Synowie Rosemary 28 – Ten gorszy

Odkąd powiedział w domu, że jest gejem, nie miał chyba okazji być z rodzicami blisko, a może raczej nie miała miejsca żadna kryzysowa sytuacja, która pokazałaby, co naprawdę rodzice myślą o tym wszystkim. Jasne, ojciec często sobie z niego żartował, a matka co chwilę wymyślała jakieś chore scenariusze, ale ogólnie żyło im się bardzo spokojnie. Nie wiedział nawet, czy dalsza rodzina wie cokolwiek na temat jego preferencji lub czy rodzice się po prostu go wstydzą. I czasami naprawdę chciał, by stało się coś, co pokazałoby jak jest w rzeczywistości.
Ale, Boże, nie coś takiego.
Nie sądził nawet, że dzisiejszy dzień może skończyć się tak źle. Przecież oprócz tego, że Adam milczał, było całkiem w porządku. Był na próbnym treningu do miejskiej drużyny siatkówki i nawet spodobał się trenerowi. Oczywiście znali się z widzenia, bo mężczyzna nieraz bywał na międzyszkolnych rozgrywkach i tylko czekał, aż będzie mógł pozbierać nową kadrę z młodziaków.Co prawda Kamil zawsze uważał, że póki będzie uczęszczał do liceum pozostanie wierny jednej drużynie, tej od której zaczynał, ale skoro los postanowił inaczej, nie zamierzał siedzieć i narzekać. Wiosenny nabór miał być jego nowym startem i dzisiaj czuł, że mu się uda. Miejska hala była duża i dobrze wyposażona, a chłopaki z drużyny wydawali się być w porządku. I wszystko zapowiadało się naprawdę idealnie.
Dopiero kiedy ojciec przyjechał go odebrać i wracając zatrzymali się w jednym z marketów na zakupy jego życie nagle po prostu się zatrzymało. Do tej pory wspominał słowa komendanta Ambrożego, którego spotkali na parkingu i choć minęło już kilka godzin nadal miał ochotę wymiotować. W głowie ciągle kołatały mu się słowa mężczyzny: „głowa roztrzaskana jak arbuzek”, miał jednocześnie ochotę się śmiać i po prostu płakać. Arbuzek? Boże, nie mógł sobie tego wyobrażać, bo od razu zaczynał drżeć mocniej i ciągle coś gorzkiego podchodziło mu do gardła.
Skulony na plastikowym krzesełku drżał i wzdychał co chwilę nieco żałosnym wzrokiem obserwując siedzącego naprzeciwko ojca. Miał ochotę go przepraszać za kłopot, ale czuł, że gdyby tylko uchylił usta wydarłby się z nich jedynie szloch. Wolał więc zacisnąć zęby i w milczeniu wpatrywać się w jego zmęczone, czerwone oczy, które co raz przecierał palcami. Sam chyba wyglądał jeszcze gorzej.
Nigdy nie spotkał się z sytuacją, w której mieliby jakiekolwiek trudności w ich miejskim szpitalu. Może i na OIOMie wyglądało to inaczej, ale na innych oddziałach? Ortopedii czy onkologii, gdzie swego czasu leżała jego babcia nigdy nie robili problemów z odwiedzinami. Teraz też, ordynator nawet nie wnikał za bardzo czemu aż tak wytrwale czekają na Adama, którego miano niedługo przywieźć na oddział. Zresztą po raz kolejny przydały się tu znajomości ojca, który znał chyba większość policjantów i lekarzy z miasta.
Kamil czuł, że mężczyzna chce mu coś powiedzieć. W każdym razie zerkał na niego tak dziwnie czasami i uchylał lekko usta. Ostatecznie jednak zasłaniał je dłońmi i nadal siedział. I czekał.
Chłopak odetchnął po raz kolejny i spuścił stopy na podłogę wbijając wzrok w jasne linoleum, którym wyłożony był niedługi korytarz.
– Myślisz, że… powiedzą mu? – zapytał po kilku minutach walki ze swoim głosem.
Ojciec uniósł na niego nieprzeniknione spojrzenie.
