Till We Are – Przedświąteczny czar

Kochani! 
W końcu Mikołajowi udało się ogarnąć prezent na blogeła!
Zaszalał w tym roku, więc darujmy mu, że się spóźnił, mm? :D Wyszło mu też coś naprawdę hm… infantylnego, ale i uroczego i przyznaję, że teraz nieco łaskawiej patrzę na bohatera, któremu poświęcony jest ten bonus. W każdym razie życzę mu jak najlepiej i mam nadzieję (i ochotę) jeszcze kiedyś ponownie do niego (a może już do nich?) zajrzeć.
Przy okazji życzę Wam wszystkim Wesołych Świąt i spełnienia marzeń w nadchodzącym roku! 
Miłego czytanka!


Dochodziła dwudziesta pierwsza, gdy taksówka zatrzymała się przed marmurowymi schodami, prowadzącymi do wejścia restauracji. To, przyozdobione białymi, świątecznymi lampkami, prezentowało się nad wyraz uroczyście i elegancko, i jeszcze bardziej niż zazwyczaj kusiło Henriego.
Ubiegły miesiąc w rodzinnej Francji spędził na pomocy rodzicom w ich antykwariacie i dopiero gdy nadeszły Święta, a oni wyjechali na ten czas do rodziny w Holandii, sam mógł wrócić do swojego czarującego Denver. Miał tu kilkoro mniej lub bardziej bliskich znajomych, ale też nie mieszkał tu tak długo, by móc z kimkolwiek się zaprzyjaźnić. Zresztą nieraz dostrzegał, że nieczęsto przyjaciele byli mu potrzebni, a na okazjonalnych przyjęciach, na których bywał, gdy mu się poszczęściło, umiał wczuć się w rolę duszy towarzystwa i spędzić te chwile na rozmowach i żartach.
Zapłaciwszy kierowcy, wysiadł z auta i zebrał poły płaszcza. Uwielbiał siarczyste mrozy w Denver i uwielbiał skrzypienie śniegu pod stopami. Tak właściwie była to jego pierwsza zima w Denver, pomyślał i roześmiał się pod nosem, zerkając jeszcze na ściskany w dłoni bukiet kwiatów. Pierwsza, a już ulubiona, czy to nie był dobry znak?
Spoglądając z nostalgią na szyld wiszący nad wejściem, szybko pokonał kilka stopni i wszedł do budynku.
Przestronny hall, w którym się znalazł, powitał go ciepłem i zapachem żywych jodeł przyozdobionych świątecznymi ozdobami. Trzy wysokie drzewa prężyły się dumnie aż pod sam sufit i każde z nich było przyodziane w soczyste kolory złota i czerwieni, co sprawiło, że sam mężczyzna poczuł się jakby wkraczał na salony szlacheckiego pałacu. Podobał mu się ten widok.
Żwawym krokiem przeszedł do portiera, by zdać mu płaszcz i zaraz z galanterią został odprawiony w kierunku przeszklonych drzwi prowadzących na salę.
Nieraz zastanawiał się, czy przez ten ubiegły miesiąc szef tutejszej restauracji nie stęsknił się za jego bukietami i miał nadzieję, że faktycznie tak było.
Z uśmiechem podszedł do maitre d’hotel i, widocznie już przez niego rozpoznany, od razu został poprowadzony do odpowiedniego stolika pod jedną ze ścian sali, tę, z której sączyły się skromne kaskady wody z okazji Świąt podświetlone na biało.
Choć cała sala zdawała się być miejscem o wysokiej renomie, to właśnie to było jego ulubionym, i choć zjedzona tu kolacja kosztowała go krocie, nie umiał sobie tego odmówić. Nieważne ile razy upominał się, że powinien przestawić się na nieco skromniejszy tryb życia, cotygodniowa lub chociaż co dwutygodniowa kolacja w Amarelli była czymś, czego nie mógł sobie odmówić.
Po kilku chwilach na stoliku pojawił się wazon ze świeżą wodą, do której mógł włożyć bukiet. Niemal od razu dostał do rąk menu, lecz podziękował za nie i poprosił o specjalność szefa kuchni i kieliszek dobranego do niej wina. Zawsze podziwiał jakość tutejszej obsługi, ale tego wieczora, świeżo po podróży, nie miał już siły na kolejne grzeczne rozmowy z obsługą restauracji. Wszyscy oczywiście było bardzo subtelni i profesjonalni, ale on po prostu już chciał móc delektować się tym jedzeniem, które smakowało niemal tak jakby miał okazję smakować samego nieba.
Pamiętał jak pierwszy raz, przyprowadzony tu przez towarzystwo poznane na jednym z bankietów w wydawnictwie, niemal oszalał z rozkoszy. Kolejne dania przeprowadzały go niemal w szaleńczym tańcu przez cały chyba świat. Począwszy od aromatycznego, ostrego curry, które przeniosło go na głośne targi Indii, a skończywszy na kuchni francuskiej, tak niesamowitej, że wolał nawet nie wspominać o tym w domu, wiedząc, że uraziłby matkę stwierdzeniem, że w jakiejś amerykańskiej „restauracji” zjadł coś porównywalnie dobrego, a nawet lepszego niż u nich w domu.
Spokojnym wzrokiem przesunął po sali. Jak się spodziewał, tylko kilka stolików było jeszcze wolnych. Zawsze gdy tu bywał, próbował sobie wyobrazić jak przebiega praca w kuchni tej restauracji i mógł się jedynie domyślać jak bardzo pełna jest pasji.
Nim jednak pochłonęły go takie wyobrażenia, zaraz stanęły przed nim przystawki, a on aż jęknął w duchu – wszystko tu było tak piękne i tak niesamowicie pachniało, że miał ochotę wić się z przyjemności. Naprawdę!

