Synowie Rosemary. Epilog

Adam nie pamiętał już nawet kiedy popołudniowe drzemki stały się jego codziennym rytuałem. Ale z drugiej strony co miał robić, kiedy nadal siedział na zwolnieniu, połamana noga była sztywna i nie dawała się roztrenować, i wszystko, dosłownie wszystko waliło mu się na głowę?
Dni spędzał zazwyczaj na przewalaniu się z kąta w kąt, oglądaniu telewizji i udawaniu, że conocne koszmary są tylko koszmarami, zwykłymi koszmarami, które po takim wypadku mógłby mieć każdy. Tym bardziej on.
Za nic nie przypomniałby sobie nocy, którą przespał całą, w której nie budziłby się zlany potem zaplątany w wilgotną pościel. Niby dopiero pół roku minęło, tylko sześć długich miesięcy, ale on miał wrażenie, że już wiele lat żyje w ten sposób – niemal zamknięty w swoim mieszkaniu, jak w więzieniu, którego udało mu się uniknąć. Jeszcze podczas przesłuchań, podburzany przez Kamila chciał walczyć o swoje życie wierząc, że zasłużył w końcu na pieprzony spokój i szczęście, ale ostatnio bardzo rzadko te myśli gościły w jego głowie. Nagle to ta mała kawalerka stawała się celą, do której powinien był trafić za zabicie Marcina.
Kiedy drżąc uniósł się do siadu na kanapie, przetarł dłonią twarz i rozejrzał się po pomieszczeniu. Było czysto i cicho, ale jak kiedyś nie znosił ciszy, tak teraz wręcz ją ubóstwiał. Lubił się torturować wspomnieniami Marcina, udawać, że nadal w pewien sposób brat jest przy tym. Tak zupełnie i szczerze czuł, że w ten sposób jakoś ukarze się za to, co mu zrobił.
Kamil zawsze mu powtarzał, że to, że żyje jest nową szansą, ale on doskonale wiedział, że nie. Całym sobą czuł, że to jego pokuta i chciał ją znosić, chciał się jej poddawać. Dlatego też nie starał się za bardzo opierać Marcinowi. Czuł go w sobie, przy sobie, jakby brat nadal żył, nadal był tuż obok. I tak pewnie było, chłopak na pewno to w nim przeżyje kolejne lata, bo przecież nigdy nie da o sobie zapomnieć.
Po chwili Adam odkrył leżący na jego nogach koc i spuścił nogi na podłogę. Pomimo końcówki lata on nadal marzł, myślami ciągle wracając do tamtego zimowego wieczoru. Czy chciał cofnąć czas? Nawet nie. Wierzył, że to dobrze, że Marcin odszedł. Że w końcu jest spokojny, że nie musi już cierpieć przez niego, przez to jak jedną decyzją zniszczył mu życie.
Popołudniowe słońce grzało mocno, sprawiając, że w mieszkaniu było dosyć duszno, pomimo tego, że już z rana zasłonił rolety, by nie wpadało bezpośrednio do pomieszczenia. Chcąc się unieść z kanapy sięgnął po opartą o fotel kulę i podpierając się na niej stanął w końcu na nogi. Dopiero gdy to zrobił, przeszedł do lodówki, z której wyjął piwo i po otwarciu go, zaczerpnął kilka orzeźwiających łyków. Później już jak zawsze wrócił na kanapę, sięgnął po pilot i włączał jeden z programów nadających niemal non stop żenujące seriale paradokumentalne. Co gorsza zaczynał się łapać na tym, że podoba mu się takie życie. Czego mógł chcieć więcej?
Wpatrując się w ekran, szybko jednak odpłynął. Jego myśli kolejno podążały ku matce, która już od niemal pół roku nie dawała znaku życia. Z tego co dowiedział się przypadkiem w sklepie, nie działo się u niej zbyt dobrze. Nie łudził się, że to nie jego wina, że nie zniszczył i jej życia. Miał przecież do tego talent. I choć nie wiedział dokładnie co jest na rzeczy, wyobrażał sobie jak wspólnie z ojcem zapija żal po Marcinie. Wiedział, że wyrzucono ją z pracy w kwiaciarni, wiec zostało jej jedynie sprzątanie. Akurat, żeby mieć na rachunki i na butelkę wódki dla siebie i Roberta. Czuł, że tak właśnie teraz żyje, ale mimo tego, nie umiał zdobyć się na odwagę by, tam pojechać. Jak miałby spojrzeć jej w oczy? Choć wiedział, że to prawda, nie chciał znowu usłyszeć z jej ust, że to nie Marcin powinien był zginąć, a on. Przez to też nie miał odwagi pójść na cmentarz i zapalić choćby jednej świeczki dla brata. Coś podpowiadało mu, że nie ma prawa tego robić. To zbyt mocno bolało i pomimo upływu czasu to te słowa, które matka wypowiedziała wtedy w szpitalu były jednym z najgorszych koszmarów. Drugi było o Marcinie. O jego szarych, mokrych oczach spozierających na niego z kałuży krwi i wciągających go do siebie. Nie miał pojęcia czemu jak dureń się opierał, czemu się temu nie poddawał. Przecież chciał tego. Chciał dla siebie wszystkiego najgorszego i nie czuł, by cokolwiek potrafiło go wskrzesić.
Sam się gubił w tym wszystkim. Bo czy Marcin umarł sam, czy może zabrał go ze sobą, zostawiając tu tylko cień? A może jednak obaj nadal żyli?
Dopiero dźwięk przekręcanych w zamku kluczy obudził go z letargu. Kiedy odchylił głowę do tyłu, jego spojrzenie padło na Kamila, który jako jedyny potrafił go nieco odciążyć od czarnych myśli. Na jego widok spojrzenie Adama stało się nieco żywsze i cieplejsze.
