POENA. Rozdział I.

Z początkiem dziennego cyklu, celę zalało jasne światło, a promienie słońca padające na tył głowy Luki powoli zaczęły drażnić go swoją intensywnością. Z każdą sekundą zdawały się rozpalać jego skórę, tuż przy granicy implantu, aż w końcu zirytowany przekręcił się na brzuch i wcisnął twarz w sterylnie czystą poduszkę. Na niewiele to się zdało, ponieważ cele zaprogramowane były tak by słońce, stale wschodzące o tej samej godzinie, budziło wszystkich żołnierzy. I nie było ważne, o której zaczynali treningi czy loty, zawsze musieli budzić się o stałej porze.
Po kilku sekundach, Luka uniósł się w pościeli i spojrzał z wyrzutem w okno, w którym wyświetlano hologram wschodu słońca. Niemal od razu przywitała go seria piknięć, szumów zapowiadających rozruch systemu mającego rejestrować jego aktywność, gdy był w jednostce. Słońce w oknie nieco złagodniało, a on usiadł na brzegu łóżka i przetarł twarz. Był tak cholernie zmęczony, przeszło mu przez myśl, kiedy zblazowanym spojrzeniem przesuwał po sąsiednim łóżku, jak zazwyczaj pustym. Rzadko zdarzało się by Livaj sypiał w jednostce i może gdyby tak było, on mógłby się w końcu wyspać?
– Witaj S0-VI – usłyszał niski, męski głos płynący z panelu zainstalowanego przy drzwiach wyjściowych. – Nie spałeś niemal cały cykl. Pod koniec zmiany udaj się do centrum po leki. Na zewnątrz słonecznie. Temperatura wynosi czterdzieści osiem stopni, wilgotność dziewięćdziesiąt osiem procent. Opady przewidywane w ósmej do dwunastej godziniy cyklu dziennego.
Luka kiwał jedynie głową, w międzyczasie przechodząc do szafki, w którą wmontowano nieckę z wodą. Przemył szybko buzię i zgoloną na zero głowę, na której odznaczały się wyraźnie napięte żyły. Szeroka twarz, w którą patrzył wydawała mu się być obca, bo częściej niż w lustro zdarzało mu się oglądać inne odbicie siebie. Wiedział doskonale, że Livaj nie miał takich problemów. Livaj w ogóle się nie przejmował takimi rzeczami.
Głębokie i czujne spojrzenie, które mierzyło go wymownie, zdawało się go poganiać, podobnie jak stale trajkoczący komputer, teraz dla odmiany informujący go o całym, długim planie cyklu dziennego, jaki wraz z oddziałem Zero mieli wykonać. Kapitan pod koniec każdej zmiany informowała ich, co będą robić w cyklu następnym, więc Luka niemal tego nie słuchał.. Przeszedł do szafki obok, z której wyjął cienki podkoszulek z długim rękawem i spodnie z równie cienkiego, przewiewnego materiału. Ubrał się powoli, stale obserwując siebie w tafli lustra i nie mogąc się nadziwić temu, jak bardzo był inny niż w rzeczywistości siebie postrzegał.
Niewiele czasu minęło, a był już gotowy do wyjścia. Niemal nigdy nie zachodził na stołówkę, gdzie i tak oddział Zero nie był mile witany. Nigdy nie dawał po siebie poznać, jak bardzo irytują go komentarze rzucane przez członków wyższych oddziałów, a sam też nie chciał tam siedzieć, wiedząc, że ze Śmieciarzy mieszkających w jednostce niemal żaden nie jadał na stołówce, a wszyscy posilali się już na statkach w towarzystwie reszty załogi.
Dlatego też po wyjściu z celi ruszył długim, jasnym korytarzem w stronę głównego hallu, będącego centrum, które nie gasło ani na chwilę, a pracujące w nim droidy ani na sekundę nie zwalniały swoich miejsc. Pomimo tego jak wielu mijał żołnierzy, zazwyczaj z wyższych oddziałów, nie patrzył na nich. Czasami Śmieciarzom obrywało się za samo patrzenie, choć zazwyczaj były to słowne zaczepki, na które starali się nie reagować, a przynajmniej takie były rozkazy Kapitan.
Przestronne wnętrze, stanowiące centrum, raziło bielą, a panujący w nim gwar zlewał w jedno szum rozmów i szmer pracujących maszyn. Spokojnym wzrokiem zmierzył sklepienie, które zupełnie przeszklone dawało widok na czyste, błękitne niebo niezdradzające, ani trochę, ulew mających nastąpić za przeszło siedem godzin.
Luka pewnym krokiem przeszedł przez hall i wyszedł na zewnątrz, na plac będący miejscem odprawy oddziałów. Już z daleka dostrzegł grupę, która w niczym nie przypominała jednostek tych dumnych, rosłych żołnierzy z inkubatorów, będących ludźmi lepszego sortu. Ci z jednostek C czy H byli niemal równego wzrostu i postury. Ich rysy były różne, ale dziwnie zbliżone do siebie i pewnie, gdyby spotkał ich ktoś spoza miasta, z łatwością mógłby ich pomylić. W mieście natomiast ci lepsi żołnierze byli dumą rodzin, którym udało się dostać dziecko z inkubatora – lepsze dziecko, a co za tym idzie lepszego człowieka. Tylko po to je brali, by zaraz oddać do wojska, gdzie już od najmłodszych lat byli szkoleni na idealnych. Zdarzało się, że takie dziecko było oddawane za późno, co skutkowało oczywiście tym, że w przyszłości mogło być wadliwym żołnierzem, jeżeli w dzieciństwie w porę nie odcięto go od rodzinnego życia. Były więc dwa rodzaje Inkubatorów – jedni, wychowywani w domu i niemal nieróżniący się od naturalnie urodzonych, i drudzy, którzy byli porównywalni do maszyn, choć zdarzało się, że androidy miały w sobie więcej emocji niż oni.
Ich odział, odział Z, składał się jednak z samych ludzi gorszych, pieszczotliwie nazywanych „zwykłymi”. Zwykli ludzie mogli zaciągnąć się tylko do oddziału Z, Śmieciarzy porządkujących orbitę okołohelaneńską z odpadów, plądrujących wraki dryfujących statków. I tak jak wśród żołnierzy byli gorsi, tak wśród swoich, mieszkających poza miastem, byli naprawdę uznani. Jednak oni nie wiedzieli, jak bardzo uwłaczające jest życie obok idealnych jednostek, które mają cię za zwykłego brudasa i śmiecia. Nikt też nie wiedział, jak bardzo inne jest życie takiego żołnierza. Oczywiście, mieli przywileje, a ich wynagrodzenie, choć podłe na tle miasta, poza miastem było sumą niemożliwie wysoką. Ale jaką cenę za to płacili? Luka nienawidził tego, nienawidził być tak poniewierany, nienawidził chipu, który wszczepiono mu w przedramię, nienawidził piszczących nad nim komputerów, kiedy srał lub jadł, nienawidził implantu, który wtopiono mu w kark, który tylko teoretycznie był jego wyborem, a tak naprawdę bez niego byłby jeszcze słabszy, jeszcze zwyklejszy na tle Inkubatorów, zupełnie niezdatny do służby, nawet takiej, polegającej na zbieraniu i utylizowaniu śmieci.
