Synowie Rosemary 24 – Więzień

Cisza, jaka zapadła po tych słowach, była czymś tak naturalnym, że Bruno nawet jej nie dostrzegł. Wpatrzony w zalegający na dziedzińcu śnieg, który spadł ubiegłej nocy, miał wrażenie, że to wszystko już nawet go nie dotyczy, że to, co się dzieje, jest poza nim.
Miał wrażenie, że wraz ze słowami Heli jego życie się skończyło, tak po prostu w jednym momencie. Ciągle coś w nim się rwało do głosu, chciał ją wypytać o wszystko, ale o co więcej mógłby? Przecież już wiedział. Wiedział, co Marcin jej powiedział, tak? Czego chciał więcej? I tak w jednej chwili  wszystko w co wierzył, to całe lepsze życie ot tak zniknęło. A najbardziej przerażające było to, że nawet nadzieja w nim zgasła. Nie było niczego, czego mógłby się chwycić. Że to pomyłka, nieporozumienie… przecież on, Marcin, określił już to, co między nimi było. Powiedział Heli, że był zmuszany do seksu, że on zagroził mu niedopuszczeniem do matury, ale cholera. Przecież wszystko, co Bruno umiał mu powiedzieć to jedynie to, że go kocha, że jest taki śliczny, najśliczniejszy, że uwielbia jego uśmiech, jego ciało, pasję, która między nimi była. A on? Tak po prostu to zniszczył, jakby naprawdę między nimi nigdy niczego nie było. Żadnej nocy przepełnionej pożądaniem i namiętnością, wielkimi słowami, w które obaj wierzyli. A może to był tylko on? Tylko on w to wierzył? Jak głupi dał się uwieść i zniszczyć. Ot tak zniszczyć.
– Tak Marcin ci powiedział? – zapytał dopiero po kilkunastu minutach i obejrzał się na siedzącą przy stole kobietę. Jego głos nagle stał się tak sztywny i zduszony, że sam go nie poznawał.
– Tak, tak powiedział. Jak mogłeś Bruno…? Ja myślałam…. Ja nie sadziłam, że… jesteś taki. To przecież dziecko! – dodała oskarżycielsko, a on aż spojrzał na nią zaskoczony.
Oblizał zeschnięte wargi i drżąc odwrócił się do okna.
Dziecko?
Żadna z nocy, które tak doskonale pamiętał nie były lepszym dowodem na to, że Marcin dzieckiem nie był. Nie tylko fizycznie, choć jego ciało, szczupłe, ale tak pięknie wyrzeźbione, było chyba najlepszym dowodem. Ale te doświadczenia, którymi rzadko się dzielił – z domu, z dzieciństwa, podwórka, nie były dziecięcymi zabawami, a życiem. Ciężkim życiem. I jego usta, słodkie i kuszące także nie były dziecięce, przecież Marcin nie jeden raz udowadniał mu całym sobą – swoim sposobem mówienia, zachowania, że nie był dzieckiem. Ich piękne, wielkie plany były już dojrzałe, choć może przepełnione tylko jego złudnymi nadziejami i marzeniami.
– A co z Agnieszką? – zapytała nagle Hela, a on ponownie obejrzał się i spojrzał dłużej na jej wyrzeźbioną zmarszczkami twarz. – Co z twoim synem? Dlaczego to zrobiłeś? Jak mogłeś? Bruno!?
Mężczyzny oblizał usta i na sztywnych nogach wrócił w końcu za biurko. Kiedy usiadł za nim było mu tak ciężko patrzeć na Helenę, że oparłszy łokcie na blacie schował twarz w dłonie.
– Ja myślałam, że on kłamie. Że zaprzeczysz, Bruno! – dodała gorzko. – Doskonale wiesz jaki on jest! Arogancki i zawsze sprawia problemy i ja myślałam… łudziłam się, że on zmyśla. Że robi to dla frajdy, że chce się może zemścić za jakąś złą ocenę. Tak chciałam, żebyś zaprzeczył – powiedziała zduszonym głosem.
– Chciałbym, Helu – przyznał po chwili Bruno. – Chciałbym móc zaprzeczyć – dodał i spojrzał na nią nieco wystraszony. – Ale ja naprawdę z nim sypiałem, choć nigdy za oceny – powiedział cicho i przetarł dłońmi twarz.
Czując łzy stające mu w oczach szybko wcisnął palce w powieki i zacisnął mocno usta. Przecież właśnie jego życie się kończyło, czuł to całym sobą. Wszystko, co posiadał było tylko ułudą, Marcinem – jego jedyną szansą na przyszłość, na wolność, na szczęście.
– Więc dlaczego? Dlaczego, Bruno! – niemal krzyknęła Hela i spojrzała na niego dłużej. Nie miała pojęcia czy mężczyzna żałuje, czy gra, ale wyglądał jakby naprawdę nie miał już nic do stracenia.
Dyrektor odetchnął głośno przez nos i otarł twarz ręką, po czym odchylił się na oparcie fotela.
– Nie jestem pewien czy spodoba ci się ta historia – powiedział cicho i zmarszczył mocno brwi.
– Powiedz mi! – zawołała kobieta, pochylając się ku niemu i wpatrując się rozpaczliwie w jego twarz. Przecież chciała mu wierzyć.
Wzrok Brunona uciekł gdzieś w bok i zatrzymał się na jego zdjęciu z Agnieszką i Cyprianem, które stało nieopodal na szafce. Drgnięcie serca, które poczuł bardzo boleśnie, zdławiło jego gardło. Nie żałował rozstania, to i tak nie mogło się udać. Naprawdę, ale… gdyby tak zacisnął zęby, nie chciał niczego więcej od życia, niż gry pozorów. Cholera. Dlaczego tego zechciał? Dlaczego w ogóle chciał zacząć żyć na nowo?
