POENA. Rozdział II

Słońce chyliło się już ku zachodowi, kiedy Livaj minął bramę miasta. Ciemność na Helane zapadała dosyć powoli, ale podczas nieco ponad godziny kiedy to maszerował w kierunku domu, słońce niemal schowało się za horyzont.
Mijane uliczki jednak nadal tętniły życiem, a im dalej był od miasta, tym było ono barwniejsze i głośniejsze. Niedawna ulewa rozmyła je tak, że niekiedy na środku drogi znajdował olbrzymie kałuże nie do ominięcia, ostatecznie więc po kilku minutach podróży był już przemoknięty, a woda chlupotała mu w butach.
Rozległe osiedla, które mijał, były niczym w porównaniu do pięknych i prostych budynków w mieście. Oczywiście ludzie stąd starali się budować je na wzór tych miejskich, ostatecznie jednak wszystkie domy – wyższe czy niższe – okazywały się być jedynie karykaturą tamtych. Były szare i ociężałe, nieposiadające ani grama majestatu, a otwory okienne wydawały się być nieregularnymi szczelinami wyskrobanymi w monolicie bez większego zamysłu. Oczywiście ciągle jednak były lepszą formą schronienia niż dalej rozciągające się małe domki, często lepione z gliny.
Słysząc kilka pozdrowień, Livaj wyprostował się mocniej. Na plecach miał wojskową kurtkę, która wielkim logiem krzyczała aż, że jest z koszar. Że jest z miasta, że jest lepszy. Dodrukowany pod spodem numer oddziału zupełnie nie wzbudzał tu tematu do kpin, wręcz przeciwnie – dawał marzenia. Czy sam lata temu nie wariował, widząc Śmieciarzy w dole osiedla? Wariował. Szalał, zabiegał o ich uwagę, pragnąc dowiedzieć się jak najwięcej, zdobyć polecenie, dzięki któremu mógłby stawić się w jednostce na treningu dla rekruta, zaciągnąć się i być kimś więcej niż cieniem człowieka pracującym w kopalni lub sprzedającym pomarszczone warzywa na bazarze. Nie chciał takiego życia. Uważał, że jest stworzony do czegoś ważniejszego. Nie tylko on, ale i każdy naturalnie urodzony.
Poza murami nie było wielu Inkubatorów, a jeżeli już to od dawana byli pozbawieni swojej chorej dumy i poczucia wyższości. Żyli jak ludzie i nikt nie przywilejował ich bez względu na to czy byli silniejsi czy inteligentniejsi. Często zresztą nie byli i właśnie tutaj zbiegali z miasta, by schronić się przed odzyskiem. Odzysk, według Livaja, był czymś najobrzydliwszym, co mogło spotkać Inkubatora i choć ogólnie nie przepadał za nimi, nie życzył tego żadnemu. W końcu kiedy już powoływano ich do życia byli niemal jak ludzie – mieli swoją świadomość, swoje miejsce, jakieś uczucia, nawet jeżeli były tłumione. Odzysk był natomiast niczym innym jak wymazaniem całego dotychczasowego życia, jak dobrowolnym poddaniem się i oddaniem do laboratorium, gdzie po prostu zostawałeś uśmiercany, a twoje komórki stanowiły bazę dla innych Inkubatorów. Nie ginąłeś więc w chwale, po długoletniej służbie, nawet nie podczas treningu jak Pieg. Ginąłeś po prostu ot tak, na własne życzenie w przekonaniu, że nic z ciebie nie było i nie będzie. Tak przynajmniej widział to Livaj, a jeżeli Inkubatory uciekały przed tym z miasta, znaczyło to tyle, że musiały czuć podobnie. Przynajmniej niektóre.
Poza Inkubatorami byli tu także strażnicy – androidy patrolujące i monitorujące ulice. Były to bestie, które zdaniem Livaja nie wzbudzały niczego związanego z poczuciem bezpieczeństwa. Kiedy dawniej widział na horyzoncie takiego androida, od razu prostował się mocniej, wiedząc, że może być monitorowany. Nie znosił tego uczucia. Pamiętał jak za dzieciaka rzucali w nie kamieniami tylko po to, by zaraz z piskiem uciekać w wąskie uliczki między domkami. Ile zresztą razy któryś z nich był odnoszony za wszarz do domu i oddawany matce? To były fajne wspomnienia – pełne beztroski. Pamiętał, jak z kolegami układali teorie spiskowe na temat androidów, na temat dorosłego świata, którego jeszcze nie znali, albo, którego liznęli z opowiadanych przez dorosłych historii. A później dorośli i okazało się, że wiele z ich teorii było prawdą, ale wtedy nie było to już tak zabawne. Tak samo teraz, często wcale nie było mu do śmiechu, kiedy będąc w koszarach słuchał planów rozwoju Helane. Planów oczywiście dla miasta, tylko dla jednego miliarda Hellan pozostałe półtora mogło chyba nawet zdechnąć, w tym on, Luka, Iris…
Myśląc o tym skrzywił się tylko, bo przecież potrzebowali takich niewolników pracujących w kopalni paliwa. Na dobrą sprawę śmiał się w duchu z mieszczuchów, bo i czym oni się tak po prawdzie zajmowali? Kpił z ich fabryk, z ich sklepików, galerii. Wydawało mu się, że niewielu z nich zna prawdziwe życie.
Kiedy był już w dole osiedla, mijając przechodniów i rozkrzyczanych kupców, w końcu w oddali dostrzegł niewielki stragan z pomidorami, oświetlony kilkoma lampionami. Pracujący przy nim mężczyzna uwijał się, zręcznie pakując kolejne torby warzyw, które zaraz podawał klientom. Zawsze tego dnia tygodnia miał duży ruch, świeżo po dostawie z prowizorycznej szklarni, którą wraz z kilkoma znajomymi założyli w jednej z hal po dawnym targowisku.
