zmierzch zdecydowanie zniechęcał Brunona do wychodzenia gdziekolwiek prócz pracy. Do niej zresztą również już chyba chodził bardziej z przymusu niż pasji jaką jeszcze nie tak dawno czarował starsze nauczycielki, które z zachwytem określały go w samych superlatywach i nazywały ‚przebojowym i żywiołowym młodym człowiekiem’, albo ‚odpowiednim człowiekiem na odpowiednim miejscu’. Teraz jednak Bruno czuł, że coś w nim się wypaliło, a wszystko przybrało posępne kolory bezśnieżnej zimy. Niejednokrotnie z nadzieją spoglądał w niebo licząc, że z szarych chmur zacznie prószyć śnieg. Chociaż trochę, tyle by napadało przynajmniej te dwa centymetry i by w końcu zrobiło się jakoś żywiej wokół.
Męczył się strasznie i w pracy, i w domu, a przez nastrój jaki go ogarnął, coraz częściej irytował go płacz ząbkującego Cypriana. Agnieszka też zdawała się na niego złościć o byle co, jednak on sam zawsze po sprzeczce przepraszał kobietę. Tak bardzo ją kochał i niejednokrotnie w jej ramionach odzyskiwał spokój. Chociaż na kilkadziesiąt minut nim mały znowu nie zacznie płakać.
Każdy dzień wydawał się być jeszcze trudniejszy od poprzedniego i Bruno nie umiał ani trochę odpocząć. Nawet lekcje polskiego, które zawsze przecież uwielbiał prowadzić, stawały się kolejnym balastem, szczególnie te, które przeprowadzał w drugiej D. Nieważne ile by nie główkował nie umiał znaleźć odpowiedzi na pytania, które z każdym kolejnym dniem pojawiały się w oczach wpatrującego się w niego Marcina. Czasami wręcz Bruno miał wrażenie, że chłopak go prześladuje, bo nieważne, w którą stronę się obracał widział właśnie jego.
Oczywiście wiedział, że demonizuje i to tylko to ‚coś’ co między nimi było, wyczulało go wyjątkowo mocno. Tak wiele już razy Marcin był w jego gabinecie, że Bruno pośród masy uczniów przelewających się na korytarzu z łatwością wyławiał właśnie jego. Pomimo tamtego wyznania sprzed kilku tygodni, Marcin nie otworzył się przed nim bardziej. Często przychodził do niego na swego rodzaju pogawędki, ale zupełnie unikał tematu, nawet gdy on – może nieco nieumiejętnie – starał się go poruszyć. Także Bruno nadal nie wiedział co się dzieje z chłopakiem, ale momentami w jego oczach widział tak bezbrzeżny smutek, że ten i jemu się udzielał. I wracał ponownie do lat, gdy żył z Jakubem, gdy razem próbowali znaleźć lekarstwo na swoje troski i poradzić sobie z tą innością.
Tak wiele razy zastanawiał się co się stało z jego byłym kochankiem. Czy nadal był gejem? Czy może podobnie jak on odnalazł w sobie potrzebę posiadania kobiety i normalnego życia.
Takie słowa niemal non stop gościły w jego myślach. Strasznie go śmieszyło to, jak zaciekle w towarzystwie bronił wszystkich homo, jak upierał się że to nie jest coś co się wybiera samemu, że to jest normalne. Sam przecież uważał inaczej jeżeli chodziło o jego normalność i jego wybory.
Ciągle gubił się zresztą w swoich rozmyślaniach. Nie miał pojęcia już kim jest, ani czy żałował tamtego rozstania. Z jednej strony był szczęśliwy z Agnieszką, ale z drugiej tak wiele razy zastanawiał się jakby teraz wyglądało jego życie. Czy byłby nadal z Jakubem? A może z innym mężczyzną? Może wcale by go tutaj nie było, może żyłby zupełnie inaczej?
Dawno temu już zgubił numer telefonu Jakuba, jego adres też zatarł się mu w pamięci. Czy to była Różana 67 czy może 51? Zupełnie nie pamiętał i chyba nawet nie chciał. Nie chciał myśleć by go odnaleźć lub chociażby napisać do niego list. Zresztą, czy mężczyzna nadal utrzymywał kontakt z rodzicami, czy może ci już zupełnie się go wyrzekli? A może oboje już nie żyją? Bruno pamiętał jak wiele razy to takie słowa gościły na ustach kochanka – że gdy umrą w końcu on będzie mógł być sobą.
To zabawne, że coraz częściej przypominał sobie sceny z ich wspólnego życia. Tak wiele razy zresztą miał wrażenie, że to przez Marcina i przez ten jego smutek, bo podobny cechował jego związek z Jakubem.
Będąc już na zewnątrz na szerokich kamiennych schodach, zatrząsł się mocno gdy przejął go zimny wiatr i pociągnął nosem. Gdy z nich zszedł, szybko ruszył chodnikiem na tyły budynku, gdzie zawsze parkował. Kiedy minął już nasadzone wzdłuż przejścia drzewka, które w tej chwili prezentowały sobą naprawdę żałosny widok, wyszedł za budynek, gdzie za niewielkim wyasfaltowanym placykiem, znajdował się równie brzydko wyasfaltowany parking. Przy placyku, pod elewacją budynku wyłożonego brunatnym klinkierem stało kilka metalowych ławek. Mężczyzna postąpił kilka kolejnych pewnych kroków i w jednej chwili zatrzymał się, i niemal głośno jęknął.