– Moje małżeństwo z Agnieszką to zwykła… wiesz… – zaczął i postukał palcami lewej dłoni w ciemny blat. – Kochałem ją przed laty, kiedy się pobieraliśmy. Była naprawdę cudowną kobietą i nadal jest, ale my… ja… przez ostatni czas nie byłem z nią szczęśliwy – mówił półtonem. – Na studiach miałem… incydent z mężczyzną, Jakubem. Nie mam pojęcia co o tym myślisz, ale ja wtedy… wiesz, bałem się taki być. Bycie gejem to taki wstyd, prawda? Taka żenująca, krępująca rzecz, za którą większość ludzi nienawidzi, a inni z zażenowania odwracają się od ciebie, zrywają kontakty. Ja, cóż… zawsze się wstydziłem, nigdy nie powiedziałem o tym nikomu, choć przez długi czas żyłem z Jakubem. W końcu się rozstaliśmy, on mnie zostawił, bo ile można wytrzymać z kimś, kto się ciebie i siebie wstydzi? Kto ma stale wątpliwości, kto ogląda się na innych? Rozeszliśmy się, skończyłem studia, kilka lat później przyjechałem tutaj zacząć nowe, normalne już, życie – powiedział powoli, nawet na nią nie zerkając. Czy mogła zrozumieć, co czuł? A może sama była jedną z tych, którzy po prostu nienawidzą? – Kiedy poznałem Agnieszkę urzekła mnie jej pogoda, uśmiech i to, że przy niej wszystko było takie… łatwe, normalne, sam nie wiem… zakochaliśmy się w sobie, pobraliśmy, Agnieszka urodziła i to wszystko jakoś było – powiedział nieco gorzko. – Ale jeszcze przed narodzinami Cypriana między nami zaczęło się psuć, kochałem ją, ale nie byłem szczęśliwy – przyznał i zamilkł na dłużej.
Helena odetchnęła głębiej wpatrując się w niego uparcie i nie ważąc się odezwać. Miała wrażenie, że to wszystko było za dużo nawet jak dla niej.
– Na jesieni przyszedł do mnie Marcin. W zasadzie często bywał u mnie na dywaniku, bo jak już wspominałaś zawsze sprawiał jakieś problemy. Dobrze wiesz jaki byłem. Zawsze mu pobłażałem, jak dla większości uczniów – dodał i zacisnął na chwilę wargi. – Ale pewnego dnia on przyszedł tu nabuzowany, a później… później mi wyznał, że jest gejem. Bez namysłu założyłem, że dlatego tak się stawia, w końcu wiedziałem, jak to jest. Współczułem mu, chciałem mu pomóc, a on… cóż… później wyznał mi, że się we mnie właśnie zakochał – powiedział wyjałowionym głosem i uśmiechnął się gorzko. – Skrzyczałem go strasznie, że ze mnie kpi, kiedy pewnego razu po lekcji mnie pocałował, byłem wściekły i tak… tak właśnie to między nami się zaczęło – dodał ciszej i odetchnął płytko. – Kolejne kłótnie z Agnieszką, i życie z nią, które stało się więzieniem, wracające wspomnienia z przeszłości… no i on. Marcin. Był jak… – zaczął i zamilkł nagle, czując jak kolejne słowa więzną mu w gardle. Co miał jej powiedzieć? Nawet nie umiał objąć tego słowami, bo Marcin był jak… Jak wszystko co najlepsze, jak spełnienie marzeń, jak dobry sen, jak nowa szansa. – Nie powinienem był – przyznał i skinął głową. – Wiem, ale pokochałem go. Myślałem, że… Gdy tylko skończy szkołę, wyjedziemy, gdzieś, gdzie moglibyśmy żyć normalnie – powiedział czując gorąco na policzkach. – Ale teraz to… chyba już nieaktualne – dodał i zerknął na Helę, wpatrującą się w niego na skraju niedowierzania i czegoś, czego nawet nie mógł nazwać. Odrazy? Współczucia?
– Nie wolno nam – zaczęła drżącym głosem i odetchnęła głośniej. – Nie wolno wchodzić w takie kontakty z uczniami! A on… on nie mówi tak jak ty. On mówi, że go zmuszałeś! Ze szantażowałeś, Bruno! Jak mogłeś mu uwierzyć?! – dodała mocniejszym tonem zaciskając aż pięści na stole. – Wiedziałeś jaki z niego intrygant! Ile razy  mieliśmy z nim problemy!? No ile, Bruno!? – dopytała mocnym głosem, a mężczyzna spojrzał na nią zgaszonym wzrokiem. – Uderzyłeś go? Ma na twarzy wielkiego siniaka, Bruno!
–  A ty mu wierzysz? – zapytał cicho i zaraz spuścił wzrok na jej dłonie. Kolejne zarzuty, nawet nie zrobiły na nim wrażenia. Nigdy nie podniósłby na chłopaka ręki, nigdy by go nie skrzywdził. Przecież tylko go kochał, tylko chciał być z nim szczęśliwy. Nie miał pojęcia dlaczego Marcin mu to robił.
– Ja nie mogę zignorować tego, co ten chłopak ci zarzuca! Tym bardziej, że sam przyznałeś, że… sypialiście ze sobą! – dodała jakby zła, a on skinął głową.
– Wiem, Helu – szepnął i odetchnął płycej. – Czy Marcin jest jeszcze w szkole? Czy mogę z nim pomówić? – zapytał i oblizał usta.
– To nienajlepszy pomysł. Odesłałam go do domu, myślałam, że… że kłamie. Że powiesz coś innego, że jakoś to rozwiążemy – odparła kobieta, a on pokiwał głową. – Wiesz, że muszę zawiadomić policję i kuratorium? – zapytała, a po minie Brunona doszła do wniosku, że ten tak właściwie sam byłby gotów to zrobić. Przecież nie miał już nic do stracenia – była pewna, że tak właśnie czuje.
Bruno wzruszył tylko ramionami i spojrzał dłużej na telefon. Zaraz podsunął go kobiecie i zerknął na zegarek. Uśmiechnął się tylko gorzko na myśl, że miejscowa kuratorka, raczej nie będzie zadowolona, że na koniec dnia trafia się jaj taka sprawa.
Był taki pusty, jakby naprawdę już nic nie miało najmniejszego znaczenia.