Kupiec miał na sobie tylko jasną kamizelkę, dzięki czemu przy każdym ruchu kiedy podnosił skrzynkę, Livaj widział dokładnie zarys jego mięśni. Pracowały tak ciężko, że błyszczały zroszone potem. Zbliżając się do niego, widział jak marszczy garbaty nos, przy schylaniu się, albo jak silną, szorstką dłonią przeczesuje hebanowe, krótkie włosy.
Widział też jak udaje, że wcale nie widzi dzieciaków, wyciągających pomidory ze skrzynek i zaraz uciekających w popłochu. Miał miękkie serce, szczególnie do dzieci, co w mniemaniu Livaja było niemożliwie urocze.
W końcu stanął przed straganem i objął wzrokiem towar. Wybrał najładniejszego, okazałego pomidora i korzystając z okazji, że Iris stał do niego tyłem i pochylał się nad jakąś inną skrzynią przesunął wzrokiem po jego wyeksponowanym ciele, przy tym ocierając warzywo o podkoszulek.
– Nie waż się go zjeść – usłyszał i zatrzymał się w pół ruchu do ust. Zmrużył lekko oczy i uśmiechnął się zadziornie.
– Jestem głodny – rzucił, ale posłusznie odłożył pomidora i przeszedł przy skrzynkach do kochanka. Złapał rękoma za belkę podtrzymującą daszek i oparł się o nią ciężko.
– Wiem, dlatego mam dla ciebie coś lepszego – uśmiechnął się do niego Iris i zaraz wyprostował się, oczywiście marszcząc przy tym nos. Śmieciarz domyślił się, że tego dnia znowu dokuczają mu plecy, co było pamiątką po pracy w cholernej kopalni gemmy.
Mężczyzna sięgnął do schowka pod skrzynią i wyjął z niego kilka dojrzalszych pomidorów oraz małą metalową bańkę.
– Chodź. Siadaj – podszedł do niego i stając na palce pocałował go lekko w usta.
– Mmm… Ostatnio mówiłeś, że już nic mi nie ugotujesz. Skąd ta zmiana? – zapytał, przechodząc do wysokiej odwróconej do góry nogami skrzynki, na której leżało kilka szmat. Iris położył wszystko na jego kolanach i spojrzał poważnie w jego zielone oczy, swoimi ciemnymi.
– Mam słabość do facetów w mundurach – rzucił tylko żartobliwie, ale przesunął spojrzeniem po jego ramionach okrytych jasną, znoszoną już kurtką. Szybko jednak odwrócił się przywołany przez klientów, a Livaj sięgnął po leżącą w skrytce łyżkę i zaraz otworzył bańkę. Gęsta zupa pachniała zbyt dobrze, by mógł dłużej się opierać i szybko zaczął jeść.
– Jak w pracy? – dopytał Iris przez ramię, a on tylko się skrzywił.
– Dostaliśmy dzisiaj nowego Inkubatora – powiedział pokrętnie. – No i za kilka dni chyba dostaniemy nowego – dodał jedząc powoli.
– Co się stało?
– Rozbił się, kretyn, na plaży – rzucił i odetchnął płycej na wspomnienie jego ciała zlanego krwią, które zwisało przypięte do fotela.
– Aha – skwitował Iris, dalej pakując pomidory i sprzedając je chętnym. Kiedy po kilku minutach się do niego odwrócił, przysunął się do niego i złapał go za mały kucyk na czubku głowy. – Dobrze, że ty jesteś cały – powiedział i pochylił się by pocałować go lekko w policzek.
Livaj skinął głową i uśmiechnął się do kochanka. Dla ludzi stąd Inkubatory nie miały niemal żadnego większego znaczenia. Nie to co w mieście, gdzie każdy chciał mieć swojego. Swoje idealne dziecko, bo przecież naturalnie urodzeni byli gorsi. Kobieta, która naturalnie chciała rodzić określania była mianem szalonej i choć ogólnie naturalnie urodzonym nakazywano szacunek, to kojarzyli się oni raczej z biedą i patologią. Z ludźmi spod miasta takimi, jak oni.
Tutaj natomiast nikt nie marzył o idealnych dzieciach, a jedynie o przeniesieniu się do miasta. To miasto i chęć poprawy swojego życia w końcu zmieniały tok myślenia. Niewielu naturalnie urodzonych przeniosło się do miasta, lecz ostatecznie pomimo zapewnień, że nigdy nie zrobiliby sobie Inkubatora, zawsze z takim kończyli. Z Inkubatorem wojskowym, którego po kilku latach oddawali do jednostki. To była droga inwestycja, lecz ostatecznie jak najbardziej opłacalna.
– O poranku lecimy na orbitę, wiesz? – rzucił Livaj znad jedzenia.
– No pamiętam. Na długo?
– Tydzień? Coś takiego – westchnął, odstawiając na bok pustą bańkę i uśmiechając się do kochanka. – I dlatego mam dla ciebie niespodziankę – powiedział enigmatycznie i zaraz zabrał się za pomidory.
Iris spojrzał na niego spod ciemnych brwi i pokręcił głową.
– Ja chyba mam lepszy pomysł. Odpoczniesz przed wylotem, a jak wrócisz, to wtedy uskutecznimy tę twoją niespodziankę.
Livaj zaśmiał się i pokręcił głową.
– Nie przejdzie – zaoponował ze śmiechem. – Zaangażowałem w to Eian, więc musimy to zrobić dzisiaj – powiedział, wzbudzając tym samym większe zainteresowanie kochanka. – Ale musimy poczekać jeszcze aż się bardziej ściemni i dopiero wtedy ci powiem – uciął i zaraz uniósł się by pomóc mu ze sprzedażą.

– Och, Livaj… – szepnął Iris nieco drżącym głosem i złapał go mocno za ramię. – Mam przeczucie, że nie powinniśmy tu wcale być – dodał, idąc za nim w ciemności.
– No, bo nie powinniśmy – prychnął Śmieciarz i ścisnął mocniej jego dłoń. – Nie bój się. Nic ci ze mną nie grozi…
– Pewnie, że nie. To chyba tobie ze mną. A jak cię wyrzucą? Chyba żałuję, że się zgodziłem – dodał kochanek, a on tylko zaśmiał się pod nosem.