– Jeżeli będzie przytomny i jeżeli zapyta, to na pewno – powiedział spokojnie.
Kamil zadrżał mocniej i zaczerwienił na policzkach.
– Wiesz, bo ja… ja nie wiem nawet czy jego rodzice o mnie wiedzą – szepnął mając nadzieję, że pomimo dzielącej ich szerokości korytarza ojciec go słyszy. – Myślisz, że… to w porządku, że tu jestem? – zapytał jeszcze ciszej.
Ojciec zmarszczył mocniej brwi i skinął głową.
– Myślę, że tak – powiedział od razu i posłał mu lekki uśmiech. – To nie jest teraz najważniejsze. Adam na pewno się ucieszy, kiedy ciebie zobaczy.
Kamil skinął głową i skulił się mocniej wtulając twarz w kolana. A co jeżeli nie?
Mijające godziny zmuszały go do myślenia i albo wariował, albo ostatnio Adam naprawdę chciał się z nim pożegnać. To wszystko było tak skomplikowane. Ale wspomnienie jego słów, spojrzenia, tego strachu w jego oczach sprawiały, że czasami nasuwała mu się myśl, że on to zrobił specjalnie. Że to wcale nie tak, że było aż tak ślisko, że stracił panowanie, że nie miał szans wyhamować, że jechał za szybko. Przecież ile razy Kamil z nim jeździł? Nawet po zaśnieżonych ulicach. I Adam był bardzo ostrożny, nie wariował, nie popisywał się, był świetnym kierowcą. Czasami nawet Kamil miał wrażenie, że miłość, którą darzy motocykl nie pozwala mu na to by zadać maszynie jakąkolwiek rysę. A skoro tak, czy to na pewno nie był wypadek? Czy chciałby skasować motor? Skasować siebie i… Marcina?
Za wszelką cenę starał przypomnieć sobie wczorajsze popołudnie i to o czym rozmawiali. Na pewno trochę o niczym, trochę o Marcinie. Ale tamten seks po szkole był taki inny… taki, że gdy teraz to wspominał, miał ochotę płakać. Pamiętał, że nigdy wcześniej nie kochali się tak intensywnie, a Adam nie był taki… zachłanny? Choć zawsze patrzył na niego z miłością, wtedy w jego oczach było jeszcze coś, coś co dopiero teraz zrozumiał. I tamto uczucie, kiedy już się rozstali. Nie wierzył, że to się tak skończy.
Ale Adam żył i tego Kamil musiał się trzymać. Żałował tylko, że nie umiał go zatrzymać, zrozumieć, bo teraz nie musiałby gubić się w domysłach i tych strasznych obrazach zalewających jego głowę.
Nie miał pojęcia jak wiele czasu minęło kiedy w końcu w wąski korytarzyk wcisnęło się szerokie łóżko, ledwie mieszczące się w przejściu. Kamil od razu poderwał się do góry z bijącym mocno sercem i choć bał się, że nogi się pod nim ugną, stał jak wmurowany wpatrując się w siną nieco twarz mężczyzny leżącego w białej pościeli. Kiedy złapał jego zamglony wzrok niemal się nie rozpłakał głośno i jedynie wcisnął się mocniej w ścianę za sobą. W niemym szoku wpatrywał się jak pielęgniarze wjeżdżają łóżkiem do sali i dopiero, kiedy chciał za nim ruszyć, poczuł jak ojciec zatrzymuje go łapiąc za ramię.
– Poczekaj chwilę, niech go ułożą i podepną – powiedział tak zwyczajnym głosem, że Kamil aż spojrzał na niego w szoku.
– Co? – szepnął nic nie rozumiejąc i oblizując zeschnięte wargi.
– Usiądź – polecił mu ojciec, a kiedy chłopak to zrobił, ten od razu zajął miejsce przy nim. – Jest połamany, stracił sporo krwi, w dodatku całodzienne badania na pewno go zmęczyły. Dajmy lekarzom chwilę, muszą go ułożyć na wyciągu, założyć cewkę i tak dalej – dodał, a Kamil spojrzał na niego bez zrozumienia.
– Nie ma jego rodziców – powiedział tylko zduszonym głosem, a ojciec skinął głową.
– Może… może są z Marcinem – rzucił, a Kamilowi aż zarżała mocniej warga.
