Synowie Rosemary 13 – Smak wolności

Zatrzymując motocykl przed blokiem, Adam spojrzał wojowniczo w kierunku okien na czwartym piętrze. Akurat z tej strony znajdowało się to wychodzące z kuchni i z małego pokoiku, który zajmował kiedyś z bratem. Po telefonie matki spiął się jeszcze mocniej, choć tak właściwie tylko czekał aż Marcin wywinie jeden z tych swoich pojebanych numerów. Taki przecież był – zawsze robił wszystko by osiągnąć dokładnie to, co chciał. I pewnie, poniekąd to mu się udało i tym razem.
Przez te kilka dni nie odważył się spotkać z Kamilem, ani nawet do niego zadzwonić czy napisać. Mały oczywiście też tego nie zrobił, ale sam Adam się temu nie dziwił. Boże, czy on serio go wtedy wywalił z mieszkania? Przecież to Marcina powinien stamtąd wywlec, nie jego! To Marcin, ten głupi, chory, nienormalny Marcin.
Mężczyzna sam już nie wiedział jak ma sobie z nim poradzić, ale odkąd spotykał się z Kamilem zaczynał wierzyć, że nie wszystko jest jeszcze stracone, że naprawdę może się uwolnić i mieć normalne życie nawet, jeżeli nie był zawsze fair. Nawet jeżeli wziął wtedy Marcina, nawet jeżeli się z nim przespał. To był błąd, duży błąd tym bardziej, że przecież nigdy nie myślał o nim poważnie. Nie w taki sposób. Kochał go jak brata – mocno i naprawdę, choć przecież w skład takiej miłości nie wchodzi seks. Sam nigdy nie chciał niczego innego od Marcina, nie snuł sobie nigdy żadnych pieprzonych wizji, że będą razem jako jacyś potępieni bracia, których łączy wielka, romantyczna miłość. Kurwa, to nie była taka miłość!
Nie próbował się wybielać, przepał się z nim wtedy, bo chciał tylko to poczuć. Bo chciał seksu z kimkolwiek, z chłopakiem, by przekonać się czy jego ciągoty są prawdziwe. A Marcin był zawsze tak w niego wgapiony, że wtedy gdy miał w głowie właściwie pstro, a na karku wiecznie schlanego ojca, to zafascynowanie Marcina było dla niego jak schronienie w trakcie burzy. Matka nigdy mu nie współczuła, nigdy nie byli blisko. Tylko Marcin zawsze był obok. Tylko on.
Teraz Adam już wiedział, że gdyby mógł wrócić do tamtej nocy to po prostu jak zawsze tuliłby go do siebie mocno. Nigdy nie posunąłby się dalej.
W końcu przez to miał już same problemy, od zawsze.
Kiedy wszedł do bloku na klatkę odetchnął ciężko i mocniej ścisnął pod pachą kask. Matka na pewno dramatyzowała, w końcu Marcin był jej oczkiem w głowie. I nawet nie dziwił się, że do niego zadzwoniła, że się bała. W końcu to on zawsze rozwiązywał wszystkie problemy, prawda? Zawsze był dojrzały i zawsze był silny, czemu i tym razem nie miałaby tego zwalić na niego? Tym bardziej, że to była jego jebana wina?
I sam Marcin też musiał mu to robić! Nie mógł po prostu odpuścić, musiał odwalać te cyrki.
Gorycz jaką Adam czuł niemal wylewała się z niego wierzchem. Nie wierzył, że teraz jeszcze będzie musiał udawać przed matką, że nie wie co stało się z biednym Marcinkiem.
Kiedy w końcu wszedł na czwarte piętro bez pardonu otworzył drzwi od mieszkania.
– Cześć! – rzucił do wnętrza i odłożył kask na szafkę na buty po czym zaczął się rozbierać.
– Cześć, Adaś – westchnęła matka wyłaniając się z kuchni. – Dobrze, że już jesteś, ja nie wiem już co z tym naszym Marcinem – dodała ocierając ręce w ścierkę i podchodząc do niego, by ucałować go w policzek. Mechanik jak zawsze zesztywniał i tylko pokiwał głową.
– Dobra, pogadam z nim – powiedział tylko ściągając jeszcze buty. – Nie mówił nic? To coś w szkole? – zapytał marszcząc brwi.
Kobieta spojrzała na niego bezradnie i pokręciła głową.
– No nie… ale wiesz, zawsze gdzieś wychodził, a teraz ciągle siedzi w pokoju…
– Może w końcu wziął się za naukę? – rzucił Adam krzyżując ramiona na torsie.
– Daj spokój, Adaś. Zawsze zostawiam mu śniadanie czy obiad, a on wcale nic nie rusza. Nawet przed telewizor nie przychodzi tylko zamyka się u siebie.
– Może je coś na mieście? – podsunął Adam pewien, że tak właśnie było. Przecież miał tych swoich ‚przyjaciół’, którzy niejedno już mu ‚postawili’.
– A dałeś mu na to pieniądze? – zapytała Róża, a on niemal prychnął pod nosem. – Bo u nas na razie to krucho… wiesz, w kwiaciarni słabo teraz idzie, a i z tego sprzątania to ledwie na rachunki starcza. A właściwie to nawet nie – dodała, a Adam zacisnął na chwilę usta i wpatrzył się w nią mocniej.
– Jak to? – zapytał pochylając się ku niej, by spojrzeć jej poważnie w oczy.
Matka oparła się ramieniem o ościeżnicę drzwi prowadzących do kuchni i przygryzła wargę.
– No wiesz… – zaczęła i odetchnęła ciężej. – Za ostatnią wypłatę musiał ojciec kupić kilka rzeczy sobie, no i… nie na wszystko mi starczyło – powiedziała, a Adam spojrzał na nią żywiej i przełknął ciężej. Przecież i tak zawsze żyli na styk i nawet rachunki płacili na dzień przed odłączeniem chociażby prądu.
– Mamo… – zaczął mając ochotę zawyć z bezsilności. – Nie możesz dawać mu pieniędzy. Przecież on i tak wszystko wyda na wódkę! – dodał i opuścił ręce po sobie. – Jest w domu?
– Daj spokój, Adaś. Wyszedł – ucięła Róża nie patrząc nawet na niego. – Pomów tylko z Marcinkiem, dobrze? – powiedziała patrząc na niego błagalnie – On zawsze tak za tobą…
Adam zacisnął zęby by nie skrzywić się brzydko i pokiwał głową.
– Dobrze, już… – uległ w końcu, jeszcze mocniej pochmurniejąc. Boże święty, przecież zawsze tak właśnie było kurwa, pomyślał gorzko i sięgnął po portfel do kieszeni spodni.
– Trzymaj… to na te rachunki – powiedział cicho i nieco zażenowany podsunął jej trzy stówy, które miał przy sobie.
Matka spojrzała na niego krótko i pokręciła głową.
– Adaś… no daj spokój. Masz swoje sprawy… – zaczęła się wzbraniać, ale Adam wepchnął jej pieniądze w dłoń.
