Synowie Rosemary 12 – Typowy facet

Bruno przymknął oczy i odetchnął głęboko, w myślach już dziękując wszelkim bóstwom jakie znał świat. Odliczał już dosłownie godziny, które dzielą go od poranka i wyjazdu do domu. Powoli przesunął palcami po nóżce kieliszka z winem i uchylił powieki.
Widział ją doskonale. Na pewno świetnie się bawiła w towarzystwie tego całego Tomasza i jego żony, Grażyny. Oczywiście, że każdy słuszny wyjazd musiał owocować też w wyjazdowe przyjaźnie i właśnie to małżeństwo było ich ‚parą’ do pary. Tylko tak szczerze, przecież dzieliły ich w rzeczywistości jakieś trzysta kilometrów, więc to raczej jasne, że już się nie spotkają. Czy naprawdę musieli udawać, że ta znajomość jest taka ‚och i ach’?
Agnieszka widocznie tak. Przecież cała była taką ‚typową’ kobietą. I właśnie teraz, rozmawiając sam na sam z Tomaszem, zerkała ukradkiem na niego, zapewne sprawdzając czy już jest zazdrosny.
Ale cholera! Byłoby głupi gdyby nie wiedział, że śmiejąc się w ten sztuczny sposób chcę zwrócić jego uwagę, pokazać mu, że przecież jest kobietą, o którą się zabiega, na którą mężczyźni – nawet żonaci – zwracają uwagę. Boże, to było tak głupie! Miał ochotę nią potrząsnąć i wyśmiać jej gierki.
Coś co odpowiadało za jego złośliwość ostatnimi czasy niemal popychało go do tego by roześmiać się w głos i machnąć na to ręką. Bo czy naprawdę obeszłoby go gdyby Agnieszka go zdradziła? Na pewno umiałby zrobić z tego faktu pożytek. Mógłby ją zostawić.
– Zrób to, zrób to… – szepnął niemal bezgłośnie patrząc na nią i Tomasza siedzących na kanapie przed kominkiem, w którym buchał wesoło ogień.
Bruno w końcu odwrócił od nich wzrok i przesunął dłonią po szerokim, drewnianym stole przy którym siedział.
– Czy coś panu jeszcze podać? – usłyszał nagle nad sobą i uniósł wzrok na stojącą przed nim kelnerkę w modnym ‚góralskim’ stroju. Jego wzrok mimowolnie padł na jej dość obfity biust opięty wykrochmaloną, haftowaną bluzką, na co tylko mocniej przygryzł wargę.
– Nie dziękuję… – rzucił półtonem i po chwili nieco wyzywająco spojrzał jej w oczy.
Przez chwilę zastanowił się czy mógłby ją mieć. Miałby u niej jakieś szanse? Może z nią mógłby się pieprzyć? Może z nią mógłby flirtować na oczach Agi i odwdzięczyć się jej pięknym za nadobne. Nie miał pojęcia, że Aga jest tak dziecinna.
Ale z drugiej strony czy mógł się dziwić, że ma już go dosyć? Przez całe trzy dni na daremne starała się do niego zbliżyć. Była taka miła i urocza, zupełnie jak wtedy gdy się poznali. I na początku to nawet na niego działało. Lubią ją taką – rześką i roześmianą. Ale nie umiał tak zupełnie się zapomnieć w tych chwilach. Nie umiał traktować jej lepiej.
Chyba tego żałował. Bardzo chciał by było jak dawniej, ale nie umiał tego naprawić, bo nawet nie wiedział co dokładnie się zepsuło. Agnieszka może wiedziała, ale jej zabiegi tak bardzo go irytowały! Boże, nie ma chyba nic gorszego niż nachalna kobieta, a Aga właśnie taki swój obraz teraz przedstawiała w jego myślach. Za bardzo się starała, za bardzo naciskała. Może powinni pojechać na ten wyjazd oddzielnie, a nie znowu być ciągle ze sobą? To było męczące – ciągle te same słowa, cięgle te same pretensje i oczekiwania. Nie miał na to siły.
Kiedy zdał sobie sprawę z obecności dziewczyny ponownie skinął głową.
– Dziękuję – powtórzył tym razem już bardziej bezosobowo i w końcu uniósł się z ławy. Omiótł jeszcze spojrzeniem pomieszczenie wspólne, niewielkiego pensjonatu w którym się zatrzymali.
W pierwszej chwili chciał tak po prostu odejść, ale ostatecznie podszedł do kanapy i wsunął dłoń na ramię żony.
– Jestem już zmęczony. Pójdę się położyć – powiedział tylko, a w spojrzeniu Agnieszki natychmiast dostrzegł ulatującą z niej nadzieję.
Kobieta spojrzała na niego z lekkim zawodem i w końcu wzruszyła ramionami.
– Dobrze. Ja też zaraz przyjdę – dodała i odwróciła szybko spojrzenie.
Bruno skinął jeszcze głową Tomaszowi i wyszedł z pomieszczenia. Mijając recepcję wszedł na schody prowadzące na górę i po kilkunastu krokach w końcu z wielką ulgą znalazł się w ich małym pokoiku. Zaraz też opadł na łóżko zaścielone kwiecistą narzutą i odetchnął głośno.
To było chore. To całe pieprzone małżeństwo, ten głupi wyjazd, który ostatecznie robił z nich jeszcze bardziej obcych sobie ludzi.