– A ty? Wolałbyś być z Marcinem czy… – zaciął się czując jak stojące w oczach łzy w końcu zaczynają spływać mu po policzkach. Czy to było okrutne? Nie miał pojęcia czy faktycznie rodzice Adama są w kostnicy, ale czy to nie było niesprawiedliwe? Że nawet teraz tak jak zawsze najważniejszy był Marcin, choć Adam przecież nadal walczył o życie.
– Nie wiem, Kamil. Wolałbym nie podejmować takich decyzji – powiedział po chwili ojciec, a on aż skulił się mocniej i zaraz otarł powieki.
Dopiero po kilkudziesięciu minutach mógł wejść na salę. W niewielkim pomieszczeniu stały jedynie dwa łóżka, w tym jedno puste. Drugie zajmował Adam. Dosyć niepewnym krokiem chłopak podszedł do niego i zacisnął dłonie na nieco pordzewiałej barierce szpitalnego łóżka, tylko lekko przemalowanego białą emalią. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, coś w nim pękło jeszcze mocniej, ale bez słowa przeszedł dalej i w końcu usiadł na niewielkim taborecie i podsunął go bliżej.
– Cześć – szepnął wpatrując się w oczy Adama. Wolał widzieć je niż nogę na wyciągu, niż opatrunek na głowie i siniak na pół twarzy. – Adam… – wydusił widząc, jak kochanek ucieka od niego spojrzeniem. – Proszę… bałem się. Odezwij się do mnie, jeżeli możesz – jęknął Kamil mając ochotę tylko płakać. Powoli sięgnął do jego ramienia i pogładził je niemal w powietrzu. – Kocham cię… – szepnął jeszcze i zadrżał mocniej. Zaraz też złożył głowę na pościeli tuż przy ramieniu mężczyzny i zatrząsnął się od płaczu. Czy czuł ulgę? Sam nie wiedział. Chciał sobie wmówić, że przecież najważniejsze, że Adam żyje.
Kiedy usłyszał jak drzwi się otwierają uniósł na nie mokre spojrzenie i szybko poderwał się z łóżka, gdy jego wzrok padł na niewysoką kobietę. Ta tylko pokręciła głową i szybko podeszła do Adama, oddychając ciężko.
– Zabiłeś go, Adam – wydusiła, chyba już nie zważając na łzy bezustannie płynące jej po policzkach. – Zabiłeś mojego synka, Adam – dodała tonem, którego Kamil wolałby chyba nigdy nie słyszeć. Nie miał pojęcia czy cokolwiek mogłoby brzmieć okrutniej i zimniej, ale skoro jego to bolało, jak musiał czuć się Adam? – Mówiłam ci… prosiłam cię, żebyś uważał. Żebyś nie jeździł z nim po nocy, a ty…! Ech ty…! Nie wybaczę ci… nie wybaczę…! Zabiłeś go – powtórzyła mocnym tonem.
Przez moment Kamil miał wrażenie, że sam wolałby, by krzyczała lub płakała, ale ona, matka Adama, tylko patrzyła tak na niego… Tak zimno, tak jakby zupełnie nie cieszyła się, że Adam przeżył.
– Zabiłeś Marcina, Adam – powtórzyła jak w amoku wpatrując się w mężczyznę nieco rozbieganym spojrzeniem ciemnych oczu. – Wolałabym byś to był ty, Bóg mi świadkiem, Adam. Wolałabym byś to był ty… Zasłużyłeś na to ty, a nie Marcin. On był dobrym chłopcem… lepszym niż ty… Wolałabym by to Marcin żył – powtarzała to tyle razy, że Kamil był już bliski wypchnięcia jej z sali. Nie mógł tego znieść, nie wierzył, że mogła mówić coś takiego, coś tak okrutnego i bolesnego.
Kilka nienawistnych spojrzeń później wyszła z sali, a on na drżących nogach wrócił do łóżka. Widząc łzy na policzkach Adama szybko zakrył twarz rękoma i sam rozpłakał się cicho. To tak bardzo bolało.
– Adaś… ja cię kocham – powiedział po chwili zduszonym głosem i sięgnął delikatnie do jego dłoni. – Ja cię kocham – szepnął mocniejszym tonem. Bardzo chciał, by to mu wystarczyło.