– Cześć! – krzyknął chłopak odstawiając na podłogę przy drzwiach dużą torbę i plecak, i ściągając z nóg buty. Kiedy już zdjął obuwie porwał torbę do góry i ruszył z nią do środka – Mama ugotowała ogórkową i upiekła trochę żeberek – rzucił, a przechodząc obok niego pochylił się tylko do krótkiego całusa i zaraz przeszedł do kuchni, gdzie zaczął wyjmować jedzenie z pojemników. – Jest jeszcze ciepłe, to chodź. Już nakładam – rzucił przez ramię, sięgając ręką do szafki nad zlewem i wyjmując z niej dwa białe talerze do zupy. Kiedy je napełnił postawił je na blacie oddzielającym kuchnię od reszty pomieszczenia i spojrzał wyczekująco na Adama. – No dalej. Nie po to pędziłem tak szybko, żebyś jadł zimne – powiedział i zaraz roześmiał się głośno. – Rany, zachowuję się jak dobra żonka, co? – rzucił ze śmiechem, ale odwrócił się do szafki po to, by wyłożyć na talerz żeberka i ziemniaki. Kiedy wszystko już wylądowało na blacie, zajął swoje miejsce po jednej z jego stron i szybko złapał za sztućce. – No Adaś, chodź. Umieram z głodu – jęknął i uśmiechnął się szerzej na widok mężczyzny.
Dopiero po chwili, Adam odstawił butelkę na stolik i przyciszył telewizor, po czym kuśtykając o kuli podszedł do taboretu i usiadł na nim dosyć ostrożnie. Objął wzrokiem cały ten poczęstunek i uśmiechnął się blado.
– Twoja mama się postarała dzisiaj – powiedział jak niemal zawsze, gdy Mały przynosił mu jedzenie z domu, a to zdarzało się bardzo często.
– No, smacznego – rzucił tylko chłopak i szybko zaczął jeść. – O boooże, tak mi dobrze – westchnął pomiędzy kolejnymi łyżkami i przymknął aż oczy.
Siedzący naprzeciwko mężczyzna skinął tylko głową i sam powoli zaczął jeść zupę.
– I jak było na treningu? – zapytał wyważonym tonem, a chłopak spojrzał na niego szybko.
– Szuper – powiedział z pełną buzią, rozgryzając gorące ziemniaki zaraz je przełknął. – Trener powiedział, że na tych zawodach we wrześniu może już mnie wystawi w drugim secie – rzucił i aż się zatrząsł ze szczęścia. Widząc to, Adam tylko skinął głową i sięgnął do jego głowy.
– To wspaniale – powiedział cicho poklepując go lekko. – Ile można grzać ławę? – puścił do niego oczko i zaraz wbił wzrok w swój talerz.
– No. Ale przyjdziesz? – zapytał jeszcze chłopiec wbijając w niego spojrzenie szmaragdowych oczu. – Proszę, bardzo mi na tym zależy – westchnął, a Adam nie umiał się oprzeć i ponownie pokiwał głową.
– Pewnie, Mały. Jakbym mógł przegapić twój debiut – dodał ciepłym głosem i zamieszał łyżką w talerzu. – Ale masz apetyt – zaśmiał się widząc, że chłopak już kończy zupę i zaraz nakłada sobie solidną porcję ziemniaków i kilka dużych żeberek.
– Nie miałem czasu zjeść na przerwie, a dzisiaj mieliśmy taki wycisk! Trener ostro nas piłuje przed tymi zawodami – dodał tylko zaczynając obgryzać mięso z kości i dopiero gdy spojrzał na talerz Adama zatrzymał się w pół ruchu. – A ty? Może byś cos zjadł? Więcej niż trzy łyżki? Jesteś jak dziecko, Adaś – zganił go, choć posłał mu zaniepokojone spojrzenie i niemal niezauważalnie przełknął ciężej ślinę.
Wiele kosztowało go zachowanie tak dobrego nastroju, a za każdym razem bał się tego, co zastanie u Adama. Choć przychodził codziennie, nigdy nie mógł mieć pewności, czy Adam w porywie złości czegoś nie zniszczył, albo czy w ogóle wstał z łóżka i choć trochę się ogarnął. To było niemal jak ruletka, a on bał się tych dni, kiedy mężczyzna miał naprawdę podły nastrój. Nie zdarzało się to jednak aż tak często, ale kiedy już miało miejsce, cała pewność siebie i zawzięcie Kamila wsiało na włosku. Nie poddawał się jednak i powoli uczył się stawiać Adamowi, kiedy ten był zły czy tak rozgoryczony, że i na niego potrafił tylko krzyczeć. To nie było łatwe życie. Pilnowanie Adama by jadł, by nie pił za dużo, by ćwiczył nogę i by się nie poddawał. Ale czy życie Adama nie było jeszcze trudniejsze?
Nie raz gdy spędzali razem noce, Kamil, przerażony starał się wybudzić mężczyznę z koszmarów, a czasami widząc jego łzy, czuł jak coś rozkraja jego serce. I całym sobą wiedział, że to był Marcin, ten przeklęty Marcin, który nawet zza grobu stale ich nękał i dręczył. Kamil bał się czasami, że nie ma wystarczająco dużo siły, by go pokonać, skoro nawet martwy jest przerażająco żywy, ale wtedy nadchodził poranek i kolejny, kolejny dzień, w którym był dzielny. Musiał być. Chciał przecież ocalić Adama, siebie i sprawić, by ich życie z dnia na dzień stawało się lepszym. To był jego cel i czuł, że dzięki temu chyba jak nigdy dotąd, miał okazję stać się mężczyzną. Nie Kamilkiem, nie uroczym chłopcem Adasia, a facetem, który jak każdy facet umie zadbać o kogoś, kogo kocha.