Nie miał tyle zapału co Agnieszka by się o to starać. Nie chciał też się bawić na tych durnych potańcówkach, czy na stoku. Zresztą nawet nie umiał jeździć na nartach za dobrze. Wczorajszy kulig był tylko udręką podczas, której chyba pozbył się całej energii jaką posiadał.
Doskonale wiedział, że to leży w nim, w jego głowie.
Mógł się z nią przespać! Mógł jej w końcu dać to, czego tak bardzo chciała. W końcu to o seks jej chodziło, prawda? Gdyby tylko mogli się pieprzyć, nie byłoby tego wyjazdu, a nawet te kłótnie byłyby inne. Przecież by się kochali, nieważne, że bardziej fizycznie. Przecież o to tylko chodziło w małżeństwie – by sprawiać, by ta druga osoba czuła się kochana. Mógł zamknąć już jej usta, mógł mieć już spokój wystarczyło tylko ją przelecieć.
Bruno uśmiechnął się gorzko i pokiwał głową do siebie. Czy naprawdę był taki wyrachowany? Naprawdę stawał się aż tak nieczuły?
Zaraz uniósł się z miejsca i sięgnął do kieszeni marynarki po portfel. Szybko przejrzał jego kieszonki i odetchnął płycej, gdy w końcu znalazł między nimi prezerwatywę. Nawet nie pamiętał już kiedy ją tam wkładał, no ale nie mogło to być dawniej niż kilka miesięcy temu.
Nie wiedział nawet czy Agnieszka wróciła do brania tabletek. Pewnie mówiła mu o tym, ale nie pamiętał, bo ostatnio tak rzadko jej słuchał.
Wychylił się do stojącej przy łóżku szafki i położył na wierzchu gumkę, a portfel wsunął do kieszeni.
Tyle razy to robili, czemu teraz miałoby się nie udać? Czemu aż tak się denerwował?
Nagle też, choć do tej pory miał dosyć jej towarzystwa, zaczął ją przywoływać w myślach, mając nadzieję, że po seksie w końcu będzie miał spokój. Że Agnieszka uzna, że już jest okej, że ten genialny pomysł z wyjazdem był strzałem w dziesiątkę.
Kiedy uniósł się z łóżka zsunął z ramion marynarkę i odwiesił ją na oparcie fotela. Rozpinając mankiety podszedł do okna. Poza jasno oświetlonym parkiem wokół pensjonatu, dostrzegł majaczące się w oddali szczyty gór, które obijały się bielą od ciemnego nieba. Nie widział nic za nimi, ale były tak przerażająco wielkie, że był pewien, że nigdy by ich nie pokonał. Były jak mur – gigantyczny, lity i zupełnie zimny mur. Nie znosił tego wrażenia, które towarzyszyło mu w tym miejscu. Czemu nie pojechali nad morze? Przecież tam nie było żadnych granic. Morze zlewało się w jedno z niebem, a gdy między nimi zacierała się ta granica, czuł się naprawdę wolny. Jakby mógł iść dalej i dalej w niekończący się błękit. Czy to nie było lepsze?
Kiedy usłyszał za sobą kroki, drgnął nieco niespokojnie i zaraz odwrócił tyłem do okna.
Agnieszka już bez słowa przeszła do fotela i zapaliła stojącą przy nim lampę.
– Tomasz mówił żeby cię pozdrowić – rzuciła tylko, siadając w fotelu z zsuwając ze stóp pantofle.
– Więc jednak pamiętał, że masz męża… to ciekawe – odparł nieco zjadliwie i założył ramiona na torsie. – Mam nadzieję, że nie zapomniałaś pozdrowić Grażyny. – dodał wpatrując się w jej zgrabne łydki.
– Nie zapomniałam, Bruno – westchnęła Agnieszka i odchyliła się mocniej na oparcie fotela. – Nie musisz być tak cyniczny. To zupełnie do ciebie nie pasuje – szepnęła krzyżując kostki i przymykając oczy.
Mężczyzna tylko zacisnął zęby i wzruszył ramionami.
– Jak chcesz, Agnieszka – powiedział w końcu i oparł się o parapet. – Nie miałem pojęcia, że taka jesteś. Boże… może powinnaś sama tu przyjechać, skoro tak miło spędzałaś czas beze mnie – dodał, a ona z trudem powstrzymała się przed przewróceniem oczyma.
– Cholera…. Bruno – rzuciła nad wyraz spokojnym tonem i odetchnęła ponownie.
Wiedział. Nie musiała mu już wypominać, że to przecież on sam się odsuwał i stronił od jakichkolwiek rozrywek.
Brunet przymknął oczy. Nie tak to miało wyglądać. Chyba nie tak zaprasza się kobietę do łóżka. Powinien być miły. Milszy.
Po kilku chwilach milczenia podszedł w końcu do niej i przykląkł przy jej nogach. Powoli wsunął na nie dłonie i pomasował ją przeciągle po udach.
– Przepraszam… – szepnął wiedząc, że to pewnie chciałaby usłyszeć. – Jestem… zazdrosny – dodał i od razu poczuł na sobie jej badawcze spojrzenie. Nim zdołałaby go ‚prześwietlić’ przytulił się do jej nóg i złożył na nich głowę. – Nie wiem już co zrobić, żeby było między nami lepiej… – dodał półtonem, powtarzając sobie w duchu, że ona uwierzy. W końcu bardzo chce by to była prawda, by i jemu zależało na ich rodzinie. Głaszcząc ją po łydkach opiętych cienkim materiałem pończoch przymknął powieki i skulił się mocniej.