– Teraz już za późno na żale – zbył go, przesuwając się powoli przy ścianie hangaru.
Po kilku kolejnych minutach zakradli się do środka wielkiej hali, pod którą stały stare kapsuły i wahadłowce, z których oddziały Zero dobierały części do swoich statków. Hangar był zawalony i niestrzeżony, więc bez trudu zakradli się do jego wnętrza. Livaj pewnym krokiem poprowadził mężczyznę w kierunku stojącej na tyłach kapsuły, która już dawno pozbawiona została radarów i chipów przez Eian, więc nie raz zdarzało się, że któreś z nich z niej korzystało.
– A jak cię namierzą na tych mokradłach? – podsunął Iris, lawirując za nim między zasłoniętymi plandekami maszynami.
– Nie namierzą. Poprosiłem Eian, żeby przeprogramowała mój chip i przestawiła współrzędne na nasze mieszkanie. To tylko kilka godzin, na pewno nic złego się nie stanie – powiedział tylko.
– Nie jestem pewien, Livaj – odparł półtonem kochanek, ale szedł za nim krok w krok.
Pierwszy raz był w koszarach i nie spodziewał się, że będzie mógł tu tak wejść. Livaj mu mówił, że w koszarach jego oddział wcale nie był traktowany poważnie, a ich rewiry nie są zbyt dobrze wyposażone technicznie, ale myślał, że napotkają jakąś straż. Ba, myślał, że samo wejście do miasta będzie trudniejsze. Ale Livaj i jego wojskowa kurtka, którą zarzucił na swoje ramiona była najlepszą przepustką. Przynajmniej w miejsca, w które chcieli się udać. Dalej chyba nie zamierzali wchodzić? Miał taką nadzieję, bo nie zniósłby, gdyby kochanka wyrzucono z wojska tylko dlatego, że wprowadził go na teraz koszar.
– A jak ktoś nas zobaczy? ­– zapytał cicho słysząc jak odgłosy ich kroków odbijają się echem we wnętrzu metalowej konstrukcji. – To znaczy kapsułę? Co wtedy?
Livaj zatrzymał się i odwrócił do niego. Szybko ujął jego twarz w dłonie i spojrzał mu ciepło w oczy.
– Iris – westchnął głośniej i pokręcił głową. – Ten hangar znajduje się na samym szarym końcu całej jednostki. Wylecimy na zgaszonych światłach. Nisko. Jest szansa, że zobaczą nas mieszkańcy miasta lub ci zza miasta więc myślę, że raczej pierwsze co pomyślą to że jesteśmy jakimś patrolem, a nie… parą kochanków lecących pieprzyć się nad ocean – powiedział i mrugnął do niego zaczepnie. Pocałował go później lekko i zaraz ruszyli dalej.
W końcu doszli do niewielkiej kapsuły, kształtem przypominającej Legulusa. Była stara, a część karoserii miała wyklepaną niestarannie tak że w zasadzie wyglądała jak kupa złomu. Jednak Livajowi patrzącemu na nią z dumą, ani Irisowi, który w ogóle pierwszy raz w życiu mógł być blisko jakiejkolwiek kapsuły, zupełnie to nie przeszkadzało.
– I jak ci się podoba? – zapytał Livaj, a kochanek tylko pokręcił głową.
– Sam nie wiem. Drżę cały i nie mogę się już doczekać… – szepnął, opierając dłonie o przeszklenie kokpitu i zaglądając do środka. – Jednocześnie trochę się boję, że narobię ci problemów.
Wojskowy przewrócił oczyma i pokręcił głową.
– Ech… Jesteśmy na terenie jednostki i podlegasz moim rozkazom. Czy to jasne? – zapytał udawanym ostrym tonem, a Iris tylko się roześmiał.
– Jasne… lecimy się pieprzyć? Myślałem, że chcesz mi pokazać ocean – powiedział, lecz jedno znaczące spojrzenie żołnierza zamknęło mu usta.
– Poczekaj tu. Otworzę wylot i zaraz wsiadamy – obiecał Livaj.
Iris obejrzał się za nim, lecz gdy kochanek zniknął mu z oczu, przeniósł wzrok na fotele zainstalowane w środku kapsuły. Nogi mu drżały, gdy myślał, że zaraz zasiądą w jej wnętrzu. Że już za chwilę otoczony kolorowymi kontrolkami, przełącznikami, ekranami wzbije się w powietrze zupełnie jak ptak. Kiedy to sobie uzmysłowił, doszedł do wniosku, że dawno już żadnego nie widział. W okolicy nie było zbyt wielu drzew prócz tych w parkach w mieście, więc nie było ich zbyt wiele. Na myśl, że już niedługo miał też zobaczyć ocean, do tej pory oglądany tylko na filmach Livaja, uśmiechnął się aż do siebie. Był tak szczęśliwy.
Sam też myślał o dołączeniu do oddziału. Szybko jednak okazało się, że jest na to już za stary, a po pracy w kopalni jego plecy nawet po wszczepieniu w nie implantu na jaki było go stać, nie będą wcale tak samo sprawne jak dawniej, a bez tego nie przeszedłby egzaminu sprawnościowego. Livaj nie raz mu proponował, że zapłaci za lepszy, lecz ostatecznie Iris zawsze mu odmawiał. Wystarczyło, że kochanek zasponsorował mu udziały w szklarni, więcej nie musiał robić. Zresztą dla niego już teraz wystarczało to, że mógł iść z nim za rękę ulicą i wzbudzać tym zazdrość u większości ludzi. W końcu niewielu miało partnera należącego do oddziału Zero. A on miał. Najlepszego Śmieciarza, najlepszego Żołnierza na Helane. Więcej już nie potrzebował.
– To co? Ładujemy się? Musimy wrócić przed początkiem drugiego cyklu inaczej Vena i Eian mnie zabiją. Najpierw Eian, później Vena – zaśmiał się Livaj, wyrywając go z zamyślenia.