– Tyle lat mnie utrzymywałaś, to chyba mogę ci teraz pomóc, jak masz problemy, mm? – powiedział nieco sztywno i przełknął ciężko ślinę. – Słuchaj, ja mieszkam sam i może z tego warsztatu nie ma kokosów, ale zawsze możesz mi powiedzieć, jak ci na coś nie starcza. Przecież wiesz, że ci pomogę… – dodał, a ona pokiwała jedynie głową. – Tylko nie dawaj już pieniędzy ojcu, jemu i tak chyba za dobrze się powodzi, co? – powiedział z przekąsem i schował portfel do kieszeni spodni.
Przez chwilę przeszła mu przez głowę szalona myśl, że mógłby ją nawet przytulić. Że może ona sama mogłaby jakoś bardziej mu pokazać, że są rodziną, że te jego słowa znaczą dla niej naprawdę więcej niż te trzysta złotych.
– Dziękuję, Adaś… – powiedziała tylko Róża i spojrzała na niego miękko. Mężczyzna napiął się cały i wzruszył ramionami.
– Jasne… – szepnął i spojrzał na nią z nadzieją w oczach, którą nawet sam czuł. Ale ona tego nie dostrzegła, bo tylko spojrzała w kierunku końca korytarza, gdzie znajdowały się drzwi do łazienki.
Mechanik uśmiechnął się gorzko w duchu i zacisnął mocniej zęby. W końcu nie po to tu był, by się z nią przytulać, by liczyć, że nagle coś się zmieni. Przecież to był kolejny zwyczajny dzień, więc czemu miałby przynieść dla nich jakiś przełom?
– To pójdę do niego – mruknął i ruszył w kierunku końca korytarzyka.
– Trzymam kciuki. Ja pójdę na pocztę z rachunkami nim ojciec wróci – powiedziała za nim matka.
Kiedy mechanik zatrzymał się pod drzwiami do pokoju obejrzał się na nią i skulił się w sobie. Czy był aż tak głupi? Może to nic, ale widząc jej lekki uśmiech na ustach poczuł się lepiej, jakby zrobił coś naprawdę wielkiego. Przez chwilę przyglądał się jak ubiera powoli płaszcz i buty. Doskonale znał już ten obraz i zawsze jak dureń wyobrażał sobie, że zaraz ona się odwróci podejdzie do niego i ucałuje w policzek, i patrząc tylko na niego, powie mu coś głupiego, jak choćby: ‚To pa. Kocham cię’. I kiedy matka się obejrzała na niego, a jej oczy zabłysły mocniej, coś drgnęło w jego piersi mocniej. Może teraz, pomyślał przejęty, a w jego oczach ponownie stanęła nadzieja.
– Co ty tu robisz? – usłyszał przy sobie szorstki głos i w jednej chwili cały podniosły nastrój go opuścił. Jasne, na kogo innego mogła tak patrzeć? Zawsze przecież przy nim stał mały Marcin i to ku niemu leciały wszystkie te spojrzenia.
Adam z zawodem obserwował jak kobieta rzuca mu porozumiewawcze spojrzenie i w końcu wychodzi z mieszkania, jakby zupełnie nie widziała jak jej nadal potrzebuje. Jak nadal mimo tego, że był stary już i samodzielny, po prostu czeka na te słowa. A Marcin? Kurwa! Słyszał je tak często, więc czemu do cholery był taki?
Jednym ruchem złapał go za ramię i popchnął do wnętrza pokoju.
– Co ty znowu odpierdalasz? – syknął zamykając za nimi drzwi i popychając go na łóżko. Mimo że byli sami mówił zduszonym głosem, nie chciał by ktokolwiek ich usłyszał. Może matka, która wróciłaby, bo czegoś zapomniała? A może ojciec, tego dnia wyjątkowo trzeźwy?
Kiedy zwrócił spojrzenie ku bratu poczuł wstępujący na jego ciało chłód. Nastolatek przez chwilę wpatrywał się w niego rozjuszony i nawet poderwał się do góry, jakby chciał mu coś wygarnąć lecz ostatecznie usiadł z powrotem na brzegu łóżka i zgarbił mocno.
Tylko na tyle było go stać? Może znowu zacznie grać biedną sierotkę tylko po to by wzbudzić w nim wyrzuty sumienia? Tym razem już Adam nie da się na to nabrać!
– O co ci chodzi? – zapytał Marcin i spojrzał na niego poważnie. – Co ci znowu nie pasuje? To ty mnie zostawiłeś, a teraz przychodzisz tu i się czepiasz – powiedział i spojrzał na niego z dołu trudnym do odgadnięcia wzrokiem.
Adam zatrząsł się i pokręcił głową.
– Kurwa, matka mi mówiła jakie cyrki odwalasz, możesz przestać? Możesz jej kurwa w to nie mieszać? – syknął, a Marcin zazgrzytał lekko zębami.
Pewnie, że mógł, ale czemu niby nie? To wszystko była ich wina. Jej, Adama, ojca, pomyślał gorzko i uśmiechnął się brzydko w kierunku brata.
– O co ci chodzi? – dopytał obejmując się dłońmi za szyję.
– Nie wierzę w to, że siedzisz z pustym brzuchem, bo twoich kumpli byłoby stać na obiad w samym, kurwa, Mariotcie! – warknął złoszcząc się bardziej.
Chłopak spojrzał na niego z wyrzutem i odwrócił wzrok.
– Po to przyszedłeś? – powiedział po chwili spokojnym tonem. – Żeby mnie zjebać? – powiedział i podniósł się z łóżka. Od razu podszedł do biurka i sięgnął po papierosa, którego szybko zapalił. – Dobra. Już. Już, pasuje ci? – zapytał spokojnym tonem i przygryzł wargę. – Nic już nie chcę – dodał zduszonym głosem. – Byłem dla ciebie tylko zabawką, nie? Która mogłeś ruchać zanim poznałbyś kogoś lepszego – powiedział jeszcze z żalem w głosie. Zaraz wsunął się pośladkami na biurko i odwrócił w stronę okna.
Adam zacisnął pięści nie mając pojęcia co w ogóle jest tutaj grane. Nie był jednak głupi, nie mógł uwierzyć w ten smutek w jego oczach, nawet jeżeli ten był tak bardzo oczywisty.
– No i spoko. Nie myśl sobie, że będę się przed tobą płaszczył i błagał cię, żebyś mnie chciał z powrotem – dodał zaciekle i zaciągnął się papierosem. – Myślisz, że kim jesteś? – syknął lecz zaraz przymknął oczy i odetchnął głębiej. – Tylko wiesz… ja… naprawdę cię kocham – dodał i spojrzał na niego poważnie.
Adam roześmiał się tylko gorzko i pokręcił głową.
– Przestań – powiedział po chwili i zmarszczył się mocno. – Gdybyś… gdyby tak było, nie igrałbyś tak ze mną przez ten cały czas – dodał. – Tylko grasz, teraz też, co? Myślisz, że nie wiem? Znam cię lepiej niż ci się wydaje – dodał Adam budując między nimi większą granicę. Nie mógł już pozwolić bratu wejść sobie na głowę pomimo tych smutnych oczu! To był koniec.