– No, na co czekasz? – burknął na Adama, a mężczyzna jedynie odetchnął ciężej i zaraz wlał w siebie kilka kolejnych łyżek zupy. – No i to rozumiem – rzucił Kamil uszczęśliwiony kolejnym małym sukcesem. – A, ojciec chciał, żebyś mu pomógł trochę przy aucie. Mówił, że coś stuka w zawieszeniu – dodał jeszcze i zaraz władował w siebie dużą łyżkę ziemniaków.
– No pewnie. Mógłbym – zgodził się Adam i uśmiechnął blado.
– To może jutro? I zostaniemy u mnie na noc, okej? – zaproponował jeszcze chłopiec, a on jedyne, co mógł zrobić, to tylko pokiwać głową i zgodzić się. Nie umiał odmówić niczego Kamilowi, ani jego rodzinie. Widział, że i oni się starają być dla niego jak najlepsi widocznie mu współczując tego wypadku i śmierci Marcina. Kamil też musiał im powiedzieć, że matka się go wyrzekła, bo momentami dostrzegał, jak starają się, by czuł się u nich jak u siebie, jak w domu. Tylko czy to było możliwe? Czasami go to kuło w oczy i irytowało, a czasami sprawiało, że miał ochotę jedynie płakać, czując, że nie zasłużył na tyle dobroci.
Kiedy miał już dosyć jedzenia odsunął od siebie talerz i oblizał lekko wargi.
– Dzięki – rzucił zdawkowo i pociągnął lekko nosem, z którego bez przerwy niemal sączył się katar.
Kamil widząc, że kochanek zjadł chociaż zupę uśmiechnął się krótko i po kilku chwilach odłożył na talerz wylizane kostki i westchnął głośno.
– Och! Pycha – rzucił i zaraz sięgnął po sok wypijając od razu pół szklanki. – Teraz czuję się jak nowonarodzony – zaśmiał się, lecz szybko zeskoczył z taboretu i zaczął sprzątać po obiedzie. Widział, że Adaś mu się przygląda, wiec robił to z jeszcze większym zapałem, a zmywając talerze zaczął nawet nucić pod nosem piosenkę, która od rana za nim chodziła. Po zmywaniu przetarł jeszcze blaty i wysuszył je czystą ściereczką, a później odwrócił się by przyjrzeć się krytycznie mieszkaniu mężczyzny.
– W miarę czysto – powiedział tylko i odwiesił ścierkę przez uchwyt piekarnika. Później już spojrzał dłużej na Adama, który jak zazwyczaj zajęty swoimi myślami, siedział podpierając głowę na ręce i przyglądając mu się nieobecnym już nieco wzrokiem. Podszedł do niego i ujął go za rękę, delikatnie wsuwając się między jego uda.
– To co? Mamy trochę czasu dla siebie – powiedział łagodnym tonem opierając się plecami o krawędź blatu. Adam od razu wsunął dłonie na jego boki i bez słowa pokiwał głową. – Może obejrzymy razem jakiś film? Albo… mmm… ostatnio pomyślałem, że póki jest ciepło może pojechalibyśmy nad jezioro? Pod namiot i w ogóle, co ty na to? – zaproponował z lekkim uśmiechem i objął mężczyznę za szyję.
– Sam nie wiem, chce ci się? – zapytał Adam widocznie sceptycznie do tego nastawiony.
– Bardzo – powiedział szybko Mały i pomasował go lekko po karku. – Nie mogę pozwolić żebyś zdziczał w tym mieszkaniu – powiedział i pogłaskał palcami jego szorstki policzek. – Powinieneś się już ogolić – dodał lecz pochylił się i ucałował delikatnie skórę mężczyzny.
– To rozkaz? – zaśmiał się Adam, lecz od razu pokiwał głową. – Wiem, wiem, że tak… – rzucił na wydechu i powoli oparł czoło o ramię chłopca. – Tylko ja tak bardzo nie mam siły – szepnął przymykając powieki i oddychając zapachem chłopca. Naprawdę go uwielbiał. Był niemal jak dom.
Kamil skinął głową i wsunął dłoń we włosy mężczyzny. Bawił się nimi krótką chwilę choć nie były zbyt przyjemne w dotyku.
– Kiedy ostatnio się kąpałeś? – zapytał nagle i uniósł ku sobie jego twarz. Widząc jego pociemniałe spojrzenie, zdobył się na uśmiech i zmarszczył nieco nos. – Może wykąpiemy się razem, co? – zaoferował się jak zawsze i sięgnął ustami do jego warg. – A później obejrzymy nowego Bonda, Tomek mi zgrał – dodał szybko i pocałował go czule. – Zgódź się tylko – szepnął całując go nieco mocniej.
W końcu poczuł, jak Adam oddaje pieszczotę i odetchnął uspokojony. Uwielbiał o niego dbać i chciał to robić. Chciał też spędzić dzisiejszą noc z Adamem i kochać się z nim, sprawić by pożądanie zagłuszyło nieco wspomnienia, a przyjemność ukoiła ból.
– Kocham cię – szepnął po chwili Adam i odrywając się od jego warg, spojrzał mu dłużej w oczy. – Gdyby nie ty, już bym pewnie zapleśniał – zaśmiał się, ale przytulił go do siebie mocno.
Chłopiec zaśmiał się tylko i oddał silny uścisk, czując ogromne ciepło zalewające jego pierś gdy słyszał te dwa słowa. To tak wiele dla niego znaczyło.
– Może, może – rzucił lekkim tonem i jęknął tylko czując jak mocno obejmują go ukochane ramiona. – Całe szczęście, że jestem, co? – dodał ciszej, nie odsuwając się ani na milimetr.
Zawsze w takich spokojnych chwilach obiecywał sobie, że będzie już na zawsze. Choć wiedział jak wiele przykrych myśli musi mieć Adam stale nękany przez przeszłość, on umiał sobie wyobrażać tylko to, jak wspaniałą przyszłość mają szansę jeszcze dzielić.