Po skończonej kolacji przez chwilę jeszcze siedział przy stoliku, nadal będąc pod wrażeniem zjedzonego dania. Sam nigdy nie był dobrym kucharzem i choć dzisiaj na pozór zjadł tylko pieczoną szynkę w sosie borówkowym, miał ochotę płakać. Nigdy nie sądził, by takie kulinarne doznania potrafiły tak wpływać na człowieka, ale on sam był chyba doskonałym tego przykładem. Czuł się niemal tak, jakby był już uzależniony od tej kuchni i choć po klapie jego ostatniej książki nie mógł szaleć z wydatkami, nie żałował napiwku ani kelnerowi, a bukiet z goździków, eustomy i hiperikum, choć słusznych rozmiarów, wydał mu się być czymś zbyt ubogim, by mógł uhonorować nim talent szefa kuchni.
Wzdychając pod nosem powoli zbierał się do odejścia, choć zauroczony tym miejscem mógłby tak siedzieć tu i wsłuchiwać się w ściszone rozmowy i delikatny szum wodnych kaskad spływających po ścianie.
– Proszę mi wybaczyć, że przeszkadzam w kolacji – usłyszał nagle nad sobą i uniósł zaskoczone spojrzenie na stojącego przed nim mężczyznę. Ten, wysoki i dobrze zbudowany, mierzył go nieco srogim spojrzeniem chłodnych, granatowych oczu. Biel jego fartucha niemal raziła, a widząc jego ganiące spojrzenie, Henri opadł z powrotem na krzesło. Zawsze wydawało mu się, że jest bardziej pewny siebie. – Aaron Hudson, jestem szefem tutejszej kuchni – powiedział mężczyzna głosem tak niskim, że Henri mimowolnie napiął uda i wbił w niego spojrzenie swoich blado-zielonych oczu.
– O-och… – westchnął i wykrzywił pełne wargi w uśmiechu. Szybko zerwał się z miejsca i poprawiwszy poły marynarki, stanął przed o wiele wyższym od siebie mężczyzną.
– Henri Lemaire – przedstawił się, wyciągając ku niemu dłoń pewnym, szybkim gestem. Kucharz zmierzył ją zdystansowanym spojrzeniem, lecz ostatecznie zignorował ją i skinął lekko głową.
– Pańskie bukiety są wielką nagrodą zarówno dla mnie jak i całego zespołu, lecz naprawdę, nie musi się pan nimi kłopotać – dodał jeszcze z lekkim rumieńcem na tych ostrych, męskich policzkach. Jego słowa według Henreigo brzmiały co najmniej bezsensownie, więc uśmiechnął się tylko i cofnął rękę.
Przesunął rozbudzonym spojrzeniem po twarzy mężczyzny i pokręcił głową.
– Myślę, że nie zdaje pan sobie sprawy z tego jakich doznań dostarczają mi pańskie dania i zapewniam, że te bukiety nie są w stanie wyrazić mojego podziwu dla pańskiego kunsztu – powiedział z wyraźnym francuskim akcentem. Spojrzał przy tym pewnie na kucharza i uśmiechnął się nieco zadziornie. Zmrużył przy tym oczy, okolone ciemnymi rzęsami, a gdy nieznośny pukiel ciemnych włosów opadł mu na czoło, nadął nieco policzku i dmuchnął do góry, by go odgarnąć na bok. Oczywiście nie udała mu się ta sztuka, nigdy się nie udawała, więc przeczesał włosy palcami i przygryzł lekko wargę, wpatrując się w pana Hudsona. Widocznie zresztą niezadowolonego i jakby zawstydzonego, bo przecież o czym innym mogły świadczyć te przeurocze rumieńce?
– Po prostu… Nie chcę pana urazić, lecz prosiłbym, by zaprzestał pan tych… – zawahał się mężczyzna, a Henri omal nie klasnął w dłonie, wybitnie z siebie zadowolony.
– Praktyk? – podsunął i uśmiechnął się szerzej. – Podchodów…? Zalotów…? – dodał nieco ciszej i zupełnie bezwstydnie. Ostatecznie zostanie wyproszony z sali, bo co innego mogłoby się stać na terenie tak renomowanej restauracji?
Kucharz spojrzał na niego nieco zblazowanym spojrzeniem i uniósł brew w wyrazie politowania.
– Praktyk, a także żartów – powiedział wyważonym tonem i przetarł palcem szeroką brew. Westchnął głośno i odsunął się na krok od mężczyzny. – To jest oczywiście jedynie moja skromna prośba, którą, mam nadzieję, zechce pan uszanować – dodał, a Henri widząc, że mężczyzna chce się wycofać, przystąpił ku niemu i złapał go spojrzeniem.
– Jestem skłonny przystać na pańską prośbę, lecz oczywiście liczę na wdzięczność… – powiedział z rozmysłem, nie mogąc pozbyć się drżenia ud.
Od jego rozmówcy biło wyraźnym chłodem, a dystans jaki budował zdawał się rosnąć z chwili na chwilę, a on sam gotów był już teraz paść przed nim na kolana i zapewniać go o swojej miłości. Ba! Dozgonnej miłości.
Oczywiście, że wierzył w takie uczucie i choć rzadko imaginował sobie obraz swojego szefa kuchni, od dawna już był pewien, że uległby mu bez wahania. Czy ktoś, kto umiał tak poruszać przyrządzanymi daniami – ich zapachem, smakiem, nie był osobą godną najwyższych uczuć? Był pewien, że pomimo tej chłodnej postawy, w mężczyźnie drzemał wulkan namiętności i pasji, a zarazem czułości i subtelności, którą nieraz miał okazję smakować z jego rąk, prawda?
Usłyszawszy głośne westchnienie, Henri podniósł spojrzenie na twarz pana Hudsona i uśmiechnął się uprzejmie.
– W czym miałaby się przejawić ta wdzięczność? – zapytał kucharz, a on uśmiechnął się szerzej. Zawsze wybierał to ustronne miejsce, więc bez żadnego skrępowania, otaczającymi ich gośćmi przysunął się do mężczyzny i przygryzł wargę, wpatrując się w niego intensywnie.
– Może da pan się zaprosić na kolację? – zaproponował bez pardonu i ponownie założył za ucho pukiel włosów. Widząc jego zaskoczoną i zupełnie nieprzekonaną minę, szybko nabrał powietrza w płuca by kontynuować. – Nikt nigdy nie poruszył mnie tak, jak pan swoim talentem. Nie zdaje pan sobie nawet spawy jak wielką przyjemnością i radością jest dla mnie możliwość bycia tutaj i jedzenia tych wszystkich potraw! Jest pan prawdziwym Mesjaszem, wybrańcem… Och… ! Wirtuozem… potrafiącym wygrywać prawdziwe symfonie rozkoszy poprzez…
– Proszę…. – sapnął Aaron czerwieniejąc na policzkach. Widząc to Henri tylko pokręcił głową.
– … zapachy, smaki – kontynuował z pasją, nie umiejąc powstrzymać potoku słów. – Nie sposób nie ulec pańskiemu talentowi, a jestem pewien, że nie tylko ja czuję się uwodzony przez pana, poprzez pańską sztukę. Niech pan się nie da prosić. Jak wiadomo najkrótszą drogę do serca mężczyzny stanowi żołądek i śmiało mogę przyrzec, że moje serce ma pan już w kieszeni – dodał, przyglądając mu się intensywnie.
Przez chwilę niemal czuł namacalną więź jaka pomiędzy nimi narodziła się tej sekundzie. To głębokie spojrzenie było aż nazbyt wymowne, nazbyt szczerze. Widział, że wzbudził zainteresowanie mężczyzny i chciał to wykorzystać, chciał się do niego zbliżyć, bo przecież jego serce już od dawna należało do szefa kuchni z Amarelli.
– Pan jest nienormalny – usłyszał w zamian i aż zamrugał zaskoczony. – Proszę natychmiast opuścić lokal, inaczej będę zmuszony wezwać policję! – dodał mężczyzna, a Henri poruszył tylko ustami. Przez chwilę wpatrywał się w te pochłaniające go granatowe oczy, ale zaraz dostrzegł też szkarłat, jakim zlały się policzki kucharza. Popełnił gafę i to było aż za bardzo oczywiste.
Z jękiem zawodu obserwował jak mężczyzna odwraca się i nieco nerwowo zmierza w kierunku zejścia do kuchni. Miał wrażenie, że go poniosło i być może naprawdę tak było, skoro pan Hudson był tak wzburzony jego słowami, bo przecież miał im ulec, prawda?
Zawiedzionym wzrokiem przesunął po twarzach gości, którzy zerkali na niego z zainteresowaniem i odetchnął ciężej, dochodząc do wniosku, że czasami naprawdę powinien przystopować. Ale będąc w takim miejscu, czuł się jak jakiś amant, jak bogaty panicz z wyższych sfer i dopiero pojawienie się pana Hudsona wybiło go z tego snu.