Na jednej z nich siedział chłopak ubrany w skórzaną kurtkę i w świetle obskurnej latarni stojącej na środku placu wyglądał naprawdę niepokojąco.
– Boże… tylko nie on… – mruknął i skrzywił się mocno na widok Marcina pochylonego nad jakąś książką i popalającego powoli papierosa.
W pierwszym momencie Bruno nawet pomyślał by przejść obok i udawać, że zupełnie go nie dostrzegł. Przekonany o tym, że to całkiem dobre wyjście ruszył spokojnym krokiem przed siebie wyciągając z kieszeni telefon i udając, że coś w nim sprawdza.
Kiedy minął Marcina odetchnął głęboko i niemal uśmiechnął się szeroko.
– Dzień dobry! – usłyszał i zatrzymał się momentalnie.
Kiedy odwrócił się ku chłopakowi zmusił się by przybrać nieco zaskoczoną minę i skinął głową.
– O, Marcin. Dobry wieczór, zupełnie cię nie zauważyłem – skłamał i zerknął wymownie na papierosa między jego palcami.
Marcin uśmiechnął się kącikiem ust i skinął głową. Doskonale wiedział, że to kłamstwo, przecież słyszał już od dawna jego kroki i zauważył, jak zatrzymuje się kilkanaście metrów od niego.
Przyjrzał się dyrektorowi uważniej i przygryzł lekko wargę.
Już od jakiegoś czasu bawił się w śledzenie mężczyzny i wiedział dokładnie, w którym miejscu usiąść. Może to było śmieszne, ale coraz bardziej wkręcał się w tę grę. Ta okazywała się być niemal idealną odskocznią od problemów w domu i Adama, który wbrew temu co mu obiecywał z każdym dniem odsuwał się od niego bardziej. Coraz częściej był dla niego oziębły i odwoływał ich spotkania. Chłopak był pewien, że to tylko kwestia czasu nim za nim zatęskni i sam zadzwoni. Zawsze tak było. Co kilka miesięcy Adam miał coś takiego, że starał się zniszczyć ich związek izolując się i niemal zamykając w domu. Nauczony doświadczeniem Marcin pozwalał mu na chwilę oddechu i sam bardziej korzystał z życia jakby mścił się na bracie. Nie chciał zresztą pokazywać mu zbyt często jak bardzo jest od niego zależny. Miał przecież jakąś godność, nie był psem i chciał by to Adamowi go brakowało. Zawsze tak było, bo przecież Adam był tylko jego.
Sandra z Filipem coraz częściej dopytywali go też o wynik ich zakładu, więc tym razem cieszył się, że brat akurat teraz przeżywał to swoje oczyszczenie, a on miał czas by poświęcić się uroczemu dyrektorowi.
Widząc jego minę niemal się nie roześmiał głośno i spojrzał na niego tym ‚specjalnym’ spojrzeniem.
– Nie sądziłem, że moglibyśmy się tu spotkać – powiedział, jakby sam nie założył tu karty jakiś czas temu specjalnie do tych celów.
Bruno westchnął i podszedł bliżej niego.
– Ja również nie – stwierdził z przekąsem, bo do tej pory sądził, że Marcinowi nigdy nie jest po drodze do biblioteki. – Co czytasz?
– ‚Pokochała Toma Gordona’ – odparł Marcin i pokazał mu okładkę książki oklejoną folią – Usiądzie pan? – dopytał i zrobił mu więcej miejsca obok siebie i przekładając leżący obok plecak na drugą stronę.
Bruno uniósł brew i w końcu skinął głową.
– Ale najpierw zgaś tego śmierdzącego papierosa – powiedział. – Mógłbyś mieć na tyle przyzwoitości, by go chociaż schować gdy mnie widzisz – dodał jeszcze służbowym tonem.
Siedemnastolatek pokręcił głową i uśmiechnął się szerzej, pochylając się by zagasić papierosa na chodniku.
– Do kosza – usłyszał jeszcze nad sobą w momencie, w którym wypuszczał go z palców. Uniósł się jednak i ociągając się przeszedł kilka kroków, by wyrzucić fajka i zaraz wrócił na miejsce.
– Lubi pan Kinga? – dopytał siadając na ławce luźno i zerknął na bruneta.
Bruno pokręcił głową i odstawił na bok aktówkę.
– Szczerze nie znoszę – przyznał i mimowolnie uśmiechnął się lekko. – Przyznam, że nie lubuję się w horrorach, ale kilka przeczytałem. Na dobre się jednak rozstałem z nimi i właśnie z Kingiem kilka lat temu, gdy już przebrnąłem przez chyba z sześćdziesiąt stron mdłej akcji w ‚Czarnym Domu’… – zaczął i zmrużył oczy chcąc przypomnieć sobie szczegóły powieści. – Mmm… była tam taka scena z muchą bodajże. Jak wlatywała przez okno przez kilka stron i w końcu usiadła na obgryzionej kostce jakiejś dziewczynki… nie pamiętam dokładnie okoliczności. W każdym razie było tam dużo krwi i ta nieszczęsna stopa w trampku… Tak to było? – dopytał, ale Marcin spojrzał na niego nieco zaskoczony. – Nie wiem już sam. A może wcześniej znaleziono samą stopę w tym bucie? Tej dziewczynki, Amy chyba. A może Anny? – dopowiedział, a gdy skończył Marcin zaśmiał się głośno.