Silnik zaburczał cicho, kiedy Bruno przekręcił kluczyk w stacyjce. Nie czekał już na nic, po porostu wrzucił bieg i ruszył z podjazdu, nie mając ochoty nawet się za siebie oglądać. Zresztą co takiego za sobą zostawiał? Syna? Byłą żonę i dom, który zbudował? Też coś, prawda?
Miał wrażenie, że gorycz wylewa mu się aż uszami, a poczucie niesprawiedliwości dusi w środku. Nie liczył na nic szczególnego po Agnieszce, już dawno przecież przekonał się, jak zimna potrafi naprawdę być. Ale nie chciał jej współczucia, choć w głębi serca liczył, że choć ona nie postawi na nim krzyżyka, jak wszyscy. Czasami go bawiło to jak szybko z ‘porządnego mężczyzny’, stał się ‘ostatnią łajzą’, a później już pedałem, zwyrodnialcem i tak dalej.
Ale Agnieszka? Jej chłód był chyba najbardziej bolesny, podobnie jak to, jak kategorycznie zabroniła mi kontaktów z Cyprianem. Rozumiał jej motywację, w końcu ojciec z tak pięknym życiorysem nie byłby dla małego nigdy powodem do dumy, niemniej, mogła mu pozwolić chociaż się pożegnać, bo w końcu było to pożegnanie na zawsze.
Jasne, że nie byłby dobrym ojcem, na pewno nie lepszym niż ten cały Jarek, który pretendował do tego tytułu, ale co jej szkodziło? Taki mały gest na pożegnanie? Nim tamten mężczyzna zacznie grać ojca, dobrego męża i partnera, spłacając ich kredyt i wychowując ich syna.
Może to było okrutne o naiwne, że po tym, jak wystraszeni znajomi Marcina zaczęli zeznawać, że to wszystko było ‘tylko zabawą’, myślał wszyscy jakoś spojrzą na niego łaskawiej. No i spojrzał sąd, choć komisja dyscyplinarna odebrała mu prawo wykonywania zawodu, łaskawiej spojrzał jeden z właścicieli kamienic na obrzeżach miasta, gdzie mieszkał przez ubiegłe pół roku no i szef jednej z chłodni, gdzie mógł sobie dorabiać i zająć się czymś, by nie zwariować zupełnie.
Nie spostrzegł nawet kiedy w przeciągu tych miesięcy stał się tak cyniczny i obojętny, ale to jakoś się działo samo. Nigdy taki nie był. Zawsze sądził, że będąc dobrym dla innych, sam otrzyma dobro, ale teraz, nawet jeżeli zawinił tylko głupotą, nawet jeżeli chciał pozostać dla innych przyjaznym facetem, niemal wszyscy patrzyli na niego wrogo bądź łaskawie ignorowali. Czuł się jak napiętnowany i z czasem musiał postarać się o dobre zabezpieczenie w postaci arogancji i przede wszystkim o twardy tyłek, bo nagle każdy lubił sobie na nim wyładować swoją frustrację, choćby przez idiotyczne komentarze rzucane w kolejce w markecie.
Ale żył z tym. Jakoś. Byle do wyjaśnień w postępowaniu, do oczyszczenia z zarzutów, do rozwodu, do komisji. Byle do końca, aż będzie mógł wyjechać. Zostawić to wszystko i może gdzie indziej zacząć lepsze życie? Albo chociaż nowe. Lepsze miał zacząć tutaj i w pewnym momencie miał nawet wrażenie, że złapał Boga za nogi i jak to się skończyło?
Czasami wydawało mu się, że nadal czuje ten wstyd, kiedy ta cała Klaudia, a później też Majka i Filip zaczęli opowiadać w sądzie jak to założyli się na połowinkach, że Marcin go ‘zaliczy’, że uwiedzie. Udało mu się to bezbłędnie. Kiedy przyjaciółka chłopaka opowiadała o tych ich rozmowach, po tym jak Bruno się z nim widział, jak się kochał, jak mówił dużo o lepszej przyszłości, zaczynał sam słyszeć jak kuriozalnie to brzmi. Miał wrażenie, że słucha jakiegoś wyjątkowego bzdurnego komediodramatu, o starym, obleśnym facecie, przeżywającym kryzys wieku średniego, który ubzdurał sobie, że jest wiecznie młody, że ma jakieś szanse w grze o miłość. Naprawdę ciężko znosił te przesłuchania, język jakim Klaudia określała ich zbliżenia i ich związek, który dla niego był niemal czymś sakralnym brzmiał jak zwykłe bluźnierstwa. A dla Marcina? Był grą, zabawą, próbą zaimponowania znajomym, udowodnienia sobie czegoś. Tylko czego? Że tak bez mrugnięcia okiem umie zniszczyć kogokolwiek? Jak tak młody chłopak mógł być tak okrutny?
Zaraz po jego śmierci, pomimo wiszącego nad nim wyroku, Bruno miał wrażenie, że to w tamtym momencie świat mu się zawala. Tak bardzo liczył na to, że to nieporozumienie jakoś się wyjaśni, że tak naprawdę Marcin wróci, że będą jeszcze ze sobą, że jakoś nawet ze strzępów poskładają swój związek na nowo. Ale później, wiadomość o jego śmierci, pogrzeb, na który nie miał odwagi pójść i nocne odwiedziny na cmentarzu były dla niego jako kolejny koszmar. Koszmar, po którym tak nagle przyszło oświecenie, za sprawą tej śmiesznej fali szczerości. Nie raz Bruno życzył sobie w duchu wyroku zamiast tych upokarzających zeznań, podczas których obnażano jego uczucia, drwiono z jego marzeń, obietnic, które składał Marcinowi. Czuł się jakby został brutalnie zgwałcony i wyrzucony do rowu, jak przeruchana szmata.
Na samo to porównanie skrzywił się i zacisnął mocniej palce na kierownicy. Przeładowane auto dosyć ciężko prowadziło się po asfalcie, ale on bez sentymentów już jechał ku wylotówce na Poznań.
Tak po prawdzie nie miał żadnego planu, żadnego miejsca, do którego mógłby podążać. Do rodziców nawet nie miał po co zaglądać, bo oczywiście dzięki Agnieszce cała rodzina już wiedziała jaki to z niego skurwiel i jeszcze w dodatku gej. Mając czterdziestkę na karku nagle czuł się jak zagubiony, porzucony chłopiec. Nie wiedział czym miałby się teraz zajmować zawodowo, a nie łudził się, że na długo starczy mu oszczędności. Jedyne co wiedział to to, że chce być jak najdalej od tego miejsca, od Marcina, który w jego mniemaniu nadal żył. Każde miejsce mu o nim przypominało, wiele słów było z nim nadal związanych. Mógł się na niego złościć i czuć żal, ale najboleśniejsza była i tak wyrwa w sercu, w której nadal tliło się to uczucie nadziei, którą przy nim poczuł i miłości, jaką swego czasu płonął właśnie dzięki Marcinowi.
O ile Jakuba wspominał z nostalgią i lekkim zażenowaniem, o tyle Marcin chyba na zawsze pozostanie dla niego uosobieniem piękna i miłości, wolności, której miał okazję posmakować. Pomimo tego jak bardzo żałował tego romansu, czuł też, że jeszcze na długo zapamięta ramiona Marcina, ich niecierpliwe pocałunki i zapach jego ciała. To było cholernie niesprawiedliwe.
Po kilkunastu minutach wyjechał z miasta i zatrzymał się na przystanku autobusowym w lesie. Oddychając głęboko odchylił głowę na oparcie i przymknął oczy, które nagle bardzo niebezpiecznie się mu zaszkliły.
Wolałby być zły, niż taki… wymęczony. Tęsknił za nim, jak głupi, a na myśl, że chłopak nie żyje, miał ochotę po prostu płakać. Tyle razy pluł sobie w brodę, że nie uciekli, gdy wszystko wydawało się być w porządku, że nie umiał rozkochać w sobie Marcina tak mocno, że ten, nawet jeżeli chciał się tylko zabawić, naprawdę mógłby się w nim zakochać. Czy naprawdę żaden z nich nie zasłużył na szczęście?
Drżącymi dłońmi przetarł napiętą twarz i przesunął wzrokiem po wyłaniających się zza zakrętu samochodach. Kilka kolejnych minut zajęło mu zebranie się w sobie, powstrzymanie łez i ruszenie dalej. Może mógłby jechać przed siebie, nacisnąć po prostu gaz do dechy i…