Od powrotu z sali aż do końca pracy Aaron nie odezwał się ani słowem do nikogo. Oczywiście, że był zły! Na siebie, na tego całego Francuza i rzecz jasne na załogę, która tylko zobaczywszy bukiet wniesiony przez jednego z kelnerów, wybuchła niespodziewaną radością, nie szczędząc komentarzy, że oto w końcu jego adorator powrócił po miesięcznej przerwie. Sam mężczyzna był tym tak zażenowany, że w końcu postanowił wziąć się w garść i pójść do tego całego Henriego i wybić mu z głowy te wszystkie bukiety i krępujące liściki dołączane do każdego z nich. Miał wrażenie, że mężczyzna sobie z niego kpi!
Nieważne też było to, że kiedy już był na sali, a Mike wskazał mu owego gościa, to chcąc nie chcąc Aaron musiał przyznać, że był to bardzo przystojny młody mężczyzna. Na pewno o wiele młodszy od niego i także spodziewający się ujrzeć zapewne jakąś kobietę w roli szefa kuchni. Ignorując jego urok i swoje własne zażenowanie podszedł do niego, ale rozmowa jaką odbyli stanowczo nie poszła po jego myśli. Ten facet był chory, nawiedzony i jeszcze w dodatku zboczony, myślał później w kuchni, trzaskając pokrywkami garnków i drzwiczkami szafek. Co on sobie wyobrażał w ogóle? Jak mógł mówić do niego w ten pokręcony sposób, w dodatku przy gościach?!
Aaron miał wrażenie, że na zmianę się rumieni i blednie, nie mogąc przeżyć myśli, że ktoś ich słyszał. Że widział jak stoją przy sobie. Przecież to wystarczyło, w końcu ten cały Henri był w tym wszystkim tak oczywisty!
Po kilku godzinach z ulgą wrócił do domu, nadal nie mogąc uspokoić swojego wzburzenia, na wspomnienie tych zielonych oczu o wyblakłych nieco tęczówkach. I później leżąc już w łóżku, nie umiał odegnać od siebie wspomnień o Dannym, o tym, że jego oczy też przecież były zielone, prawda? Oczywiście nim się obejrzał, po raz kolejny pochłonęły go wspomnienia z dni, kiedy był z Dannym. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że to dopiero zakrawa na chorobę. W końcu tyle już miesięcy minęło, a on nadal wspominał byłego kochanka. Nie poszedł dalej, nie spróbował zapomnieć, ani poznać kogoś nowego. Tkwił w przeszłości, potrafiąc tylko żałować tego, co zrobił źle. Był jak dziecko i doskonale to widział, ale czy teraz było sens cokolwiek zmieniać? Nie miał zresztą czasu na randki, na zabieganie o kogoś. Tego ostatniego nawet nie umiał, pomyślał uśmiechając się w ciemności i wtulając twarz w poduszkę. Nawet już się na siebie nie złościł po prostu czekał, aż w końcu uśnie, przecież z rana musiał pójść jeszcze po prezent dla siostry, spakować go i wysłać, by nie złościła się na niego, że nie będzie go na święta w domu.
Poranek nadszedł jak zawsze po długiej nocy, podczas której się budził co najmniej kilka razy. Planował iść nawet do lekarza z tą swoją bezsennością, ale jakoś nie złożyło się, by miał na to chwilę. Zwykle jednak takie noce odsypiał w dzień i jakoś tak funkcjonował.
Po powolnym śniadaniu zjedzonym w ciszy, umył się i ubrał, lecz kiedy był już gotowy do wyjścia, zerknął na zegarek. Dochodziła ósma, a galerię do której chciał zajść po prezent otwierano dopiero o dziesiątej. Z głośnym westchnieniem oparł się o ścianę przy szafce na buty, na której siedział. Wydawało mu się, że czas tak nieznośnie z nim pogrywa. Dłużył się, gdy był w domu i zmuszał go do rozmyślań nad tą pustką dookoła, w pracy za to, kiedy był między ludźmi, kiedy mógł właśnie nie myśleć, nagle przyspieszał i wydawało się, że mija chwila nim ponownie musiał wracać do domu i w ciszy spędzać kolejne godziny, aż do kolejnej zmiany.
Oczywiście miał świadomość, że takie życie było do dupy, ale czuł się zablokowany i oczywiście mógł tak sobie siedzieć i siedzieć, i gapić się w ścianę naprzeciwko.
W końcu jednak rozebrał się z kurtki i butów, i przeszedł do salonu, gdzie walnął się na kanapę i wcisnął twarz w poduszkę. Miał chwilę to się zdrzemnie nim będzie musiał wyjść. Ostatnio łapał się na tym, że stan w jaki przechodził podczas snu, był tak bardzo miły.