Jeszcze przed przyjściem matki jedyne co czuł to ból. Ból połamanych kości, ból obitej głowy. Taki mocny, fizyczny ból, przywołujący we wspomnieniach moment, w którym się ocknął jeszcze, kiedy leżał w śniegu, a biegający wokół ludzie coś krzyczeli jakby w innym języku, albo za jakimś grubym szkłem, przez co zupełnie ich nie rozumiał. Później ciemność. A później już rażące światło szpitalnej lampy.
Kiedy tylko się przebudził pierwszym co poczuł był ten sam ból, a gdy po jakimś czasie i pewnie za sprawą jakiejś kroplówki odzyskał świadomość odważył się zapytać o Marcina. Pamiętał, że gdy lekarz mu powiedział, że chłopak nie żyje poczuł coś dziwnego. W każdym razie nie był to żal.
I dopiero gdy przewożono go na inny odział uświadomił sobie, że ten żal musiało stłumić znieczulenie, bo stopniowo ten zaczynał narastać. Piętrzyć się w nim i obejmować całe jego ciało, tak, że nawet fizyczny ból byłby dla niego ulgą.
Rozbiegane myśli nie umiały znaleźć żadnego punktu zaczepienia, nawet gdy napotkał spojrzenie tego chłopca, tak rozkosznie w nim zakochanego. I on też go kochał, prawda? Więc dlaczego poczuł się tak źle, gdy usłyszał jego zapewnienia o miłości? Nie zasłużył na nie, przecież zasłużył na śmierć.
I faktycznie, kiedy usłyszał to z ust matki poczuł jakąś ulgę. Mogła go nienawidzić. Miała prawo. W końcu zabrał jej lepsze dziecko do innego świata, w końcu zabił jej ukochanego Marcinka.
Tylko, że to wcale nie tak miało być. Miała płakać za nich obu, za Marcina i może troszkę też za niego. A teraz? Teraz znowu był tym złym synem. Zaraz, a może i wcale już nim nie był? Czy ona właśnie się go wyrzekła? Mogłaby to zrobić. Może i on by przestał za nią tęsknić.
Słone łzy płynące po jego policzkach paliły skórę, ale on nie miał nawet siły by unieść zdrową rękę i się podrapać. Słysząc płacz Kamila, zapadał się bardziej w sobie.
Czuł się jak jakiś potwór, który wszystkich, których kochał doprowadzał do łez. Kamila, matkę. Czy Marcinowi zdarzało się za przez niego płakać? Nie, Marcin taki nie był. On był inny. Ubiegła noc spędzona w pensjonacie uświadomiła mu, że chłopak kochał go w jakiś dziwny sposób. Może i nie umiał tego zrozumieć, ale teraz już nawet nie chciał. Tylko, że myślenie o nim teraz było zbyt trudne. Myślenie o czymkolwiek. O tym co zrobił ubiegłej nocy dla siebie, dla Marcina, dla nich wszystkich. Nie mógł o tym myśleć. Był już naprawdę zmęczony, zniszczony. Nie umiał nawet wczuć się w tę pustkę, którą pozostawiły w nim słowa matki. Tylko jednego był pewien, że faktycznie na jego miejscu powinien leżeć Marcin.
– Adaś – usłyszał nagle przy sobie i skierował spojrzenie na skulonego przy łóżku chłopca. Był tak słodki i niewinny, tylko całą buzię miał zapuchniętą od łez.
– Nie płacz – szepnął chrapliwie choć sam poczuł jak z jego oczu silniejszą falą płyną łzy. – Kamil. Idź do domu… – westchnął.
Chłopak spojrzał na niego dłużej i pokręcił głową.
– Zostanę, nie chcę, żebyś był sam – powiedział cichutko i przysunął się bliżej. – Adaś… wiem, że jesteś zmęczony, ale nie poddawaj się, proszę – dodał przez łzy i posłał mu zadziwiająco mocne spojrzenie. – Ja wiem, że to boli i mnie… mnie też boli. Ale ja ciebie kocham, ja cieszę się, że żyjesz, wiesz? Nie wiem co bym zrobił gdybyś… – zaczął i pociągnął głośno nosem.
– Jak to…? Nic. Żyłbyś dalej – powiedział ochryple Adam i przymknął oczy.
– Pewnie tak… pewnie masz rację. Ale jeżeli mogę, wolę żyć z tobą – dodał cicho Kamil pochylając się ku niemu. – Ja wiem, że możesz mnie mieć za głupiego, naiwnego smarkacza, ale odkąd jesteśmy razem to ja… ja już nie widzę siebie przy nikim innym, wiesz? Tylko ciebie tak mocno mogłem pokochać… spójrz, może nawet za… za nią. To mnie dostałeś za nią, za ojca, za to wszystko, co złe ci się przytrafiło. To na mnie musiałeś czekać, bo na pewno nikt nie pokochałby ciebie szczerzej, uwierz mi – dodał i zapłakał cicho. Przez chwilę walczył ze łzami i duszącym jego gardło szlochem. – Ja nie wiem, co tam się stało… nie wiem czemu wczoraj mówiłeś tak, jakbyś… ale daj nam szansę, skoro przeżyłeś, to na pewno znaczy, że tak powinno być. A ja… ja mam tyle planów na życie… na studia, na wszystko i wiesz, że ty w nich też jesteś…? Nie rób mi tego. Kocham cię – powtórzył wpatrując się w niego rozpaczliwie. Czuł, że za wszelką cenę nie może już mu pozwolić odejść tak, jak zrobił to wczoraj. Przecież dostali kolejną szansę, nie mogli jej zmarnować.