Kilka godzin później, będąc już na komisariacie, po obszernych zeznaniach miał wrażenie, że tak właściwe mógłby tam zostać. Na początku jeszcze nie dowierzał w te wszystkie zarzuty, które początkowo usłyszał i miał szczerą ochotę się z nich śmiać.
Ale chyba jego tylko to bawiło, bo zarówno policjanci jak i Małgorzata, kuratorka, patrzyli na niego jak na jakiegoś zwyrodnialca. Bo pobił Marcina, bo zmuszał go do obcowania płciowego, czynności seksualnych, bo go szantażował. A przecież miał być pedagogiem, przecież wydawał się być porządnym mężczyzną.
Po niemal dwóch godzinach powtarzania tego samego nawet już nie łudził się, że będzie lepiej, że to się wyjaśni. A fakt, że zrobił to Marcinowi, chłopakowi, zdawał się być bardziej zatrważający niż samo to, że sypiał z uczniem. Poprawka, że zmuszał go do obcowania płciowego. Boże, nigdy w życiu nie sądził, że te wszystkie cudowne noce mogą zostać tak właśnie nazwane.
Z czasem dłonie zaciśnięte w pięści przestały mu drżeć, a serce, które czasami pobolewało i wariowało także się uspokoiło. I tylko fakt, że kochał Marcina był naprawdę bolesny. Bo jak mógłby przestać? W przeciągu kilku godzin miał zapomnieć? Nawet jeżeli od początku była to gra, jeżeli chłopak od zawsze do tego dążył, by go tak upokorzyć, by go zniszczyć, dla niego było to chyba nieistotne. Kochał go. Tak bardzo.
Pod koniec przesłuchania przestał już powtarzać te same słowa i tępym spojrzeniem wpatrywał się w jasny blat stolika, przy którym siedział. Był tak bardzo tym wszystkim zmęczony, a najgorsze było chyba właśnie to, że zupełnie mu już nie zależało na czymkolwiek.
Z drugiej strony chciał pomówić z Marcinem. Dowiedzieć się czemu to wszystko zrobił, czemu kłamał i co tak naprawdę było kłamstwem. Czy to był ich związek czy może to, co działo się teraz?
Kiedy został zwolniony, i pouczony, że do wyjaśnienia ma pozostać w mieście, zupełnie nie wiedział co ze sobą zrobić. Miał ochotę ich zapytać czy nie mogliby go zamknąć, choć jak zapewniał, nie zmuszał Marcina do niczego, nie pobił go. Później zaczął żałować, że się nie przyznał. Czy w ogóle miał o co walczyć?
Kiedy wyszedł z pokoju w towarzystwie jednego z młodych policjantów ruszył korytarzem w kierunku wyjścia. Był tak rozbity, że sam nie wiedział jakim cudem zdolny jest w ogóle iść.
Nagle z którychś z kolejnych drzwi wyszedł Marcin w towarzystwie swojej matki, a on aż odetchnął głośno i przystanął w miejscu.
– Marcin – wydusił i pomimo tego, że policjant złapał go za ramię szybko ruszył w jego stronę. – Marcin! Dlaczego…? – dopytywał rozemocjonowany i przełknął ciężko ślinę.
Nie zdążył nawet złapać spojrzenia jego pięknych oczy, kiedy wyrósł przed nim inny mężczyzna i odepchnął go mocno.
Bruno zatoczył się do tyłu i uniósł na niego rozbiegany wzrok.
– Ty skurwielu! – warknął wysoki blondyn, a on spojrzał na niego zaskoczony. Szybko domyślił się że musi być to starszy brat Marcina, a złość jaką zobaczył w jego oczach była naprawdę… paraliżująca? – Nie daruję ci tego! – huknął na niego mężczyzna, a on cofnął się o krok i szybko pokręcił głową.
Słowa nie chciały przejść mu przez zaciśnięte gardło i tylko przez ramię napastnika starał się dojrzeć Marcina. Tak bardzo chciał z nim pomówić! Zapytać, czy naprawdę między nimi to koniec. Czy to właśnie tak Marcin chce się z nim rozstać, czy może to wszystko jest po coś… po coś większego. Czuł, że nigdy nie pogodziłby się z tym, że ta miłość, której był ofiarą, jest tylko jedną z szczenięcych intryg, że tak zwyczajnie był ostatnim naiwnym, głupcem, który był tylko zabawką. Że jego serce, jego plany były dla Marcina nic nieznaczącymi idiotyzmami.
– Zobaczysz! Zobaczysz, kurwa, że jeszcze pożałujesz! – ciągnął mężczyzna i ponownie pchnął go mocniej.
– Spokojnie – rzucił jeden z funkcjonariuszy starając się odepchnąć Szmidta od niego.  Zaraz dołączył do niego inny z policjantów i rozdzielono ich.
– Dopadnę cię! Nie myśl, że się wywiniesz!
– Adam! Adam, proszę… – usłyszeli nagle głos matki Marcina, a Bruno przeniósł na nią spojrzenie.
I nagle poczuł się jak prawdziwy potwór. Dlaczego? Czy naprawdę zniszczył chłopaka, jak wmawiała mu kuratorka? I jego matkę, i ich całą rodzinę? Przecież on dążył właśnie do czegoś przeciwnego! Przecież chciał Marcina uszczęśliwić, stać się jego rodziną. Inną niż ojciec alkoholik i nieporadna matka. Przecież tak właśnie Marcin mówił! To były jego słowa.
Kiedy Adam spojrzał na niego tak zimno i twardo, z tak widoczną niechęcią, zrobiło mu się aż mdło. Szybko jednak mężczyzna odsunął się od przytrzymującego go policjanta i prychnął pod nosem.
– Nie daruję – dodał jeszcze chłodnym tonem i zaraz odwrócił się i ruszył w kierunku Marcina i matki.
Bruno obserwował jak obejmuje brata za ramię i dociska do swojego boku, a Marcin odwzajemnił uścisk łapiąc go w pasie, kurczowo zaciskając dłoń na materiale skórzanej kurtki.
Dopiero teraz zaczął panikować, bo to on chciałby być tym, który mógłby Marcina pocieszyć. Objąć i zapewnić, że wszystko się ułoży, że winni zostaną ukarani. Ale obojętność Marcina i jego zarzuty sprawiały, że to on sam czuł się winny. Że był winny.