Henri nadął wargi, przechadzając się alejkami księgarni i z niezadowoleniem wypisanym na twarzy dostrzegał oczywiście brak swojej ostatniej książki na półce. Nie był zadufanym w sobie pisarzyną, który tylko czeka na blask chwały i grono fanów latających za nim krok w krok, ale to, że jego książki nawet tu nie było, bardzo go ubodło. Może też nie tyle ubodło co raczej uświadomiło mu, że jak tak dalej pójdzie, a on nadal będzie brylował na salonach pokroju Amarelli to raczej na długo nie starczy mu „zielonych szeleszczących”, którymi bądź co bądź uwielbiał się otaczać. Nie lubił za to martwić się czy starczy mu ich do następnej publikacji, której też nie spodziewał się w najbliższych kilku miesiącach. Nawet jeszcze pisać nie skończył, a gdzie czas na korektę, na wydanie? Nie chciał wracać do Francji teraz, kiedy po debiucie wiodło mu się tak dobrze, kiedy mógł sobie pozwolić na wykwintne kolacje i drogie prezenty, które mógł wozić mamie i ojcu. W końcu i oni w niego uwierzyli, przekonali się, że jego „pisanina” potrafi być dochodowa, a teraz gdyby wrócił do nich z podkulonym ogonem, na pewno by się ośmieszył. Oczywiście nie usłyszałby tego z ich ust, ale sam przed sobą czułby się upokorzony.
Po długich poszukiwaniach w końcu udało mu się odszukać jeden egzemplarz „Nagłej śmierci nadobnej Pauliny” i spojrzał przeciągle na okładkę. Była przecież piękna! Zerknął na tył obwoluty i przeczytał doskonale znany sobie opis książki i odetchnął ciężej, szybko kładąc ją na półce w widocznym miejscu i zadowolony z siebie odsunął się o krok by zerknąć na swoje dzieło. Było przecież tak przykuwające wzrok! Okładka była naprawdę śliczna, a sam tekst też był przecież dobry. Pewnie, że teraz by zmienił kilka rzeczy i napisał je inaczej, ale był pewien, że poziomem nie odbiegała wcale od jego debiutanckiej powieści, która sprzedała się naprawdę dobrze. A jego „Paulina”…? Leżała samotnie wciśnięta między stare zapomniane egzemplarze ignorowanych przez wszystkich tytułów.
Dopiero po upływie kolejnych kilku minut oderwał się od regału, obawiając się, że jeszcze chwila i zacznie wciskać swoją książkę przechodzącym ludziom, a to byłoby bardzo poniżej jego poziomu. Przybierając na twarz uśmiech, poprawił pod szyją rozłożysty golf dzianego swetra i zaraz ruszył ku wyjściu z księgarni.
Nim jednak zrobił kilka kolejnych kroków, zatrzymał się jak porażony i skrył się za ciągiem regałów. Krew zawrzała w nim mocno, a serce nagle zgrało się z rytmem szybkich świątecznych dzwoneczków ubogacających świąteczną piosenkę graną w całym centrum.
Henri szybko zdał sobie sprawę, że zachowuje się co najmniej dziwnie, więc wyprostował się mocno i wyszedł za półek z dumnym wyrazem twarzy. I tak miał wrażenie, że zwraca na siebie niepotrzebną uwagę swoim egzaltowanym zachowaniem. A zachowywał się jeszcze dziwniej kiedy na jego horyzoncie pojawia się TEN facet. A teraz TYM konkretnie facetem był pan Aaron Hudson, który z tym niezachwianym wyrazem twarzy płacił właśnie za zakupy przy kasie.
Cały ubiegły wieczór, już po powrocie do swojego małego mieszkanka, Henri ubolewał nad tym, że oczywiście nie umiał się powstrzymać w restauracji i że oczywiście musiało mu odbić akurat przy rozmowie z panem Hudsonem. Jasne, często zachowywał się jak kosmita, a szczególnie wtedy, gdy bardzo chciał zrobić na kimś dobre wrażenie. Zawsze był wygadany, a odkąd na poważnie zajmował się pisaniem i sam stale coś czytał, cierpiał na nagłe słowotoki, w które umiał wpleść nieraz słowa bohaterów z przeczytanych książek, albo nie daj boże archaizmy, których w zwykłych rozmowach naprawdę starał się wystrzegać.
Teraz też, widząc Hudsona, rozpaczliwie starał się sobie przypomnieć jak bardzo wygłupił się wczoraj, ale pamiętał tylko to ciemne spojrzenie, no i chwilę w której kucharz wyprosił go z lokalu. Na pewno gdyby tylko mógł, postarałby się o lepsze wrażenie i postarałby się też podejść go jakoś… inaczej, subtelniej i może bardziej odpowiednio.
Kiedy mężczyzna odwrócił się od kasy, Henri aż westchnął głośno pod nosem. Był naprawdę wysoki i taki… ostry. Ostry to było idealne słowo, podobnie zresztą jak pan Hudson był idealnym panem, któremu on gotów był się oddać bez zupełnie żadnego słowa sprzeciwu. Jego dłonie były duże i na pewno ujęłyby go mocno i z niebywałą siłą nasadziły go na męskość kucharza, która też na pewno musiałaby być spora, prawda? Inna przecież zupełnie nie pasowała do takiego dużego pana. Zdystansowane spojrzenie mężczyzny zdawało się wręcz wbijać w podłogę, a on, cholera, on lubił być wbijany. Czemu niby nie?
Henri pokiwał do siebie głową i westchnął głośno, stojąc niemal na środku sklepu i wpatrując się w zbliżającego się do niego Hudsona.
„Och tak, panie Hudson, pójdź w me ramiona, przystojniaczku” – pomyślał mrużąc lekko oczy i wpatrując się w jasne włosy wystające spod czapki mężczyzny. Kiedy spojrzał na jego twarz, zaskoczyło go niedowierzanie widoczne w oczach kucharza. Kurczę, w końcu nie on jeden musiał się ślinić na jego widok, prawda?
– Słucham? – rzucił szorstko Hudson i spojrzał na niego surowo. – Śledzi mnie pan? – dodał i zaczerwienił się lekko, choć chyba tylko on słyszał słowa wypowiedziane przed chwilą przez mężczyznę.
Henri poprawił na nosie duże okulary i zamrugał zaskoczony. W zwykłym powyciąganym swetrze i dżinsach wyglądał jak student, i nagle Aaron zezłościł się jeszcze bardziej. Pamiętał, że Lemaire zrobił wczoraj na nim duże wrażenie, podczas gdy tak naprawdę dał się ośmieszyć zwykłemu studentowi?
– E-em… ja? – zapytał Henri i brakowało jeszcze, by obejrzał się za siebie w głupkowatym geście, którego Aaron by już nie zniósł.
– Tak, pan! – warknął kucharz i zaraz bardzo nerwowym ruchem wepchnął kupioną książkę do skórzanej torby przewieszonej przez ramię. – Boże, mało panu było wczoraj? Proszę się ode mnie odczepić! – sapnął i wyminął go szybkim krokiem, po czym wypadł z księgarni.
Henri sapnął z zawodem, mając wrażenie, że niemal jak szczeniak odwraca się za nim i z niewypowiedzianą tęsknotą wpatruje się w plecy oddalającego się bożyszcza. Bo przecież Hudson mógłby być takim bogiem z antycznych marmurowych rzeźb.
Nie czekał więc długo i zaraz niemal biegiem ruszył za mężczyzną. Wczoraj dał się zbyć, ale dzisiaj? Naprawdę czuł, że zasłużył na prezent od Mikołaja, a ten przystojny kucharz byłby idealnym prezentem na jutrzejsze Boże Narodzenie i choć Henri nie miał w mieszkaniu choinki, to zdecydowanie chciałby, by spędzili trochę czasu na podłodze jego salonu. Czy sypialni. Kuchni. A nawet przedpokoju!
– Halo! – krzyknął zbliżając się do kucharza. – Niech pan poczeka…! Halo! – dodał głośniej i mógłby przysiąc, że mężczyzna specjalnie go ignoruje. Musiał go słyszeć. Wszyscy przecież słyszeli. – Halo! Panie Hudson! Proszę zaczekać! – krzyknął ponownie.
Aaron słysząc za sobą wołanie, wbił mocniej dłonie w kieszenie i parł przed siebie aleją galerii. Naprawdę miał już dosyć tego natrętnego chłopaka. Jego kwiatów, jego egzaltowanego sposobu bycia, który zaledwie po dwóch rozmowach działał mu wyjątkowo na nerwy.
Kiedy poczuł szarpnięcie za ramię, odetchnął tylko drżąco i zwrócił wzrok na stojącego przed nim zdyszanego chłopaka.
– O-och… – sapnął młodzieniec i zgiął się w pół, by zaczerpnął kilka oddechów. – Ale pan jest… przecież słyszał pan, że wołam… ! – wydyszał, a Aaron przewrócił oczyma.
– Och, i nie wpadł pan na pomysł, że skoro się nie zatrzymuję, to znaczy, że nie mam przyjemności z panem rozmawiać? – rzucił cynicznie i cofnął się o krok.
Henri skrzywił się i spojrzał na niego wielkimi oczyma jak mały zbity piesek. Po chwili dopiero wyprostował się i odetchnął ciężko, czekając aż zwracający na nich uwagę ludzie miną ich i pójdą dalej.
– Dlaczego? – zapytał już poważniejszym tonem i opuścił ręce po sobie. Widząc nieprzeniknione spojrzenie mężczyzny, pokiwał głową i przygryzł lekko wargę. – Myślałem o tym trochę i… cóż.. jeżeli pan sobie nie życzy, to nie będę już nękał pana tymi bukietami – dodał i spojrzał na niego w dziwny dla Aarona, miękki sposób.
– A co z wdzięcznością? – zapytał kucharz nieco podejrzliwie, a dostrzegając nikły uśmiech na ustach chłopaka zmarszczył brwi mocniej.
– Nmm…! – jęknął Henri i aż zakręcił się w miejscu. – Pan to jest! – sapnął i zaśmiał się nieco zbity z tropu. – Przecież… kurczę. Może zgodzi się pan chociaż na kawę?- zapytał, dostrzegając szyld kawiarni na drugim końcu wielkiej antresoli, na której się znajdowali.
Aaron zastanowił się chwilę i odetchnął płycej.
– Może się zgodzę – zaczął powoli i uśmiechnął się nieco złośliwie dostrzegając szeroki uśmiech wpływający na twarz Francuza. – Oczywiście o ile w ramach wdzięczności obieca mi pan, że w końcu się ode mnie odczepi. Ale tak raz na zawsze, mmm? – dokończył zimnym tonem i spojrzał na niego z dystansem. Widząc jego zawiedzioną minę, zganił się w duchu, ale w końcu nie potrzebował tego. Tego namolnego chłopaka, łażącego za nim i zawstydzającego go na każdym kroku.
– No dobrze – powiedział z ociąganiem Henri i zaraz zerkając na mężczyznę ruszył w kierunku kawiarni. Już po kilku krokach uśmiechnął się jednak szerzej. Miał pewnie jakieś piętnaście czy trzydzieści minut na zapunktowanie u Hudsona i sprawienie, by chciał się jeszcze z nim zobaczyć. To przecież całkiem sporo!