– Jak uważasz, Adam – powiedział cicho Marcin i wzruszył ramionami. – Jak chcesz – dodał tym niemal bezbarwnym tonem.
Mężczyzna drgnął i z trudem powstrzymał się by do niego nie doskoczyć i nim nie potrząsnąć. Przecież to jasne! Jasne że to gra, myślał panicznie, czując rodzący się w nim niepokój. To nie było możliwe, by od tak chłopak odpuścił. By tak nagle przestało mu zależeć, by pozwolił na skończenie między nimi tej relacji.
– Nie wiem co kombinujesz – zaczął surowym tonem i pogroził mu palcem. – Tylko uważaj, uważaj żebyś się na tym nie przejechał – rzucił i ruszył ku drzwiom. – I zachowuj się kurwa, matka się o ciebie martwi – dodał ostro po czym wyszedł z pokoju.
Marcin przymknął oczy i powoli uchylił okno, by wywietrzyć pokój i po kilku kolejnych buchach wyrzucić na zewnątrz peta.
Był przekonany, że jedyną osobą, którą się na tym przejedzie jest Adam. No i ten jego chłopaczek, pomyślał gorzko i zacisnął mocno zęby. Przez okno obserwował podwórze, a kiedy dostrzegł na dole Adama przycisnął mocniej czoło do szyby. Nie miał pojęcia jak po tylu latach Adam może robić mu coś takiego. Przecież cały zawsze należał do niego, a teraz już go stracił. Stracił na zawsze.
To nie było łatwe, a przez ostatnie dni, kiedy Adam milczał tylko przekonywał się o tym, jak bardzo poważna jest jego sytuacja. Wcześniej mechanik zawsze niemal od razu się odzywał i go przepraszał. Nigdy też nie był dla niego tak zimny, nigdy tak nie mówił do niego. A teraz, gdy miał tego chłopca, był taki zimny. Czy naprawdę chciał odejść? Czy naprawdę między nimi to był koniec?
Kiedy brat odjechał na motocyklu, Marcin zszedł z biurka i podszedł do szafy. To nie było w porządku i on zrobi wszystko, by Adam wrócił. By naprawdę pożałował.
Był spokojny, przecież uda mu się się. Na pewno.
Po wyjściu z domu od razu ruszył w kierunku obrzeża miasta, gdzie pomiędzy jednym jego krańcem, a drugim, znajdowało się rozległe pole. Droga zajęła mu dosyć dużo czasu, ale od kilku ostatnich dni nie narzekał na nudę. W jego głowie stale kotłowały się niespokojne myśli, a czasami nawet te bardzo żałosne.
Adam był taki niesprawiedliwy w swojej ocenie. Pewnie, że czasami zdarzało mu się przepasać z kimś przypadkowym, a to, co robił z Klaudią, Majką i Filipem może nie było specjalnie dobrze postrzegane, ale czy to tak bardzo Adama bolało? Zawsze mówił, że to między nimi to nic wielkiego, więc o co teraz mu chodzi? Czemu ma do niego żal, skoro to nie on tyle lat żył jakąś pierdoloną nadzieją, że coś się zmieni? Że w końcu zacznie być traktowany poważnie przez faceta, który stanowił jego jedyną podporę w całym zjebanym życiu?
I co z tego wszystkiego? Co z tego, że kradł czasami? Że bywał chujem? Jak mógłby być inny? To ich wina i tego jaką zjebaną rodziną byli. Ojciec wieczne pijany, matka słaba i żałosna, i zawsze tylko mówiąca jaki to Adam jest dorosły i wspaniały, bo tak sobie świetnie radzi. I co, on miał być gorszy? Miał sobie nie radzić? Albo może miał chodzić w jakiś starych szmatach po nim i być pośmiewiskiem? Chyba należało mu się cokolwiek od życia, prawda? Może miał dość tej zjebanej biedy w tym domu, w którym na nic nigdy nie starczało. Może nie chciał być słabą ciotą, która klepiąc biedę, pokornie czeka aż coś się zmieni. Sam sobie wszystko zmieniał, tak czy inaczej szedł do przodu. Chciał żyć, a nie martwić się jak Adam w jego wieku, że nie starczy mu na jedzenie w domu. Cholera, nie on powinien się tym przejmować! Czemu miałby nie mieć nowego telefonu, normalnych ubrań, nie chodzić na imprezy i nie szaleć? I czemu Adam, który takie właśnie miał życie nie rozumiał tego zupełnie?
Idąc przed siebie po zmarzniętej suchej trawie zupełnie zapomniał się w swoich rozmyślaniach, ale jak zawsze tylko bardziej się denerwował.
Czy to było tak dużo? To przecież nie jego wina, że pochodził z takiego domu, prawda? Nie chciał sobie niczego odmawiać. Naprawdę chciał tylko żyć normalnie, pomyślał z goryczą, jak każdy normalny chłopak w jego wieku.
W końcu dotarł do kilku drzew, które z rzadka rosły na polu. Nawet lubił tu przychodzić w nocy, by móc sobie pomarznąć w spokoju. Czasami czuł się dziwnie, kiedy tak po prostu tu był i nic nie robił, nic nie knuł, ale czasami był też zmęczony. Naprawdę się starał, a czasami, jak dzisiaj miał wrażenie, że to wszystko na nic. Że nie uda mu się na dobre zwrócić uwagi Adama na siebie. Czemu on taki był dla niego? Co on mu takiego zrobił?
Marcin ziewnął przeciągle i wyjął z kieszeni paczkę papierosów. Opierając się o pień drzewa zapalił jednego i spojrzał w kierunku rozświetlonego jasno osiedla domków jednorodzinnych, które majaczyło mu się w oddali i stanowiło inny zupełnie koniuszek miasta.
Uśmiechnął się skromnie na wspomnienie tamtego wzroku Brunona, kiedy spotkali się dwa dni temu na hali. Było w nim coś innego. Może to przez ten list? Trochę się natrudził by coś takiego wymyślić, ale czy nie było to świetne? Przecież musiał tym ująć kogoś takiego jak Wilczyński – niepoprawny romantyk.
A co gdyby to z nim… gdyby to on…? Może on mógłby potraktować go poważnie? Może naprawdę byłoby im dobrze, gdyby mogli być razem?
– Cholera… – sapnął chłopak i skulił się pod drzewem. Przez myśl przeszło mu, że musi być chory i zmęczony. Przecież to Adama kochał najbardziej, a Wilczyński, to tylko zabawa. Tylko zakład, a teraz już nawet chęć utarcia nosa Majce i Filipowi. Oni też ostatnio przesadzili. Też stawali przeciwko niemu i naprawdę, naprawdę, naprawdę mocno go to wkurwiało.