Kiedy byli już w domu, Adam szybko zadecydował, że Marcin powinien położyć się do łóżka i odpocząć. Nie chciał mu przeszkadzać, ale chłopak bardzo nalegał by z nim został. Ojca w domu jak zwykle nie było, ale nawet gdyby był i gdyby był trzeźwy, matka i tak zadzwoniłaby po niego, Adama. Przecież nigdy nie mieli w nim oparcia. Tym razem jednak Adam nie był za to zły, nie na nią. Matka był roztrzęsiona i tylko wpatrywała się w swoje dłonie zaciśnięte na kolanach, ale nie oczekiwał od niej niczego innego. Ani na przesłuchaniu, ani w ogóle, bo przecież ona zawsze taka była. Nie umiała sobie radzić, to on radził sobie ze wszystkim za nią.
Oderwał wzrok od jej dłoni i przeniósł na leżącego na łóżku Marcina, który przyglądał się jego twarzy.
– Nie będziesz miał problemów w pracy? – odezwał się w końcu siedemnastolatek, a on spojrzał na niego łagodnie.
– Nie. Zawsze byłem nadgorliwym pracownikiem, więc szef bez problemu da mi kilka dni wolnego. Jutro pojadę i go poproszę. Nie możesz być teraz sam  – powiedział i sięgnął do jego policzka.
Przetarł go kciukiem i uśmiechnął się nieco wymuszenie. Cały w środku drżał, nadal niedowierzając temu wszystkiemu, zupełnie jak w chwili, gdy odebrał od matki telefon, a ona powiedziała, by przyjechał na komisariat, gdzie zresztą dowiedział się szczegółów.
– Przepraszam – dodał cicho i oblizał powoli usta. – To moja wina, i tego, że cię zostawiłem – szepnął zduszonym głosem i zerknął na matkę siedzącą pod przeciwną ścianą w fotelu. – Mamo, idź już spać. Ja posiedzę przy Marcinie – dodał.
Róża spojrzała na niego nieco wystraszona i zaraz pokiwała głową.
– Boże, Adam… co my teraz zrobimy? – zapytała cicho i przetarła twarz dłońmi. – Marcin… Adaś… – westchnęła, a mechanik zacisnął mocno zęby. Cholera, tylko na tyle było ją stać? Jasne, kurwa, jasne, ale skąd on miał wiedzieć, co teraz będzie?! – Idź już spać – polecił bardziej zdecydowanym głosem, wiedząc, że jeszcze chwila, a kobieta rozklei się właśnie tutaj. Zupełnie tak, jakby to ona była najważniejsza.
Po kilku długich chwilach Róża w końcu uniosła się z miejsca i podeszłą do łóżka.
– Mój Marcinku – szepnęła nabrzmiałym od łez głosem i  pochylając się do chłopaka pogłaskała go po głowie.
Adam obserwował to chłodnym spojrzeniem, aż w końcu matka uniosła się i wyszła z pokoju, oddychając głośniej. Kiedy zapadła cisza, ponownie sięgnął do policzka brata i pogłaskał go lekko.
– Dlaczego mi nie powiedziałeś? – zapytał cicho, wpatrując się w jego oczy.
Marcin wzruszył ramionami i prychnął pod nosem.
– Co miałem ci powiedzieć? Nie było cię, a… wiesz, Adam – odparł spokojnym tonem. – Ja chciałem tylko… dotrwać do matury, a później wyjechać. Gdyby nie Klaudia nikt by się nie dowiedział – dodał jeszcze, obserwując go zmęczonym wzrokiem. – Nie rozumiem, o co ta cała afera – rzucił, a motocyklista spojrzał na niego surowiej.
– Cholera, to nie są żarty. Nikt nie będzie traktował cię tak, jak ten facet – powiedział ostrzej i zaraz posłał mu przepraszające spojrzenie. – Marcin… – dodał miękko i przysunął się bliżej. – Daj już spokój. Nie musisz udawać – westchnął i ułożył się przy nim na łóżku. – Już cię nie zostawię – szepnął wsuwając rękę na jego policzek i głaszcząc go delikatnie. Widząc tego wielkiego siniaka, miał ochotę krzyczeć. – Spróbuj zasnąć – szepnął i po chwili pocałował go lekko w czoło.
Marcin skinął głową i przymknął oczy.
Po chwili przysunął się bliżej Adama i wtulił twarz w jego tors. Czując jego ramię na swoim boku, uśmiechnął się delikatnie i sam objął go ramieniem.
Nie miał pojęcia, czy Adam nie pamiętał, że sam nabił mu tego siniaka, czy może nie chciał o tym myśleć. Ale widział, że jest zły, że już teraz żałuje, że tak go potraktował, że odszedł. I był pewien, że wróci do niego na dobre, a w każdym razie wszystko szło tak pomyślnie.