Kiedy siedzieli już na miękkich fotelach w kawiarni, Henri nie mógł oderwać spojrzenia od twarzy mężczyzny. Każdy jego grymas wydawał się być dokładnie przemyślany i tak wyważony, że niemal odbierało mu dech w piersiach. Nigdy nie spotkał nikogo tak opanowanego i… wyniosłego, jak pan Hudson. Doskonale widział, że kucharza irytuje to jego spojrzenie, ale póki nie został zganiony, chyba mógł sobie popatrzeć, prawda? Teraz też w dziennym świetle widział jak ciepłą barwę mają jego włosy, a dobrze zbudowane ciało opięte niegrubą bluzą, wydawało się być jeszcze bardziej kuszące niż wczoraj.
Mężczyzna siedział naprzeciwko niego, zupełnie nie zwracając na niego uwagi i popijając wolno czarną kawę, której nawet nie posłodził. Ale to do niego pasowało. Pewnie czekoladę też lubił gorzką, przeszło Henriemu przez myśl, gdy sam pociągnął kolejny łyk do bólu słodkiego cappuccino.
– Pewnie przeżył pan wczoraj zawód, kiedy okazało się, że wszystkie pańskie bukiety lądowały w moich rękach – usłyszał nagle i choć wpatrywał się w jego wąskie wargi już dobrą chwilę, był zupełnie zaskoczony tym, że mężczyzna coś powiedział.
– Nie, dlaczego? – rzucił i uśmiechnął się do niego sponad filiżanki.
Aaron uniósł wyżej brew i westchnął głośno.
– Domyślam się, że wolałby pan by trafiły do jakiejś kobiety, która zapewne w pańskiej wyobraźni była szefem kuchni w restauracji – powiedział, choć i jemu te słowa wydały się co najmniej głupie. Gdyby miał wybrać z siedzących w kawiarni mężczyzn geja, to bez zawahania wskazałby na Henriego, pomyślał i aż się zarumienił.
Chłopak roześmiał się perliście i przygryzł wargę spoglądając na niego przeciągle.
– Szczerze? – zapytał, pochylając się lekko ku niemu. – Zupełnie nie brałem pod uwagę takiej możliwości – przyznał bez pardonu i posłał mu ciepłe, młodzieńcze spojrzenie. – Przecież to mężczyźni są najlepsi w te klocki – dodał i roześmiał się ponownie, dostrzegając zrezygnowanie wyraźnie wypisane na twarzy mężczyzny. – Ale pan ma minę – westchnął i zaraz spojrzał na niego zupełnie otwarcie i westchnął. – Widzę, że chyba nie mam żadnych szans, prawda? – rzucił nie przejmując się tym zniechęconym wyrazem twarzy kucharza. – Przepraszam… po prostu… naprawdę czuję się uzależniony od pańskiej kuchni i naprawdę chciałem by pan wiedział, że możliwość bycia tam i jedzenia tego, co pan przygotował jest bardzo… powiedziałbym…. Och. Jest jak dar – dodał i zaraz się roześmiał.
Aaron posłał chłopakowi sceptyczne spojrzenie i zaraz upił nieco mocnej kawy.
– Dar – powtórzył płasko i pokręcił głową nie mogąc dać wiary w to co właśnie słyszy.
– Na pewno słyszy pan to codziennie – westchnął Henri, opierając łokcie na stoliku i pochylając się ku kucharzowi. – A ja naprawdę pomyślałem, że chciałbym pana poznać, że… – zawahał się, łapiąc się na tym, że nagle nie umie dobrać odpowiednich słów, by wyrazić swoje myśli. To było niespotykane. – No i nie ma pan obrączki – dodał, jakby to wszystko wyjaśniało. – I może dlatego wczoraj od razu pomyślałem, że skoro taki mężczyzna nie jest jeszcze żonaty to znaczy, że może zupełnie nie pociągają go kobiety – rzucił ciszej i spojrzał na niego intensywnie. Zaskoczony dostrzegł delikatne rumieńce na tych ostrych policzkach i aż napiął uda. Czuł się uwodzony. Bezczelnie uwodzony w dodatku, pomyślał, kiedy przyjemne dreszcze kaskadą spłynęły po jego plecach. Uśmiechnął się lekko i z trudem przełknął kolejny łyk kawy.
Aaron przez chwilę wpatrywał się w chłopaka, nie wiedząc zupełnie co miałby odpowiedzieć na takie… wyznanie?
Zresztą czy musiał cokolwiek mówić?