KONIEC

Reklamy

17 thoughts on “Synowie Rosemary. Epilog

  1. Głowa mnie boli. Nie wiem, czy od nadmiaru emocji czy od zbyt długiego wpatrywania się w ekran telefonu. Może od jednego i drugiego… Ale do rzeczy. Dzięki Kamilowi jest całkiem spora szansa, że Adam podniesie się po tym wszystkim. Chłopak mimo tego jak wygląda i się zachowuje, jest silny i na pewno nie pozwoli Adaśkowi zginąć. A co do Bruna, dobrze, że „przyjaciele” Marcina zeznali w sądzie prawdę i że dyro nie poszedł siedzieć, mimo że teraz myśli, że tak byłoby lepiej. Teraz naprawdę ma szansę na nowe, lepsze życie, na kogoś, kto naprawdę go pokocha.
    Jeśli chodzi o Marcina, chłopak nawet po swojej śmierci jeszcze długo nie pozwoli o sobie zapomnieć, czy to Adaśkowi, czy Brunonowi. Ale myślę, że z czasem uda im się z niego wyleczyć.
    Opowiadanie genialne, naprawdę. Było trochę błędów, głównie literówek, ale nie chciało mi się ich wypisywać. Głównie dlatego, że czytałam na telefonie. Nie wiem, czy masz betę, czy szukasz, czy potrzebujesz, nie jestem jakaś genialna, jeśli chodzi o przecinki czy składnię, ale jeśli chcesz, jeśli planujesz coś nowego, mogłabym sprawdzać Twoje teksty przed wstawieniem i wyłapać chociażby literówki. Przemyśl to i daj mi znać ;)
    Powodzenia z inżynierką. Jak odpocznę trochę od „Synów”, to zabiorę się za resztę zaległości. Czekam na następne Twoje twory, bo je uwielbiam.