Idąc przez zalany słońcem plac, wyłożony jasnymi betonowymi płytami, Luka nakręcał się coraz bardziej i kiedy zdał sobie sprawę z tego, że tak właściwie mógłby rzucić to w cholerę, zobaczył jego. Livaja.
Jego rude włosy związane na czubku głowy w małą kitkę, przybierały jasną miedzianą barwę w tym ostrym słońcu, a pewny siebie wyraz twarzy, z którym słuchał zapewne kolejnej tyrady Kapitan, miał w sobie coś rozbrajającego. Wiedział, że Vena, kiedy już wygłosi to, czego oczekują od niej przepisy, po prostu zacznie się śmiać z jego żenujących żartów na temat Inkubatorów. Ona, choć sama nim była, po latach przebywania wśród zwykłych ludzi już dawno przestała utożsamiać się z nadludźmi, i choć taka degradacją jaka ją spotkała, musiała być niemożliwą hańbą, zdawała się lubić wykonywaną przez siebie pracę. Była dobrym liderem i potrafiła ich zjednoczyć.
Kiedy Luka był na tyle blisko, by dotarł do jego uszu śmiech Livaja, poczuł jak i jemu humor się poprawia. To dla niego tu był, w dziwny sposób czując się z nim tak bezwzględnie złączonym, co akurat mu się podobało, bo bycie przy nim dopełniało go. Obaj siebie dopełniali, choć bycie tym spokojniejszym i cichym było męczące. Livaj jednak nie przeżywał tak mocno jego emocji, bo jego charakter był dominujący, a już na pewno bardziej dominujący niż charakter Luki, więc to jego odczucia zawsze wysuwały się na pierwszy plan. Czasami Luka bał się, że w związku z tym, Livaj nie odczułby pustki, gdyby go zabrakło. I nawet jeżeli był zły za te nieprzespane noce, które brat spędzał ze swoim kochankiem czy na wiecznych imprezach w knajpach, za nic nie zrezygnowałby z więzi jaka między nimi była. Odczuwał to wszystko razem z nim, chociaż nie z taką intensywnością. Ale kochał go i to było ponad wszystko, co znał. Czasami nawet dochodził do wniosku, że matki tak nie kocha, jak kocha Livaja, że nie czuje się z nią tak związany jak z nim, choć to przecież ona dała im to wspólne życie.
Dzieliła ich odległość może stu metrów, kiedy Livaj spojrzał wprost na niego i skinął lekko głową, uśmiechając się przy tym nieco kpiąco, jak miał w zwyczaju. Luka odwzajemnił to spojrzenie, lecz jego wargi pozostały niewzruszone. Miał go zganić za tę noc, za to, że przez niego i przez Irisa, sam musiał czuwać, wsłuchując się w mocne bicie serca, wczuwać się w to niezdrowe podekscytowanie, które było tylko odbiciem uczuć przeżywanych przez brata. Gdzieś w głębi to rozumiał, pewnie gdyby sam miał okazję odreagowania tego, co działo się w jednostce, korzystałby z tego tak jak Livaj.
– Hej, Luka! – usłyszał i zsunął wzrok z sylwetki brata na stojącego przy nim androida. Jego szczupła, drobna postać zawsze wzbudzała w Luce matczyne uczucia.
– Cześć, Una – powiedział tylko i skinął głową pozostałym członkom złogi. Zazwyczaj były to jedyne słowa, które wypowiadał w całym dziennym cyklu.
– Czekamy jeszcze na nowego – rzucił Una, podsuwając się do niego i uśmiechając lekko. Był to taki ciepły i ładny uśmiech malinowych, pełnych ust, które niczym nie zdradzały, że pod nimi, pod jasną, mlecznobiałą skórą Uny, znajduje się skomplikowany mechanizm, że jego centrum wcale nie było bijącym mocno sercem, a pikającym, znienawidzonym przez Lukę komputerem.
– Ech, oby wytrzymał dłużej niż poprzedni Inkubator – zaśmiał się głośno Livaj i zatrzymał się przy nich. – Wiecie, mam już dosyć tych upośledzonych, niezdarnych cwaniaczków, którzy po miesiącu służby lądują z powrotem pod mikroskopem – dodał mocnym tonem i założył ramiona na torsie. – A ty, Luka? – zapytał nieco zadziornie, na co roślejszy mężczyzna tylko wzruszył ramionami i nie kłopocząc się odpowiedzią, przeniósł spojrzenie na oddział Inkubatorów stojących w sporej odległości od nich. Byli tacy idealni i zdyscyplinowani. Nie było między nimi ich dowódców, a wszyscy stali wyprostowani w równej linii i czekali. Ubrani w szare kombinezony, zdawali się być murem nie do przebicia, czymś tak stałym i odległym od zwykłego człowieka, że wręcz nienaturalnym. Z drugiej strony byli naturalniejsi niż chociażby Una stojący nieopodal niego i rozmawiający z Kapitan.
Nagle ta idealna ściana poruszyła się w jednym miejscu i wyłamał się z niej jeden element. Był to mężczyzna, sprężystym, lecz nieco musztrowym krokiem, zmierzający w ich kierunku. Jego szczupła sylwetka wyglądała na nadzwyczaj mocną, a twarz, którą niedługo dostrzegł Luka, była ściągnięta i surowa, jednak nie zdradzała emocji. Była pełna profesjonalnego spokoju. Jak się domyślał, tylko do czasu.
Zbliżający się Inkubator szybko zwrócił uwagę reszty załogi, siedzącej niewielkimi grupkami na stojących nieopodal skrzyniach, czy po prostu na betonowych płytach. Po kilku minutach stanął przez Veną i zasalutował jej sztywno, oczywiście ignorując pozostałych żołnierzy.
– NPI-IX melduje się do służby na stanowisku czwartego zwiadowcy oddziału Z0-II – wyrzucił z siebie jak karabinek, a stojący nieopodal Pharus aż uniósł wyżej jasną brew i zdusił w sobie śmiech, szybko jednak wracając do składania termosów z apteczkami.
– Nie, nie, nie – mruknęła Kapitan i przegarnęła dłonią sięgające uszu włosy. – Nie potrzebujemy tu zwiadowcy. Mówiłam o strażniku – rzuciła, wyjmując z kieszeni panel informacyjny i uruchamiając go. – Zresztą nieważne. Będziesz strażnikiem, bo na to mam zapotrzebowanie – dodał nieco lekceważącym tonem i skinęła Unie głową. – Zarejestruj go i zdaj mu przydział. Jak masz na imię? – zwróciła się jeszcze do wyprostowanego dumnie Inkubatora.
– NPI-IX – powtórzył donośnym głosem.