– Naprawdę, Agnieszka… przepraszam – dodał szczerze, jakby chciał ją przeprosić nawet za to, co jeszcze się nie wydarzyło. Przecież nadal było w nim coś ciepłego, co do niej czuł. Nadal miał wyrzuty sumienia, że tak między nimi było.
Po chwili dopiero poczuł we włosach jej szczupłe drżące palce.
– Kochasz mnie jeszcze? – usłyszał nagle jej głos pełen łez. Co mógł innego powiedzieć? Czy miał jakikolwiek wybór?
– Kocham… – zapewnił więc cicho i wtulił twarz w jej uda. – Kocham… wiesz… kocham cię. Nie mam pojęcia tylko… Ale kocham.
Zaraz wychylił się do jej ust i skubnął je lekko zębami.
Nagle wbrew tym wszystkim cynicznym myślom sprzed kilkunastu minut poczuł, że naprawdę chciałby się z nią kochać. Że też naprawdę by chciał, by wspólna noc ponownie wprowadziła ich na właściwe tory.
Z ulgą dostrzegł, że i ona oddaje ten pocałunek. Wierzyła mu? Miał nadzieję. Chciałby by to wystarczyło, by ich uratować. Całując ją, zacisnął mocno oczy. Zupełnie nagle przez myśl przeszło mu, że jej wargi są jakieś inne.
– To nic… czekaj… – szepnął zauważając, że Agnieszka chce coś wtrącić. Założył jej pukiel włosów za ucho i pocałował głębiej. – Chcesz spróbować? Kochać się? – zapytał głaszcząc ją po szyi i szczupłych ramionach.
– Nie wiem… a ty? – westchnęła i oblizała usta. – Nie zmuszasz się? – dopytała. To było niemożliwe jak ona go znała. Wiedziała nawet to? Że w końcu by mieć spokój, zgodzi się na seks?
– Nie zmuszam, daj spokój… – westchnął składając drobne pocałunki na jej upudrowanym policzku. – Jesteś naprawdę śliczna… lubię twoje ciało – zapewnił zsuwając dłonie na jej talię, a usta na szyję. – Twoją skórę… – szepnął i uśmiechnął się mimowolnie, gdy kobieta skuliła się lekko i zaśmiała pod nosem. Zawsze łaskotał ją w szyję swoim zarostem. – Twoje ramiona… – kontynuował rozluźniając się nieco i całując ją po odkrytym ramieniu – Twoje piersi – zamruczał zaciskając na nich na chwilę dłonie i zaraz przesuwając je w dół – I uda… no i te szalenie zgrabne łydki – dodał oplatając się jej nogami w pasie.
Kobieta uśmiechnęła się jakby z ulgą i uniosła ku sobie jego twarz.
– I tylko to? – dopytała patrząc na niego wilgotnymi oczyma.
Bruno pomasował ją po udach i pokręcił głową.
– Nie… lubię też twój uśmiech… i to, że jesteś silniejsza ode mnie… i stabilniejsza… – dodał przełykając ciężej ślinę i przysuwając do jej warg. – To, że jesteś jak… góra. Ciężko cię pokonać, prawda? – dodał i oparł czoło o jej ramię. – Naprawdę ciężko… – szepnął i po chwili wznowił pocałunki na jej ramieniu.
– Bruno… – westchnęła Agnieszka oplatając go mocno nogami. – Ja… zawsze będę cię kochała, wiesz? – dodała drżącym tonem. – Tak wiele już scenariuszy przerobiłam w swojej głowie i naprawdę… nie wiem, nie umiałabym się odkochać… – powiedziała nim on zamknął jej usta pocałunkiem.
Boże sam już nie wiedział, co czuje. Nie miał pojęcia czy chce tego słuchać. Te słowa były pokrzepiające, a jednocześnie po prostu straszne. Jeszcze dobitniej uświadamiały go, że przecież jest jej niewolnikiem. Tak głupio na niej polegał, na tym, że to ona go utrzyma na tym szczycie, do którego tak uparcie dążył.
– To dobrze… to bardzo dobrze… – szepnął wsuwając bardziej dłonie pod jej sukienkę. – Daj mi szansę… – dodał i zaraz nieco gwałtownie odsunął się od jej ust, które muskał czule.
Przełknął ciężej ślinę i oblizał nieco niespokojnie wargi. Nagle kolejny demon wykwitł w jego myślach i nagle, zupełnie bez sensu przybrał twarz tego przeklętego chłopaka. Szybko wbił się w usta żony mocniejszym pocałunkiem, błagając w myślach by już nie pytała o nic.
Tylko czy to nie było śmieszne? On nie dał szansy ani Marcinowi, co było przecież naturalne, ani Jakubowi, co było swego czasu okrutne. A teraz sam o to prosił Agnieszkę, chociaż od dłuższego już czasu niemal codziennie, przynajmniej raz prosił w myślach i na głos, by go w końcu zostawiła w spokoju. Czy nie byłoby więc fair gdyby teraz i on został odtrącony?
Powoli uniósł ją z fotela i przeszedł do łóżka.
– Bruno… – westchnęła głośniej, a on wsunął się na jej ciało i ponownie zaczął je pieścić.