– Pewnie… pewnie – rzucił Iris i przyglądał się jak kochanek otwiera przyciskiem kapsułę. Naraz obejrzał się, słysząc przeraźliwe skrzypienie dochodzące z góry. Spojrzał niepewnie na Livaja, lecz ten nic sobie z tego nie robiąc obserwował jak z cichym sykiem otwiera się kokpit ich pojazdu.
– Podejdź tu – rzucił Livaj przywołując go skinieniem głowy. – Tutaj masz stopień. Wespniesz się po nim do środka i po prostu zajmiesz miejsce w fotelu. Sam cię zapnę – poinstruował go, a kiedy Iris do niego podszedł wskazał mu ukrytą pod skrzydłem wypustkę. Po kilku próbach i drobnej pomocy kochanka udało mu się w końcu dostać do środka. Nawet nie sądził, że samo wejście do kapsuły wymaga takiej zwinności. Stopień był naprawdę płytki, by jak najmniej szkodzić aerodynamice pojazdu.
Gdy był już w środku, Livaj, stając jedną nogą na stopniu wychylił się do niego i przypiął go sprawdzając kilka razy klamry i napięcie pasów. Po chwili też wyjął ze skrytki za jego fotelem kask i założył mu go płynnym ruchem. Ten był zadziwiająco wygodny i niemal zupełnie przejrzysty.
– Wyłączę go – powiedział Livaj przyciskając go z boku. – Nie jesteś przyzwyczajony do noktowizji i dalmierza, lepiej żebyś skupiał się na widokach na zewnątrz. – dodał zaraz potem wsunął się na miejsce z przodu za sterem. Kiedy kabina zamknęła się z sykiem, w środku rozbrzmiała seria piśnięć i pisków, a wokół nich zapaliło się chyba tysiące kolorowych kontrolek. Iris przesunął po nich łapczywym wzrokiem. Wiedział, że do końca życia zapamięta tę noc. Livaj nasunął na głowę kask i zaraz potem, poczuł jak unoszą się w górę. Napiął się cały, czując mocny skok adrenaliny. Nie wierzył, że to się dzieje. Ale działo się i już po chwili byli kilkanaście metrów nad ziemią.
– I jak? – usłyszał w słuchawce kasku i spojrzał szybko na Livaja.
– Na… na pewno stać cię na więcej – wydusił, łapiąc rękoma za fotel z przodu. To było dziwne uczucie, a im byli wyżej tym dziwniej się czuł. Z zapartym tchem obserwował jak wylatują przez otwór w hangarze, jak powoli ruszają na przód, mijając leżące pod sobą słabo oświetlone place treningowe. Zbliżali się do muru jednostki. Minęli go i zaraz byli na zewnątrz miasta, ponad uliczkami którymi na pewno zdarzało mu się chodzić. Ponad domami jego znajomych, z których wąskich okienek padały wąskie snopy światła na zalane wodą, błotniste drogi. Widział majaczące się w mroku nieliczne drzewka sadzone w donicach i ustawiane na płaskich dachach domów. To było zadziwiające jak bardzo osiedla poza miastem były zielone, podczas gdy będąc w nich, między budynkami miało się poczucie, że znajduje się w jakimś kamiennym labiryncie. Latarnie święcące na ulicach z dołu wyglądały prawie jak gwiazdy, które zdarzało mu się obserwować nocą na niebie.
W miarę jak lecieli budynki stawały się bardziej rozproszone i mniejsze, i dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że są wyżej niż wtedy gdy wylatywali.
– Livaj…! – sapnął tylko, wpatrując się w rozciągającą się przed nimi szarą równinę. Znał ją z opowiadań kochanka i wiedział, że za nią jest pasmo lasu, ale kiedy sam na nią patrzył miał wrażenie, że jest bezkresna. Ale to mu nie przeszkadzało. Mógł wpatrywać się w dół, lub w linię horyzontu, albo też na księżyc majaczący się na niebie. To było niesamowite, jak szara, skąpana w świetle księżyca pustynia potrafiła absorbować jego uwagę. Wydawało mu się, że osiedla i step oddzielający je od pustyni minęli w kilka tylko chwil, a teraz lecieli ponad pustynią nieporównywalnie dłużej. Drgnął aż, gdy na horyzoncie dostrzegł wyraźniejsze kształty i po kilku minutach wyraźnie już dostrzegał majaczące się w oddali drzewa. Serce waliło mu jak oszalałe. Nigdy w życiu nie widział tylu drzew naraz. Nigdy nie widział lasu, nie widział rzeki, która teraz zadziornie migała między gałęziami.
– Te wielkie to sekwoje – rzucił mimochodem i wychylił się w fotelu.
Livaj zaśmiał się tylko i skinął głową.
– Sekwoje – zgodził się, wiedząc, że Iris widział je po raz pierwszy w pełnej okazałości. – Wiesz, z dołu robią większe wrażenie. Są z siedemdziesiąt razy wyższe od ciebie. Może następnym razem wylądujemy gdzieś w lesie, mm? Chciałbyś?
– Pewnie! Pewnie, Livaj! – rzucił z zapałem kochanek, a on wsłuchując się w jego westchnienia, uśmiechał się stale pod nosem. Pamiętał swój pierwszy raz. Pamiętał też że dopiero po tym wydarzeniu poczuł się jak prawdziwie wolny człowiek, nie jak niewolnik żyjący w kamiennej osadzie i tyrający przez dwadzieścia cztery godziny na dobę tylko po to, by móc wrócić do rozpadającego się domu, żeby się przespać. I chyba właśnie to uczucie rekompensowało mu kontrolę, jakiej podlegał będąc w wojsku, bo dla niego nawet ten chip w przedramieniu był mniejszym więzieniem niż poprzednie życie, gdy pracował jeszcze w kopalni.
– A to trujące bagna – usłyszał niski głos partnera i skinął głową.
– Nie inaczej – potwierdził, czując udzielającą mu się ekscytację.
– A tu znowu pasmo lasu i… – Iris wstrzymał oddech i wbił palce w fotel pilota. Kilka sekund później już widział księżyc odbijający się w spokojnej, marszczonej przez wiatr tafli wody. Gdyby nie pasy poderwałby się z fotela i uderzył głową w dach. Tak tylko się szarpnął i zbliżył głowę do szyby uderzając w nią kaskiem.