– No nie, bez spoilerów! – zawołał zaraz i pokręcił głową. – Najpierw muszę przeczytać tego Toma Gordona, ‚Czarny Dom’ jest na liście oczekujących – zapewnił.
Bruno skinął głową i spojrzał na niego bardziej otwarcie.
– Zamierzasz przeczytać wszystkie jego książki? – dopytał, a Marcin szybko pokiwał głową. I co z tego, że kłamał?
– Ta… – westchnął z przekąsem. – Założyłem się ze sobą na początku jesieni, że przeczytam, ale co z tego wyjdzie? Może nic… – wzruszył ramionami.
Mężczyzna pokiwał głową.
– No dobrze, cieszę się i mam nadzieję, że ci się uda – odparł. – Ale wiesz, że King napisał kilka powieści pod pseudonimem?
Marcin wydął usta i zmarszczył brwi.
– A dużo? – mruknął i spojrzał na niego z mieszanką rozbawienia i zniechęcenia w oczach.
– Kilka – skinął głową Bruno.
– A jaki to pseudonim? – zapytał szybko chłopak.
Mężczyzna zaśmiał się i wzruszył ramionami.
– Sam poszukaj – uciął i usiadł prościej. – No nic… pójdę już. – dodał, a Marcin pokręcił głową.
– Nie, nie przeszkadza mi pan – rzucił odkładając szybko książkę, a dyrektor stłumił śmiech.
– Ale w domu czeka na mnie żona i syn – zauważył i odetchnął powoli. – Chyba że… chcesz o czymś pomówić, mmm? – zapytał ostrożnie.
Marcin oblizał wargi i przygryzł język. Przez chwilę zastanawiał się jakby tu zatrzymać mężczyznę na dłużej i pogłębić ich relacje. Doskonale wiedział, że samo wpatrywanie się w niego nie wystarczy i że musi jakoś nagiąć dzielące ich granice. Często chodził do jego gabinetu tak tylko by mu się pokazać i pogadać chwilę. I chociaż czasami udawało mu się jakoś go zaczepić, tak naprawdę chyba nie robił żadnych postępów.
Przesunął szybko wzrokiem po jego twarzy i zaraz odwrócił twarz, grając nieco na czas. Czuł na sobie spojrzenie Wilczyńskiego domyślając się, że ten pewnie uznaje jego zwłokę za wahanie. Nie wiedział co robić. Mógł palnąć coś w stylu ‚kocham pana, panie dyrektorze, niech mi pan pomoże’, ale co by tym osiągnął? Niby minęło już kilka tygodni od momentu, w którym przyznał mu się do swojej orientacji i chociaż niejednokrotnie na lekcjach łapał na sobie jego wzrok, nie był pewien czy to był odpowiedni moment na takie ‚szczerości’.
– Nie wiem… – westchnął w końcu. – A chce pan słuchać o czymś konkretnym? – dopytał spokojonym głosem licząc, że mężczyzna uzna to za wymuszony ton.
– Chcę wiedzieć, czy wszystko jest w porządku – powiedział Bruno i przełknął ciężej ślinę. – Nikt ci nie dokucza? – zapytał przyglądając się jego twarzy, na której ponownie malował się smutek.
– Nie… znaczy… no wie, pan, jak to w życiu, nie? – zaśmiał się nieco nerwowo chłopak i sięgnął po paczkę papierosów.
Bruno nie komentując przyglądał się jak uczeń ustami wysupłuje papierosa z paczki sięga po zapalniczkę. Kiedy na chwilę z ciepły płomień oświetlił twarz chłopaka, brunet westchnął pod nosem i skinął głową.
– No, ale… do tego się człowiek przyzwyczaja – powiedział blondyn po tym jak zaciągnął się mocno dymem i wydmuchał go na zewnątrz. – Teraz dużo się słyszy o gejach i lesbijkach, i to się robi bardziej normalne, nie? – dodał i uśmiechnął się wymuszenie w jego stronę.
Bruno skinął głową i oparł się mocniej do tyłu po czym wsunął dłonie w kieszenie płaszcza.
– Tak, tak… – westchnął tylko nie mogąc nawet zebrać myśli. Tak bardzo chciał pomówić o tym z Marcinem, a gdy już chłopak sam podejmuje ten temat to najzwyczajniej w świecie tchórzył.
– No, to może za jeszcze kilka lat będzie już zupełnie lajtowo? – dodał chłopak i ponownie zaciągnął się papierosem. – Mmm… może nawet będę mógł się całować ze swoim na ulicy? Kto wie? – zaśmiał się luźno.
Bruno skinął głową jeszcze raz i przygryzł policzek od środka.
– To masz tego swojego? Chłopaka? – dopytał mimochodem i zerknął kątem oka na Marcina.
– Nie… nie mam. Ale może do tego czasu kogoś znajdę, nie? – westchnął blondyn. – Tylko, że to nie jest wcale takie łatwe, wie pan? Wszyscy faceci jacy mi się podobają zazwyczaj są hetero. To straszne… – dodał, a Bruno aż zerknął na niego uważniej.
Ta cała rozmowa była wprost niemożliwa. Niby nie był nigdy sztywniakiem i nieraz dziewczęta z kółka literackiego rozmawiały z przy nim i z nim o chłopakach, ale będąc tutaj z Marcinem i mówiąc z nim na takie tematy czuł się co najmniej dziwnie.
– Domyślam się – powiedział ostrożnie. – Ale masz tylko siedemnaście lat, więc całe życie przed tobą, prawda? Może w końcu poznasz kogoś, kto będzie podzielał twoje zainteresowania – dodał.