Sam musiał tylko się pilnować, by nie przegiąć, bo w końcu nie był typem egzaltowanej panienki. To na Adama zupełnie nie działało. A gdy był taki – nieco pusty i gorzki, Adam nagle uważał, że udaje, że się zgrywa by zamaskować swoje cierpienie. Wszyscy tak myśleli. I Sobczyńska, i matka, no i przede wszystkim Adam. Wszystko było pod kontrolą i na szczęście zaczęło się układać, dokładnie tak, jak to zaplanował.
– Tak mi przykro – szepnął mechanik i wsunął dłoń w jego włosy. Przeczesując je powoli, starał się ochłonąć.
Słuchając tego wszystkiego na komisariacie, szybko zaczął to sobie układać. Choć początkowo był to oczywiście szok. Ale po fali złości przychodziła fala smutku i rozczarowania, sobą, Marcinem i chyba tą cholerną rzeczywistością, która po raz kolejny kopała go w dupę.
Nagle siedząc tam przy matce i słuchając wyjaśnień brata, zdał sobie sprawę, że jedynym wyjściem jest udawanie. Udawanie, że zapomniał o wszystkim, co było między nimi złe, o tym jakie wcześniej miał zarzuty co do Marcina. Przecież zawsze ostatecznie mu ulegał, odcinał się od tego złego, przez gryzące go sumienie. Marcin został skrzywdzony, a on… on go zawiódł. Zupełnie tak, jak przed laty, kiedy nie zdążył i pięść ojca dosięgała też Marcina. To chyba tego oczekiwał od niego siedemnastolatek, że tak właśnie będzie się czuł.
Po kilkudziesięciu minutach Marcin zasnął, a Adam odsunął się od niego delikatnie i przesunął wzrokiem po siniaku. Przecież pamiętał tamten wieczór, bo ciągle miał do siebie żal za to uderzenie. Może to ono było tym punktem kulminacyjnym, który rozsierdził chłopaka? Nawet, jeżeli gdzieś rodziły się w nim wątpliwości i chęci odsunięcia się od tej chorej sprawy, czuł, że nie może im ulec. Nie mógł zawieść Marcina. Czuł, że właśnie tak, grając razem z nim, odpokutuje to wszystko, co dawniej mu zrobił.
Kiedy uniósł się z łóżka, przeszedł do biurka i wyjął z szuflady papierosy brata, uchylił okno. Podpalił zapalniczką trzymanego między wargami fajka i zaciągnął się nim mocno.
Nie wierzył mu. Ani jedno jego słowo nie mogło być prawdą, przecież Marcin, nawet gdyby faktycznie był zmuszany do seksu i tak coś by dla siebie ugrał. A ten dyrektor? Już po jego oczach było widać, że jest zupełnie zagubiony w tym, co Marcin robił, co mówił. I pewnie co gorsza, jeszcze beznadziejnie się zakochał. Tak naprawdę, Adam, prędzej uwierzyłby, że to Marcin uwiódł nauczyciela, niż w to, że to chłopak był do czegokolwiek zmuszany.
Oczywiście, Adam nie zamierzał się z nikim dzielić tymi przemyśleniami. Nagle chyba bał się zadzierać z Marcinem. Czy gdyby mu się postawił, sam zostałby też oskarżony? Chociażby o gwałt? Nie wspominając już o tym, że przecież przez lata mógł zmuszać Marcina do kazirodczego seksu, prawda? W końcu chłopak mógł tego nie chcieć. I przecież nikt nie wiedział, że później sam się tego domagał, sam do niego przychodził.
Adam nigdy by nie przypuszczał, że w całej swojej perfidii, Marcin może robić coś takiego. Nie wiedział też po co?  Ale bał się zapytać, bo chyba lepiej było mieć przychylność chłopaka, zwłaszcza gdy ot tak sam mógł zostać oskarżonym. Nie rozumiał tego fenomenu, czemu do cholery wszyscy tak wierzyli Marcinowi? Co on w sobie takiego miał? Czemu nikt nie widzi tego, co widzi on?
Mogło być też tak, że brat po zakończeniu tej chorej akcji odpuści i jemu. Że kiedy ją wygra i zgarnie dla siebie to, czego chciał, to zapomni o nich, jako kochankach, że w końcu się odczepi.
Wyglądając przez okno, mężczyzna jęknął w duchu bezradnie. Co miał zrobić innego? To nie wyglądało już na jedną z głupich marcinowych gierek. A w każdym razie była ona o wiele poważniejsza niż to, co wyczyniał do tej pory. Zastanawiało go tylko, czemu chłopak nie oskarżył tamtego faceta o gwałt? Czemu nie poszedł dalej tylko w taki sposób się droczył? I czy to było jego winą? I tego, że przed laty się z nim przespał? Czy naprawdę tylko ta jedna decyzja, mogła mieć takie właśnie skutki? Zrobił z chłopaka coś takiego?