– Cholera! – sapnął z przejęciem, gdy wylatywali ponad wodę. Kapsuła płynnie zwolniła i teraz wolno lecieli przed siebie. ­
– A czy ocean się kiedyś kończy? – zapytał po dłuższej chwili Iris.
– No pewnie, że tak. Kończy się tak samo jak się zaczyna. Drugim pasmem lasu, oddzielonego bagnami i tak dalej. Ale to prawda, jest wielki, przelecenie nad nim zajęłoby nam jakieś trzy godziny. Nad samą pustynią lecieliśmy prawie godzinę – wyjaśnił Livaj i spojrzał na ekran wyświetlający obraz z kamerki na tyle kokpitu. – Lądujemy? Czy chcesz jeszcze popatrzeć?
Iris zastanowił się dłużej i w końcu skinął głową.
– Tak, lądujmy – powiedział tylko i przygryzł wąską wagę.
W niedługo potem wisieli już niespełna metr nad piaskiem plaży, a Livaj zdejmował kask i przestawiał kapsułę na czuwanie. Kiedy otworzył kabinę, a jej wieko z sykiem odskoczyło do góry Iris niemal wciskał się w fotel. Czuł się tak, jakby właśnie odkrywał nowy świat. W końcu kochanek odpiął go i pomógł pozbyć się kasku. W tym samym momencie powiew świeżej bryzy uderzył go w twarz tak, że niemal się zakrztusił i już ze śmiechem, opierając się na ramionach Livaja, wyszedł z pojazdu. Kiedy stał już na miękkim piasku, oniemiały wpatrywał się w roztaczający się przed nimi widok. Czuł się zagubiony mając przed sobą tak wielką przestrzeń, a jednocześnie, jak wyrwany do jakiegoś snu. Takie widoki do tej pory obserwował tylko na filmach Livaja.
Kiedy na niego spojrzał, ten był już w połowie nagi i ściągał z siebie ciasne spodnie.
– Co robisz? – sapnął Iris, przypatrując się błyszczącym na jego przedramionach implantom.
– Jak to co? Mamy tyle wody do dyspozycji. Chodź się kąpać! – roześmiał się mężczyzna, odrzucając na bok resztę ubrań. Szybko podszedł do niego i zaczął ściągać z niego kurtkę, a później też koszulkę i spodnie. Poddawał się temu oniemiały, czując jak mocno wali mu serce.
– Nie potrujemy się? – dopytał tylko, kiedy Livaj pochylił się by zsunąć z jego nóg buty i nogawki spodni.
– A bo ja wiem? – roześmiał się Livaj i zerknął na niego. Widząc jego niepewną minę, tylko przewrócił oczyma. – No żartuję przecież. Widziałeś przecież na filmie, prawda? Ta woda jest czysta jak łza – przypomniał mu, i kiedy Iris podniósł drugą nogę, rozebrał już go do końca, po czym złapał za rękę i pociągnął w kierunku wody. Gdy jednak byli na brzegu, handlarz zaparł się i zatrzymał w miejscu.
– Ale ja… nie umiem pływać – powiedział, przyglądając się jak kochanek wchodzi tyłem do wody. Wydawało mu się, że obserwując jak ta obmywa jego stopy i łydki sam to czuje, a gdy woda sięgała mu pasa, sam aż wstrzymał oddech, choć przecież nie znał tego uczucia. – Livaj… – rzucił nieco niespokojnym głosem.
Mężczyzna uśmiechnął się i opadł na plecy z głośnym pluskiem. Szybko jednak wyłonił się z wody i stanął na nogi, po czym z uśmiechem przyglądając się przestraszonej twarzy Irisa, ruszył ku niemu.
– Wyglądasz jak zaszczuty kundelek – zaśmiał się, idąc powoli w jego stronę. – A przecież jesteś tu ze mną, mmm? – dodał i kiedy był już blisko, złapał go za dłoń i pociągnął w stronę wody.
– Dziwisz mi się? – zapytał szeptem Iris, zupełnie jakby bał się, że na tym bezludziu ktoś może ich podsłuchać czy podejrzeć.
Livaj pokręcił głową i złapał go za drugą rękę.
– Wcale. Ale tutaj tak naprawdę jesteś bardziej wolny niż w domu, mm? Chodź, nie pozwolę ci się utopić – zapewnił z uśmiechem. Powoli weszli na wilgotny piasek, a Iris od razu przeniósł spojrzenie na swoje nogi, które z każdym krokiem drżały bardziej i bardziej. Wzdrygnął się mocno czując pierwszą płytką falę zalewającą mu stopy. Wystraszony spojrzał na kochanka, który również patrzył pod nogi.
Po kilkunastu krokach woda sięgała mu do łydek, a on oddychając ciężko rozglądał się dookoła, co chwilę łapiąc głębsze oddechy. Kiedy po kilkunastu metrach poczuł jak fale delikatnie obmywają jego uda zaśmiał się nerwowo i ścisnął mocniej dłonie partnera.
– Cho-lera… nie wierzę, że to robię… – szepnął, oblizując suche usta.
Krzyknął cicho i skulił się gdy woda otoczyła jego krocze i podbrzusze.
– Nie bój się. Trzymam cię przecież – rzucił Livaj, obserwując go ciepłym wzrokiem.
Iris pokiwał głową i zmarszczył mocno brwi. Wstrzymał oddech i dopiero gdy zaczęły go boleć płuca, odetchnął spazmatycznie powoli posuwając się po piaszczystym dnie za kochankiem.
– Do-dość? – zapytał drżącym głosem, kiedy stał w wodzie po pachy.
– Jak na pierwszy raz może wystarczy. Zanurzymy się?
– Ale jak?
– Po prostu zegnij kolana. Trzymam cię mocno. Stój cały czas na nogach. Zamknij oczy, wstrzymaj oddech i zanurzymy się aż po czubek głów, dobra? Powoli – zaproponował Livaj. – Na trzy. Raz… dwa… trzy! – wykrzyknął i pociągnął go lekko w dół.