Po całym dniu spędzonym w szkole, Bruno nadal nie mógł zmusić się do powrotu do domu. To nie tak że nie miał co robić, w końcu zawsze było coś do załatwienia. Zwłaszcza gdy w domu nie panowała najlepsza atmosfera, a konkretnie, gdy siedziała ci nad głową żona i dziecko.
Niedługo cieszył się spokojem po tym, jak zaczęli na nowo uprawiać seks. Co prawda, Agnieszka nie stwarzała już większych problemów, to on sam je sobie stwarzał. Ale tak szczerze miał już tego wszystkiego dosyć.
Nic nie wkurzało go mocniej niż to wnikanie Agnieszki przedtem, ani to jak teraz łatwo zapomniała o wszystkim. Pewnie, w końcu sypiali ze sobą, co mogłoby być nie tak? Czy ona zawsze taka była? Zawsze tylko dążyła do tego, by dopiąć do swego?
Nagle zapomniał o tym ile nocy przed tym wyjazdem w góry przez niego przepłakała, ile irytujących go pytań zadała. W końcu odpuściła, i on sam musiał się z tym wszystkim męczyć.
Kiedy usłyszał pukanie do drzwi zerknął krótko na zegarek na ręce i zmarszczył mocno brwi. Było już tak późno! Ale ona nawet nie zadzwoniła, nie zainteresowała się gdzie jest o tej porze. Pewnie, że nie, pomyślał gorzko, w końcu do łóżka idą za jakieś trzy – cztery godziny. Zdąży jeszcze wrócić i udawać zakochanego mężusia.
– Proszę… – rzucił w stronę drzwi i zaraz uśmiechnął się lekko, gdy do jego gabinetu weszła sekretarka.
– Nie wraca pan do domu jeszcze? – zapytała, a on spojrzał po dokumentach rozłożonych na biurku.
– Nie, jeszcze trochę mi to zajmie – powiedział posyłając jej kolejny skromny uśmiech.
Kobieta poprawiła na sobie poły płaszcza i skinęła głową.
– Ale ja już będę szła. Skończyłam wszystko, a gdyby pan potrzebował którejś z teczek, to leżą na biurku. Ułożone alfabetycznie – dodała wpatrując się w niego.
– Dziękuję, pani Basiu. To do jutra – rzucił, a sekretarka po gorących życzeniach dobrej nocy, odwróciła się na obcasie i zaraz wyszła z gabinetu. Cisza jaka później zapadła była tak paskudna, że Bruno po kilku spędzonych tak minutach w końcu włączył ponownie komputer, a gdy dotarł do folderu z muzyką włączył jeden z walców, który miał na dysku i odchylił się do tyłu przymykając oczy. Od razu na jego usta wpłynął lekki uśmiech i bezwiednie zaczął odcinać się zupełnie od wszystkiego, nawet nie zauważając kiedy jego wyobrażenia zaczęły stawać się naprawdę bardzo niewłaściwe, a miejsce, które w jego wyobraźni mogła zajmować Agnieszka, nagle zajął ktoś zupełnie inny. Czy to był Jakub, przeszło mu przez myśl i drgnął mocniej, kiedy zdał sobie sprawę z tego jak bardzo spojrzenie Jakuba było inne od spojrzenia mary w jego głowie.
– O rety! To Śpiąca Królewna? – usłyszał nagle i aż drgnął, szeroko otwierając oczy. Zamrugał kilka razy, gdy jego spojrzenie i w rzeczywistości odnalazło te głębokie oczy. Pokiwał głową i zaraz spuścił wzrok na biurko.
– Tak. Czajkowski – potwierdził, a Marcin od razu do niego podszedł. Nie usiadł jednak na krześle przed nim, a oparł się ciężko o oparcie krzesła przed nim o zamilkł wsłuchując się w grającą muzykę.
– Nie wiedziałem, że interesujesz się baletem – powiedział po chwili Bruno, a chłopak zaśmiał się głośno.
– Raczej znam trochę klasyków Disneya – powiedział patrząc na niego rozbawionym wzrokiem. Dyrektor mimowolnie roześmiał się cicho i skinął głową.
– No tak… – szepnął tylko i spuścił wzrok na jego dłonie. – Ale najpierw był balet. W tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym, a dopiero jakieś siedemdziesiąt lat później Disney – powiedział, a uczeń przygryzł wargę i spojrzał na niego spod gęstych brwi.
– Okej. Będę już wiedział – westchnął, w przerwie między utworami zapadła i cisza między nimi i dopiero gdy kolejny się rozpoczął, Marcin drgnął.
– A to? Wydaje się być znajome… – szepnął jakby bał się zagłuszyć muzykę.
Bruno przygryzł wargę z lekkim uśmiechu.
– Drugi walc Szostakowicza. Dosyć ograny – przyznał i spojrzał na niego uważnie.
Przez kilka chwil znowu milczeli wpatrując się w siebie i mierząc badawczymi spojrzeniami.
– I umie pan w końcu tańczyć walca? – zapytał Marcin, a on tylko zaśmiał się głośno.
– No pewnie – westchnął i zaraz spoważniej bardziej. Nie miał pojęcia czemu nagle gdzieś pomiędzy melodią a Marcinem, w nim samym zrodziło się takie dziwne podekscytowanie. Na co czekał? I czemu patrzył tak na chłopaka, jakby między nimi znowu było coś innego niż jeszcze kilka dni temu.
– A puści pan jeszcze raz to ze Śpiącej Królewny? – zapytał Marcin, a on skinął głową.