– Na imię, a nie jaki masz numer – uściśliła Vena i westchnęła głośno. – Dobra, będziesz… Piegiem – powiedziała nagle i zaraz odwróciła się do mechanika ich oddziału, która miała złożyć wstępny raport ze stanu statku. – Ładujcie się powoli na pokład. Przez sześć godzin mamy szkolenie nad bagnami, a później musimy oczyścić obszar A. Podczas drugiego cyklu oddział I oraz IV zaobserwowali zbliżające się do Helane wraki, więc musimy je zabezpieczyć i odholować. – dodała, a wszyscy z pomrukiem unieśli się z miejsc i na krótką chwilę ustawili się w linii wyznaczonej przez przebijające się przez metalowe płyty kępki trawy. Zasalutowali pospiesznie i całkiem byle jak, bez większego zaangażowania.
– Falco, bierzesz nowego do swojej kapsuły – dodała Vena do pierwszego ochroniarza. Oczywiście nikt z nich nie chciał opiekować się nowymi. Nie wynikało to nawet z niechęci do Inkubatorów, a po prostu z ich odporności na respektowanie słów zwykłych ludzi. Niby wszyscy mieli zakodowane coś o szacunku do naturalnie urodzonych, ale oczywistym było to, że mieli ich za słabszych od siebie, a czego można się nauczyć od kogoś słabszego?
Falco skrzywił się i odetchnął ciężej, lecz szybko podszedł do Piega i klepnął go po ramieniu.
– Jestem Falco, lider ochroniarzy – przedstawił się i postarał nawet o uśmiech, który w jednej chwili nadał jego twarzy łagodniejszego wyrazu. – Podczas szkolenia będziemy w jednej kapsule, więc obserwuj, jak się ją obsługuje. Nie mamy tych najnowszych, które możesz znać ze szkoleń w dawnym oddziale, więc przyglądaj się, żeby nie zjebać niczego, jak już przesiądziesz się do własnej łajby. W razie czego Eian jest naszym mechanikiem – dodał, wskazując na krzątającą się przy wejściu na statek kobietę o gęstych kręconych włosach. – Zazwyczaj nie ma czasu na pierdoły, bo tutaj stale coś się psuje, więc zrób jej tą przyjemność i nie spierdol niczego na starcie. Pharus – wskazał mężczyznę liczącego termosy – to nasza latarnia, fajnie byłoby żebyś dał mu się zbadać, żeby mógł sam określić twoje predyspozycje. Wiem, że jesteś Inkubatorem, ale dobrze by było, żebyś wszczepił sobie jakiś implant, skoro już spadłeś do nas. Obok Una, łącznik. W naszej ekipie jest jeszcze Scut i Luka – dodał przedstawiając mu kolejno mężczyzn. – Liderem zwiadowców jest Livaj i podlega mu Hale i Anton – dopowiedział i skinął głową. Zaraz przesunął ręką po ciemnych włosach, które nagrzewały się mocno w słońcu. – Zajebiście by też było, żebyś nie szarżował, nie popisywał się i słuchał choć części naszych rad, bo kilka dni temu, jak wiesz, jeden arogancki Inkubator wrócił z powrotem do labo, więc nie idź w jego ślady. Jesteśmy całkiem do życia o ile nie będziesz zadzierał nosa, Piegu – dodał nieco pretensjonalnym tonem i obejrzał się za Livajem, który przechodząc obok niego, poklepał go po twardym ramieniu widocznie rozbawiony jego wykładem.
Kiedy wrócił spojrzeniem do Inkubatora, zniechęcony pokręcił głową, widząc jego pewne siebie spojrzenie.
– Faktycznie masz pieg. Przy nosie. Widziałeś? – rzucił zaczepnie i spojrzał na Inkubatora nieco przyjaźniej. – Nie nadymaj się tak. Będzie fajnie – zapewnił i odwrócił się, chcąc ruszyć na statek.
– Nie mam piegów – usłyszał nagle i aż obejrzał się zaskoczony. Wbił sceptyczne spojrzenie w wyższego mężczyznę i machnął ręką. – Nie mam, bo my nie mamy piegów ani znamion, ponieważ nie poddajemy się zewnętrznym bodźcom jak naturalnie urodzeni – powiedział spokojnym, szorstkim głosem. – Ponadto nie potrzebuję implantu, ponieważ przewyższam siłą wszystkich was razem wziętych. Myślę także, że poradzę sobie z przestarzałym sprzętem, jakiego używają odziały Zero. Pomyślnie przeszedłem szkolenia na Wahadłowcu CDI-0, testy wytrzymałościowe na bagnachm, w powietrzu i na lądzie, więc śmiem przypuszczać, że kapsuły Zorgo starego typu nie powinny stanowić dla mnie większego wyzwania – dodał, wzbudzając ogólną wesołość zarówno u Falco, jak i pozostałych, będących świadkami jego odpowiedzi.
Falco splótł ramiona na piersi.
– Wiesz, stary, obawiam się, że skoro zesłali cię do Śmieciarzy, coś może być z tobą nie tak, ale to jest całkiem spoko, bo według nowych norm, wszyscy tutaj, jako żołnierze, jesteśmy trochę nie tego, także przestań pieprzyć i pogódź się z tym, że tu trafiłeś. Jeżeli jesteś tak inteligentny, to zakładam, że domyślasz się, jak ważne są relacje miedzy nami, bo o ile między Inkubatorami możecie być sobie profesjonalnie chłodni o tyle u nas lepiej by było, gdybyś postarał się zaprzyjaźnić – dodał, patrząc na niego naprawdę prowokująco.
Pieg powoli skinął głową, a jego twarz stężała nieco bardziej.
– Zauważam tylko różnice między nami – powiedział w końcu, spokojnym głosem. – To oczywiste, że jako naturalnie urodzeni nie macie odpowiednich predyspozycji…
– Dobra, chuj. Przestań pierdolić i ładuj się na statek – przerwał mu Falco i sam ruszył w kierunku rampy prowadzącej do wnętrza wysłużonego już wahadłowca o nieco ociężałej sylwetce, zupełnie niepodobnej do tych smukłych i lekkich konstrukcji, jakie prezentowały sobą nowe typy wahadłowców, należące do wyższych oddziałów. Zawsze między sobą śmiali się, że Legulus w całości już składa się z łat, które Eian przykręcała niemal codziennie, a kiedy wylatywali w kosmos, nie kończyło się na jednym uszkodzeniu. Mimo tego jakoś sobie radzili, nie starając się już nawet u dowództwa o nowy statek. W końcu do sprzątania śmieci wystarczał taki, prawda?
Minęło kilka chwil nim załadowali siebie i swoje rzeczy na pokład zaledwie dwupoziomowego statku. Od razu weszli w długi i wąski korytarz, z którego wchodziło się do pomieszczeń takich jak narzędziownia, wszelkiego rodzaju magazyny czy małe kabiny z miejscami do spania, gdy wyruszali w kilkudniowe wyprawy. Znajdowały się one na przedzie statku podobnie jak mała kuchnia i stołówka. Po kilkunastu metrach marszu dotarli do metalowej drabinki prowadzącej na drugi poziom statku.