  2. A tak, przeczytałam. Wreszcie, wcześniej nie mogłam się zebrać. Ale nie było tak źle.
    Już nie będę się rozpisywać, opowiadanie było wspaniałe. <3 I uwielbiam koniec Bruno. Nawet sobie nie wyobrażam, jak musiał się czuć kiedy usłyszał o śmierci Marcina. A Adam też powinien umrzeć. Nie zasłużył na Kamila, ale to już jebać :)
    I mam nadzieję, że Bruno to zrobił na końcu. Zastanawiam się, jak tacy ludzie jak Bruno albo Adam trzymaj się życia? Tak kurczowo? Na co i po co? Podziwiam to, ale serio, dlaczego po prostu nie podetną sobie żył? To żadna słabość ani nic wielkiego tak naprawdę, circle of life. xd
    No to tak. Ciekawe czy gdyby Marcin mógł sobie spoglądać z góry na nich wszystkich to by się śmiał czy płakał? Kochany psychopata ^^
    A co zrobi Adam później? Kamil przecież nie spędzi przy nim całego życia, a jakoś nie sądzę, żeby poradził sobie sam. Adam ma skłonności do melodramatyzmu. ;) Chociaż to piękne, że Marcin nawet po śmierci go rani, jakby Adam tego chciał. Co innego pokuta a co innego tęsknota.
    Pozdrawiam i idę chyba czytać seks Bruno i Marcina w samochodzie :3

  3. (Uwaga mogą polecieć bluzgi) Wykreowałaś postać Marcina bardzo dobrze i do tego stopnia, że go nienawidzę. Po raz pierwszy zdarza mi się czuć taką antypatię do postaci. Nie znoszę skurwiela. Co za manipulant! I on mówił, że kocha Adama? Chyba tylko siebie i powinien ten swój chory umysł leczyć. W psychiatryku bym go zamknęła. Niech mi nikt nie mówi, że stał się taki, bo Adam go skrzywdził i trzeba szukać w tym głębi i tak dalej. Wiele osób zostało skrzywdzonych i jakoś wyrośli na ludzi, którzy nie zachowują się jak Marcin. On się nawet nie starał być lepszym. Równie dobrze można powiedzieć, że to wina ojca za to, że pije, matki za to jaka jest i, dla niej Marcinek to taki ukochany synuś, któremu gwiazdkę z nieba by dała. A ja przez cały czas miałam ochotę go rozszarpać. Szczególnie od chwili, kiedy kazał pobić Kamila. Dobrze, że nie żyje. Może i jego duch będzie prześladował Bruna i Adama, ale wierzę, że obaj dadzą sobie z tym radę. A Marcin już nikogo nie skrzywdzi. Bo tak by było. Nie zmieniłby się. Byłoby jeszcze gorzej. Kto wie kogo by jeszcze skrzywdził, ile serc złamał, ludzi zniszczył. Nie ma go. Spokój. Nie płakałam po nim.
    Płakałam z powodu Adama. Bałam się, że zginie, na szczęście udało mu się. Męczy się chłopisko. To co zrobił w przeszłości wyryło ślad w nim (źle postąpił i nie popieram tego co zrobił), a do tego zabił brata… Ale z Kamilem da sobie radę. – Już poniósł karę za wszystko. Był długo więźniem brata i to wystarczy. – Wierzę w ich dobrą i szczęśliwą przyszłość. Kamil dorośleje, a jego rodzina akceptuje Adama. Adaś niech będzie szczęśliwy, a Marcin sczeźnie w ogniach piekielnych! Od początku kibicowałam Adamowi i Kamilowi. Kamil to taki ktoś kogo chciałoby się przytulić do serca i nigdy nie wypuścić. Niby słaby chłopak, a tak naprawdę niewiarygodnie silny.
    Bruno… Nieszczęśliwy człowiek. Gej nigdy nie powinien żenić się z kobietą. Nawet jeśli chce udawać, że nie jest gejem. Unieszczęśliwi nie tylko siebie, ale i innych. Nie warto udawać kogoś kim się nie jest. Trudno powiedzieć co z nim będzie dalej. Otwarte zakończenie nasuwa różne możliwości, ale znów wierzę, że wyjechał, rozpoczął nowe życie i spotkał mężczyznę, z którym stworzył udany i kochający związek, a Marcin odszedł na zawsze. Bruno potrzebuje miłości mężczyzny, nie chłopca. Pół życia coś sobie odbierał i jest teraz wszystkiego głodny, więc nie dziwię się, że był taki naiwny, głupi, infantylny i wierzył we wszystko o czym mówił Marcin. Życzę mu szczęścia.
    I zdanie o Klaudii. Co za pusta, głupia suka!. Dziękuję.
    Postacie świetnie stworzone, napisane i tak dalej. Ładnie ułożona historia. Chwilami bardzo ciężka, bo nie jest to zwyczajny romans i długo mi się ją czytało. Ale ciekawiła mnie i to co się dalej wydarzy, czyli zainteresowałaś tą opowieścią. Dużo błędów. Sama robię masę błędów (pewnie w tym komentarzu będzie ich masa) i ich u siebie nie widzę, ale u kogoś je dostrzegam i u Ciebie bardzo rzucają się w oczy. Do tego podczas ostatniego seksu Kamila i Adama zgrzytało to „mały”. Wiem, że tak Adaś nazywał Kamila, ale podczas takich scen nie lubię takich słów, bo mam wrażenie, że jest w łóżku z dzieckiem. Tak samo wszelkie „malutki” itp. Nie, to odpada. Świetna scenka, ale trochę to słowo ją psuło. Podczas kiedy dana postać krzyczy i w dodatku jakby pytająco piszesz „!?” a powinno być „?!” To jest prawidłowa wersja. W dodatku bardzo denerwujące jest to co „mmm”. Raz na tekst i to podczas sceny seksu, kiedy postać coś wyraża ok, ale w zwykłych dialogach za bardzo to nie pasuje. Znajdź sobie dobrą betę lub niech chociaż ktoś przed publikacją parę razy przeczyta tekst. Na własne błędy jest się ślepym i zagubionym. Człowiek porusza się po omacku, ale ktoś inny zobaczy to czego autor nie widzi.
    Dziękuję za tę historię za emocje związane z Marcinem (jak ja go nie znoszę :p)i życzę powodzenia w pisaniu kolejnych i dużo pomysłów niech się do Ciebie dobija.
    Pozdrawiam.