Iris ścisnął mocno jego palce i kiedy poczuł jak woda uderza w jego twarz i wpływa do uszu zupełnie spanikował. Chciał krzyknąć, a wtedy woda zalał mu usta i nos, jednocześnie skulił się i poczuł jak traci grunt pod nogami. Z zaciśniętymi mocno oczami zaczął uderzać rękoma, wierzgać nogami czując się jakby wisiał w jakiejś próżni, nie mając niczego czego mógłby się chwycić.
Naraz coś poderwało go do góry i poczuł jak ociężale wynurza się z ciemnej otchłani.
– Spokojnie… spokojnie. Iris. Trzymam cię – usłyszał jak przez szybę, starając się złapać Livaja. Otumaniony zaciągnął się mocno powietrzem, które poczuł na twarzy, tym samym krztusząc się mocniej wodą. – Stań na nogi. Czujesz? Masz grunt pod nogami – mówił kochanek cierpliwym, spokojnym głosem, a on zaczął kaszleć i parskać, kurczowo łapiąc się jego ramion. Kiedy stanął obok niego zawisł na jego silnym ramieniu i otarł drżącą dłonią oczy. Dłuższą chwilę zajęło mu uspokojenie się.
– Słona – wydusił w końcu oddychając przez podrażnione nozdrza i spojrzał na niego ze łzami w oczach. – Co poszło nie tak?
– Och… po prostu ty już byś chciał pływać. Zginając nogi oderwałeś się od dna. Ale jeszcze kilka lekcji i będziesz mistrzem – zapewnił kochanek, głaszcząc go po mokrych włosach.
– Nie wiem czy chcę jeszcze próbować…
– Pewnie, że chcesz. Czy to nie było odświeżające? – zaśmiał się Livaj zaczesując do góry wilgotne włosy, które wydostały się spod gumki. – Za pierwszym razem też się niemal utopiłem. Czy to nie jest przyjemne?
– Znaleźć się na granicy śmierci? Naprawdę super… – rzucił nieco ironicznie Iris i po chwili odważył się odkleić od partnera i na drżących nogach ruszyć z powrotem na brzeg. – Teraz czuję, że żyję – dodał i zaraz poczuł wokół swojego pasa silne ramiona. Wsunął dłonie na stalowe implanty, fakturą przypominające drobne łuski i pogładził je lekko.
– No i o to chodziło – szepnął mu do ucha Livaj i pocałował je lekko.
Kiedy wyszli na plażę, podeszli do swoich rzeczy, a Livaj rozłożył kurtkę na piasku i pociągnął na nią kochanka. Bez zbędnych słów wcałował się w jego wargi i układając go na plecach, zakrył swoim ciałem. Było ciepło, więc ich ciała szybko wyschły, a jedyną wilgocią jaką czuł Iris była ta pozostawiana przez język Livaja. Złapał go za ramiona i oddychając ciężej spojrzał na jego twarz znajdującą się przy jego żebrach.
– Uch… jaki ty jesteś – westchnął przeczesując dłonią jego wilgotne włosy. – Rudy chytrus – szepnął, unosząc się na łokciach i obserwując jak kochanek całuje go po podbrzuszu.
– Chytrus? – dopytał mężczyzna unosząc na niego pociemniały wzrok.
Iris skinął głową i odetchnął głębiej.
– No tak… wiedziałeś, że tutaj ci nie odmówię, prawda?
– Trochę na to liczyłem – zaśmiał się w jego skórę kochanek i ugryzł go lekko. – Nie rozumiem czemu tak mi się opierasz ostatnio.
– Przecież mówiłem ci – westchnął handlarz, rozluźniając się pod szorstkimi dłońmi masującymi jego uda. – Chodzi o Lukę. Skoro jesteście już połączeni, dajmy mu odetchnąć czasami, mmm? – dodał, a widząc spojrzenie Livaja tylko pokręcił głową i rozłożył szerzej uda. – Jesteś wrednym młodszym bratem, wiesz?
– Trochę jestem – szepnął mężczyzna, unosząc lekko jego nogi i palcami sięgając między pośladki. – Lecz ostatecznie czy ja mu bronię tego samego? Jak dla mnie może być z kimś co noc.
– Mówisz tak, bo z nikim nie sypia – zauważył Iris, lecz zadrżał mocniej, czując opuszek palca pocierający jego wejście. Sięgnął ręką do własnej, półsztywnej już męskości i zaczął ją masować pociągłymi ruchami. – Dlaczego, hm? – westchnął, odchylając mocniej głowę do tyłu i czując drobny piasek pod włosami.
– Dlaczego nie bronię czy dlaczego z nikim nie jest? – dopytał Livaj, pochylając się niżej do jego pośladków i zadzierając jego uda wysoko.
– Och… dlaczego z nikim nie jest? – sapnął leżący pod nim mężczyzna i zadrżał gdy poczuł na swoim wejściu wilgotny język.
– Nie wiem. Nie chce? Nie potrzebuje? Nie mam pojęcia.
– Nie pytałeś? Może… och… powinieneś… – westchnął Iris, mając wrażenie, że gwiazdy nad nimi zaczynają wirować. Wolną dłonią przesunął po ciepłym piasku i zacisnął na nim pięść.
– Mam wrażenie, że Luka nie chciałby bym go o to wypytywał. Cicho już. Nie gadaj o moim kochanym Luce. Mamy tu ważniejsze sprawy, prawda? – uciął Livaj i naparł na jego wejście językiem. Pieścił go tak, po chwili do języka dołączając palec.
– Ta-ak… ale… – zaczął Iris, lecz jęknął tylko głośno, gdy palec kochanka przedarł się przez ciasny mięsień. – Nmm… a masz nawilżenie? – zapytał drżącym szeptem, wpatrując się niemal bez mrugnięcia w granatowe niebo nad nimi.