Ryzykowne było pytanie Marcina o cokolwiek, podobnie jak sprzeciwianie mu się teraz. Miał wrażenie, że dzisiaj, kiedy jeszcze przy matce, brat się w niego wpatrywał, jego oczy wręcz krzyczały: wiedziałem, że wrócisz! Może tego właśnie chciał najbardziej? Usidlić go znowu, uwiązać i mieć nad nim władzę. Cholera, nie miał pojęcia już co robić, ale faktycznie był jego więźniem.
Jasne, że mógł nie przyjeżdżać, a gdy matka do niego zadzwoniła, że są na komisariacie to zwyczajnie to olać. Ale gdy już usłyszał jego historię, wolał nawet nie myśleć, jak zareagowałby nastolatek, gdyby go zignorował.
Zagubiony, palił powoli nie mogąc uwierzyć, że dzień, który rozpoczął w niewinnych i czułych ramionach Kamila, kończy właśnie w tych zaborczych i zimnych rękach brata. Boże, czuł, że powinien wziąć za to wszystko odpowiedzialność, nawet jeżeli nie chciał, nawet jeżeli miałby się poświęcić, udawać, że wierzy Marcinowi, i razem z nim zniszczyć tego faceta. Ale cholera, nie był przecież taki. Nie był taki jak Marcin.  Ale może, kiedy wszystko się uspokoi, on będzie mógł wrócić do Kamila? A może lepiej byłoby Małemu, gdyby się rozeszli? Przecież tamta bójka i to wszystko, do czego zdolny był Marcin, mogło ponownie dotknąć też Małego, a tego Adam by już sobie naprawdę nie wybaczył. Nigdy.
Kiedy poczuł łzy bezradności stające mu w oczach, szybko zaciągnął się papierosem, który trzymany w  dłoni spalił się już niemal do połowy. Boże, gdyby tylko wiedział wtedy to, co teraz wie, nigdy nie trąciłby Marcina. Albo gdyby wiedział to wszystko później, nigdy nie zacząłby spotykać się z Kamilem. Tak bardzo chciał go uchronić przez tym, co złego może mu się stać właśnie przez niego.
Po kilku chwilach wyrzucił peta przez okno i wyszedł z pokoju. Po cichu przeszedł przez korytarz i w  skarpetach wyszedł na klatkę schodową. Było bardzo późno, ale wybrał numer Kamila i przyłożył telefon do ucha.
– No cześć – usłyszał nieco zaspany, ale ożywiony głos chłopca. – Co tak późno dzwonisz? Skończyłeś już pracę? A może jesteś pod domem i liczysz na kolejna schadzkę? Wiesz, mama…
– Kamil – przerwał mu Adam i odetchnął ciężej. – Musimy porozmawiać, wiesz? Stało się coś strasznego – dodał, a kiedy chłopiec zaczął mu przerywać szybko pokręcił głową. – Spotkajmy się jutro, dobrze? O której kończysz lekcje?
– O trzynastej trzydzieści, ale Adam… – zaczął od razu Kamil wyraźnie przestraszony. – Co się stało? Nie strasz mnie…
– To… rodzinna sprawa. Nic mi nie jest, to dotyczy… Marcina – szepnął i obejrzał się na drzwi prowadzące do mieszkania. – Podjadę pod szkołę jak będziesz kończył. Musimy pomówić. Kocham cię. Naprawdę. Najbardziej – zapewnił, czując jak zaczynają drżeć mu ręce. – Nie znienawidź mnie – dodał i oparł się o ścianę.
– Ale… ale Adaś… powiedz mi, proszę – westchnął już nieco płaczliwie Kamil. – Co się stało, bo mówisz tak, jakbyś…
– Kamil. Muszę kończyć – uciął mężczyzna starając się, by jego głos brzmiał zwyczajniej. – Ale kocham cię. Nie bój się. Wszystko będzie dobrze, bo ja… kocham ciebie, a ty kochasz mnie. Pamiętasz? – dopytał, miał wrażenie, niemal rozpaczliwie.
– Pamiętam, Adaś… – szepnął chłopiec i odetchnął ciężej.
– To do jutra, Chomiczku – dodał nieco naiwnie licząc, że Kamil się chociaż roześmieje.
– Dobranoc, Adasiu – westchnął tylko chłopiec i zaraz Adam zerwał połączenie.
Kiedy wrócił do pokoju, szybko zajął miejsce obok śpiącego brata i objął go ramieniem. Muszą tylko to przetrawiać. I przetrwają. Na pewno, pomyślał zaciskając oczy i wracając myślami do dzisiejszego, bajkowego poranka.