    1. Witaj, Luano.
      No, dla Marcina już za późno na leczenie, ale w zasadzie nie dziwię się ile złych emocji w Tobie wzbudził. No, ale jak wspomniałaś jest już spokój i teraz każdy może zacząć żyć na nowo. Kamil i Adaś też, i oby im się udało. Ale Kamil to siłacz, na pewno podniesie Adama. Bruno też ma szansę, choć na pewno to co się stało długo jeszcze będzie się za nim ciągnęło. Ale tak jak i Ty liczę na to, że jeszcze kogoś spotka. Kogoś normalnego, takiego, kto go otworzy nauczy żyć, choć na pewno byłoby ciężko. Bruno to taki wrażliwiec, ze teraz na pewno już będzie o wiele bardziej ostrożny i uważny, o ile w ogóle odważy się zaryzykować.
      Co do Klaudii, ja zawsze uważałam że była zakochana w Marcinie. Tak, jak zakochane bywają nastolatki. Choć to niczego nie tłumaczy. C;
      Cóż, w założeniu „Synowie Rosemary’ nigdy nie miały być zwykłym romansem. Mnie się momentami ciężko pisało, więc nie dziwię się wcale, że i czytanie było męczące psychicznie.
      Tak, tak. Też to zauważam, że zazwyczaj swoich błędów się nie widzi. Znaczy ja widzę swoje, ale dopiero jak po jakimś czasie przeglądam rozdziały. Hehe, i rozumiem Cie doskonale. Tez czasami tak mam jak coś czytam, a Autor daje określenia, które mi zgrzytają. Mogłabym bronić tego „małego”, ale w sumie po co? xD Ja nie znoszę za bardzo jak panowie mówią ciągle do siebie per „kochanie”. Oke, to urocze i do wielu par pasuje, ale czasami uch, aż mną trzęsie jak widzę co kilka zdań te ‚kochania’… C’: Co do ‚mmm’ zawsze mnie się wydawało, że dodaje nieco prawdziwości wypowiedziom, kiedy ta się nad czymś zastanawia, albo po chwili zadumy zaczyna zdanie. Do seksów bardziej mi pasuje ‚ Aaaaaaach!’ albo ‚Nnnnn!’, ale ‚Mmmm?’ no nie wiem, to chyba kwestia gustu.
      Dzięki za przeczytanie opowiadania i komentarz.
      Pozdrawiam!

  4. Tyle czasu minęło od publikacji a ja nie wiem dalej co napisać.. „Żyli długo i szczęśliwie” nie pasuje, ale jednak wciąż jest nadzieja że śmierć Marcina jest tak naprawdę początkiem życia Adama.. Bruna z resztą też. Przy tym otwartym zakończeniu aż się prosi by dopisać sobie happy end ;)
    Brawo za kreacje bohaterów!
    Za Kamila który dojrzał i ma wolę walki za dwóch.

    1. Kamil ma teraz okazję dojrzeć i się wykazać, i jestem przekonana, że mu się uda. C: Bardzo szkoda mi Marcina, ale masz rację, jego śmierć to nowy początek dla reszty bohaterów. A kto wie? Może i dla niego również?
      Dziękuję, dziękuję i zapraszam w przyszłości! <3

  5. Skoro to już koniec, to mogę powiedzieć bez wahania, że to zdecydowanie jedno z lepszych opowiadań o tematyce homoerotycznej, jakie zdarzyło mi się przeczytać. Czuję niedosyt, ale to dobrze, dobre teksty kultury powinny pozostawiać niedosyt. To właśnie definiuje je jako dobre. Z drugiej strony wiem, że właściwie nie ma już o czym pisać. Śmierć Marcina zamknęła właściwie wszystko. To, że napisałaś jeszcze te kilka rozdziałów po niej, pozwoliło upewnić mi się, w jakim kierunku zmierzają teraz życia pozostałych bohaterów, ale nie było już szoku, zaskoczenia – jedynie smutek, że tak to właśnie musiało wyglądać.
    Także jestem pod wrażeniem, będę miło wspominać „Synów”, prawdopodobnie nieraz do nich wrócę ;;
    Pozdrawiam <3

    1. O rany, nie ma to jak odpowiadać na komentarze po takim czasie. Dx
      I to jeszcze na taki komentarz. C: Dziękuję, dziękuję! Nie no, myślę, że coś by się znalazło, by pociągnąć to dalej, ale może nie warto? Myślę, że na razie wszyscy musimy odpocząć od Synów, nie wiem czy na zawsze, ale sequele czasami są czymś hmm… destrukcyjnym i obawiam się, że w tym wypadku mogłoby tak być. C:
      Dziękuję, że dotrwałaś ze mną do końca tej opowieści. C:

      Pozdrawiam ciepło! <33

  6. A ja czuję pewien niedosyt.
    Liczyłam, że w tych ostatnich rozdziałach więcej się podzieje, tutaj jednak czuję, jakby punkt kulminacyjny opowiadania gdzieś się zapodział i powolutku, na spokojnie wszystko przycichło, nawet jeśli zastosowałaś otwarte zakończenie i pozostawiłaś nas w niepewności, czy Bruno się zabije, czy nie, czy Adam jakoś się pozbiera… Trudno jednak mieć o to pretensje, ponieważ sam początek obfitował w poniekąd skandaliczne, budzące ambiwalentne odczucia wątki: związek kazirodczy, dorastanie w rodzinie patologicznej, związek ucznia z nauczycielem, związki męsko-męskie czy też same manipulacje zdemoralizowanego Marcina. Niełatwo więc było w dalszej części opowiadania przewyższyć te sprawy, zwłaszcza żeby nie przerysować historii. Także, podsumowując, opowiadanie wyszło Ci rewelacyjnie, w szczególności kreacja postaci i ich wzajemnych relacji.
    Jeju, nie mogę się doczekać następnego opa! <3 space opera teraz będzie? Trochę się obawiam :D

    Pozdrawiam!