– Mam. Spokojnie… jeszcze chwilę – szepnął kochanek owiewając jego pulsującą szparkę gorącym oddechem. Pieścił ją namiętnie i lizał, powoli rozciągając palcami. Co chwilę też przyglądał się uważniej, jak kurczowo obejmuje jego palce. – Zabierz rękę – rzucił sięgając ustami do jego nabrzmiałych jąder i pocałował je głośno, po czym zassał się kolejno na każdym. Czując mocny zapach kochanka, sam odetchnął ciężej i otarł się nosem o jego penisa, aż w końcu oblizał go i złapał jego główkę między wargi.
– Och… Livaj! – usłyszał z góry i uniósł spojrzenie. Widział jak nozdrza Irisa rozchylają się miarowo przy każdym głośnym oddechu, a jego klatka piersiowa unosi się szybko w ekstatycznych oddechach. Po chwili też dostrzegł jak kochanek sięga przed siebie drżącą ręką i w końcu, gdy jego palce zacisnęły się mu na włosach, przymknął oczy i wziął go głębiej. Czując gładką główkę przesuwającą się po jego podniebieniu, miał pod powiekami obraz własnych palców coraz szybciej zagłębiających się w aksamitnym wnętrzu Irisa. Ten drżał coraz mocniej i pojękiwał w zaciśnięte mocno wargi.
Po kilku chwilach Livaj uniósł się i podpierając na ramieniu przy boku kochanka, wsunął dłoń na jego policzek by przyciągnąć te słodkie, przygryzione wargi do pocałunku. Mężczyzna odpowiadał na niego żarliwie, szybko wsuwając ręce na jego kark i ciągnąc na siebie w zaborczym geście.
Livaj sięgnął wolną ręką do wewnętrznej kieszeni kurtki i wyjął z niej małą, jednorazową tubkę żelu. Sprawnie otworzył ją i wycisnął całą na podbrzusze kochanka, nieprzerwanie penetrując jego usta językiem. Przeniósł nieco nawilżenia na rozluźnioną szparkę Irisa, po czym nabrał go na palce i otarł je o własną twardą jak kamień męskość.
– Już…? – szepnął po chwili odsuwając się od warg mężczyzny i spoglądając mu w oczy prowokująco. – Chcesz już mnie? – dopytał, lecz Iris spojrzał na niego tylko płaczliwie, nie mając odwagi wypowiedzieć ani słowa. Nie lubił swojego głosu w takich chwilach, choć jednocześnie uwielbiał ulegać Livajowi. Jęknął zduszenie, gdy mężczyzna przyklęknął między jego udami i zadzierając je mocniej do góry, przesunął mokrym penisem między jego pośladkami. Iris wygiął się przy tym mocniej i zakręcił biodrami.
– No powiedz… Chcesz, prawda?
Leżący na ziemi mężczyzna zaskamlał tylko i pokiwał głową. Jak Livaj mógł być tak opanowany? Jak mógł jeszcze się z nim drażnić? Ostatecznie jednak zawsze się drażnił, doprowadzając go do pasji.
– Iris… – sapnął, kłując jego dziurkę czubkiem męskości i uśmiechając się lubieżnie. – Iris… – szeptał falując biodrami i teraz dla odmiany masując czubkiem penisa jego jądra.
Ten szarpnął się lekko i spojrzał na niego ulegle. Kiwał tylko głową, oddychając spazmatycznie przez nos. W końcu uparcie uniósł się na rozedrganym ramieniu i wolną dłonią sięgnął między ich ciała do członka kochanka. Sam naprowadził go na swoją szparkę starając się go wsunąć w siebie.
Livaj zaśmiał się tylko i wycofał biodra przekornie. Po czym pochylił bardziej nad jego ciałem i przygryzł jego wargę, mocniej.
– Iris… – szepnął ponownie wtulając swoje krocze w jego i przygwożdżając go biodrami do ziemi jednym silnym ruchem. Leżący pod nim mężczyzna jęknął wyżej i zaparł się dłońmi o jego ramiona.
– Ha… ! Och..! Livaj! Chcę – jęknął dużo wyższym tonem niż zazwyczaj i odchylił mocno głowę, czując jak kochanek pocałunkami sięga do jego szyi. – Tak? Już…!
Żołnierz zaśmiał się cicho, całując go mocno po buchającej gorącem szyi i ręką nakierował penisa na szparkę kochanka. Wsunął się w nią płynnym ruchem, czując jak niemal przesuwa drżącego pod nim Irisa po ziemi. Kochanek zaskamlał ponownie obejmując go ramionami i wbijając paznokcie w jego plecy.
– Livaj! – jęknął i podrzucił chaotycznie biodrami. Dopiero górujący nad nim mężczyzna nadał tym ruchom rytmu i całując go po szyi i ramieniu bujał ich ciałami w ten sposób, że Iris od razu pomyślał, że ich są zupełnie jak fale. Wzdychając głośno i nieudolnie hamując jęki, przeniósł spojrzenie na niebo, zupełnie poddając się ruchom kochanka. Podkurczył wyżej nogi i sięgnął dłońmi do jego twardych pośladków. Wbił w nie palce, dociskając tym samym ciało mężczyzny do swojego i czując jak podbrzuszem, Livaj ociera się o jego penisa. Zadrżał mocno i stęknął, czując że kilka takich pchnięć, w których męskość kochanka ocierała się o jego prostatę, a podbrzusze przyjemnie masowało penisa, wystarczą, by skończył. Jak zawsze szybko i mocno.
Czuł słodkawy zapach potu i wsłuchiwał się w dźwięk ich ciał obijających się o siebie, które grały w harmonii z szumem oceanu.
– Liv-aj! – zawołał ponownie, odchylając się lekko i drżącymi wargami odnajdując jego wargi. Pocałował go nieco agresywnie i łapczywie, a kiedy nagle jego ciało przejął silny spazm, ugryzł mocno jego dolną wargę i ściskając go kurczowo doszedł, podrzucając biodrami, by choć jeszcze raz otrzeć się o ten twardy brzuch.
Livaj jęknął, czując zęby kochanka na swojej wardze i naparł na jego usta językiem, choć na niewiele się to zdało. Dopiero po chwili poczuł jak uścisk lżeje, a Iris drżąc, opada na leżącą pod nimi kurtkę.