Reklamy

14 thoughts on “Synowie Rosemary 24 – Więzień

  1. Nie! Ja płaczę, serio. To nie może się tak skończyć… A jednak mam wrażenie, że to opowiadanie pozbawione jest happy endu. Nie wiem, kogo mi najbardziej szkoda, chyba Brunona, bo się zakochał i uwierzył w miłość tego zakłamanego chłopaka. Zaufał mu i poświęcił dla niego wszystko, całe ówczesne życie, a teraz co? Ma za to iść siedzieć? Żeby chociaż częściowo zasłużył na taką karę. Jakby nie wystarczyło, że kochanek wbił mu nóż prosto w serce. Ok, wplątał się w romans z uczniem, nie powinien był czegoś takiego robić, ale się zagubił. Chciał być szczęśliwy i myślał, że z Marcinem to szczęście uda mu się osiągnąć. To Marcin mu ciągle powtarzał, że go kocha i go uwiódł. Wina Brunona polega tylko na tym, że mu zaufał, że uwierzył w jego kłamstwa, że go pokochał i chciał w końcu być szczęśliwy.
    Kamila mi szkoda prawie na równi z Brunem. To niewinny chłopak, który się zakochał w osobie z takimi problemami jak Marcin. Gdyby nie on, naprawdę mógłby być szczęśliwy z Adamem. I może nie wyszłoby na jaw przed całą szkołą, że jest gejem. Bo jestem niemal pewna, że to Marcin rozpuścił o nim tę plotę.
    Nie ma nadziei dla Marcina. Chłopak jest zepsuty do szpiku kości i raczej nie ma szans, żebym go polubiła. Moja jedyna nadzieja, to ta, żeby Adasiek nie wrócił do punktu wyjścia. Cieszę się, że nie jest ślepy i doskonale widzi, że jego braciszek sobie to wszystko ukartował, ale na nic to się nie zda, jeśli da mu tą satysfakcję i do niego wróci.

  2. Jest mi smutno, bo choć to opowiadanie tak bardzo porusza zostawia u mnie niedosyt z zakresu szczęścia. Nie wiem może wymagam zbyt wiele od życia ale nie rozumiem Marcina który mial szanse na jakąś sensowną przyszłość u boku Bruna ktory zostawił dla niego WSZYSTKO…a on wciąż biegnie do brata z którym musialby sie ukrywac NAWET jeśli cos by z tego wyszlo. Para Adama i Kamila jest jedynym źródłem pozytywnym w całym tym burdelu wiec wewnètrznie się trzęsę o ich relacje.

    Gdzies tam w srodku wciąz mam nadzieje, źe Marcin bedzie z Brunem…Adam z Kamilem i będzie super rózow, nawet jesli rozsądek podpowiada ze to nierealne.

    Pozdrawiam, a co do bloga zasmuca mnie fakt ze publikujesz tak rzadko…rozumiem masz juz dosc i jestes zmeczona ale opowiadanie powinno sie dokonczyc a nie je opozniac bo jesli ktos tak jak ja zmylony tym ze to juz koncówka zaczyna czytac choc nigdy nie czyta nieskończyonych opowiadań jest zawiedziony.

    Pomimo tego wszystkiego blog jest wysokiej klasy, a Twoje umiejętnosci wysokie i jedynie z tych powodów wciąż tu zaglądam.

    Powodzenia i weeeny.

    1. W ogóle to dzień dobry. Odpisałam już na jeden Twój komentarz ale się nie przywitałam. Bez sensu. :I
      Także witam ciepło. C:
      Synowie to chyba nie jest opko nastawione na szczęście etc. Niestety. Obawiam się, że Marcin jest, cóż, zaślepiony tym co sobie uroił, o Adamie, który przecież przez lata zupełnie nie próbował tych jego urojeń krygować. Ale właśnie, żeby nie było tak źle i tragicznie jest jeszcze Kamil. Nie wiem, czy to da się wyczytać z tekstu, ale on naprawdę kocha Adama, a Adam jego. To jest pewnik. c:

      Niestety, tak to wszyło z tym blogiem. Opowiadanie oczywiście będzie zakończone, nie porzucam go przecież. C: Domyślam się, że nastawiłaś się na coś innego. Przykro mi, że tak wyszło, ale staram się też nieco ochłonąć i dojść do tego co dalej, więc potrzebuję troszku więcej czasu.
      Super, że doceniasz moją pracę. Dziękuję!