Nie miał pojęcia czy Adam mu wierzył, ale przecież tak właśnie było. W swoich marzeniach zawsze był siłą Adasia, jego oparciem. Miał plany, że gdy skończy liceum i pójdzie na studia, to mężczyzna wyjedzie razem z nim, że zamieszkają razem, że będą naprawdę zgraną parą. Przecież to niemożliwe by się sobą kiedyś znudzili, by się rozstali. Czy miłość nie była silniejsza niż cokolwiek innego? On w to wierzył i choć nie umiał powstrzymać łez, wierzył, że to co czuje na pewno i tym razem uratuje Adama. Tak, jak dawniej.
Przecież gdy zaczęli się spotykać Adam był inny – przez Marcina, przez dom, do którego musiał wracać. I to przy nim tak… rozkwitł? Zaczął się śmiać więcej i po prostu się zakochał. Kamil widział to przecież. Widział te wszystkie zmiany w kochanku, widział też, że i on go kocha. Był pewien, że to teraz to tylko kolejna próba, kolejna przeszkoda, za którą na pewno kryło się jeszcze więcej szczęścia i słońca niż mogli sobie wyobrazić.
– Zaufaj mi, proszę – szepnął cichutko i uniósł się wyżej. – Mogę…? – zapytał zerkając na jego wargi stęsknionym spojrzeniem.
Adam zawahał się dłużej i w końcu skinął głową. Kiedy chłopak pocałował go delikatnie, miał wrażenie, że jakaś niewielka ilość ciężaru, który go przytłacza powoli ustępuje. Kiedy ich spojrzenia ponownie się spotkały odetchnął płycej i pokiwał głową.
– To trudne… Marcin, on… nie… nie żyje… – wydusił Adam i choć wiedział, że to prawda, brzmiało to zbyt abstrakcyjnie.
– Ale ty tak – powiedział mocno Kamil, aż zaciskając pięść na kołdrze zakrywającej tors i biodro mężczyzny. – I ja już nie pozwolę, żeby coś poszło nie tak. Zobaczysz! Zobaczysz, Adaś…! – dodał zdeterminowany. – My… zobaczysz, Adaś. Obiecuję, że będziemy szczęśliwi.
Adam wykrzywił lekko usta w czymś co mogło od biedy wyglądać na uśmiech. Skinął powoli głową i pociągnął nosem. Miał wrażenie, że naprawdę zapomniał już jak silny potrafi być Kamil. Przecież to on go wyrwał z rąk Marcina przed kilkoma miesiącami, przecież na dobrą sprawę to on pokazał mu jak to jest kogoś kochać i być z tym kimś normalnie. I to było tak wspaniałe uczucie. Warte poświęceń, warte starania się. I on chciał się starać. Gdy słuchał takich słów, jego serce aż podrywało się do góry przepełnione nadzieją, bo na pewno nikt inny nie umiałby go rozbudzić tak jak Kamil. W jego ustach wszystko brzmiało tak prawdziwie i prosto. Jakby faktycznie Adam jednym ruchem mógł przekreślić swoją przeszłość, wczorajszą noc i ten wypadek. Jakby nie liczyło się nic prócz ich uczucia, jakby ono mogło zastąpić wszystkie inne, nawet matczyną miłość, za która od lat tak gonił. I czy tak nie było? Przecież w ramionach tego chłopaka umiał nie myśleć o tym jak bardzo bolało bycie tym gorszym synem.
I tylko gdyby umiał nie myśleć o Marcinie. O tym, że o ile do tej pory dusił go w swoich gorących ramionach, teraz jego zimne palce wbijały się jego gardło i tamowały oddech. Gdyby tylko umiał odepchnąć te słowa, które nadał wisiały w powietrzu.
Zabił go, naprawdę go zabił.
Nie miał pojęcia czy o tym zapomni, czy uda mu się usunąć spod powiek obraz pustych oczu brata, uparcie wpatrujących się w niego szklanym już spojrzeniem i oskarżających go o całe zło, które przeżyli. Nie wiedział jeszcze czy naprawdę tamtej nocy umarł tylko Marcin, czy może wraz z parującą, gorącą krwią roztapiającą śnieg uleciała też i jego dusza, w ten chory sposób spleciona z duszą brata.