– Widział pan pewnie ten balet – powiedział tylko chłopak i wpatrując się w niego przeszedł bliżej sunąc dłonią po brzegu biurka.
Bruno napiął się i skinął powoli głową.
– Widziałem, może nawet mam go w domu w bibliotece – przyznał, a chłopak przygryzł wargę i odetchnął głośno lecz jego oddech utonął gdzieś w melodii skrzypiec lecącej z komputera.
– A… – zaczął, a mężczyzna bez trudu dostrzegł drżenie jego dłoni. – A dostał pan mój list? – szepnął będąc już przy nim.
Bruno ponownie skinął głową i drgnął jakby chciał sięgnąć ręką do jego palców i ścisnąć je mocno.
– Dostałem – odparł starając się sobie wmówić, że sam nie drży tak mocno jak mu się wydawało.
– I nie jest pan zły? – szepnął chłopak, a on przełknął ciężej ślinę. Marcin był już tak blisko, że niemal czuł przy sobie jego zapach i ciepło.
– Ostatecznie… nic w nim nie było – odparł Bruno i powoli sięgnął do jego dłoni. Wpatrując się mocno w jego oczy pociągnął go dalej i odetchnął nieco głośniej, gdy chłopak wylądował na jego kolanach. Zadrżał też uświadamiając sobie jak sam na to wszytko pozwala, jak sam to prowokuje, ale chyba nie chciał się cofać.
Kiedy poczuł dłonie chłopaka na swoich ramionach spojrzał na nie krótko i zaraz podniósł wzrok na oczy chłopaka, który wyraźnie zaskoczony uśmiechnął się kącikiem ust i jeszcze mocniej przygryzł wargi.
– Tak pan myśli…? – szepnął oddychając głęboko i napinając mocno uda. Bruno wyczuł to bez trudu i po chwili wahania pogłaskał go po udzie nieco uspokajająco.
– Myślę, że… doskonale wiesz co myślę – powiedział i zerknął krótko na jego wargi. Nawet nie przypuszczał, że Marcin może być taki delikatny i niepewny. Znowu tak bardzo go zaskakiwał, przeszło mu przez myśl, kiedy chłopak posłał mu kolejne niezbyt pewne siebie spojrzenie.
Nie mógł oczywiście wiedzieć, że ten dba o każde westchnienie, że pilnuje się, by nie zaśmiać z triumfem w głosie. Byli tak blisko. On sam był tak blisko!
– Mmm… i co pan na to? – szepnął chłopak, a Bruno oblizał lekko wargi i przeniósł dłoń z jego uda na biodro.
– Sam nie wiem, Marcin… chyba… – zaczął i objął jego twarz tęsknym spojrzeniem. Nie miał pojęcia co dodać. Czy musieli używać słów? Czy Marcin nie wiedział, że właśnie mu ulega? Że teraz to już nawet nie jest ważne, co on na to? Przecież gdyby nic między nimi miało nie zajść, na pewno nie pozwoliłby mu być tak blisko.
Kiedy z głośnika ponownie zabrzmiał walc Szostakowicza, drgnął mocniej na dźwięk nieco niespokojnej melodii. Poczuł aż jak dostaje gęsiej skórki, kiedy chłopak przysunął się bliżej jego ust.
– To może… może nauczy mnie pan…? Tańczyć tego walca? – zapytał Marcin tuż przy jego wargach, a on oblizał usta i wbił mocniej plecy w oparcie fotela.
– Sam nie wiem… tak bardzo byś chciał? – zapytał zaciskając palce na jego bluzie.
Marcin wpatrując się w niego intensywnie skinął głową.
– Wie pan, że tak… – szepnął i pomasował go po barku.
Kiedy Bruno poczuł na swoich wargach jego gorący oddech niemal jęknął, czując jak usta zaczynają go mrowić. Boże, przecież nie było siły, która pozwoliłaby mu teraz zepchnąć ze swoich kolan chłopaka.
– Marcin… – szepnął nieco szorstkim tonem i spojrzał na jego wargi niemal wygłodniałym spojrzeniem. Zaraz wsunął dłoń na jego plecy i sam zbliżył się mocniej. Przecież to nie było ważne. Przecież też miał prawo do jakiejś przyjemności, przeszło mu przez myśl, kiedy chłopak zawiercił się na jego udach. I w dodatku patrzył na niego tak otwarcie, tak wyczekująco i nieco prowokująco.
W końcu drżącymi ustami otarł się o jego wargi lecz szybko cofnął się i spojrzał na niego twardo.
– Wiem – westchnął od razu chłopak. – Wiem, to nic – zapewnił i objął go ciasno za szyję. Sam też był już nakręcony na pocałunek, chociaż pocałunek i gdyby do niego nie doszło naprawdę byłby niezadowolony. Byli dosłownie o milimetry, czy Bruno musiał się jeszcze wahać? Po tym wszystkim co między nimi zaszło?
– To… pocałuje mnie pan w końcu? – szepnął i oblizał powoli usta.
Bruno przymknął powieki i docisnął Marcina do siebie.
– Boże… nie powinienem – westchnął i nagle drgnął mocniej. Nie powinien mimo wszystko okazywać mu jak bardzo jest słaby, jak mocno się waha. W końcu to nie o to chodziło, by Marcin był tego świadkiem. Zresztą, co obchodziły go jego dylematy? W żadnym wypadku nie powinny, pomyślał Bruno nim odsunął się delikatnie i ponownie spojrzał w jego oczy.
Marcin posłał mu nieco smutne spojrzenie i po chwili wahania uniósł się z jego kolan. Kiedy stanął nad nim zagryzł mocno wargi i odwrócił spojrzenie.