Wewnątrz Legulus wcale nie prezentował się lepiej niż na zewnątrz, ponieważ już lata temu został niemal wybebeszony ze zbędnych sprzętów takich jak chociażby nieużywane fotele dla załogi, czy stalowe ścianki działowe, w wyniku czego kolorowe, nieraz też iskrzące, przewody stanowiły niemal jedyną dekorację wnętrza tuż obok grubych rur z paliwem czy tlenem, niejednokrotnie używanych jako siedziska. Przestrzenie między nimi były ich archiwum, gdzie przetrzymywali dokumenty, których nie mogli jeszcze znieść na dół do właściwego archiwum, czyli komory wypchanej po brzegi papierami, których zapewne nikt już nigdy nie przejrzy, bo przecież wszystko było w bazach.
Dzięki takim zabiegom statek stał się lżejszy, a górny poziom, gdzie znajdował się mostek kapitański, był jedną dużą przestrzenią, w której zazwyczaj spędzali czas razem. Z niej także poprowadzone były przejścia do kapsuł, którymi w terenie poruszali się Ochroniarze i Zwiadowcy.
– Una, weź Piega i załatw go szybko, bo mamy już kilkuminutową obsuwę – rzuciła Vena, podchodząc do sterów i powoli włączając silniki Legulusa. W tym czasie wszyscy pozostali zajęli swoje stałe miejsca, podejmując się drobnych czynności, które robili codziennie. Oczywiście nie mieli żadnych gabinetów, żadnych szczegółowych baz czy komputerów pomagających im z raportami. Takie udogodnienia przeznaczone były tylko dla oddziałów znaczących, a nie dla Śmieciarzy. Podczas gdy Una z Piegiem ruszyli z powrotem na dół po przydział składający się z kombinezonu, skafandra do zadań w kosmosie i oddzielnego nadajnika, reszta zajęła się raportami ze zbiórki, pomiarami ciśnień w kabinach oraz pomocą Eian z uszczelnieniem jednej ze śluz stanowiącej przejście do kapsuły.
Po kilku kolejnych minutach Vena podniosła wahadłowiec z lądowiska, a w tym czasie Pieg, jako nowy w załodze, musiał jeszcze dać Unie zgrać swoje dane i podłączyć do ich wewnętrznej sieci poprzez wszczepiony chip. Choć oczywiście opierał się przez zabiegiem wszczepienia implantu, na polecenie Veny, Pharus przeprowadził z nim wywiad i zbadał go, by za kilka dni podjąć decyzję o wzmocnieniu stalowym elementem najsłabszej części ciała Inkubatora. Każdy z dziesięciorga członków załogi został poddany takiemu zabiegowi, nawet Una, który tego nie potrzebował, bo był przecież maszyną. Na pozór była to tylko metalowa płyta o wysokiej elastyczności, której wytrzymałość zwiększała się pod naciskiem, jednak był to element wspólny dla nich wszystkich. Dla każdego członka oddziału Zero i jeżeli Pieg miał nim być, oczywistym było, że powinien go wtopić w swoją skórę.
Po kilku minutach lotu nad jednostką i poligonem, Vena skierowała statek w docelowym kierunku, gdzie nad bagnami mieli ćwiczyć obsługę Zorgo i łączności między nimi a Legulusem.
– Ustawiam na autopilota. Una, nadzoruj – poleciła jeszcze i zaraz odwróciła się do wnętrza statku, by objąć wzrokiem cały pokład. – Wiem, że wam się nie chce, ale postarajcie się. W drugim cyklu wyruszamy na orbitę ­– dodała, wiedząc, że dla wszystkich było to o wiele przyjemniejsze niż kolejne ćwiczenia, które niemal zawsze miały taki sam przebieg.
– Tak, o ile Pieg nie zginie zbyt szybko – rzucił Anton ochrypłym głosem, wywołując śmiech wśród pozostałych mężczyzn.
– Oby nie, niedawno złożyłam tę kapsułę po Maiorze i, cholera, to nie było zbyt przyjemnie, okej? – zawołała Eian, zwijając w rolkę grubą uszczelkę, której fragment razem z Livajem wmontowała przed chwilą w śluzę. – Także, Nowy, postaraj się jej nie rozbić. Twoja jest Z4, bo należała do zwiadowców, ale przeprogramowałam ją w nocy, więc będzie S4 – dodała zadowolonym tonem. Znana była z tego, że dba o każdy, najmniejszy szczegół, przez co, przynajmniej według swojej ekipy, plasowała się na miejscu najlepszego technicznego na całej Helane. – Una, nie zapomnij, żeby przełączyć ją na Piega – dodała w kierunku androida i zaraz zaczęła zbierać narzędzia do wysłużonej już, metalowej skrzynki.
– Przepięty już dawno! – zawołał android, unosząc do góry szczupłą rękę, którą jako jedyną było widać zza oparcia obszernego fotela.
– Skoro tak, dlaczego nie mogę od razu do niej wsiąść? – zapytał Pieg, który jako jedyny stał na środku pokładu, przebrany już w kombinezon. – Poradzę sobie, pani Kapitan, byłem jednym z lepszych pilotów w oddziale – dodał, a Livaj przewrócił oczyma i wgryzł się w trzymaną w rękach bułkę.
– Może dlatego, że jesteś nowy i najwidoczniej niedorobiony, skoro zesłali cię do Śmieciarzy? – rzucił z pełną buzią, drugą ręką wypełniając zaległy raport, za który już z rana dostał od Veny reprymendę.
– Livaj! – warknęła Kapitan i założyła ramiona na piersi stając przed Piegiem. – Słuchaj, to nie chodzi nawet o ciebie – zaczęła uśmiechając się nieco sztucznie. – Chodzi o sprzęt. Może nie wiesz, ale dla nas, to czy kolejny Inkubator zostanie zmielony na papkę nie ma większego znaczenia, bo przecież, gdy wrócisz do labo, z jednego ciebie mogą zrobić stu nowych Inkubatorów. Natomiast, kiedy już rozbijesz kapsułę, ja będę musiała przez kilka kolejnych tygodni chodzić i błagać o nowy przydział. I znając życie dostanę jakiegoś przerdzewiałego złoma, w który właduję kilka kolejnych pensji całej załogi – dodała, a przysłuchujący się jej słowom Śmieciarze pokiwali głowami. – Bo nam nie dają gemmy ot tak, i jak czegoś potrzebujemy to musimy to sobie sami kupić, a nie pójść do okienka, pokazać błyszczącą plakietkę i tak po prostu to dostać – powiedziała ostrym tonem i swoim zwyczajem przygryzła policzki od środka, sprawiając tym samym, że pieprzyk nad jej górną wargą rozciągnął się w owalny kształt.