Reklamy

16 thoughts on “Synowie Rosemary 28 – Ten gorszy

  1. Mimo że uśmierciłaś Marcina, a nie Adaśka, to i tak się popłakałam. Nawet jeśli w duchu czasem życzyłam mu śmierci, to tak naprawdę nie chciałam, żeby umierał. Ale może tak jest dla niego lepiej? Przecież w końcu jego cierpienie się skończyło… Adaś zamierzał odejść na tamten świat i zabrać ze sobą brata, ale nie wziął poprawki na to, że któryś z nich mógł przeżyć wypadek. Cieszę się, że Adaś jednak przeżył. Będzie mu ciężko z tym, że zabił brata, a sam przeżył, ale myślę, że z Kamilkiem u swojego boku jakoś uda mu się przez to wszystko przejść. Jak przeczytałam o tej rozwalonej głowie, to do ostatniej chwili myślałam, że to adasiowa głowa. Mimo wszystko odczułam tylko niewielką ulgę, jak wyszło, że to jednak Marcin.
    Niewiele tekstów, które przeczytałam, wzbudziło we mnie tyle emocji i to tak bardzo sprzecznych. Nie wierzę, że tak długo zwlekałam, żeby je przeczytać. No nic, pędzę czytać epilog.
    Pozdrawiam i życzę weny

  2. No chuj.
    To znaczy rozdział jak zwykle piękny, ale chyba moje odczucia przewidziałaś troszkę :)
    Ech, jestem tak zdruzgotana, że nawet porządnego komenta nie skleję. Trudno xd
    Oby Adam i Marcin wyjechali z miasta i żyli długo i szczęśliwie, ale chyba nie przeczytam epilogu. Chyba że będzie mnie bardzo kusiło. ^^
    No. Koniec :C
    Życzę wszystkim jak najlepiej i uciekam płakać/kminić po Marcinku. A raczej po braciszkach, nie po tym chuju małym. Którego polubiłam, przynajmniej tę jego część, którą „kochał” Adama. :’)
    No dobra, nie będę płakać. Ale czuję taki skurcz w żołądku że pewnie nie zasnę jeszcze chwilę. :)
    Dzięki Inga za to opowiadanie <3 Nie moje ulubione, ale przejmujące jak jasna cholercia.

    A teraz… co teraz. :l Czuję się, jakbym skończyła dlugą książkę i nie wiem, który świat jest dla mnie wazniejszy w tym momencie xd
    No. Muszę nadrobić Amarantine, bo przecież uwielbiam, chociaż siedzę cicho c:

    1. O rany, mam nadzieję, że epilog Cię skusi jednak. xDDD Nie bądź takim twardziakiem i ulegnij! xD
      Jej, to znaczy, ze ‚chujem’ określasz Kamila? Biedny! Może kiedyś jednak będzie miał okazję się zrehabilitować? Oby!

      Marcina też mi szkoda, ale naprawdę, naprawdę moje serce czuje, że tego potrzebował. Spojrzenia na świat z innej perspektywy i jeżeli nie smaży się w piekle (a wierzę, że nie!) to teraz ma na to szansę. C: Gdyby żył, na pewno wiele jeszcze lat spędziłby na miotaniu się z Adamem czy bez niego, a i tak koniec byłby niepewny.

      Dzięki za komentarz i jak najbardziej zapraszam na drugiego bloga. Może ilość zawartej w nim słodyczy ukoi nieco rozczarowanie i ból, po śmierci Marcina.

      <333

  3. Hej. ;)

    Mam mieszane uczucia co do tego rozdziału. Obawiam się, że zawsze kiedy autor zakończy opowiadanie śmiercią bohatera, jest oskarżony o „pójście na łatwiznę”. W Twoim przypadku się z tym nie zgodzę.
    Niemniej jednak wolałabym, byś zakończyła to odrobinę inaczej. Cholernie szkoda mi obu braci, a Marcina szczególnie. Adam będzie strasznie cierpiał i trudno mi wyobrazić sobie jego życie po tym wypadku. Jeszcze trudniej byłoby mi jednak odwrócić sytuację. Moim zdaniem Marcin nie dałby sobie rady ze świadomością że Adam nie żyje.
    Swoją drogą ciekawie byłoby przeczytać takie alternatywne zakończenie. ;)