– Poczekaj… – rzucił za nim dyrektor i także uniósł się za nim.
W duchu Marcin walczył z szerokim uśmiechem. Naprawdę przez myśl przeszło mu, że Bruno lubi chyba takie dramy, a on naprawdę był chyba dobry w ich graniu. Zerknął krótko na komputer, w którym ponownie przeskoczył utwór na balet ze Śpiącej Królewny.
– Poczekaj, Marcin – szepnął mężczyzna łapiąc go za rękę i spoglądając mu szczerze w oczy. Ponownie zerknął na jego wargi i spiął mocno.
– Nie chcę stawiać pana w niezręcznej sytuacji – powiedział cicho Marcin i zagryzł wargę w tak niemożliwie kuszący sposób, że Bruno prawie jęknął głośno.
– Sam siebie w niej stawiam – powiedział nieco zduszony tonem i ujął go za drugą dłoń. – Ale nie powinieneś zawracać sobie tym głowy… to nie jest twój problem – zapewnił i powoli przesunął dłońmi wzdłuż jego ramion.
Marcin spuścił głowę i pokiwał nią nieprzekonany.
– Ale ja… chcę być blisko. Nie tylko… seksem – szepnął po chwili i uniósł na niego poważne spojrzenie. – Nie tylko zabawką…
Bruno zmarszczył brwi i odetchnął ciężej. Przecież Marcin nie był zabawką, w żadnym wypadku, w żadnym z jego wyobrażeń nie był dla niego tylko seksem. Może to było właśnie problemem? Że cały Marcin był wolnością, za którą tak tęsknił, i w którą chciał się zagłębiać bez końca?
Widząc jego minę, Bruno zawahał się chwilę, kiedy gdzieś w jego głowie zakołatała się myśl o Agnieszce i Cyprianie. Kiedy jednak stojący naprzeciw chłopak cofnął się jeszcze w stronę ściany spojrzał na niego rozpaczliwie.
Nie mógł przecież pozwolić mu odejść, przeszło mu przez myśl, a on w końcu dopadł do niego i ujmując jego twarz w dłonie w końcu złączył ich wargi w pocałunku. Z głośnym westchnieniem naparł na niego całym ciałem dociskając do kąta między szafą a ścianą.
Marcin jęknął cicho czując zapał i niecierpliwość z jaką całował go dyrektor. Boże, to było coś tak dziwnego i innego, coś czego naprawdę jeszcze nie czuł, ale miał wrażenie, że nie ma nic intensywniejszego, że Bruno jest tak wygłodniały jego ust, że nie potrafiłby się odsunąć.
Oddając pocałunek uśmiechnął się w jego usta lekko i objął mocno za szyję.
– Tak… – szepnął i zaśmiał się pod nosem, czując na sobie zarost mężczyzny. – Rety… – westchnął nie nadążając nawet za oddawaniem tych niecierpliwych pocałunków.
Nie chciał nawet pozwolić Brunonowi odsunąć się od siebie i przyciskał go jeszcze mocniej i mocniej, aż w końcu otarł się podbrzuszem o jego krocze. Jęknął przy tym cicho i wczepił palce w jego włosy.
– Marcin… – sapnął Bruno i objął go ciasno, dłoń zsuwając na jego lędźwie. Pragnął docisnąć go do siebie jeszcze mocniej i naprawdę zatańczyć tego walca choćby na tej podłodze. Nadal całował go zachłannie, nie mogąc nasycić się tym jak inne i słodkie były jego usta, niż usta jego żony. To była prawdziwa przyjemność, pomyślał i odsunął się na kilka centymetrów by złapać oddech.
– Marcin… – powtórzył opierając się czołem o jego czoło i wpatrując mu się oczy. Te lśniły mocno i niemal prosiły go o więcej.
Bruno odsunął się bardziej i rozejrzał po gabinecie. Nie mogli przecież tutaj, przeszło mu przez myśl kiedy natrafił na ciemne okno, wychodzące na dziedziniec pomiędzy budynkami szkoły, a sali gimnastycznej. Poza tym ochroniarz był w szkole i w każdej chwili mógł tu przyjść i ich przyłapać.
Widząc jego wahanie, Marcin otarł się o niego mocniej i jęknął cicho.
– Pójdź po kurtkę, a ja… zaczekam przy samochodzie – szepnął Bruno i pogłaskał go po barku.
Chłopak szybko pokręcił głową. Był pewien, że jeżeli teraz przerwą to Bruno stchórzy. Znowu zacznie mieć wątpliwości i znowu wszystko będą musieli zaczynać od początku.
– Nie… nie mogę już czekać… – westchnął tylko i sam sięgnął do jego warg. – Naprawdę… nawet gdyby to był tylko jeden raz to ja… dzisiaj chciałbym być blisko – powiedział i sięgnął do jego dłoni. – Nie może mnie pan znowu zostawić… – szepnął patrząc na niego prosząco.
Sam też nie chciał już myśleć o Adamie, o tym, że nie umie naprawić tego co się między nimi zniszczyło, a przecież seks byłby taka idealną odskocznią. Marcin nie umiał być sam, nie znosił chłodu jaki czuł, gdy nie było przy nim brata, a teraz czuł to bardziej niż kiedykolwiek.
Bruno przełknął ciężej ślinę na widok jego smutnych oczu. Przecież Marcin nie powinien być smutny, jakie miał ku temu powody, kiedy był tak zupełnie wolny?
Nagle i Bruno sam tak się poczuł. I zapomniał, że on wcale wolny nie jest, że ma żonę i dziecko, i że przecież jest zupełnie heteroseksualny.