Każde jej westchnienie i cichy jęk, niemal nie robił na nim wrażenia. To było nieco śmieszne, bo przecież czuł dużo przyjemności z tego zbliżenia. A może raczej jego ciało je czuło?
Też był raczej typowym facetem, któremu wystarczyło tylko kilka posuwistych ruchów by się rozbudzić, tylko kilka pieszczot.
Czuł, że drży niemal jak za pierwszym razem, gdy się kochali. Pamiętał jak się bał, że jego ciało przyzwyczajone przecież do męskich, szorstkich i dużych dłoni, nie znajdzie przyjemności od dotyku delikatnych, szczupłych palców. Ale udało się, bo przecież wszystko leżało w głowie.
To nie była natura, jak mówił Jakub, to było tylko podejście, tylko psychika. Odpowiednio ustawiona psychika. I teraz było tak samo. Boże, czy dla jego penisa liczyło się to, czy to była Agnieszka, Jakub czy ktokolwiek inny? Nie, przecież przyjemność zaczynała się od głowy, od myśli, a te jego potrafiły się bardzo zmobilizować.
Czy to możliwe by tak się czuć? Dotykał ją i całował, a w końcu też wszedł w nią mocno. Opowiadał na jej czułe słowa i zapewniał ją o swoich uczuciach. To było takie dziwne. Jakby w jego ciele były dwie dusze. Chyba wariował już, chyba już sam nie wiedział ani jaki, ani kim jest. To przecież nie było normalne. Nagle podobały mu się jej drżące uda, tak ciasno go obejmujące. Wilgoć w której się poruszał, też była niemal obłędna, tak samo jak pachnące ciało pod nim. Więc jednak? Stanął mu. Jest w niej. Kochają się – przeszło mu przez myśl i chyba nawet roześmiał się z ulgą, mocniej dopadając w jej warg. Czyli wmawiał sobie, że jest źle, więc jednak to nic, to tylko jego myśli, zawsze ciągnące ku tej ciemnej stronie. Boże, jak to dobrze, jak dobrze – krzyczał w myślach wpatrując się przed siebie intensywnie. Więc nic nie było stracone, więc była jeszcze szansa, powtarzał jak w amoku poruszając się zgodnie ze swoim ciałem.
Nagle zupełnie stracił kontakt z rzeczywistością i dopiero gdy ocknął się na rozgrzanym ciele drżącej kobiety zdał sobie sprawę, że rzeczywistość sprzed chwili była fałszywa.
– Agnieszka… – wyrwało mu się i w końcu wysunął się z niej z westchnieniem.
Miał wrażenie, że o niej zapomniał. Że to przed chwilą było tylko czymś co miało mu coś udowodnić. A ona? Doszła? Drżała, więc chyba tak.
Zsuwając się obok przytulił ją ciasno i pocałował przy uchu, starając się uspokoić oddech.
– Kocham cię – szepnął, ponownie chcąc uspokoić swoje sumienie. – Tak bardzo cię kocham – zapewnił głaszcząc ją po brzuchu.
Kobieta wtuliła się w niego mocniej i pokiwała głową.
– Wiem… wiem… ja też… – wydyszała i spojrzała na niego tymi wielkimi, błyszczącymi oczyma. – Było mi tak wspaniale… obiecaj, że będziemy częściej… częściej się kochać, mmm? – zapytała, a on ujął jej twarz za podbródek i uniósł ku sobie.
– Pewnie. Pewnie, że będziemy, kochanie – odparł sztucznym głosem i uśmiechnął się też sztucznie. – Poczekaj… – westchnął i ucałował ją krótko nim zsunął się z łóżka.
Nago ruszył ku drzwiom łazienki przylegającej do ich pokoiku i zdjął z penisa prezerwatywę. Nawet nie pamiętał, w którym momencie ją założył.
Kiedy wyrzucił ją do kosza pochylił się nad umywalką, by umyć ręce. Odruchowo już spojrzał na siebie w lustrze i naprawdę, naprawdę nie poznawał tego zarumienionego na policzkach faceta, na ustach którego widniał ten głupkowaty uśmiech.

Kolejnego dnia, gdy był już w szkole czuł się jakby ktoś ponownie wepchnął go w miejsce, w którym wcale nie powinien być. Może w pewien sposób było to jakąś pociechą. Nie było tu Agnieszki i agnieszkowych problemów. Były problemy szkolne, jak ustalenie zastępstw na kilka kolejnych dni, później spotkanie z samorządem odnośnie tegorocznej studniówki. To było tak odległe od jego nieudanego rodzinnego pożycia. Ale zaraz, nieudanego?
Po powrocie wczoraj, po małego pojechali dopiero wieczorem. To było takie dziwne, że przed tym, musieli jeszcze zaliczyć szybki numerek w salonie, a w wcześniej, w drodze, zatrzymali się gdzieś na uboczu, żeby się dotykać.
Nagle stali się jak para nastolatków. Kochali się jak gówniarze, ale on za każdym razem, oczywiście już po czuł się dziwnie źle. Agnieszka naprawdę była tą znienawidzoną przez niego górą, granicą, za którą nie było już nic. Tak i za nim, i przed nim były mury, a on był za słaby by przez nie się przebić. I ten uśmiechnięty facet, tak bardzo go wkurzał. Ten Bruno, który chichotał i podszczypywał Agnieszkę był takim kretynem.
Ale w końcu miał spokój od pytań o jego samopoczucie, o jego stan. W końcu, cholera, uśmiechał się! To mogło znaczyć jedynie, że jest szczęśliwy.