Marcin uniósł wyżej brew i spojrzał na dyrektora uważnie.
– Sam nie wiem… tak szczerze… – zaczął już poważniej. – Czasami mam wrażenie, że to właśnie to mi się w nich podoba, wie pan? – dodał i uniósł się lekko. Rozkładając szeroko nogi, oparł się piętami o chodnik i strzepał popiół opierając dłoń o udo.
– To, że są heteroseksualni? – dopytał Bruno marszcząc nieco brwi.
Marcin zaciągnął się papierosem i ze świstem wypuścił z płuc powietrze.
– To, że oni mają żony i… sam nie wiem. Czasami wcale nie są tak bardzo hetero, jak myślą – powiedział i spojrzał na niego dłużej. W myślach aż się zaśmiał dostrzegając jak twarz Wilczyńskiego lekko tężeje. – Znałem takiego chłopaka, który zawsze umawiał się ze starszymi, żonatymi facetami – kłamał bez mrugnięcia okiem i zaraz wpatrzył się w swoje sztyblety. – To było dziwne, że tak wielu z nim sypiało, co? Mieli w końcu żony i dzieciaki, ale seksu z nim chyba nie uznawali za zdradę – dodał.
– I to ci się podoba, tak? – dopytał Bruno dostrzegając, jak zaciśnięte w kieszeniach pięści zaczynają mu drżeć.
– Nie… nie to – szybko powiedział chłopak. – Myślę tylko, że taki gość, co ma rodzinę to jednak myśli jakoś poważniej niż taki… gej, który zawsze szuka okazji, co? – powiedział spokojnym tonem. – A mam wrażenie, że wszyscy których spotykam tacy właśnie są – dodał i zaśmiał się pod nosem. – Wie pan, to nie chodzi o… seks. To jest fajne i w ogóle, ale zawsze lekki niesmak pozostaje. – uściślił i przysunął papierosa do ust.
Bruno w pierwszym momencie zacisnął tylko mocniej zęby. Miał mu wierzyć? Marcinowi Szmidtowi? Byłby głupim, ostatnim naiwnym, gdyby uwierzył mu w te słowa. Że niby chłopak jest taki dojrzały, że niby mając te siedemnaście lat i reputację taką, jakiej nie powstydziłby się żaden lekko-myślący dzieciak, już tak poważnie myśli o związkach? Nie był głupi, Marcin musiał sobie z niego kpić.
– A czasami… – zaczął Marcin, a on przyjrzał mu się z rezerwą. – Czasami jednak wolę sobie wmawiać, że to przez tego chuja, mojego ojca – powiedział patrząc na żarząca się końcówkę krótkiego już papierosa. – Wie pan, taka auto-psychoanaliza – dodał kpiącym tonem.
Brunet zmarszczył brwi mocniej i spojrzał na ucznia nic nie rozumiejąc. Kiedy chłopak zerknął na niego krótko dostrzegł w jego oczach niepokój i szybko pokręcił głową.
– Nie, nie… spokojnie – zaśmiał się i jednym wdechem dokończył papierosa i odrzucił peta przed siebie. – Nic z tych rzeczy. Tylko pijak z niego jebany i tyle. Nigdy nie był za bardzo rodzinny i tatusiowy, to może teraz sobie szukam takiego tatuśka… co to przytuli, popata po główce i pochwali – dodał i skrzywił się spuszczając wzrok na chodnik. Szybko schował ręce do kieszeni i pokręcił głową. – Cholera, jak zimno, co? – zaśmiał się nerwowo jednak nie spojrzał na Brunona ani na chwilę.
Mężczyzna milczał dłuższy czas i w końcu pokiwał głową.
– Zimno – potwierdził, bijąc się z myślami – Musisz tak kląć? – dodał, by zyskać nieco na czasie.
– Ponoć ludzie, którzy klną są bardziej uczciwi… czy tam szczerzy, nie pamiętam.
– No tak… – potwierdził Bruno i odetchnął. – Wiesz Marcin, to może ciebie pociąga, wiesz… Ale sam… patrzę na to raczej z tej strony tego tatuśka i może jednak powinieneś rozglądać się za wolnymi starszymi panami, co? Jeżeli już koniecznie musisz – powiedział nieco szorstko, chociaż wcale nie czuł się w jakikolwiek sposób dotknięty tym pomysłem podrywania ojców i mężów. – Chyba że, rozbijanie czyjejś rodziny to dodatkowy profit – dodał chłodniej.
Marcin pokręcił głową i opadł ponownie na oparcie ławki.
– Tak pan myśli? – prychnął przybierając typową dla siebie arogancką pozę. – Bo oczywiście ci tatusiowie nie mają mózgu, nie? I nie są wcale winni? – zakpił. – Myślę, że są. Nawet bardziej niż taki chłopak – powiedział nie będąc pewien czy nie zniechęci tym Wilczyńskiego.
– Rozumiem. Myślisz więc, że byłbyś szczęśliwy rujnując komuś życie? Niszcząc coś co przez lata budował? Myślisz, że to uczciwe? – zapytał spokojnym tonem Bruno.
– Może i bym był. Może i komuś bym je zrujnował, ale komuś innemu może mógłbym je ulepszyć. Jak facet zdradza to chyba znaczy, że coś jest nie tak, co? A poza tym, nie jestem jakimś tam altruistą, co mnie obchodzi jakiś dzieciak i żonka, też chcę być szczęśliwy – dodał nieco butnie, a Bruno spojrzał na niego nieprzekonany. W końcu jednak oblizał usta i uśmiechnął się gorzko.