Reklamy

12 thoughts on “Synowie Rosemary 13 – Smak wolności

  1. Albo mam zwidy, albo coś się w Marcinku zaczyna zmieniać. Nie wiem już, kiedy udaje, a kiedy jest ze sobą i z innymi. Dyro uległ, coś czułam, że tak będzie.
    Adasia mi szkoda. Jego matka jest zupełnie zapatrzona w Marcinka, a na niego prawie nie zwraca uwagi. Mogłaby go od czasu do czasu przytulić, czy chociażby powiedzieć jakieś czułe słówko. Marcin znowóż wydaje się tego w ogóle nie dostrzegać. Czuje się pokrzywdzony przez cały świat. Ok, nie ma lekko, ale nie on jedyny ma w rodzinie pijaka i klepie biedę. Mam nadzieję, że się poprawi, bo ma potencjał i jak chce, to potrafi być miły. Tak w ogóle między nim a Brunem wyraźnie iskrzy. Może wyjdę teraz na jakąś wredną babę bez serca, ale nie widzę dalszej przyszłości Bruna z jego żoną. Im szybciej się rozstaną, tym lepiej.

  2. „Bruno lubi chyba takie dramy” – kłaniam się nisko! Zawsze do usług. Dawno mnie tu nie było, miałam sporo nadrabiania. Ale nieważne ile muszę nadrobić, zawsze jest mi mało. Rozdział piękny. W jakiś sposób delikatny, ale i intensywny. Pełen sprzecznych uczuć. Życzę Marcinowi, żeby trochę spokorniał. Niech zarówno on i Bruno będą szczęśliwi. Bo widzę, że w tym butnym chłopaku jest coś naprawdę „miękkiego” (i nie mam na myśli jelit czy innych tkanek wewnątrz), jest w nim gdzieś ta delikatność i potrzeba bycia blisko. Potrzeba, którą ciężko zlekceważyć, a którą odczuwają chyba wszyscy. On wydaje się odczuwać ją wyjątkowo intensywnie, ale trochę tak, jakby sam przed sobą bał się przyznać, że ją posiada.
    Adam i Kamil. Uwielbiam obu. Kamil jest taki niewinny we wszystkim co robi. Sprawia wrażenie zupełnie czystego. Zachowanie Adama (ze względu na Marcina) rani go, więc mam szczerą nadzieję, że uda mu się od Marcina odciąć. Chociaż trochę.
    Potrzebuję więcej. Na tę chwilę jest to jedno z moich ulubionych opowiadać publikowanych w internecie. Może to przez te uczucia, które we mnie wzbudza. Cudowne.

    Pozdrawiam i życzę weny!

    1. Dzień dobry znowu, Dramo! xDDD
      Innymi słowy Marcin Cię wywołał. C: Wiesz, jak jesteś taki rozdziało pożeraczem to może i lepsze jest takie odejście, żeby trochę się ich nazbierało. c:
      Jej, mogę czegoś nie pamiętać, ale chyba jesteś pierwszą osobą, która dostrzega coś takiego w Marcinie. I która pisze o nim w ten sposób. Myślę, że jest w tym jakaś prawda, kiedy tak spojrzymy na to jak kurczowo trzyma się Adama, który przecież, zawsze był blisko, zawsze był tym starszym, silnym, odpowiedzialnym, a teraz? Marcin dorósł, nie jest już małym dzieciakiem, którego Adam mógłby lulać i jest w pewien sposób opuszczony przez brata. Pomijam już ten seks między nimi, który związał ich bardziej. Myślę też, że w Marcinie wiele rzeczy mogłoby się wybudzić, gdyby tylko miał więcej czasu na myślenie, i więcej bodźców, które mogłyby go pobudzić. Nikt przecież nie jest w stu procentach nieczuły.
      Kamil mnie też rozbraja. Jest taki jak mówisz – niewinny. Szczery na pewno i taki… no nie wiem jak to nawet określić. Chciałby na pewno wiele, wygląda na chłopca, który ma wiele też marzeń i wiele wiary w te marzenia. Może to dziwnie zabrzmi, bo przecież Marcin to taka kontrowersja, Adaś i Bruno też ma swoją historię, mniej lub bardziej dramatyczną, i porównaniu do nich Kamil może wydawać się taki pusty. Ale jego historia, jego charakter piszą się własnie teraz i to jest takie… nie wiadomo, czy w sumie zostanie taki jak teraz – uroczy i niewinny, nieco naiwny. Może zdarzy się coś co go zupełnie zmieni? A może to on, taki niewinny w zestawieniu z braćmi okaże się na tyle silny, żeby na przykład zmienić któregoś z nich? Może Adama? Może w nim Adaś dostrzeże kogoś, kto w końcu na nim nie ciąży jak Marcin czy matka? Może pomimo tej infantylności (a może dzięki niej) będzie tym, na którym Adam w końcu zacznie polegać?
      Strasznie go lubię za to, że jest taki zwykły. Równie dobrze mógłby być moim starszym bratem, albo chłopcem mieszkającym mieszkanie obok. Chociaż już dawno sobie zaplanowałam jak skończą się Synowie, to wiem, że akurat z Kamilem nadal mam tak wiele furtek. I z jednej strony nie chciałabym by się zmieniał za bardzo, mimo wszystko, a z drugiej… no wiadomo.

      Znowu się rozpisałam. Dzięki za komentarz i do zobaczenia znowu!
      Pozdrawiam ciepło!

  3. Nie lubię nierzetelnych autorek opowiadań, a Ty się do takich zaliczasz. Skoro rozdziały z założenia mają wychodzić co tydzień, to tak powinno być, a u Ciebie raz za razem jest, albo co dwa tygodnie, albo tak jak teraz będzie co trzy. Niech Ci posłużą za wzór autorki opowiadania „Fire Dragon Tattoo Studio”. Czytam ich opowiadania od bardzo dawna i nigdy nie zdażyło się im, żeby nie dodały rozdziału w terminie. Fakt, jest ich dwie, ale dodają rozdziały co TRZY dni.

    1. Dzień dobry, Felko!
      Nie wiem od jak dawna czytujesz opowiadania na moim blogu, i szalenie mi miło, że w końcu dajesz o sobie znać. Szkoda tylko, że w swoim jedynym komentarzu, jaki publikujesz zawarłaś same wyrzuty co do tego jak okropną jestem autorką. Wiem, że możesz czuć się zawiedziona brakiem rozdziału – jak zapewne większość Czytelników – jednak jestem gotowa wziąć to na klatę, bo faktycznie zawaliłam. Przykro mi, że sie nie wyrobiłam i nie ma dla mnie żadnego wytłumaczenia. Domyślam sie zresztą, że jest ono zbędne, bo przecież Ty i tak go nie uwzględnisz w swojej nieocenionej opinii na mój temat.
      Nie lubię ludzi, którzy traktują Autorów jak maszynkę do produkcji rozdziałów, a Ty do takich się widocznie zaliczasz. To smutne, zwłaszcza, że większość osób publikujących na blogach pisze po prostu z pasji i w wolnym czasie, nie mając z tego wielu profitów. Żałuję, że zabrakło odrobiny wyrozumiałości z Twojej strony i małej poprawki na to, że – o dziwo! – istnieję też w innym wymiarze niż Internet.
      Panie z FDTS są rzeczywiście bardzo skrupulatne i naprawdę wielu rzeczy im zazdroszczę – jak choćby tego, że wszystko zgrywają tak pięknie i wrzucają rozdziały co TRZY dni. Rzeczywiście mogą byc wzorem. Choć nie znam ich sytuacji mogę sie domyślać z jak wielu rzeczy czasami rezygnują by wszystko ogarnąć.
      Może nie uwierzysz, ale za każdym razem staram sie jak mogę, by rozdział byl jak najlepszy i by był o obiecanej porze. Nie zawsze mi się to udaje i wtedy mi również jest przykro, i jestem zażenowana swoją słabością za każdym razem gdy piszę notkę, że sie nie wyrobiłam. Zakładam jednak, że na to również nie wpadłaś.
      Pozdrawiam,
      Inga