Łóżko zaskrzypiało głośno, gdy Henri opadł na nie plecami i wsunął się na nie nieco głębiej. Kiedy po chwili zawisł nad nim wysoki mężczyzna, jęknął zduszenie. Przez myśl mu nawet przeszło, że w tym pośpiechu nie wiedział jak wygląd sypialnia w jakiej się znajdują. Na razie jednak to nie było aż tak istotne.
Niecierpliwymi ruchami podciągał sweter Aarona, sam już dawno swojego pozbawiony. Kiedy odsłonił tors kochanka jęknął ponownie i spojrzał znacząco we wpatrzone w niego granatowe oczy.
– O-och… – szepnął i oblizał usta sugestywnie. – Masz przecudowne ciało – westchnął rozkładając uda pod kucharzem i falując ciałem w wolnym, nieco rozedrganym rytmie.
Mężczyzna bez słowa sięgnął do jego warg i wcałował się w nie tak mocno, że Henri aż jęknął pozbawiony tchu. Objął go za szyję i pociągnął na siebie jeszcze mocniej.
Nie myślał o niczym innym jak o zbliżających się przyjemnościach, a widząc z jaką niecierpliwością Aaron go dotyka, domyślał się, że nie był jedynym, który już dawno nie miał okazji zaspokoić się z innym mężczyzną. Musiał więc to wykorzystać, tym bardziej, że nie wiedział, czy kucharz zechce go jeszcze widzieć po wszystkim. On by chciał. Bardzo by chciał, bo chociaż często miał facetów na jedną noc, bardzo chciałby mieć kogoś na dłużej. I czemu nie Aarona? Mogliby przecież spróbować, pomyślał, z uśmiechem obserwując jak kochanek otacza wargami jeden z jego sutków i zasysa się na nim. Poderwał plecy do góry i westchnął głośno, czując szczypiące podniecenie, przyprawiające go o drżenie ud.
Kucharz z oddaniem głaskał go i masował, znacząc ustami jego skórę. Jego ruchy były bardzo pewne, choć Henri nie mógł powiedzieć, że bił od nich spokój, jakim Aaron emanował wcześniej. W jego dotyku było coś bardzo poruszającego, jakby tęsknota, podobnie zresztą jak i w spojrzeniu, w pocałunkach.
– Podoba ci się? – zapytał go, wsuwając dłoń w jego jasne włosy.
Aaron uchylił powieki i spojrzał w oczy chłopaka, całując go po podbrzuszu. Skinął tylko głową, bez ociągania rozpinając jego spodnie.
Wolał nawet nie myśleć, że właśnie robi to z przypadkowym chłopakiem, że zabrał go do siebie, że zaraz zamierza go przelecieć, a później najpewniej o nim zapomni. To był jego pierwszy raz. Pierwszy taki raz, skupiony tylko na seksie. Nie wiedział jeszcze jak z tym się czuje, ale chciał tego. Chciał seksu, zaspokojenia i wypełnienia czymś tej pustki po Dannym, po jego ciele, jego pocałunkach. Co prawda długo wytrzymywał bez seksu, ale skoro Henri sam chciał, czemu nie mógłby z tego skorzystać?
Całując jego jasną skórę, rozbierał go powoli, czując jak niecierpliwe jest jego ciało. Kiedy odrzucił spodnie i bokserki chłopaka na bok, przesunął wygłodniałym wzrokiem po jego ciele.
– Nm… chyba bardzo podoba – westchnął Henri, przeciągając się lekko.
Po chwili uniósł się do siadu i wsunął się na kolana kochanka. Obejmując je udami, wcałował się w usta mężczyzny. Uwielbiał się całować i dotykać. Uwielbiał, gdy ktoś patrzył na niego takim właśnie wzrokiem, jakim teraz patrzył Aaron.
Czując duże dłonie masujące jego lędźwie, wypiął mocniej pośladki i już zaraz poczuł na nich ręce mężczyzny. Zabujał mocno biodrami by poczuć sztywną męskość kochanka i odchylił szyję, pozwalając mu się w nią wcałować.
– Och… umiesz całować – szepnął drżącym głosem i objął go ciaśniej, w momencie gdy grube palce wsunęły się między jego pośladki. – Ach… Aaron! – jęknął, wczepiając się w niego mocno. Z trudem oderwał zmysły od tego dotyku i pchnął kochanka na materac. – Teraz ja się tobą zajmę – zarządził, masując go po torsie i szybko sięgając do paska jego spodni. Gdy je rozpiął, od razu wydobył na wierzch pulsującego penisa kochanka i przesunął ręką po jego trzonie. Zaśmiał się cicho pochylając ku niemu i całując głośno, doszedł do wniosku, że miał rację, w końcu ten penis był idealny i idealnie pasował do tak rosłego mężczyzny.
Obejmując go wargami, spoglądał na twarz kucharza, który milczał zawzięcie i tylko wzdychał głośniej, przymykając oczy. Ale było mu dobrze, musiało być, pomyślał, biorąc go głębiej, a dłońmi masując nabrzmiałe jądra. One też były idealne, pomyślał sięgając do nich wargami i pieszcząc je z głośnym pomrukiem.
Kilka minut oddawał się temu zajęciu, choć widział, jak Aaron się niecierpliwi.
– Już… Ja też już chcę – szepnął, unosząc się i całując go mocno, ponownie wsunął się na jego kolana i objął ciasno udami. – Mamy jakieś nawilżenie? – zapytał ochrypłym głosem.
– Nm… tak… – wychrypiał seksownym tonem kucharz i obejmując go ramionami przechylił się, by sięgnąć do szufladki przy łóżku. Kiedy wyjął z niej zapomnianą tubkę żelu, zaraz wycisnął go na palce i sięgnął nimi do szparki Henriego.
Chłopak zadrżał w jego ramionach i odchylił się mocno, kiedy napierał na nią i powoli się w nią wsuwał palcem.
– Jesteś… ciasny – szepnął, czując jak otula go wnętrze chłopaka, który wbijając palce w jego ramiona oddychał łapczywie.
– Bo… och… dawno nie byłem… na dole – westchnął Francuz, a widząc jak ostrożny jest jego kochanek, zafalował mocniej biodrami. – Ale dotykaj mnie… bardzo tego pragnę – szepnął, oblizując zeschnięte wargi.
Całując chłopaka po ramieniu, kucharz zaczął poruszać palcem, po chwili też dołączając do pieszczot drugi. Kiedy wdarł się w ciepłe wnętrze, sięgnął do warg chłopaka i pocałował go namiętnie, rozciągając jego dziurkę i przygotowując na siebie. Wsłuchując się w jego szybkie oddechy i ciche jęki, obejmował go ciasno wolną ręką, chcąc jeszcze bardziej czuć jego ciepło.
– Aaron…! – jęknął Henri, odsuwając się od pocałunku i łapiąc łapczywie powietrze. Spojrzał na niego wilgotnym spojrzeniem i uniósł się by zsunąć się z jego palców. Sięgnął po leżącą obok tubkę z żelem i wycisnął go na dłoń, po czym nawilżył penisa kochanka, dumnie sterczącego między nimi. Zaślepiony pożądaniem ujął go pewnie w dłoń i zaraz przysunął się, by nakierować go na swoją dziurkę. Z głośnym westchnieniem osunął się na niego i zastygł tak na chwilę, czując też jak mięśnie pod skóra kochanka napinają się mocniej. Jedno spojrzenie w pociemniałe oczy Aarona sprawiło, że zaczął poruszać się na nim w mocnym rytmie, chcąc pokazać mu, jakim wspaniałym kochaniem potrafi być. Zaciskając się na nim mocniej, ujeżdżał go pewnie, z każdym ruchem robiąc to coraz szybciej. Wcale nie spodziewał się, że którykolwiek z nich długo wytrzyma. Pojękując głośno, opadał na jego uda, rozkoszując się dźwiękami jakie wydawały przy tym ich ciała. Kiedy poczuł palce Aarona wbijające się w jego pośladki i ściągające je na niego silnym ruchem, niemal pisnął. Dokładnie tak to widział, kiedy wyobrażał sobie wcześniej ich seks.
– A-Aaron! – jęknął, odchylając się nieco, by oprzeć dłonie na jego kolanach i zaczął podrzucać biodrami w szaleńczym rytmie. – Tak! Tak, dotkni-ij! – wydusił przez zawiązane rozkoszą gardło, z którego wydobywały się jedynie pełne zadowolenia jęki.
Niemal od razu duża dłoń objęła jego penisa, który do tej pory swawolnie uderzał o ich ciała. Uwięziony w dłoni kochanka zdawał się nabrzmiewać jeszcze mocniej i mocniej, aż Henri opadł na ramię Aarona i wbijając się w jego rękę doszedł, wpadając na kilka sekund w obezwładniającą go ciemność.