    Czytając opowiadania o tematyce slash bardzo łatwo się wzruszam, a już tym bardziej przy tego typu rozdziałach, ale tym razem Twój tekst nie wywarł na mnie takiego wrażenia. Nie płakałam wcale, choć podejrzewam, że nie wynika to z braku Twoich umiejętności, a z tego, że bardzo mało uwagi poświęciłaś Marcinowi, a reszta dotyczyła ckliwych tekstów Kamila, którego nie lubię. Rozpisałabym się i jeszcze napisała wiele o tym czemu w tym rozdziale znów mnie zirytował, ale pewnie będzie to już zakrapiało o czepialstwo,więc sobotę daruję.

    Abstrahując od fabuły, gratuluję zakończonego tekstu i mam nadzieję, że wyprodukujesz jeszcze coś tak dobrego, bądź nawet lepszego. :)

    Pozdrawiam,
    Kajna.

    1. Heej C:

      Na pewno alternatywne zakończenie było być przeczytać ciekawie, ale sama nie wiem czy bym chciała. ‚Synowie’ dla mnie mają coś w sobie takiego, że teraz kiedy już wszystko jest na swoim miejscu, tak, jak chciałam jako autorka, to naprawdę myślę, że alternatywne zaskoczenie mogłoby zburzyć mój spokój, który z trudem odzyskałam. xD Ale podzielam Twoją opinię, Marcin pewnie nie poradziłby sobie ze śmiercią brata, zresztą Adamowi też łatwo nie będzie. Jednak o ile Adam ma w sobie jakieś pokłady nadziei, o tyle Marcin… cóż myślę, że wiele padłoby ofiar, gdyby Marcinowi przyszło radzić sobie z taką stratą. Ale nie chcę już tego roztrząsać. Marcin nie żyje i zarówno ja i on jesteśmy już spokojni.

      Szkoda, że nie lubisz Kamila. Myślę, że pewne jego cechy mogą irytować, ale na pewno też ma kilka zalet, za które warto spojrzeć na niego łaskawiej i je docenić. Może jak kiedyś wrócisz do tego opowiadania, to też je dostrzeżesz i nawet go polubisz? c:

      Dziękuję i mam nadzieję, że jeszcze nie raz uda mi się Ciebie wzruszyć w niejednym opowiadaniu. Nic straconego! C:

      <33333

  4. I po raz kolejny doprowadziłaś mnie do łez ;;
    To było jednocześnie takie ładne i takie smutne…
    „Nie miał pojęcia czy faktycznie rodzice Adama są w kostnicy…” Ten moment mnie zupełnie wgniótł, strasznie mi przykro, że Marcin musiał umrzeć. Co prawda cieszę się, że chociaż Adam żyje, choć zdaje się, że jemu taka wersja wydarzeń odpowiadała najmniej, ale… No ale Marcin ._.
    Mam nadzieję, że teraz chociaż Kamilowi i Adamowi zacznie się jakoś układać, może coś dobrego z tego wszystkiego wyniknie ;;
    Pozdrawiam <3

    1. Dziękuję i przepraszam (choć tak naprawdę cieszę się bardzo, bo według mnie łzy Czytelnika to wielki komplement C:).
      Wydaje mi się, że pomimo tego, że z zasady złego licho nie bierze (tylko czy Marcin był aż taki zły? No chyba nie…), to ludzie żyjący tak, jak Marcin kończą w podobny sposób. Niestety. Adaś na pewno wolałby do niego dołączyć, bo coś mi się wydaje, że powrót do ‚normalności’ będzie dla niego niemałym wyzwaniem.

      Dziękuję i również gorąco pozdrawiam!
      <3

  5. Może duch Marcina będzie obecny w życiach osób, które od siebie uzależnił, manipulował etc. Ale za jakiś czas wszyscy odetchną z ulgą i tego im życzę. Takiego nowego startu, który nie będzie mieć w sobie cienia Marcina.
    Teraz Adaś ma szansę na happy end.

    1. Mam taką nadzieję i po cichu liczę na to, że ten marcinowy duch nie zacznie mnie prześladować. Oby z pomocą Kamila, Adaś z tej szansy skorzystał. Mimo wszystko. c:

      Dziękuję za komentarz i do zobaczenia!