– To są stare Zorgi, może niepotrzebnie darzycie je takim sentymentem i w tym leży problem? – prychnął Pieg.
– No nie wiem, tak jakby to jedyne kapsuły, jakie mamy i może stąd ten nasz sentyment? – zakpił Falco i pokręcił głową znudzony. Zaraz wcisnął się plecami w rurę, o którą się opierał, a w której płynęła gorąca woda. Co prawda nie czuł dokładnie jej ciepła przez implant umieszczony na lędźwiach, ale to było jego ulubione miejsce.
Vena nadęła lekko wargi, mierząc Inkubatora uważnym spojrzeniem. To jasne, że się nie przystosuje, a przynajmniej nie prędko. Czy mieli czas na zabawę z nim? Na czekanie, aż do jego pustej główki dojdzie w końcu to, co ona sama pojęła już lata temu? Nigdy, żaden Inkubator ­– szczególnie wojskowy – nie będzie równy człowiekowi i nigdy nie będzie lepszy pomimo słabości, jakie miał naturalnie urodzony. Mogli być wyżsi, silniejsi i inteligentniejsi, ale coś było w zwykłych ludziach, czego oni sami nie mogli doścignąć. Pamiętała jak wielkim szokiem było dla niej to zesłanie, pierwszy nabór ludzi okazał się być porażką i wszyscy zginęli dosyć szybko. Ale nauczyła się ich szkolić, nauczyła się do nich mówić i w końcu, dzięki nim właśnie, stała się bardziej człowiekiem niż Inkubatorem. Czuła się nim, chciała nim być. I chociaż w założeniu Inkubator miał być człowiekiem ulepszonym, szybko okazało się, – a przynajmniej ona to pojęła – że to te wszystkie słabości czyniły z człowieka człowieka. Nie niezachwiana prosta sylwetka, nie niezawodne zmysły, a może właśnie to, że nawet krótki impuls, drobna emocja potrafiły ot tak wpłynąć na zmysły naturalnie urodzonych.
Zmrużyła lekko oczy i potarła o siebie ciemnymi wargami.
– Dobrze. Wsiądziesz dzisiaj do S4 – powiedziała, a widząc na sobie spojrzenia reszty oddziału, nim zdążyli zaprotestować uniosła rękę. – Jeżeli zginiesz, mam nadzieję, że szybko – dodała i odetchnęła ciężej, zaraz odwracając się do Uny, by sprawdzić przez okna, w jakim obszarze aktualnie się znajdują.
Widok ze statku przedstawiał rozległą równinę pokrytą mieniącym się w słońcu szarym piaskiem. Na pozór wyglądało to na zwykłą pustynią, lecz dopiero po zetknięciu się z podłożem okazywało się, że jest to swego rodzaju lejąca się masa, która potrafiła wciągnąć pod ziemię największe nawet obiekty w przeciągu kilku czy kilkunastu godzin, dlatego też te obszary były wyludnione i po prostu puste.
Po kilkuset kilometrach nie było wcale ciekawiej, choć gdzieniegdzie pojawiały się pojedyncze drzewa, które z czasem zmieniały się w niewielkie oazy i zagajniki, a w końcu w szeroki pas lasu. Był on jednak tak podmokły i niebezpieczny, że nie dało się w nim żyć. Zresztą las ten ciągnął się przez kolejne dwieście czy trzysta kilometrów, a później zaczynały się bagna. Rozległe, parujące i trujące grzęzawiska, które z góry wyglądały jak szeroka rzeka płynąca pomiędzy dwoma pasmami bujnego lasu. To właśnie nad nimi ćwiczyły odziały Zero, przy okazji odwożąc na nie odpady, które raz wrzucone w muł powoli były trawione przez kwasy zawarte w bagnach. Przy okazji patrolowali tez granice drugiego pasma lasu, pilnując czy toksyczne ściski, nie przedzierają się przezeń i nie odstają do rozciągającego się dalej wielkiego oceanu. Robota była podła lecz widok bezkresnego błękitu, jaki dalej się rozciągał, nawet jeżeli mieli okazję oglądać go jedynie przez chwilę, zapierał dech w piersiach.
Na znak Kapitan, przebrani w kombinezony przeszli do śluz i kolejno weszli do swoich kapsuł, których czujniki szybko podłapały sygnał z chipów umieszczonych w ich przedramionach. Komputery uruchomiły się płynnie, choć niemal od razu na panelach większości kabin wyskoczył sygnał alarmowy.
– Spokojnie Piegu, to tylko powitanie – usłyszeli głos Uny płynący z niewielkiego głośnika, umocowanego na panelu.
– Nowy już panikuje? – zakpił Anton, a w tle dało się słyszeć śmiech.
– Zacumujemy przy trzeciej stanicy i zrzucimy ładunek – odezwała się Vena, pochylając nad panelem głównodowodzącym i oparła dłoń o ramię Uny. – Hale i Luka, zostajecie, reszta leci nad ocean. Życzę miłych widoków i pilnujcie nowego kolegi.
– Odłączam kapsuły za trzy… dwa… – dało się słyszeć głos androida i już po chwili siedem maszyn przyłączonych do boków Legulusa, z lekkim szarpnięciem oderwało się od niego i powoli, niczym papierowe samolociki, opadało na dół. Dopiero po kilku sekundach poderwały się do lotu, przechodząc weń z kolejnym, mocniejszym niż poprzednio, zrywem.
Livaj ujął mocno ster i z lekkim uśmiechem wystabilizował lot, zerkając na radar i ekrany emitujące widok z kamerek zainstalowanych przy bokach kapsuły. Szybko zlokalizował Piega i uśmiechnął się krzywo, widząc niestabilny, stale opadający tor lotu jego Zorga.
– Ej no… Piegu, przecież to stary Zorg, co? Do góry ster inaczej za kilkanaście sekund nie zostanie z ciebie nawet włos, żebyśmy mogli oddać do labo – rzucił przez intercom i zaśmiał pod nosem, wylatując już ponad las.
– Śmieszne, Livaj – prychnął Falco widocznie zwalniając. – Ty, Nowy, mów jak coś, to cię ściągnę – rzucił luźnym tonem, lecz Inkubator tylko prychnął pod nosem i po chwili udało mu się wylecieć kapsułą nieco wyżej.
– I uważaj na sosny ­– dodał przekornie Anton.
– I na słońce, świeci w oczy – dodał Livaj. – Tam po lewej masz taką gałeczkę, żeby uaktywnić fotochromy, ale nie używaj zbyt często, bo szwankują – poradził, opierając się mocniej na fotelu i z uśmiechem lecąc przed siebie. Jemu nie przeszkadzało słońce, a w ciasnym wnętrzu kapsuły czuł się naprawdę dobrze. Kiedy wzbił się jeszcze wyżej dostrzegł na horyzoncie odcinającą się od zieleni lasu niebieską wstęgę. Uwielbiał ten widok.
– Czy coś w tym pieprzonym złomie nie szwankuje? – usłyszał nagle głos Piega i roześmiał się, zerkając w obraz z tylnych kamerek.