Jak miło było gdy Agnieszka o nic nie pytała, jak dobrze było, gdy była taka spokojna i ucieszona. Niemal tak, jak na początku ich związku. Z drugiej strony ciężko było mu pojąć to, że ona ot tak w to uwierzyła. Że to naprawdę chodziło o seks.
Ciągle też ze wzmożoną siłą powracały do niego wyrzuty sumienia. Ale nie ze względu na Agnieszkę. To, że ją oszukiwał wydawało się być w porządku. Czy nie tego chciała?
Dawno temu, gdy dopiero przybierali się do małżeństwa i tego wszystkiego, często słuchał o jej marzeniach. Nie były jakoś wyjątkowo pociągające – ot dom, maż, dzieci. Jak każda kobieta chciała mieć po prostu rodzinę. I wtedy on też chciał. Czuł, że musi ją mieć, że to właśnie jego szansa. Czuł się wtedy taki szczęśliwy.
Pamiętał dzień ich ślubu. Pamiętał jak bardzo był wdzięczny losowi za to, że się spotkali, za to, że chociażby Agnieszka go chce. Imponowała mu jej siła i zdecydowanie, okraszone czułością i delikatnością. Naprawdę była jego ideałem i wszystkim czego potrzebował.
Czemu teraz było inaczej? Cała jej osoba go po prostu przytłaczała. Czuł się przy niej osaczony, jakby nic nie zależało już od niego. Dusił się i chociaż tak bardzo pragnął by było inaczej nie umiał zmienić podejścia. Nieważne jak bardzo starał się sobie cokolwiek wmówić.
Dobrze, że chociaż pieprzyć się z nią dalej mógł, pomyślał przecierając twarz dłońmi. Tak było przecież okej. W ten sposób zyska jeszcze trochę czasu.
Nie miał pojęcia gdzie w tym wszystkim był Cyprian. Czasami miał wrażenie, że o nim zapomina, że on jest, ale w tej swojej kołysce na górze, daleko od jego problemów. Może to i lepiej? To nie było jednak miłe, gdy sobie uświadamiał jak niemal obojętnie do niego podchodzi. Ale cholera, czuł, że to wszystko tutaj nie jest jego. Że to co ma, to marzenia innej kobiety – Agnieszki. A on? Czego w końcu chciał? Czego chciał teraz? Gdzieś w głowie brzmiało mu jedno słowo.
Chciał być trochę bardziej wolny.
Z westchnieniem w końcu sięgnął po leżące z brzegu biurka nieotwarte listy, które przyszły podczas jego nieobecności. Oczywiście listonosz zostawił w szkole też listy do niego, do domu, widocznie zaskoczony ich nieobecnością. Jakoś zawsze omijał ich skrzynkę i zawsze musiał dać mu wszystko do ręki, mając przy tym taką minę, jakby naliczał sobie jakieś punkty za uścisk dłoni z tak ważną personą w mieście jak dyrektor jednego z trzech ogólniaków.
Kiedy przerzucił już wszystkie rachunki zerknął żywiej na niewielką kopertę bez znaczka, jedynie z jego imieniem i nazwiskiem. Pismo wydało mu się znajome, ale w pierwszej kolejności otworzył kopertę i wyjął z niej złożoną na cztery części kartkę.
Dreszcz przebiegł jego ciało, gdy okazało się, że ta jest zupełnie pusta. Wrócił więc do koperty i przygryzł wargę wpatrując się w dwa zapisane na niej wyrazy. Dopiero po chwili drgnął i nieco rozdygotaną dłonią sięgnął do szuflady po leżące w niej sprawdziany. Kiedy odszukał między nimi te należące do drugiej D, szybko wyciągnął kartkę podpisaną przez Marcina.
Zaśmiał się, zakrywając usta dłonią.
Boże, ten chłopak był niemożliwy, przeszło mu przez myśl i zerknął krótko na drzwi prowadzące do sekretariatu, jakby bał się zostać przyłapany przez panią Basię.
Przygryzając wargę obrócił w dłoniach kartkę, czując jak serce bije mu mocniej. Czy naprawdę Marcin był taki…? Czy przewidział jak on to odbierze? Na pewno. On sam pamiętał jak jeszcze kilka dni temu skrzyczał go za tamten pocałunek w klasie. Wtedy był wściekły, że Marcin tak go naraża, że tak wkrada się w jego przestrzeń choć tyle razy Bruno podkreślał, że ma przecież rodzinę, że ich znajomość nie może wkroczyć na inny poziom niż czysto szkolny. Ale bał się też, że nagle jego przeszłość wyjdzie na światło dzienne, że ktoś domyśli się, że Marcin się domyśli, jakie słabości można w nim obudzić. Ten chłopak już budził w nim tyle skrajnych emocji.
Pamiętał jak jeszcze nie tak dawno chciał mu tylko pomóc. Albo jeszcze wcześniej jak uważał go tylko za aroganckiego buntownika. Ile Marcin miał tych wcieleń?
Teraz znowu przybierał inny kształt. Ta biała, niezapisana kartka zdawała się być tak subtelna, a jednocześnie wręcz krzyczała, by ją zapisać. Bruno nie sądził, że siedemnastolatek wpadłby na coś takiego. Ale był przecież pewien, że to od niego, był pewien, że Marcin chce by go zapisać, by go ‚nauczyć’ tylu rzeczy.