– Możesz mieć rację – powiedział powoli, – Ale możesz też się mylić.
Marcin spojrzał na profil mężczyzny i zastanowił się dłużej nad kontynuacją tej rozmowy. Niby czuł, że ma wszystko pod kontrolą, jednak nie wiedział co sobie może o nim myśleć dyrektor. Czy u niego zapulsował tym, że się przed nim ‚otworzył’, czy może szybko się pogrążył tym popisem egoizmu. Nieco niepewnie przysunął się bliżej mężczyzny i odchylił głowę na kark.
– Może pan powiedzieć, że to głupie i okrutne, ale czasami tak sobie myślę, że chciałbym komuś odebrać tego kochanego tatusia – powiedział głosem wyprutym z niemal z najmniejszej emocji. – Niby czemu ktoś może go mieć, kiedy ja nie mam, co? Czemu może mieć taką śmieszną, fajną rodzinkę, kiedy ja nie mam nikogo? – dodał jeszcze i przymknął oczy. – To jest niby fair? – dodał i prychnął pod nosem.
Bruno drgnął i obejrzał się na blondyna ze współczuciem.
– Nie dość, że mój stary to zwykły patol, to jeszcze jestem obrzydliwym gejkiem. Fajnie nie? Może po prostu uszczęśliwia mnie to, gdy ktoś jeszcze oprócz mnie jest nieszczęśliwy – zakpił gorzko Marcin i odetchnął ciężej.
Brunet zmarszczył brwi i pokręcił głową.
– Przestań już – zagnił go, wpatrując się w niego uparcie. – Myślę, że nie jesteś taki jak ci się wydaje. Potrzebujesz tylko pomocy i wsparcia, i może powinieneś z niego skorzystać, nim wmówisz sobie coś zbędnego.
Marcin uchylił powieki i spojrzał na niego nieco wyzywająco.
– Co na przykład? – dopytał.
– Może to, że jesteś złym człowiekiem? Gorszym? – powiedział powoli Bruno. – Wcale tak nie jest. To nie twoja wina, że twój ojciec… Powiedz mi tylko… Bije cię? Znęca się nad tobą? Może nie powinieneś dłużej tam być, co? – zasugerował.
Marcin sapnął i wyprostował się jak struna. Odetchnął ciężej i zamrużył oczy. Cholera, chyba się nieco zagalopował.
– Mówi pan, jak jakiś sztywniak, który za chwilę naśle na nas opiekę… – powiedział wpatrując się w niego podejrzliwie. Szybko też poderwał się miejsca i zgarnął z ławki plecak i książkę. – Cholera, a mogłem nic nie mówić, co? Kurwa… – sapnął, czując jak mocniej wali mu serce. Jak mógł być tak głupi? Nawet wolał nie myśleć co byłoby, gdyby jakimś cudem go zabrali na te kilka zasranych miesięcy, albo gdyby wyszło co jest między nim i Adamem!
– Ja pierdolę… – syknął i drżącymi dłońmi zaczął chować do plecaka książkę. – Nie bije mnie. Adama bił. Lata temu. Teraz już nie, a Adam z nami nie mieszka. Matka pracuje na dwie zmiany by nas utrzymać. Znaczy mnie i tego skurwiela. A on jak się napije to śpi, tylko śpi. Ale nie zdarza mu się to często, teraz już rzadziej. Jak byłem mały było kiepsko, teraz jest okej. Jest pan zadowolony? – wyrzucił z siebie szybko i posłał mu wściekłe spojrzenie, chociaż tak naprawdę był wściekły na siebie. – Czy może za dwa dni zapuka do nas jakaś babka z opieki, co? – dodał i spojrzał na niego z wyrzutem.
Bruno szybko poderwał się z miejsca i złapał chłopaka za ramię nim ten odszedł.
– Może to jest jakieś wyjście, co? Odejdziesz z domu, zaczniesz jakąś terapię…
– Ja pierdolę! – warknął Marcin wyrywając się mu szybko. – Nie! Nie. Cztery miesiące! Tylko cztery zasrane miesiące i wyniosę się stamtąd! Teraz chcecie mi pomagać? Kiedy już jestem tak blisko? – syknął. – Chcecie ciągać mnie po domach dziecka i po sądach? O co chodzi? Setki smarkaczy tak żyje, a to mną się pan tak nagle interesuje? Może niech pan się rozejrzy po pierwszakach, może któryś z nich potrzebuje tej opieki? – zasugerował ironicznie. – Ja mam już plany, jestem już dorosły i cholera jasna, nie dam sobie zniszczyć i tak zjebanego życia! – warknął i odwrócił się na pięcie. – Kurwa, niepotrzebnie panu zaufałem, co?
Szybkim krokiem ruszył w stronę pustego prawie parkingu dla pracowników biblioteki, po drodze już wyjmując paczkę papierosów i wyciągając drżącymi palcami jednego.
Bruno za to oniemiały wpatrywał się w oddalającą się sylwetkę Marcina. Przez chwilę nawet chciał go zatrzymać ponownie, albo pójść za nim. Tylko po co? Sam już nie wiedział co myśleć. Co powinien robić? Co byłoby uczciwe? Czy powinien to zgłosić? Oczywiście, że tak. Powinien.