  6. O BOŻE
    BOŻE MIŁOSIERNY
    ALE JA CIE KOCHAM, SERIO
    W KOŃCU UŚMIERCIŁAŚ TEGO SKURWIELA XD
    Mam nadzieję, że między Adasiem i Kamilem się ułoży, i mechanik przestanie żyć przeszłością, bo w oczach innych i samego bruneta jest lepszym synem, tym, który zasłużył na najlepsze, tym, który jest ofiarą w tym wszystkim.

    Weny, weny, weny i czaaaasu! 💕
    I powodzenia w szkole!!!!1 💕

    *Twoja Hopie*

    1. Ojej. xD
      Nie nazwałabym tak Marcina, ale tam… xDD Wydaje się, że to świetna okazja dla Adama, by się otrząsnąć, tylko czy Marcin aby na pewno umarł? Obawiam się, że dla samego Adasia to nie takie proste, a to co ich na pozór rozdzieliło mogło jeszcze bardziej związać. Niestety.
      Ale ja tez wierzę w cudowną moc miłości Kamila i w to, że prędzej czy później mu sie uda uleczyć Adama. W mojej głowie jeszcze tylko kilka okropnych przejść dzieli ich od sielankowego życia, ale o tym może kiedy indziej. C:

      Dziękuję za kolejny komentarz. Tobie też życzę powodzenia. C:
      <3

  7. Damiann mi spojlerował :( i na dodatek straszył, że Adam umarł. Czym prędzej więc wzięłam się do czytania. I powiem szczerze, że mam mieszane uczucia. To był pierwszym rozdział, który mnie nie zadowolił – stylistycznie wszystko ładnie, błędów nie zauważyłam i całość jak zawsze świetnie napisana, tak lekko i przyjemnie – dla mnie jednak pomysł na pociągnięcie (a może i zakończenie) wątku fabularnego nie był strzałem w dziesiątkę. Zapewne nie tylko ja zastanawiałam się jak wszystko rozegrasza, ale nie slodziewałam się takiego drastycznego końca, mam wrażenie że poszłaś łatwiejszą drogą i uśmierciłaś bohatera tym samym nie idąc w banał, że Kamil się dowie o romansie braci. Był to motyw wyczekiwany przez wielu, jak będą się wszyscy zachowywać gdy zostanie odkryta prawda. I chyba właśnie tak wolałabym żeby potoczyły się ich losy. Nie lubiłam Marcina, ale w jakieś ułamkowej części rozumiałam jego motywacje i było mi go szkoda – teraz naprawdę czuję się źle, że umarł a Adam jeszcze mentalnie został skopany przez swoją matkę. Mam wrażenie, że za bardzo skrzywidziłaś obie postacie w opowiadaniu, przez co obecnie mój odbiór jest teraz nieco mniej pozytywny niż z początku. Teraz Adam będzie musiał żyć ze świadomością, że zabił brata, którego tak bardzo skrzywidził już kiedyś – to jest niewyobrażalne cierpienie. Teraz tylko mam nadzieję, że będzie lepiej niźli gorzej.

    1. Ach ten Damiann! Okrutnik xDD
      Szkoda, ale rozumiem, że nie zawsze uda mi się wstrzelić w gusta wszystkich Czytelników. Tak to już jest.
      Mam wrażenie, że tak trochę się rozminęłyśmy w pewnym momencie, bo wbrew pozorom celem Synów nie było to, by wszyscy się dowiedzieli. Tak po prawdzie nigdy nie rozważałam nawet tego co stałoby się gdyby Kamil się dowiedział. Ja bardziej skupiałam się relacji braci pod kątem tego jak obaj sobie z nią radzą, a nie co się stanie gdy wszyscy się dowiedzą. Wiem, że na to liczyliście, ale hmm.. to chyba nie w moim stylu. Jeżeli mogę tak powiedzieć. Tekst nie był nastawiony na happy end, a Marcin od początku miał zginąć.
      Nie wiem czy wyjście jest łatwiejsze. Może dla mnie tak, po części, ale ostatnio żal mi Marcina mocniej niż na początku, więc trochę beczę. Jednak jeżeli chodzi o Adama, obawiam się że chcąc się uwolnić i planując ich śmierć, niestety nie wziął poprawki na ten błąd, który się wydarzył, i który związał ich jeszcze mocniej. Obawiam się, że teraz Marcin jest i pewnie jeszcze długo będzie w nim żywszy niż kiedykolwiek.
      Ale wydaje mi się też, że w pewien sposób jest to uczciwe zakończenie ze względu na Marcina. W każdym razie sama chyba po raz pierwszy kiedy o nim myślę, czuję spokój. C:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s