Od razu przypomniał sobie jego słowa o poezji. Czy naprawdę by chciał z nim ją czytać? Czy to nie było kuszące? Niesamowicie pociągające?
Agnieszka zawsze przecież była na to zmęczona po całym dniu opieki nad małym. Wcześniej też robili to tak rzadko, ale przecież zawsze chciał mieć kobietę, której zależy na takich zwykłych rzeczach jak ślub, dom i dziecko. O to mu chodziło. A przynajmniej przed laty. To jasne, że przywykli do siebie, ale czy naprawdę jedynym szaleństwem na jakie było ich stać był ten wyjazd? Ten seks na kanapie tuż po powrocie?
Jaki byłby Marcin?
Na pewno jeszcze świeższy niż ona. Bruno przymknął powieki i odchylił się w fotelu, wracając myślami do każdej ich rozmowy, do każdego spotkania. Potarł o siebie wargami, gdy te zamrowiły go na wspomnienie ich pocałunku. Czy nadal pamiętał odcisk warg chłopaka? Sam nie wiedział, czy to uczucie było prawdziwe, ale naprawdę przeszył go dreszcz. I to ten z rodzaju tych przyjemnych i ekscytujących. I mimo że wiedział, że chociażby przyzwoitość wymaga by nie myślał o nim w ten sposób, nagle zapomniał o Adze, o Cyprianie, o swoim małżeństwie i dylematach. Nagle poczuł, że w jego myślach przepełnionych Marcinem czuć tak rześki powiew wolności, za która tak głupio tęsknił. To coś musiało być jeszcze głupsze, bo miał wrażenie, że jego dłonie drżą nieco, jakby znowu miał te dwadzieścia kilka lat i czekał na spotkanie z czymś nowym, czymś co uszczęśliwiłoby go tak prawdziwie. Czy Marcin tym właśnie był?
Kiedy uporządkował już listy oderwał się od biurka i wyszedł do sekretariatu.
– Pani Basiu, czy mogłaby pani sprawdzić czy druga D jest teraz na sali gimnastycznej? – zapytał niskim tonem, opierając się łokciem o kontuar i uśmiechając lekko. – Nie jestem pewien, czy mają teraz wuef czy może coś mi się pomyliło.
Kobieta zaśmiała się cicho i szybko pokiwała głową.
– Nie wiem czy pan pamięta, dyrektorze, o jutrzejszym spotkaniu z matką małej Radzewiczówny. Znowu była tu w ubiegły piątek twierdząc, że Kasia jest nękana przez panią Sobczyńską.
Bruno zmarszczył lekko nos.
– Pani Basiu, rozmowy o przewrażliwionych rodzicach zostawmy na później – westchnął. – Naprawdę nie wiem już jak przekonać tę kobietę, że Kasia ma tyle samo nauki co pozostali uczniowie. Mm… Ale wrócę za jakieś pół godziny, może pani wezwać do mnie Małgorzatę? Może razem coś wymyślimy – dodał przyglądając się sekretarce spokojnym wzrokiem.
– No nie wiem.. proponowałam już pani Radzewicz wizytę u niej, ale obruszyła się, że mam ją za wariatkę – wzruszyła ramionami kobieta wyciągając na wierzch plan. – Nhm, druga D powinna być na sali. O ile Wojtek nie zabrał ich na basen, ale mam wrażenie, że jednak się buntowali, że nie chcą tam chodzić.
Bruno zaśmiał się i przesunął dłonią po blacie.
– Dzięki. Ale Małgorzatę mam nadzieję zastać już u siebie – dodał nim odwrócił się ku drzwiom.
Po wyjściu na korytarz od razu ruszył ku sali gimnastycznej, a przemierzając puste o tej porze korytarze niemal z każdym krokiem odbijającym się od ścian z echem, czuł większe napięcie. Po co tam szedł? By go zobaczyć? I co się stanie, gdy już to zrobi? Zresztą, Marcin często uciekał z tak ‚zbędnych’ zajęć jak wuef, na religię chyba zupełnie nie chodził, tak samo jak na wiedzę o kulturze. Dyrektor aż zaśmiał się dochodząc do wniosku, że niemal na poziomie religii plasuje się i biologia, i fizyka. W sumie to każdy przedmiot. Każdy prócz jego przedmiotu. Przecież on doskonale widział, jak uważny jest chłopak na jego zajęciach, jak na niego patrzy, jak mocno się angażuje. Nagle poczuł się naprawdę wyróżniony.
Już z daleka usłyszał odgłosy dochodzące z sali, a kiedy z ciemnego korytarza wszedł na parkiet aż przystanął zalany jasnym światłem padającym z wielkich okien.
Spokojnym wzrokiem przesunął po hali, na boisku której musiał się chyba rozgrywać jakiś większy mecz. Prześledził wzrokiem uczniów w niebieskich i czerwonych narzutkach na koszulki, starając się naleźć między nimi Marcina.
– O! Witam dyrektora! – usłyszał nagle przy sobie i uśmiechnął się do o wiele młodszego od siebie chłopaka.
– Cześć, Wojtek – rzucił ściskając mu dłoń i już na niego przenosząc uwagę. Po co tu właściwie przyszedł? – Co dzisiaj tak pusto? – zapytał widząc, że grają na całej hali.