Po głębokim oddechu mężczyzna usiadł z powrotem na ławce i przetarł twarz dłonią.
Oczywiście, że mogą go zabrać, ale przecież… gdyby ta matka była w porządku? A ten brat? Może Marcin mógłby mieszkać z nim? Zresztą opieka pewnie do niego by go zawiozła w pierwszej kolejności.
Myśląc intensywnie, Bruno już nawet nie zważał na mróz. Wszystko wydawało się jeszcze trudniejsze niż jeszcze kilka chwil temu.

Kiedy kolejnego dnia, Marcin pojawił się w szkole przed trzecią lekcją, był zupełnie zły. Nie wyobrażał sobie, by Wilczyński mógł na nich donieść. Nie tak to wszystko miało wyjść, a on czuł, że stracił nad wszystkim kontrolę. Całą noc niemal nie spał, starając się nie myśleć o najgorszym. Nie miał pojęcia co z nim by się stało, ale najbardziej bał się o siebie i Adama. O ich związkek.
W nocy oczywiście gadał z Adamem, co prawda mężczyzna odebrał dopiero za trzecim razem, ale obiecał mu, że w razie potrzeby przyjdzie do szkoły, by pogadać z dyrektorem.
Jasne było, że Marcin nie powiedział mu o zakładzie i próbach poderwania Wilczyńskiego, o grze jaką uskuteczniał, jak widać zupełnie niezdarnie! Boże, gdyby tylko wiedział, że tak to się skończy, użyłby innych trików, inne struny by poruszył. A teraz? Sam już nie wiedział co robić. W głowie miał już kolejny tysiąc pomysłów. Od takiego, by zaszantażować dyrka, że rozpowie, że ten go molestował, aż po kolejne granie na jego dobrym sercu. Bo mężczyzna był taki dobroduszny, każdy to wiedział.
Prąc przez korytarze miał ochotę coś rozwalić, albo najlepiej kogoś! Jak to się stało? No jak? Naprawdę był tak głupi?
Kiedy wszedł do sekretariatu bez pukania, od razu, ignorując oburzone spojrzenie sekretarki, dopadł do drzwi gabinetu Brunona.
– Halo, halo! Chłopcze…! – usłyszał nim wpadł do środka.
Z ręką na klamce wbił wzrok w dyrektora pochylonego nad papierami i przełknął ciężej ślinę. Mężczyzna od razu podniósł na niego spojrzenie i zmarszczył brwi.
– Marcin… – zaczął i odłożył na bok pióro.
Chłopak sapnął gdy sekretarka opadła na jego plecy i obejrzał się na nią ze złością.
– Panie dyrektorze, ja… – mamgoliła mu nad uchem tym skrzekliwym głosem, że aż się wystraszył, że zaraz jej po prostu przyłoży w ten jej pomarszczony pysk.
– Pani Basiu, proszę o spokój – zarządził Bruno unosząc się z miejsca. – Proszę wrócić do pracy, zajmę się Marcinem – dodał, a kobieta dopiero po kilku chwilach dyszenia chłopakowi do ucha odsunęła się i wycofała do sekretariatu.
Chłopak oblizał wargi i zmarszczył nieco brwi.
– Musimy pogadać… – powiedział zamykając za sobą drzwi. W kilku krokach dopadł do jego biurka i oparł się o nie ciężko rękoma. – Nie może pan tego zrobić, rozumie pan? – powiedział twardo, rozpaczliwie zastanawiając się nad taktyką jaką powinien przyjąć. – Proszę! – dodał i w końcu spojrzał na niego stanowczo, czując jednak jak szklą mu się oczy.
Dyrektor wyprostował się mocniej i sięgnął powoli po pióro. Gdy je zakręcił odłożył je na środek dokumentu i pokręcił głową.
– Zrozum, że muszę – powiedział spokojnym tonem. – Taki jest mój obowiązek. Musze dbać o dobro moich uczniów.
Marcin odetchnął kilka razy głośno i zacisnął wargę.
– Nie denerwuj się. Myślę, że na te kilka miesięcy będziesz mógł zamieszkać z bratem – dodał brunet, a Marcin uderzył mocno dłońmi w blat biurka.
– Cholera… no proszę pana! – jęknął i spojrzał na niego błagalnie. – Gadałem z Adamem, powiedział, że może tu przyjść i z panem pomówić. Powiedział, że mogę z nim mieszkać teraz. Od zaraz! Bez tego wszystkiego, proszę! To tylko cztery miesiące, proszę. – powtarzał jak mantrę wpatrując się w niego uparcie.
Bruno powoli pokręcił głową i usiadł na miejscu.
– Wiesz, że również ja poniosę konsekwencje, jeżeli tego nie zgłoszę?
– Więc robi to pan dla swojego zasranego dobra, czy dla mojego?! – krzyknął Marcin i zaraz odwrócił się od niego. W złości przewrócił krzesło i zaczął krążyć po gabinecie. Musiał coś wymyślić!
Mężczyzna wyprostował się mocniej, obserwując poczynania ucznia. Tak, jak się spodziewał nie minęło kilka sekund nim w drzwiach ukazała się głowa jego sekretarki.
– Spokojnie pani Basiu, mam tu wszystko pod kontrolą – powiedział i uspokoił ją gestem dłoni. – Powinna pani już przywyknąć… – dodał, bo w końcu to nie był pierwszy raz gdy Marcin zachowywał się w ten sposób. Dawniej, na początku pierwszej klasy, często przewracał krzesła bądź zwalał coś z biurka czy szafek.