– W pieprzonym złomie najsprawniejszy jest zawsze pilot – rzucił nieco żartobliwie, podziwiając roztaczający się przed nim krajobraz. Ten był dużo ładniejszy niż widok miasta czy też osiedli położonych za nim. Było tu tak czysto i spokojnie. Z tej wysokości las wyglądał jak stary dywan, a lśniący w słońcu ocean emanował dziwnym majestatem. Oczywiście miasto też był czyste i zadbane, ale było coś o wiele bardziej pociągającego w tym tutaj dziewiczym obszarze i zawsze, gdy na niego patrzył, czuł w sobie dziwną tęsknotę, pustkę, która torturowała go w przyjemny sposób.
Zdając sobie sprawę z tego, że towarzysze najpewniej zbadają granice lasu i oceanu, sam ruszył dalej, wpatrując się w odległy horyzont. Żałował, że nie mieli szkoleń nad nim podobnie jak wyższe oddziały, lecz ostatecznie miał świadomość, że niewielu było naturalnie urodzonych, którzy mogli go oglądać. Ci choć byli wolni, nigdy nie opuszczali miasta, czy też terenów wokół niego i nie było siły by na niskopodłogowych maszynach, które zdarzało im się posiadać, przebyli całą równinę, nie mówiąc już o lesie czy bagnach. Dopiero gdy był dalej, odłączył swój mikrofon i wyjął spod fotela małą kamerkę.
– Włączam autopilota – rzucił komendę i uruchomił kamerkę po czym skierował na siebie jej obiektyw. – Pięć tysięcy czterysta siedemdziesiąty piąta doba służby w oddziale Zero. Trzy i pół kilometra od drugiego pasma lasu… czysty błękit – uśmiechnął się, przekierowując obiektyw na widok przez przednie przeszklenie kapsuły. – Żałuję, że tego nie widzisz, Iris – powiedział spokojnym głosem, lecąc dalej. Po chwili roześmiał się i pokiwał do siebie głową. – Zawsze mówię to samo, ale nie wiem, kiedy ponownie będę mógł nagrać kilka takich ujęć, i uwierz, na żywo to robi ogromne wrażenie. Widzisz? Tam na południu zaciera się już niemal widok na las, a jestem… cztery kilometry od jego brzegu. Znowu jest spokojnie. Radar nie wykrywa niczego pod wodą – powiedział, zerkając na jego tarczę. ­– W powietrzu też ani jednego ptaka, na niebie ani jednej chmurki – dodał, kierując obraz w omawiane rejony. – Nie słyszę nic, prócz warkotu silnika. Ta cisza jest kojąca, lecz kiedy nad nią myślę dłużej, tuż obok zachwytu czuję dziwny niepokój. Czy tutaj, czy na górze, zawsze mam wrażenie, że jesteśmy sami. To dziwne mieć tyle przestrzeni. Widzisz? – szepnął, przełykając ciężej ślinę. Zerknął krótko na panel i szybko odwrócił kamerkę ku sobie. – Kończę, zaraz zagaśnie mi Zorg – uśmiechnął się jeszcze. W chwili gdy wyłączył i odłożył kamerkę pod fotel, ciasne wnętrze kapsuły ponownie zalało czerwone migotanie alarmu. Silnik zgasł na kilka sekund i zaraz z szarpnięciem uruchomił się ponownie, lecz ta chwila przerwy wystarczyła, by zaczął pikować w dół. Poderwał mocno ster, ujmując go silnymi dłońmi i kiedy udało mu się wystabilizować lot, jednym ruchem włączył mikrofon, słysząc nawoływania Uny.
– Z1 cały – rzucił i już po chwili usłyszał podobne zapewnienia płynące z pozostałych Zorgów.
– Livaj, zawracaj – usłyszał jeszcze głos Veny. – Zdajesz główny raport, a znowu odpływasz.
Mężczyzna westchnął głośno i zaraz obrócił kapsułę o sto osiemdziesiąt stopni i przesunął wajchę przyspieszenia aż do końca. Odrzut wbił go w fotel, ale po chwili, przyzwyczaiwszy się do prędkości rozluźnił ciało. Po kilku minutach lotu dostrzegł już pozostałych członków oddziału eksplorujących tereny przy granicy lasu.
– I jak, Piegu? Pierwsze odcięcie mocy już za tobą? – zapytał, zatrzymując kapsułę i przyglądając się z góry.
– Co? – burknął Inkubator nieco oschłym tonem. Nie wierzył, że teraz jak dureń przez kolejne cztery godziny będzie musiał latać w tę i z powrotem ze skanerem.
– Vena mówiła ci o załamaniu mocy w silniku? – dopytał Livaj.
– Ja mu mówiłem. Ale uważajcie na niego, chyba przechodzi właśnie przez etap wyparcia – do rozmowy dołączył się Anton, wywołując swoim komentarzem ogólną wesołość na intercomie.
– Włącz skaner i zacznij badać brzeg. Piegu, do ciebie mówię – polecił mu Falco, widząc, że Inkubator krąży tylko nad lasem. – To polecenie służbowe. Nieposłuszeństwo karane jest wyjebaniem z oddziału. Halo! – dodał pół żartem, pół serio.
– Dobra… już. Kurwa… – dało się słyszeć głos Piega. – Odlecę trochę na południe – burknął, a Livaj mając na niego doskonały widok zaśmiał się pod nosem.
– Południe to trochę w drugą stronę. Popsuł ci się kompas? – zapytał całkiem serio, w końcu w starych maszynach w każdej chwili coś mogło się zepsuć i było to rzeczą jak najbardziej naturalną. Jednak Inkubator, najwyraźniej rozzłoszczony tym komentarzem, zaklął jeszcze głośniej.
– Kpisz sobie ze mnie? – sapnął wściekle, naciskając mocniej na dźwignię przyspieszenia.
– Nie. Po prostu uważaj – odparł Livaj. – Jak ci coś nie działa, to wyślij raport Eian. W sumie to twój Zorg jest świeżo po złożeniu może trochę bardziej nie domagać. Nie nadymaj się tak. Chcemy ci pomóc – dodał, obniżając poziom swojej kapsuły, by móc pobrać próbki wody.
– Już chyba wiemy, czemu cię wywalili od Inkubatorów – dołączył się Scut, który nieco dalej na północnym brzegu pobierał próbki wody. – Po prostu jesteś nadwrażliwy, stary. Nie spinaj się tak. I tak jesteś najlepszy – dodał spokojnym tonem.
– Och jak słodko, Scut – westchnął Livaj. – Mi nigdy nie mówiłeś takich uroczych rzecz…
Nagle na linii dało się słyszeć trzask, aż wszyscy poderwali wzrok w kierunku Zorga Inkubatora.
– Kurwa…! – dało się słyszeć jego zdeformowany głos.