  4. ,,Nie próbował się wybielać, przepał się z nim wtedy, bo chciał tylko to poczuć. ” ~ ,,przespał”
    ,,Adam był taki niesprawiedliwy w swojej ocenie. Pewnie, że czasami zdarzało mu się przepasać z kimś przypadkowym, a to, co robił z Klaudią, …” ~ ,,przespać”
    Nie to koniec. Poplakalem sie. Jestem tak rozczarowany Brunonem. Myslalem, ze jest inny, a wyszedl na tego samego dupka co inni. Nienawidze i jego i Marcina. Dwoch smieciow.
    A Adamowi, mimo ze zdradzil Kamila to zycze mu szczescia z nim. Gdybym mial takiego brata jak Marcin juz dawno wbilbym mu noz w plecy, zeby swiat sie pozbyl takiego chuja jak on. A Bruno niech spieprza. Nie zasluzyl ani na Agnieszke, a tym bardziej na Cypriana.

    1. Dzięki wielkie za literówy!
      Au, au, au.. biedny Bruneł. Marcinowi nie współczuję (>D), ale Bruno, taki nieszczęśnik życiowy. A może tak jak pisze choćby Migotek, Marcin się zmieni przy nim i razem byliby szczęśliwi? Choć kosztem Agi i Cyprianka, to może znaleźliby jakiś kompromis?

  5. O ludzie… Mam nadzieję, że Marcin się uspokoi, gdy będzie w związku z Brunonem.
    Jestem zaskoczona (w miarę) pozytywnym przedstawieniem Róży, myślałam, że będzie to większa patologia.
    Adam&Kamil, którzy są niczym tanie czekoladowe mikołajki… Zbyt słodcy i zbyt sztuczni.
    Brunon jest przeuroczy w tym jak daje się manipulować, i jest w tym coś co daje mi nadzieję, na pozytywne zakończenie tej historii.
    A jego żonki nie mogę zdzierżyć, nie wiem czemu w sumie, bo babka jest tutaj na tej gorszej pozycji, no ale nadal :/
    Uznaję, że w tym jak postrzegam bohaterów tej historii, można zaobserwować moją zepsutą zdolność oceniania moralność… Kurde, to się nazywało jakoś ładnie, ale nie mogę znaleźć w szufladkach xD

    Pozdrawiam i życzę weny!

    1. Od razu związek. xD A może Marcin lub Bruno (!) chcą tylko zaruchać? Zresztą, o czym ja piszę, Marcin na pewno. Tylko Bruno taki głupi i poważny, że o, on to by od razu wszystko na poważnie brał. C:
      Wiesz, Róża to na pozór tylko nie patologia. Przecież ona jest tak słaba, zostawiając wszystko na barkach Adama raczej się nie popisała. I mogłaby pić na przykład i to byłoby takie złe, ale może też być miłą panią, która sobie nie umie poradzić. Jak dla mnie to to, że jednak i tak Adam musiał wszystko w domu ogarniać i się o nią zawsze troszczyć to jest takie… Niby okej, ale co ona dała mu w zamian? Jak tylko Marcinka i Marcinka widzi? No i Adam czuje się z tym tak tragicznie, bo choć na pewno nie oczekuje jakieś dziwnej wdzięczności, chciałby poczuć się przez nią kochany i doceniony. C:
      Zauważę, może zbyt śmiało, że Synowie jednak skłaniają do takiej oceny i właśnie wychodzi teraz, co tam kto ma w głowie. xDDDD Tum tum tum…
      Dziękuję i również pozdrawiam!

  6. Chciałoby się powiedzieć, że gdy Marcin będzie z Brunem to będzie jak w powiedzeniu – wilk syty i owca cała gdy idzie o relacje braci. Nie żal żal mi Agi, bo to dorosła ale nie za stara kobieta, więc może sobie kogoś znaleźć. Gdyby się okazało że Bruno wda się w głębszy romans z Marcinem i ona by się dowiedziała o tym to bym na jej miejscu zostawiła mu dzieciaka xD Marcin by uciekł gdzie pieprz rośnie.. Albo poczulby, ze jest potrzebny i musi byc odpowiedzialny dla i za kogos slabszego od siebie. Tego mu troche brakuje. Zwalanie swoich czynów na poczet rodziny z ktorej sie pochodzi tez trochę slabe, jak to było kiedys gdzies mowione z jednej rodziny patologicznej brat jeden był ksiedzem drugi złodziejem.
    Kamila trzeba chronić bo takich niewinnych i niespaczonych ludzi coraz mniej xD nie no dużo jest, ale Kamil ma taki charakter, że sam nie da rady. Chyba ze przez ta sytuacje zmeznieje. Mam nadzieje, ze Marcin tak wpadnie w relacje z Brunem, ze zapomni o Kamilu.. Choć tacy jak on nie zapominaja.. Ale mogłoby by mu zelżeć..
    Brak polskich znakow bo w pracy na fonie pisze..

    1. No ja nie wiem. Jeżeli zakładamy, że Marcin jest wilkiem, to sama nie wiem, co go może nasycić. xD Myślisz, że na tyle zaangażowałby się w związek z dyrektorkiem, że ot tak zapomniałby o Adasiu? Byłoby ładnie, ale ech… myślę, że ciężka droga do tego.
      O rety! Jaki z Ciebie okrutnik przebiegły xD Ale jest to jakiś plan. Później by Brunon sobie nie radził z pieluchami i o, wróciłby do Agi. xDD
      Nie, Kamil nie da rady. Jest stanowczo za naiwny i za szczery, i tak się trochę boję, że się na tym trochę przejedzie. Ale ostatecznie kiedyś musi poznać życie, bo nie oszukujmy się, Adam w obecnym stanie go nie obroni. Choć i w nim też się trochę przestawia, tak się Marcinowi stawia, ze hoho, nie do pomyślenia.
      Mam nadzieję, że nie masz w pracy problemów, że siedzisz w internetach zamiast pracować i że nie musisz, się przyczajać nigdzie. c:
      Dzięki i pozdrawiam! Do miłego zobaczenia!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s