– No dobrze… – westchnęła kobieta i zamknęła drzwi.
Marcin na granicy wytrzymałości dopadł ponownie do biurka i pochylił się do Wilczyńskiego z pełnymi łez oczyma.
– Proszę… – szepnął. – Tylko pan to wie. Tylko ja. Nikomu nie powiem o wczorajszej rozmowie, zapomnijmy o tym… To tylko cztery miesiące… tylko cztery. Przysięgam. Niech pan sprawdzi.
– Marcin…
– Moja matka, – przerwał mu blondyn – ona tak się stara, to ją zabije… Proszę…
Bruno zmarszczył mocniej brwi i przetarł ręką twarz.
– Marcin… podnieś krzesło i usiądź. Porozmawiajmy na spokojnie – dodał, a chłopak zacisnął mocno zęby. W pierwszym momencie brunet myślał, że ten znowu wybuchnie lecz uczeń tylko warknął i w końcu wykonał polecenia, ostentacyjnie siadajac na miejscu. Szybko jakby się opamiętał i przypadł do krawędzi biurka.
– Proszę – powtórzył. – Naprawdę nie dzieje mi się nic złego. To zupełnie nie tak jak pan myśli – dodał wpatrując się w niego błagalnie. Coś w końcu musiało na niego zadziałać, prawda?
Bruno westchnął i skinął głową.
– Pracownik opieki to potwierdzi i wtedy będziemy mogli zapomnieć o rozmowie.
Marcin zaczerpnął głęboko powietrza. Szybko drżącą dłonią sięgnął po telefon i wyszukał w nim numer Adama.
– Mój brat, to jego numer – powiedział i podsunął mu telefon. – Niech pan zadzwoni. On pracuje, zarabia, utrzyma i mnie, i siebie. Ja będę się uczył już naprawdę, przysięgam. Zobaczy pan, jak będzie dobrze…
– Marcin… wolałbym pomówić z twoją matką, pójść do was i zobaczyć co się dzieje w twoim domu – powiedział ostrożnie mężczyzna. Nie był jednak pewien, czy wzburzony Marcin w ogóle go słyszy.
– Boi się pan że ojciec mnie bije, albo coś? Mogę się rozebrać, nie mam ani jednego siniaka – zapewniał żarliwie i odchylając poły kurtki sięgnął do zapięcia bluzy.
Bruno szybko poderwał się z miejsca i podszedł do niego, by złapać go za rękę.
– Przestań już – powiedział i spojrzał na niego twardo. Widząc jego oczy pełne łez pokręcił głową i puścił go w końcu.
Chłopak jęknął i opadł w końcu na biurko, chowając twarz w ramionach.
Musiał tylko się rozbeczeć, tylko to! Przecież na samą myśl, że przy tym całym dochodzeniu mogłoby się wydać to co łączy jego i Adama zbierały mu się łzy w oczach! Nie mógł go przecież stracić, wtedy już nic nie miałoby sensu.
– Proszę… – jęknął w ramiona i zatrząsł się od szlochu. W końcu! – Proszę mi tego nie robić… – wydusił i pociągnął nosem.
Dyrektor zaskoczony wpatrywał się w Marcina. Nigdy nie widział go w takim stanie i nawet w najśmielszych wyobrażeniach nie umiał sobie przedstawić płaczącego Marcina.
– Pan… pan to myśli, że to takie proste? – zaczął chłopak. – To nie jest żadne wielkie miasto… Wie pan ile tu rodzin tak żyje…? Czemu pan się mnie przyczepił… – jęknął i spojrzał na niego niemal oskarżycielsko.
Mężczyzna odetchnął tylko i policzył w myślach do dziesięciu. Nie chciał ulegać jego łzom.
– To nie tak, Marcin, że się ciebie czepiam – powiedział cierpliwie, a chłopak ponownie wcisnął twarz w rękawy. – Chcę dla ciebie jak najlepiej… – dodał i oblizał wargi. – Poza tym, nie sadzę by… posłuchaj…
– Nie, nie… Nie! – zawołał chłopak i szybko otarł mokre oczy. – Zaufałem panu, myślałem, że… że pan… nigdy mnie… nie wystawi. Cholera, jestem idiotą – dodał gorzko i pociągnął głośno nosem.
Bruno wpatrując się w chłopaka powoli oparł się tyłem o blat biurka.
– Przestań już. Czy ty nie rozumiesz, że nie możesz tak żyć? – dodał zakładając ramiona na piersi.
– Niby jak? – prychnął uczeń odchylając się na oparcie fotela. – Co pan wie o moim życiu? – zakpił – Myślałem, że pan jest… inny – dodał i spojrzał na niego zaczerwienionymi mocno oczyma.
Od tego wzroku Brunona przeszedł aż dreszcz, a on sam nie potrafił na długo utrzymać jego spojrzenia.
– Chce mi pan zrobić kolejne piekło, tak? – ciągnął Marcin pociągając co chwilę nosem i ocierając policzki z łez. – Cholera, co mam zrobić? Czego pan chce, co? Ża-żałuję już… chciałem tylko… tylko być blisko… – dodał i spuścił wzrok na swoje kolana.
Brunet odetchnął głęboko i wbił wzrok w Marcina czując, jak coś podchodzi mu do gardła. Niczego już nie rozumiał, zresztą od dłuższego już czasu jego myśli były jednym wielkim bagnem.