– Ja pierdolę…! – sapnął Falco podrywając swoją kapsułę do góry. – Anton! Jesteś blisko, spróbuj go ściągnąć – dodał, już ruszając w jego kierunku.
– Chłopcy, S4 pikuje w dół. Odległość do zderzenia – dwadzieścia trzy sekundy – dodał Una, a Anton będący nieopodal, jak najszybciej starał się zwrócić ku Piegowi swoja kapsułę.
– Kurwa, Nowy! Do góry ster! Ciągnij go do góry – powtarzał, przyspieszając i uruchamiając powoli pole siłowe. – Ja pierdolę! – rzucił widząc jak kapsuła bezwładnie opada w kierunku wąskiemu pasmu plaży. Jasne było, że przy tej prędkości rozbije się na miazgę. – Hamuj chociaż! Nowy, hamuj! – powtarzał, lecz odpowiedział mu tylko trzask bez przerwy nadawany z Zorga Inkubatora.
Był już niedaleko, podobnie jak pozostali kompani. Na radarze widział, że dosłownie sekundy dzieliły go od wciągnięcia S4 w swoje pole siłowe i odległość sekundy zbrakło by mógł go złapać. W momencie gdy przyciąganie uruchomiło się, dało się słyszeć huk, a on wleciał w kłęby czarnego dymu. Nie widział niemal nic lecz intuicyjnie już poderwał ster do góry i za chwilę wyleciał z kłębowiska oparów. Zatrzymał Zorga i zwrócił go w kierunku wraku rozbitego na plaży.
– No kurwa – zaklął, marszcząc mocno brwi i opuszczając kapsułę niżej.
– S4 stracony. Pilot żyje – usłyszał jeszcze Unę i wylądował na plaży. Szybkim ruchem odpiął pasy bezpieczeństwa i otworzył przednie przeszklenie, które odskoczyło z cichym sykiem. Złapał za gaśnicę i zaraz był na zewnątrz, i biegł w stronę dymiących szczątków, widząc jak po drugiej ich stroni lądują pozostali mężczyźni.
Kiedy dotarł do rozbitej kapsuły, zaczął gasić płomienie. Poprzez dym widział jak z wiszącego na części wraku fotelu wisi Pieg, podtrzymywany jedynie pasami.
– Nie rusza się – zaraportował. – Co z czynnościami życiowymi?
– Sześćdziesiąt procent.
– Anton, Livaj i Falco już ci pomagają. Uratujcie go, cholera, inaczej kolejny cykl zaczniemy z nowym zadufanym Inkubatorem – usłyszał glos Kapitan.
– Pieprzę to! – warknął Falco. – Po chuj to wszystko?! Oni się nigdy nie nauczą – dodał, czując ogarniające go poczucie winy. Czuł się za tego imbecyla odpowiedzialny, chociaż Kapitan dała mu wolną rękę. Przecież mówili mu, żeby się pilnował, ale nie, każdy pieprzony Inkubator musiał zawsze udowodnić na co go stać.
– Uspokój się. Wysyłam wam Hale na pomoc.
– Nie Hale. Daj Lukę – rzucił Livaj, który już biegł ze swoim sprzętem w stronę tlących się szczątków. Na linii na chwile zapadła cisza.
– Kapitan? – dało się słyszeć głos Zwiadowczyni.
– Dobra, Hale. Zostajesz. Luka, leć im pomóc – zarządziła Vena.
Livaj odetchnął z ulgą, mając świadomość, jak okropnym dla Hale byłby widok kolejnego Inkubatora roztrzaskanego na miazgę. Może za bardzo się przejmował, ale tacy już byli w tym oddziale – przejmujący się sobą za bardzo.
Dostrzegł porozumiewawcze spojrzenie biegnącego obok Falco i po chwili już byli przy Antonie, dogaszającym ostatnie płomienie.
Kiedy najgęstsze kłęby dymu opadły, cała trójka zyskała doskonały widok na nieprzytomnego Inkubatora.
– Una? – dopytał Falco.
– Trzydzieści procent i spada.
Livaj wyjął z kabury nóż i rozłożył go jednym ruchem ręki. Kiedy zbliżał się do buchających gorącem szczątków, przełknął ciężej ślinę, a dwaj pozostali mężczyźni zaraz ruszyli za nim.
– Ja pierdolę… – sapnął Anton i zacisnął mocno wargi. – Odetnijmy go… – sapnął zduszonym głosem. Kiedy stanęli przy szczątkach kokpitu tylko Livaj zdawał się być na tyle zdeterminowanym, by przysunąć się bliżej i brodząc nogą we wnętrznościach Inkubatora, które rozpłynęły się pod wiszącym fotelem, sięgnął nożem ku mocnym pasom stale trzymającym jego tors w górze.
– Przytrzymajcie go za ramiona – polecił, a gdy towarzysze wykonali jego polecenie w końcu odciął pasy. Widział jak pod naporem ich palców z materiału kombinezonu Piega wyciska się krew i gęstymi kroplami spływa po ich palcach, przesiąkając materiał rękawic.
– Piętnaście procent. Umiera – rzuciła Una, a Livaj tylko się skrzywił, kiedy odkładali jego tors na piasek tuż przy fotelu. Jakoś nie bardzo widziało im się odnoszenie go dalej i przeciąganie jego trzewi po sypkim piasku.
Dopiero gdy go złożyli, dało się dostrzec jak mocno i chaotycznie bije jego serce, opięte poszarpanym już materiałem kombinezonu. Nadal żył, ale były to już dosłownie ostatnie z sekund tego życia. I było w tym coś obrzydliwego i przerażającego. Był tak bardzo podobny do człowieka, którymi byli oni sami, a jednocześnie, przynajmniej Livajowi, jawił się jako przecięty na poł robak. Bo czy teraz, kiedy w każdej chwili mogli się rozmnożyć, byli kimś więcej? Przełykając wymioty podchodzące mu do gardła pochylił się w końcu nad nim i jednym szybkim ruchem wbił mu nóż głęboko w klatkę piersiową, celując tak by odciąć jak najszybciej dochodzącą do niego aortę. Może było to już zbędne, zważywszy na ilość krwi jaką stracił w przeciągu tych sekund od katastrofy, ale stanie tak nad nim i czekanie było zbyt przytłaczające. Choć ile czekali? Dwie, trzy sekundy? Ten ruch jednak wydawał się być niezbędnym, czymś co któryś z nich musiał zrobić. Nie mogli stać bezczynnie. On sam nie chciał stać bezczynnie. Naprawdę wolał mieć świadomość jakiejkolwiek kontroli nad życiem jakie posiadali.
­– Kurwa – sapnął, prostując się nad nim i ocierając nóż o udo. – No to kolejnego nadętego Inkubatora mamy z głowy – rzucił, starając się brzmieć arogancko. Nie wyszło mu. – Może w końcu zawieziemy go tym imbecylom z Centrali, żeby zobaczyli jak świetnie wygląda integracja wojskowych inkubatorów z naturalnie urodzonymi? – dodał zimnym głosem i zaraz odwrócił się w stronę oceanu.