– A taki dzień. Pierwszaki poszły do kina, to teraz mamy całą halę dla siebie – zawołał pełnym werwy tonem. Bruno naprawdę lubił Wojtka i jego zapał, jakim może cieszyć się akurat ktoś po studiach. – No to zrobiliśmy mały sparing w nogę, druga D na drugą C.
– Rozumiem. Dziewczyny mają teraz…?
– No wiedzę o seksie…
– Wychowanie do życia w rodzinie, Wojtek… – upomniał go Bruno uśmiechając się jednak kącikami ust. Młodzieniec zaśmiał się głośniej i machnął ręką.
– Tak – przytaknął i przeniósł spojrzenie na biegających po boisku chłopców. – A tak w ogóle, to po co pan przyszedł? Nie żebym miał coś przeciwko, no ale taka wizytacja… Nie byłem gotowy, tak bym ogarnął chłopaków na coś sensowniejszego…
Bruno pokręcił głową.
– Daj spokój, nie przyszedłem tu by sprawdzić ciebie tylko ich. Poza tym pani Basia mówiła, że wspominałeś coś o parkiecie, myślisz, że to już czas go wymienić?
Wojtek spojrzał na niego dziwnym wzrokiem i westchnął.
– No raczej, widział pan te dziury? Już nie mówię o pękniętych odpadających klepkach – dodał i zaraz wskazał mu palcem miejsca. – Tam pod oknem, niedługo będzie taka wyrwa, że wróżę połamane kończyny. Zresztą chodźmy, pokażę panu – dodał, a Bruno ruszył za nim spokojnym krokiem. Zaraz też odpowiedział na kilka okrzyków powitalnych, ale tylko skinieniem głowy.
– Ale to możemy wymienić klepki chyba… a nie od razu cały parkiet – powiedział, a gdy doszli do jednego z tych ‚newralgicznych miejsc’ zmarszczył mocniej brwi.
– No pewnie, ale jak wymienimy wszystkie odpadające, albo spękane to wyjdzie nam prawie cały – powiedział i zaśmiał się głośno. – Niech pan popatrzy na te szczeliny. Czasami mam wrażenie, że to się zaraz wszystko rozjedzie i tyle. Trochę szkoda, bo przecież nasza szkoła ma naprawdę największą i najlepszą halę w mieście. No, nie liczę osirki. Fajnie byłoby gdyby udało się to ogarnąć na wiosenne zawody. Nie liczę, że na studniówkę, ale pamięta pan co było rok temu?
Bruno oderwał wzrok od podłogi i spojrzał na niego z lekkim uśmiechem.
– No przynajmniej dziewczyny nie niszczą parkietu szpilkami – powiedział i zaśmiał się, gdy Wojtek wybuchł śmiechem.
– No raczej już nie mają czego. I nie mają czym – podsumował wuefista. – No chyba lepiej wydać kasę na szkołę niż na szpilki, a na pewno i tego roku kilka się złamie.
Bruno odetchnął tylko rozbawiony i skinął głową.
– Masz rację, ale problem leży w tym, że tych kilka par szpilek jest o wiele, wiele tańsze niż cała podłoga. No i w tych kilku parach zamyka się szkolny budżet, w nowym parkiecie niekoniecznie – dodał z przekąsem i rozejrzał się jeszcze po hali, słysząc głośniejsze okrzyki biegających za piłką uczniów. Zerknął na trybuny, gdzie na jednej z ławek siedział mały Kleszczewski ze złamaną kostką i krzyczał głośno widocznie nie mogąc znieść widoku kolejnej straconej piłki.
– Dobra, Wojtek – westchnął. – Pomyślę o tym bardziej. Nie ukrywam, że już dawno powinniśmy to zrobić, ale zawsze było coś pilniejszego – dodał i uśmiechnął się do niego lekko. Kiedy ruszyli z powrotem wokół hali w kierunku wyjścia, ponownie skierował wzrok na uczniów.
Czy to co czuł, to naprawdę był aż taki zawód? Czy aż tak chciał zobaczyć dzisiaj Marcina? Boże, to było głupie. Wszystko co myślał jeszcze przed przyjściem tutaj, było tak naiwne i chore! Marcin był jego uczniem, nie mógł myśleć o nim inaczej.
– W porządku. I na pewno porozmawiamy o tym na kolejnej radzie. To faktycznie trochę bezsens, że tak marnujemy potencjał tej sali – dodał i uścisnął Wojtkowi rękę – To do zoba… – zaczął wchodząc w drzwi.
– Cholera…! – usłyszał nagle i zachwiał się gdy ktoś w niego wpadł. – Cholera, sorry! Zaznaczy jeju, przepraszam – poprawił się Marcin wpatrując się w niego z bliska. Bruno odsunął się o krok i spojrzał na chłopaka nieco chyba wystraszony.
– Marcin! – zganił go wuefista, a chłopak też się cofnął i przewrócił oczyma.
– No przepraszam. Po prostu i tak już byłem spóźniony no i śpieszyłem się, po drodze zawiązywałem tą śmierdzącą szmatę i o… Przepraszam, nie zauważyłem pana – podkreślił i spojrzał mocno w oczy Brunona.
Dyrektor uspokoił Wojtka gestem dłoni i zaśmiał się cicho.
– To nic… idź już na zajęcia – powiedział nie wypominając o tym, że Marcin przyniósł za sobą całą chmurę dymu papierosowego, za co powinien go zagnić. Znaczy za palenie, sprecyzował z myślach zerkając na jego usta.