– Marcin… – zaczął już łagodniej, a chłopak spuścił głowę jeszcze niżej.
– Mści się pan tak? – szepnął i pociągnął nosem. – Dowiedział się pan i teraz się mści… Przez to, co wczoraj mówiłem, nie? – jęknął oddychając urywanie.
Nie wiedział już co mówi ani co robi. Chciał po prostu by to się skończyło, by Wilczyński już się poddał, przestał być takim służbistą. Cholera! Czemu mu jeszcze nie uległ? Przecież zawsze był taką żałosną kluchą, wystarczyło nieraz by jakiejś dziewczynie łzy stanęły w oczach, a już anulował jej pałę czy nieprzygotowanie. A teraz gdy on sam ryczał tu przed nim jak jakaś histeryczka, on tylko stał i kręcił głową!
– O czym ty mówisz, Marcin? – dopytał szybko mężczyzna patrząc na niego w szoku. – Za co miałbym się mścić?
– Za to… za to, że… pana… kocham… – wyszeptał Marcin nabrzmiałym od łez głosem.

Reklamy

7 thoughts on “Synowie Rosemary 06 – Kiedy nadchodzi strach

  1. Ach ten Marcin. Naprawdę nie wiem, co mam o nim myśleć. Czy jest takim dobrym aktorem, czy w pewnym momencie przestał grać i szczerze mówił to, co czuje. Raz mi go szkoda, a innym razem mam ochotę go udusić. Chłopak jest podstępnym manipulantem i póki co nie mam dla niego pozytywnych uczuć poza pewną dozą współczucia. No cóż, może to się zmieni z biegiem czasu. To dopiero początek opowiadania. Istnieje szansa, że Marcin zmieni się na lepsze. Tym „kocham pana” to jednak trochę przegiął. Nie sądzę, by to były jego szczere uczucia, a raczej akt czystej desperacji.
    No nic, lecę czytać dalej.
    Pozdrawiam i życzę weny

  2. Nie dość ,że manipulant to jeszcze maniak bez skrupułów śledzący ludzi ;p jestem ciekawa co jeszcze wymyśli. Zaczyna mu się palić grunt pod nogami ,nie układa się po jego myśli i już Marcinek panikuje i bardzo dobrze. Powinien mu ktoś tak dokopać do dupy żeby w końcu spadła z niego ta maska i pokazał jaki jest na prawdę pod spodem bo nadal wierzę ,że to dobry chłopak tylko zagubiony we własnych kłamstwach i manipulacjach , który już sam tego wszystkiego nie ogarnia. Tymi ostatnim zagraniem , płaczem i wyznaniem miłość to chyba już przekroczył wszelkie normy krętactwa i hipokryzji. Tak dalej młody a zostaniesz sam jak palec :p
    Co do tytułu juz wiem dlaczego taki. Idealnie trafiony, Maciek przypomina mi tego chłopca z ..Dziecko Rosemery”taki mały demon heh

    1. Witaj , witaj Katarino!
      Wierzę w potencjał Marcina. On na pewno niejednego jeszcze asa ma w rękawie. Myślę że potrzeba być coś nim mocno wstrząsnęło, ale sama nie wiem czy to to.W końcu tacy ludzie jak ona zawsze mają swego rodzaju ‚szczęście’, co? Mimo wszystko przyciągają ludzi, nie na długo są sami. Jak nie górą to dołem. Zastanawiam się też, czy Marcin nadal ma cokolwiek pod tą maską, i czy przypadkiem nie jest tak, że te kłamstwa to już nie prawda.

      A tytuł to w ogóle, tak mi się ulał i tak za mną łaził, że nie było mowy o czymkolwiek innym. c:

      Miło, że napisałaś! Pozdrawiam ciepło!

  3. „Musze dbać o dobro moich uczniów.” – ‚muszę’
    Marcin płaczący pod koniec rozdziału – asdfghjkl, no nie mogę. Teraz to już na pewno nie wytrzymam do nowego rozdziału :’)

    1. Hehee… Ta, Marcin i łzy. Żeby chociaż były szczere. Ale może… może i były. W końcu takie zagrożenie nad nim zawisło.
      Daj znać jutro czy wytrzymałaś! C:

  4. Mam mieszane uczucia, tzn. samo opowiadanie świetne, czyta się z zapartym tchem, jest akcja, emocje… Ale jest też ale – to już 6 odcinek, a ja nie mam ulubionego bohatera. Właściwie darzę ich mniejszą lub większą antypatią, może jest mi ich żal, współczuję im, ostatecznie są mi obojętni. Tu nawet nie chodzi o kontrowersyjną sytuację między Adamem i Marcinem czy o grę jaką Marcin prowadzi z dyrektorem. Sama tego nie rozumiem, jak można uwielbiać opowiadanie nie przepadając za jego bohaterami? Ciekawe czy to się zmieni.
    Pozdrawiam i życzę weny :-)

    1. Ojej. Chyba pierwszy raz się z czymś takim spotykam. Ale tak o tym pomyślałam i hmmm. To chyba całkiem możliwe, i pewnie dopóki panowie nie zaczną Cię irytować będziesz nadal czytała. Innych bohaterów już raczej nie będzie, ale może z czasem polubisz któregoś z już istniejących? A jak nie to mam nadzieję, że nadal będziesz trwała z tym opowiadaniem w tym dziwnym związku. c:

      Dziękuję i również pozdrawiam! C:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s