Pojękując, dopiero po chwili odsunął się od pachnącego mocno ciała i wcałował w wargi mężczyzny, ujeżdżając go w wolniejszych i rozedrganych ruchach.
– Tak mi dobrze – szeptał, pieszcząc jego rozchylone usta powolnymi pocałunkami. – Jesteś wspaniały… Aaron… – wzdychał, czując jak mocno ściska go ramię mężczyzny. Już po chwili kucharz zsunął go z siebie i sięgając miedzy ich ciała zaczął dotykać się w ostatnich sekundach przed spełnieniem. Henri wpatrywał się w jego twarz co raz spoglądając ku jego męskości. Zachwycony wsłuchiwał się w urywane oddechy Aarona, który dysząc ciężko i podrzucając ekstatycznie biodrami strzelił między nich tak mocno, że chłopak poczuł krople nasienia nawet na swoim obojczyku. Ze śmiechem zebrał je palcami i wpatrując się w oczy kochanka oblizał je z wyrazem rozkoszy na ustach.
– Och… boże – sapnął Aaron, przełykając ciężko ślinę przez zaschnięte od tych spazmatycznych oddechów gardło. ­­– Za… zapomnieliśmy o gumce – powiedział, czując na twarzy mocny rumieniec, który zalał ją w chwili szczytowania.
Kochanek objął go za szyję i przesunął palcami po jego wilgotnym od potu karku.
– Nhm… zapomnieliśmy – zgodził się i sięgnął do jego ust. Zaraz jednak zsunął się z jego kolan i opadł na pościel przy jego boku. – Tego potrzebowałem – szepnął, oddychając głęboko i starając się uspokoić rozedrgane ciało. Pociągnął za ramię Aarona by i on opadł na miejsce obok.
Kiedy tak się stało, spojrzał na niego dłużej i uśmiechnął się leniwie.
– Było ci dobrze? – dopytał z pomrukiem i przesunął ciepłym spojrzeniem po jego twarzy.
Kucharz skinął głową i po chwili namysłu sięgnął do jego warg by pocałować je krótko. W miarę jak się uspokajał zaczynał zastanawiać się, w którym momencie Henri powinien sobie pójść lub co on sam powinien jeszcze zrobić.
Kiedy poczuł jak chłopak przytula się do jego ramienia, drgnął lekko, lecz ostatecznie przymknął tylko oczy i przesłonił je ramieniem. Był wykończony, ale i spełniony. W końcu spełniony.
– Nie jesteś zbyt rozmownym typem, prawda? – rzucił cicho Francuz i otarł się policzkiem o jego ciepłą skórę.
– To zależy. Teraz nie mam już siły mówić. Nie mam też co – dodał Aaron schrypniętym głosem i oblizał ponownie wargi.
– Ale skoro ci się podobało… spotkamy się jeszcze? – dopytał chłopak, kuląc się przy nim lekko i spoglądając na niego wielkimi oczyma. Musiał je nico zmrużyć, bo bez okularów nie widział twarzy kucharza wyraźnie, a bardzo mu zależało by wyłapać każdy grymas na jego twarzy.
– Na seks?
– Na seks, na pogaduchy… na co byś chciał – szepnął Henri i przekręcił się na plecy. – Możemy zobaczyć co nam z tego wyjdzie – rzucił cicho i pomasował się lekko po torsie. – Chciałbyś? – zapytał, samemu przymykając oczy.
Leżący obok mężczyzna zastanowił się dłużej i po chwili uniósł się do siadu i poprawił spodnie.
– Ja raczej nie mam zamiaru pakować się w żadne związki – powiedział nieco skrępowany i zażenowany tymi słowami. Przecież brzmiały one naprawdę żałośnie. Nie patrząc na chłopaka uniósł się z miejsca i przeczesawszy dłonią włosy, rozejrzał się za swoim ubraniem.
Henri usiadł na pościeli i podciągając nogi pod brodę przyglądał się mężczyźnie przez chwilę.
– A na seks? – zapytał w końcu, mrużąc lekko oczy i patrząc za kucharzem z uśmiechem błąkającym mu się w kącikach ust.
– Może… nie wiem – mruknął Aaron i zaraz spojrzał na niego w typowy dla siebie chłodny sposób. Szybko jednak odwrócił wzrok speszony. Nie podobało mu się to jak patrzy na Henriego, nie podobało mu się, że miałby go potraktować jak kogoś na jedną noc. Czułby się sam ze sobą źle, gdyby tak zrobił. W końcu nie był takim dupkiem.
Widząc minę Aarona, Henri zsunął się z łóżka i wsunął mu dłonie na ramiona.
– A co robisz jutro? Jedziesz do domu? – zapytał, przyglądając mu się ciepłym wzrokiem.
Mężczyzna odruchowo oparł dłonie na bokach kochanka i pomasował je lekko.
– Moja rodzina pochodzi z Durango, to dosyć daleko, a ja jutro pracuję – powiedział, wpatrując się w jego oczy.
– Ja też zostaję w Denver, to może… zobaczymy się, mm? Skoro obaj będziemy sami – dodał, uśmiechając się stale i sięgając do jego ust by ucałować je lekko. – A teraz co powiesz na herbatę? – zapytał rozbawiony i zaraz odsunął się od mężczyzny, by odnaleźć swoją bieliznę i nasunąć ją na biodra.
– Wiesz… muszę jeszcze zapakować prezent siostrze i go nadać – powiedział po chwili Aaron, a chłopak zaśmiał się głośno i naciągnął na siebie jedynie sweter.
– Dobrze się składa. Jestem mistrzem w pakowaniu paczek – powiedział ze śmiechem i skradł mu szybki pocałunek. Rozejrzał się po sypialni i nadął lekko policzki. – A widziałeś moje okulary? – zapytał, ruszając w kierunku drzwi.
Aaron ruszył za chłopakiem, mimowolnie przesuwając spojrzeniem po jego szczupłych udach.
– Są w przedpokoju. Nie podepcz – powiedział, wychodząc za nim i uśmiechając się bezwiednie. – Zamierzasz panoszyć się tak w moim domu? – dopytał jeszcze, zerkając na jego pośladki, gdy Henri pochylił się po leżące na podłodze okulary.
Sam oparł się o futrynę drzwi prowadzących do sypialni i wsunął dłonie w kieszenie spodni.
– Nie wiem, może – westchnął Henri, a gdy wsunął na nos okulary ponownie podszedł do kucharza i objął go za szyję. – Jesteś sam… a kochałeś się ze mną tak, jakbyś kogoś naprawdę potrzebował – szepnął, wpatrując się niego mocno. – Spróbujmy, mmm? Najwyżej się nie uda – powiedział, masując go po ramionach.
Aaron zmarszczył brwi i przesunął palcami po jego biodrze.
– Ale nie obiecuję, że się uda – szepnął, przygryzając od środka policzek. ­ ­– Nie mam talentu do związków – dodał, nie wspominając już nawet o tym, że „związek” w tej sytuacji brzmiał naprawdę śmiesznie. Nie znali się przecież zupełnie, a to było chyba podstawą związków.
– No widzisz, to znaczy, że pasujemy do siebie – zaśmiał się chłopak i zaraz pewnym krokiem ruszył w kierunku jednych z zamkniętych drzwi. – Chodź na tą herbatę – rzucił przez ramię i jęknął zaskoczony, kiedy Aaron złapał go za rękę.
– Kuchnia jest w drugą stronę – westchnął kucharz i pociągnął Henriego za sobą. – Chcesz coś może zjeść? Bardzo jesteś głodny?
– W sumie nie bardzo, ale nie odmówię niczego z twoich rąk – zawołał Francuz, wchodząc za nim do przestronnej kuchni i rozglądając się po niej z uznaniem. – Och… gdybyś tylko ze mną wytrzymał, byłbym ustawiony do końca życia – zaśmiał się szczerze, przechodząc do taboretu przy wyspie kuchennej i siadając na nim, kontynuował rozglądanie się po pomieszczeniu i połączonej z nim jadalną.
Napotykając spojrzenie, kucharza uśmiechnął się szeroko
– Nie lubisz gotować? – dopytał Aaron, wyjmując z lodówki produkty na arancini z tuńczykiem i szpinakiem, które chodziło za nim już od kilku dni.
– Nie umiem – westchnął Henri i podparł się łokciami o blat, przyglądając się mężczyźnie z uśmiechem. – Ale wiesz, moja mama potrafi. Ona z niczego umie zrobić coś przewspaniałego, choć przyznam ci się w tajemnicy, że tobie francuskie dania wychodzą znacznie lepiej… – zaczął, a Aaron przysłuchiwał się jego słowom wyraźnie okraszonym tym seksownym akcentem. Co chwilę zerkał na ożywionego chłopaka i jakoś nie mógł się nie uśmiechać, kiedy Henri tak się szczerzył.
Było w tym uśmiechu coś naprawdę czarującego…