    1. Nieśmiało odważę się zasugerować, że punktem kulminacyjnym mogła być śmierć Marcina. Znaczy, sama tak właśnie uważam. Nie wiem czy mogę tak obnażać bohaterów, skoro opowiadanie już zakończone, ale może myśli Brunona to taka… słabość? Ale kto wie, co z tego żalu mu do głowy mogłoby przyjść. Może lepiej już zamilknę.
      Najważniejsze, że Tobie się podobało, a czytanie sprawiało frajdę. Dziękuję za dobre słowa, bardzo zależało mi (pewnie jak zawsze) by jak najlepiej ukazać właśnie relacje bohaterów. C: Dziękuję też za wsparcie mentalne i w ogóle, za wszystkie komentarze. <3333
      Takie chodzą pogłoski, że najprawdopodobniej space opera, ale na razie pozwolę sobie potrzymać Was w niepewności…
      A mogę wiedzieć czemu się obawiasz? Nie przepadasz za tym gatunkiem, czy to coś innego? C:

      1. Wierz mi, że się domyśliłam, że to śmierć Marcina była punktem kulminacyjnym, scena była punktem zwrotnym opowiadania, jednak czegoś mi przy tym zabrakło i nic na to już nie poradzisz :D
        Moim zdaniem Bruno by się nie zabił. Rozpocząłby nowe życie, nosząc w sercu cząstkę Marcina, jednak wierzę, że ułożyłby sobie życie na nowo. Tak to już jest, że każdy z czytelników może sobie teraz ułożyć ciąg dalszy :)
        Takie pogłoski gdzieś tam od ciebie wyfrunęły na blogu, że space opera, w googlach musiałam sprawdzić, co to jest, tak niezaznajomiona z gatunkiem jestem i zazwyczaj unikam go, jak mogę. Jakoś mnie to nie kręci, jest to dla mnie obce i niezbyt ciekawe. Ale możesz próbować zmienić moje nastawienie. Kiedy wypuszczasz nowe opo? ;p

        1. Wiem, wiem. Przepraszam. <3
          Racja, racja. Pisałam gdzieś, że najprawdopodobniej będzie space opera. Nic jednak przesądzone nie jest, a o ile stanie na kosmicznych wojażach mam nadzieję, że Cię wciągną. C:. Zresztą to co będzie dalej, bardzo trudny temat, a i coś czuję że przez inżynierkę zapowiem nieco dłużą przerwę, a co jakiś czas z okazji jakiegoś święta wypuszczać będę tylko bonusy. Nie wiem już sama co robić…. No ale, nie smęcę.
          Jak coś postanowię na pewno dam znać. Postaram się też zrobić to w miarę szybko. <33

  7. Swietna koncowka! Pozostawia duzo watpliwosci. Mozna samemu sobie wyobrazic, co bedzie dalej. Czy Bruno sie zabije? Czy moze znajdzie sobie kogos i bedzie mial normalne zycie?
    Mysle, ze Adam z Kamilem jakos da sobie rade. Moze nie zapomni o bracie, ale to poczucie winy w jakis sposob zniknie lub zmaleje. Bo ile mozna tak zyc? Widac, ze Kamil chce mu pomoc i to zrobi, bo go kocha.
    Dbre opowiadanie.

    1. Niechcacy opublikowalem.
      Dobre opowiadanie. Ciekawe watki, sceny opisane bardzo naturalnie tak samo jak dialogi. Fabula ciekawie rozbudowana. Akcja troche przeciagana, ale jakos dotarlismy do konca i zaspokoilismy ciekawosc. Postacie wykreowane bardzo szczegolowo. Kazdy z nich mial swoj charakter, co jest nielatwe do zrobienia. Kamil – niby slaby chlopiec, a tak naprawde wojowniczy, uparty i kochajacy, a najwazniejsze mimo problemow Adama nadal z nim jest.
      Adam – niby twardy, ale tak naprawde slaby psychicznie, co widac bylo po smierci Marcina.
      Bruno – typowy facet, robil glupie rzeczy, ale chcial spelniac swoje marzenia z kims, kto nim manipulowal. I wyszlo jak wyszlo.
      A Marcin… Co tu duzo o nim mowic. Manipulant, kretacz, nieszczesliwie zakochany, mozliwe, ze chory psychicznie. Nawet gdyby nie bylo podanych imion w tekscie mozna od razu sie domyslic kto, co mowi, robi, bo wszyscy byli inni.
      Czekam na nastepne swietne opowiadanie!

      1. Hej.
        Dzięki za komentarz. Chyba nie mam nic do dodania tym razem. Przyznaję, że starałam się jak mogłam przy Synach, więc jeżeli zmusiły kogokolwiek do głębszych rozmyślań, jestem z siebie dumna. xD
        Dziękuję też, że czytałeś opowiadanie i się odzywałeś pod rozdziałami.

        Pozdrawiam ciepło!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s