– Luka jest już przy was. Zbierzcie go, my za kilka minut podlecimy po wrak S4. Nie możemy stracić tej kapsuły – powiedziała Vena wypranym z emocji głosem, co w tej chwili uderzyło w Livaja mocno. Cholera, tak naprawdę nikogo z nich nie wzruszyła ta strata. Czy to nie było przerażające?
Po przejściu kilku metrów dotarł do pasma mokrego piasku. Wszedł w niego i już po chwili poczuł jak spokojne fale obmywają jego stopy. Cały kombinezon utkany był z metalizowanych, miękkich łusek, co zapewniało jego przewiewność podczas, gdy na zewnątrz było tak upalnie.
Kiedy spojrzał w dół na swoje buty, czuł jak woda wypłukuje z nich gęstą krew i widział jak ta powoli rozprasza się w miejscu, w którym stał. Przejrzysta woda przybierała na chwilę bordowego odcienia, a zaraz, z każdą kolejną falą odcień ten łagodniał aż w końcu rozmywał się.

W drodze powrotnej na pokładzie panowała cisza. Każdy z nich miał do wypełnienia raporty, które później, wyjątkowo, lądowały u Uny, skąd przesyłane były do głównej bazy. I to wcale nie dlatego, że ktokolwiek z góry przejął się śmiercią Inkubatora. Po prostu okoliczności jego śmierci miałyby posłużyć badaniom i ulepszeniu kolejnych egzemplarzy. Tyle że co tu było do ulepszenia? W mniemaniu Livaja chyba tylko zamienienie Inkubatorów na androidy, których jako jedynych nie przejęłoby rozcięcie na pół. Z ironicznym uśmiechem na ustach, wciskał się w swój kąt na rurze od paliwa i obserwował mijany za oknem krajobraz.
Ten dzień zaczął się tak dobrze! Jeszcze z rana budząc się przy Irisie, myślał tylko o tym, kiedy do niego wróci, a teraz? Znowu myślał o pieprzonym Maiorze, pieprzonej Hale, która milcząc, wypełniała powoli swój raport.
– Kurwa, mówiłem, żeby uważał! Mówiłem, żeby leciał ze mną! – wypalił nagle Falco, zwracając na siebie nieco zgaszoną uwagę reszty oddziału.
Nikt nie odpowiedział na jego komentarz. Jedyne, o czym myśleli to to, jak bardzo wszystko wokół było takie samo, jak przed wypadkiem. Jedna śmierć w tę czy w tamtą nie robiła już większej różnicy. Ba, była nawet pożądana w celach naukowych. Doskonale też wiedzieli, że gdyby to było którekolwiek z nich, wszystko potoczyłoby się tak samo. Może tylko między sobą byłoby im żal, w końcu byli stała ekipą od niemal dziesięciu lat. Ale na większą skalę? Zdarzało się, że używano szczątków naturalnie urodzonych do stworzenia bliźniaczego Inkubatora i było to tak bardzo obrzydliwe – widzieć kogoś takiego samego jak osoba, którą się znało i której widziało się śmierć.
Livaj przeniósł spojrzenie, na brata siedzącego po przeciwnej stronie pokładu. Mężczyzna przecierał co chwilę dłonie, zupełnie jakby był jeszcze na plaży i obmywał je z krwi Piega, tuż po zebraniu jego rozczłonkowanego ciała. Jego twarz była nieco bledsza niż zwykle, choć ciężko było to zauważyć pod brązową opalenizną. Samemu Livajowi robiło się mdło i duszono, i mógł się jedynie domyślać, jak źle czuł się Luka. Czasami bawiło go to, że chłop o takich rozmiarach jak Luka przeżywał takie sytuacje. Jak często wpadał w melancholię i milcząc, analizował każde wydarzenie. Nie lubił go takiego, bo przez to, że byli połączeni musiał również przeżywać te emocje, teraz podwójnie, bo sam czuł się rozbity. To nie tak, że będąc żołnierzami mieli styczność ze śmiercią. Oni, cholera, byli Śmieciarzami i chyba tylko poza miastem nazywani byli wojskowymi i tylko poza miastem patrzono na nich z szacunkiem.
W końcu przymknął zmęczone powieki i odetchnął. Z tego stanu wyrwał go głos Veny, która tłumaczyła coś Unie. Drażniło go to, więc zsunął się z rury i ruszył w kierunku zejścia na niższy poziom, gdzie Eian starała się oczyścić części rozbitej kapsuły i powoli złożyć ją na nowo. Liczył na to, że pomagając jej, przestanie myśleć i być może tym samym rozproszy też posępne myśli Luki.

Reklamy

6 thoughts on “POENA. Rozdział I.

  1. Wciągające to opowiadanie ☺ Bardzo mnie ciekawi co wymyśliłaś dla tych panów. Lubię taki kosmiczny klimat. Ciekawe czy trafi im się taki Inkubator który zgra się z zespołem, na przykładzie pani Kapitan widać że to możliwe, tylko trzeba wykazać trochę chęci. No nic biegnę do drugiego rozdziału. Super piszesz, pozdrawiam serdecznie ☺

    1. Witaj Kasiu!
      Przyznam się że wymyśliłam całkiem sporo dla bohaterów Poeny, ale cóż… trzeba czekać. Liczę na to, że niedługo trafi do nich ktoś ogarnięty bo jednak przez to mają trochę osłabiony oddział.
      Dziękuję za komentarz i zapraszam jak najczęściej.
      Pozdrawiam! <3

  2. Muszę przyznać, że jak zwykle moje nastawienie do tego typu klimatów jest nieco sceptyczne. Ale odnoszę wrażenie, że z każdym zdaniem tego rozdziału, przekonywałem się coraz bardziej. Może i to nie jest gatunek, jakiego książę wypożyczyłbym w bibliotece, ale tutaj…? Tutaj będę z pewnością zaglądać!
    Wydaje mi się, że to bohaterowie, ich podejście do zawodu, jaki przyszło im wykonywać, czy przemyślenia, skłoniły mnie do przełamania tej bariery. Ich komentarze były całkiem urocze, swoją drogą c: Och, no i oczywiście: wierzę, że z każdej tematyki da się zrobić coś niesamowitego, a jeśli się da, to Tobie z pewnością się uda!
    Zatem co mogę zrobić… Czekam na rozwój opowiadania w kolejnych rozdziałach ^^
    Pozdrawiam! <3

    1. AW! DZIĘKUJĘ CI. Dzięki, że mimo tego przeczytałeś i dajesz znać co myślisz! Właśnie sobie pomyślałam, że z jednej strony to opowiadanie nie będzie aż tak drastycznie różniło się od reszty moich opek, poza „kosmiczną” otoczką. Sama nie wiem, czasami mam wrażenie, że to wielki eksperyment, ale wiem już, że dzięki POENIE, nauczę się pisać opisy! xDDD
      Dziękuję Ci za komentarz i ściskam! <3

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s