Reklamy

9 thoughts on “Till We Are – Przedświąteczny czar

  1. Właśnie mi uświadomiłaś, jak bardzo brakuje mi Twoich rozdziałów ;-;
    A co do samego bonusu, był przeuroczy! Chociaż Aaron zawsze wzbudzał we mnie takie ciepłe uczucia, choć nie zawsze na to zasługiwał. No i strasznie się cieszę, że znalazł się ktoś, kto jakoś go wyleczy z tego złamanego serca c: Taką przynajmniej mam nadzieję!
    Swoją drogą postać Henriego też jest świetna, urzekła mnie jego niekontrolowana gadanina w restauracji <3
    Czekam na kolejne okazje, do przeczytania czegoś równie kochanego ^^
    Pozdrawiam <3

    1. O rany, dziękuję! <33 Szkoły zostało mi już bardzo mało, więc mam nadzieje, że niedługo będę mogła wrócić do większej aktywności na blogu. No i że będę miała jakiś czas na pisanie. C:
      Nie wiem czemu tak mnie natchnęło na takie słodkości, ale też chciałam dać Aaronowi szansę. Ja myślę, że Henri to uparciuch, choć nie wiemy co się kryje w jego przeszłości, widać że też chciałby się zakochać i kogoś mieć, tak jak Aaron, któremu dokucza już samotność.
      Cieszę się, że Henri da się lubić. Bałam się czy nie wyszedł zbyt infantylny. C:

      Pozdrawiam również! <3

  2. Widzę, że jednak napisałaś coś o Aaronie. Bardzo przyjemny bonusik. Chciałabym jeszcze kiedyś coś o nim, właściwie to o nich przeczytać, bo fajnie razem wyglądają. I te słodkie rumieńce Aarona <3 Ethana nie przebije, ale na serduszko zasłużył. Pewnie trochę minie, zanim się z tej swojej skorupki uwolni, ale myślę, że ktoś taki jak Henri da radę. Aaron potrzebuje kogoś śmiałego i takiej pozytywnej energii, żeby trochę zneutralizować jego nieśmiałość i powagę. Mimo że tego nie okazuje, pragnie miłości, jak każdy inny. Po prostu boi się zaangażować, żeby nie zostać zranionym. A przynajmniej tak mi się wydaje. Dostał szansę od losu i mam nadzieję, że tym razem mu się uda, że wyjdzie mu z pisarzem, że się w sobie zakochają i będą razem szczęśliwi. I że Aaron będzie dla Henri'ego inspiracją do kolejnej książki, która zostanie bestsellerem XD Dobra, bo się za bardzo rozmarzyłam. Trochę to inne od moich wyobrażeń, ale też mi się bardzo podobało. I wydaje mi się, czy ja też nazwałam kelnera Mike?
    Pozdrawiam i życzę weny. No i oczywiście Wesołych Świąt, choć te już prawie się skończyły :)

    1. Aj tam. Ja myślę, że to całkiem możliwe. XD Z tym Henrim, z Aaronem jako jego muza i tak dalej. Też im tego życzę i przyznaję, że pisząc ten bonus jakoś tak… inaczej spojrzałam na Arka. Znaczy, od dawna już się starałam dać mu szansę, ale pisząc powyższy tekst doszłam do wniosku, że jest bardzo fajnym kolesiem, którego zalet nie pokazałam w TWA. Myślę też, że zarówno Henri jak i Aaron szukają miłości, a to co teraz między się nimi zaczyna dziać ma dużą szansę na to, by w tę miłość się zamienić. Ja w każdym razie trzymam kciuki. C:
      Szczerze, trochę się denerwowałam przed wrzuceniem tego tekstu – miałam wrażenie, że od wieków już nic nie napisałam! A co do Mike’a. Tak, tak. Przyznaję, że użyłam tego imienia z pełną świadomością. W końcu też stworzyłaś postać do tego świata, prawda? <33

      Dziękuję i wzajemnie. I również Wesołych Świąt. Jutro w sumie niedziela, więc wychodzi taki trzeci dzień świąt. C:
      Dzięki za komentarz i do zobaczenia!

  3. Wolałam Aarona z kelnerem, jak dobrze pamiętam był to bonus? Niemniej Henri zapewne nie tylko po mieszkaniu Aarona będzie się panoszyć ale i po życiu ;)

    1. Tak, tak. Był to fanfik konkursowy napisany przez Saki na ubiegłe urodziny bloga.
      Myślę jednak, że jeszcze trochę czasu minie nim Aaron mu na to tak naprawdę pozwoli. (:
      Dzięki! Wesołych Świąt!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s