      Pozdrawiam,
      Inga

  3. Hej hej :)
    Zapowiada się jakby smutny koniec całego opo. Dziwnie, ale ileż emocji! xd
    Biedny Bruno, biedny Adam, biedny Kamil, który przecież o niczym nie ma prawa wiedzieć, biedna mamusia Marcina, biedna pani Hela i biedna Agnieszka. Tylko Marcin się trzyma, chuj :)
    No nie mogę się doczekać, Adam musi się w końcu złamać. I całkiem rozsądnie robi, że nie chce braciszkowi otwartej wojny wypowiadać. c; No nic, miałam nadzieję na rozmowę Marcina i Bruno, ale może jeszcze zdążą. Ciekawe na ile Bruno pójdzie siedzieć, bo raczej pójdzie. Po facecie w sumie :l
    Tęsknię troszkę za tymi pierwszymi rozdziałami, przed Kamilem. Kiedy był sobie Adaś i Marcin jeszcze razem bez problemów, które nie dotyczyły ich jakby oddzielnie. A teraz na tyle się rozmijają, że nie wyobrażam sobie, żeby mogli razem się na przykład śmiać już kiedykolwiek. Ależ romantyczne zdanie c:

    1. Złego licho nie bierze, wiec Marcin ma duże szanse wyjść z tego wszystkiego cało. Niestety. Heh.
      Łamią się chyba wszyscy po kolei, prócz naszego małego demona. To takie okropne Dx Brunona tez mi szkoda. Ale może jakoś się z tego wykaraska? C:
      Zdanie ładnie i faktycznie romantyczne i na pewno prawdziwe. Nie ma siły by między nimi było jeszcze dobrze.
      Pozdrawiam cieplutko

  4. Dopiero teraz udało mi się przeczytać i żałuję, że tak późno… ale to było straszne. Normalnie płaczę…
    Nawet nie wiem, jak to skomentować. W tym jednym rozdziale jest tak przytłaczająca ilość goryczy, że trudno jest się uwolnić od tego klimatu na długo po skończeniu lektury.
    I najstraszniejsze w tym wszystkim jest to, że Adam zdaje sobie sprawę z tego, że wszystko może być intrygą młodszego brata, a mimo wszystko chce być dla niego wsparciem. Cóż… Marcin osiągnął to, czego chciał.
    Mam już ciary na samą myśl o rozmowie Adama z Kamilem. Jeśli tylko wyjaśni mu tak dużo, jak myślę, to będzie naprawdę spory szok dla Małego ._.
    Pozdrawiam <3

    1. Mam wrażenie, że w kolejnych nie będzie lepiej. Niestety. Taki urok (?) Synów. :I
      Heh, ja nie jestem pewna, czy az tak wiele zależy po prostu od wolnej woli Adama i tego czy naprawdę, chce brnąć w to wszystko z Marcinem. Brnie, to prawda, ale z tym chceniem to tak różnie bywa. A Marcin, ech, dopina swego. Dopina… :<
      Trzymaj się! <3

  5. Nie wiem nawet jak to skomentować, ręce mi opadają. I powieki też, ale to nie jest aż tak ważne. Zacznę może tak: naprawę jestem pełna podziwu dla twoich umieumiejętności kreowania postaci, na blogach grupowych nie odpedziłabyś się od chętnych na wspólne wątkowanie. Każda z nich jest genialna, chociaż nie każdą uwielbiam.
    Biedny Bruno, gdzie ten facet ma jaja, by się wkurzyć i udowodnić, że ta wywłoka wszystko nawymyślała? Cieszę się, że u Adama obudziły się wątpliwości.
    Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział.

    1. Dziękuję. Obawiam się jednak, że już w obyciu nie jestem aż tak znośna i nie każdy by wytrzymał wspólne wątkowanie ze mną. xDD Znam tylko jedną panią, która to znosi i dzięki bogom. xDD
      No może jak Bruno już dojdzie do porządku dziennego nad tym, że jego świat się zawalił i w ogóle, to może, może postanowi zawalczyć, o ile znajdzie jakikolwiek ku temu powód.
      Pozdrawiam C:

  6. Wiedzialem, ze on sie nie zmieni. Brak mi juz slow na Marcina. Zal mi Adama i moze teraz Brunona troche, bo w sumie nie jest winny, oczywiscie nie zmienia to faktu, ze go nie lubie. Nie moge sie doczekac nastepnego rozdzialu, bo tam bedzie sie dopiero dzialo. Rozmowa z Chomiczkiem. Ciekawe jak zareaguje. Licze na drame, bo je kocham :D

  7. Ou.. Marcin dopiął swego.. A Adam zawsze może jakoś skontaktować się z Bruno.. Skoro i tak już domyśla się prawdziwych intencji brata. Przez chwilę miałam schiza, że Adam faktycznie wróci do relacji wykraczających poza braterskie.. Ale dobrze, że w jakiś sposób się uodpornił.
    Najwaźniejsze, by Kamiś jakoś dał sobie wszystko wytłumaczyć i wysłucha całej historii.
    Zapytam niegrzecznie, czy już wiesz ile rozdziałów maja SR? Bo tak dochodzimy do jednego z momentów kulminacyjnych i ciekawi mnie ile jeszcze zwrotów akcji może być. Oczywiście pi razy w oko xD

    1. Nieee, mam wrażenie, że Adam jest już nieco silniejszy i tak prędko nie ulegnie, o ile w ogóle. Na szczęście.
      Ale nie jestem pewna, czy umiałby jednak postawić się aż tak. Przecież ma sporo za uszami. :<
      Ja jestem większym niegrzeczniakiem, ale nie wiem zupełnie ile jeszcze. Mniej niż dziesięć. Tak myślę. Już mi się robi szkoda, że to już tuż tuż…. :<

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s