Speszył się gdy dotarło do niego, że Marcin to dostrzegł. Odsunął się bardziej na bok by przepuścić chłopaka dalej, a kiedy ten go wyminął odwrócił się do Wojtka.
– To na razie – rzucił rozkojarzony i zaraz jeszcze raz obejrzał się za siebie. Od razu złapał na sobie spojrzenie Marcina, który wbiegając między pozostałych uczniów, odwrócił się ku niemu.
Kiedy na krótką sekundę ich spojrzenia się spotkały coś w nim mocno drgnęło.
Czy Marcin dostrzegł, że coś się zmieniło? Że ten list, zupełnie pusty wywołał w nim więcej emocji, niż mogłyby wywołać jakiekolwiek słowa? I co on na to?
Co teraz?
Czy mogliby może tylko poznać się bliżej?

Reklamy

14 thoughts on “Synowie Rosemary 12 – Typowy facet

  1. Dyrektorek się łamie… Gdyby nie to, że Marcin robi to wszystko tylko dla rozrywki i by coś sobie udowodnić, to nawet bym mu kibicowała. Ratunku dla małżeństwa Bruna póki co raczej nie widzę. Niby jest lepiej, a nic się nie zmieniło. Co z tego, że prześpi się z żoną, jak po ma takie dziwne myśli. Jak dla mnie robi Adze niepotrzebne nadzieje.

  2. Swietnie! Nie wiadomo komu czego życzyć bo w kazdym układzie ktoś jakoś zostanje skrzywdzony.. Ale szkoda Kamila bo on nie należy do spaczonej młodzieży.. Każdy zasluguje na szczecie, bo no cóż, wszyscy jesteśmy tylko i aż ludzmi.. Za godzine kolejny rozdział ciekawe czy znowu porobia sie „obozy” kto za kim xD team Kamil to mój xD

  3. W końcu…
    W końcu doczekałam się tego momentu, w którym myśli Bruno kierują się na Marcina w TEN SPOSÓB. Świetnie robisz z narracją, że przedstawiasz fabułę z perspektywy różnych postaci, bo dzięki temu wiemy, co każdy przeżywa i jak interpretuje jakąś sytuację, co ma na myśli… To nie jest łatwe zadanie.
    Ale czyta się to coraz szybciej, coraz bardziej czuję się wciągnięta do tego świata, a wyobraźnia podsuwa różne scenariusze „co dalej?”. Bo co dalej? Czuję się tym autentycznie podekscytowana :D
    Tylko wciąż ten Kamil mi siedzi w głowie. Co Marcin mu zrobi? Chłopak tak zdemoralizowany może się posunąć do czegokolwiek. Obawiam się tego i mam nadzieję, że w następnym rozdziale się o tym przekonamy.
    A ten Bruno to biedak… xd Nie ma już dla niego ratunku :D

    1. No. To mi się podoba.!!:) Marcin i Bruno świetnie pasują. Bruno także ma ciemną stronę:) Agnieszka jest bo jest. Taki związek nie pozwala nikomu odnaleźć szczęścia. To potrzask. Więc kibicuje z Bruno i Marcinowi. Choć oczywiście marzę by Kamil zniknął :)

      1. Myślisz, że Bruneł się postara i będzie na tyle silny by okiełznać tego złośnika? Kusząca wizja. Taki Bruno nad Marcinem ubranym w pończoszki i mundurek. Nie ma to jak dyscyplina. xDD
        Rety, w tym rozdziale nie było nawet wzmianki o Kamilku, a o… jesteś okrutnik. xDD Ale jakby Marcin był z dyrektorkiem to w sumie Adaś może mieć swoją Myszkę, mm? Czy absolutnie nie? C:

        1. Absolutnie nie! Kamilowi życzę Erasmusa w Timbuktu na 30 lat! ,:) Bruno da radę. Wierzę w niego. Adamowi znajdziemy kogoś :)

  4. Ten pusty list… To jest tak dobre, że nie wiem, co powiedzieć ._. Świetny pomysł i jak widać skuteczny c:
    Naprawdę już nie mogę się doczekać, kiedy Bruno ulegnie chłopakowi. I jakoś całe to „szkoda mi jego rodziny” zupełnie minęło. Denerwuje mnie Agnieszka, może za bardzo się wczuwam w sytuację jej męża… ale chyba o to też chodzi, żeby go zrozumieć, prawda? Ja chyba rozumiem. Dlatego z jednej strony chcę, żeby poszedł w stronę tej wolności, o której myślał przy okazji Marcina, a z drugiej boli mnie to, że w pewnym momencie dowie się, że padł ofiarą jego chorej gierki.
    A może w Marcinie obudzi się coś na kształt uczucia względem dyrektora? To by było dziwne, biorąc pod uwagę jego osobowość, ale myślę, że ciekawe.
    Pozdrawiam! <3

    1. Marcin to taki cwaniak. xD
      Ja tez nie mogę się doczekać! Tylko wiesz, w sumie Bruno popada ciągle w skrajności, może to teraz to tylko taki impuls, mm? Myślisz, że naprawdę byłby zdolny zdradzić Agnieszkę?
      Ha ha ha ha… Nie, no Marcin do dyrka ‚coś’ na pewno czuje, ale samo się raczej nic nie obudzi. Może Bruno się wykaże? Może w sumie czeka ich słodki happy end? I Bruno wybije z głowy Marcina Adama? C:

      Pozdrawiam również! C:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s