– Livaj… Livaj… – mamrotał nieco bezmyślnie, sięgając dłońmi do jego torsu i masując go lekko.
Żołnierz wyprostował się po chwili wysuwając z jego dziurki i klęcząc nad nim masturbował się szybko, co raz zerkając na zarumienioną twarz kochanka lub jego szparkę, która zaciskała się kurczowo i rytmicznie. Oddychając ciężej, sięgnął do niej kciukiem i po kilku kolejnych ruchach dłoni na penisie strzelił na rozłożone szeroko uda mężczyzny. Potem opadł na jego ciało wykończony i oddychając płycej przymknął zmęczone powieki.
– Było miło – szepnął półprzytomnie, czując jak chłodny wiatr uderza w jego rozgrzane, spocone ciało. Iris w odpowiedzi roześmiał się tylko i przetarł czoło wierzchem dłoni.
– Najmilej dotychczas – potwierdził przymykając oczy. – Nie wiem co teraz będziesz musiał wymyśleć, żeby to pobić – dodał rozbawiony.
Livaj tylko zaburczał pod nosem i pocałował go po ramieniu, obejmując mocno w pasie.
– Och powinni organizować turnusy w to miejsce – powiedział jeszcze Iris, podkładając ramię pod głowę i przesuwając wzrokiem po niebie. Uśmiechnął się, czując jak kochanek wsuwa głowę na jego ramię. Sam sięgnął dłonią do jego przedramienia i spokojnym ruchem zaczął gładzić go po implancie. – Wiesz, nie rozumiem czemu jesteśmy odcinani od takiego miejsca. Sam zobacz…
– Tu nie byłoby gdzie pobudować osiedli. A lasu nie mogą już wycinać – powiedział cicho Livaj, wsłuchując się w kojące bicie serca kochanka.
– No już nie wierzę, że przy technice jaką operują miejscy architekci nie mogliby czegoś wymyśleć – dodał, a półleżący na nim kochanek tylko zamruczał zgodnie. – Ale z drugiej strony cały ten syf zaraz przeniósłby się tutaj. Bez sensu… może to i lepiej, prawda? – zaśmiał się drugą dłonią głaszcząc go po roztrzepanych włosach. – Ale takie… uzdrowiskowe turnusy…? Mam wrażenie, że jeden czy dwa cykle tutaj i wracałbym do domu jak nowo narodzony i mógłbym przez kolejne pół roku sadzić i pleć pomidory… No ale mówiłeś, że w mieście mają te łaźnie z tym serum regenerującym. Ciekawe jak działa. To znaczy wiesz, szczerze wątpię by zastąpiło takie leżenie plackiem nad oceanem, choć z drugiej strony… niewiele wiem o tym co mogą zdziałać te ich cacka – westchnął, skubiąc zębami wargi. Przez chwilę zastanawiał się jakby to było żyć w mieście i mieć dostęp do tych wszystkich udogodnień co oni. – Dziękuję, że mnie zabrałeś… Dobrze jest mieć takiego kochanka – rzucił żartobliwie i westchnął głośno. – Ale zabierzesz mnie tu jeszcze kiedyś, prawda…? – zapytał, a gdy odpowiedziała mu cisza zerknął lekko w dół. – Śpisz… no tak. Zawsze zasypiasz… a ja się tu dla ciebie produkuję jak ten głupi… Ale dobrze, śpij… Livaj…

Z każdą chwilą niewielka łódź, na której udało się im przedrzeć przez port zbliżała się do celu, który nieodmiennie pozostawał dla nich ten sam. Chwilowa ciemność, w której się zanurzyli, nagle rozmyła się przez delikatną poświatę. To było jak sen, jak powolne zapadanie się w ruchomych piaskach, które nie unieruchamiały, a otulały ciepłym, przyjemnym w dotyku szalem. Po kilku kolejnych minutach, kiedy wpłynęli głębiej w mgławicę, dało się ją czuć zupełnie materialnie. Pomimo skafandrów napierała ona na materiał w ten sposób, że dało się ją czuć na ciele, przelewała się po nim, obmywała je, tworzyła wokół niego powłokę tylko po to, by za chwilę przepłynąć dalej. Była wszędzie, lecz mimo tego niemal każdy z nich, jak co dzień, zahipnotyzowany, wyciągał dłonie poza burty łodzi by móc poczuć ją bardziej. By móc ściągnąć ją na siebie. Kiedy się jej przyglądało, niemal dostrzegało się minimalne kuliste drobinki, drobniejsze o wiele od ziarenek maku, które sprawiały wrażenie nieco gumowych i klejących się do siebie.
Dopiero po chwili zarzucili sieci by wyłowić z obłoków Magenty trochę starych rupieci, jakimi mogliby się wykpić przy strażnikach. Część z nich zajęła się jednak łapaniem samych drobinek mgławicy. Ale ta zdawała się bawić z nimi i igrać, bo ilekroć już wpływała do specjalnych pojemników szybko wymykała się im i opływała je przekornie. Zupełnie tak jakby miała swoją świadomość, która za nic nie chciała dać się zniewolić.
Ile tak dryfowali? Nie wiedział, ale kilka razy udało im się wyjąć na pokład sieć z gratami, przebrać je i wyrzucić te zupełnie nieprzydatne. Czas przepływał powoli, zupełnie tak, jak Magenta. Ciężkie sieci opadały na pokład, a rupiecie rozsypywały się po nim jak blaszane puszki. Szybkimi ruchami rąk sortowano je i spychano po rampie z pokładu. Kolejna sieć i kolejne przedmioty trafiały na stertę gratów.
On jednak skupiał się na złapaniu Magenty, zachęcał ją ruchami dłoni, czasami nawet naiwnie dmuchał, jakby nie był oddzielony od niej grubym szkłem hełmu.
Kiedy nagle usłyszał krzyk obejrzał się za siebie wypuszczając z dłoni pojemnik. Ten puszczony wolno odpłynął od niego powoli, ale gwar jaki powstał z tyłu szybko pozbawił go żalu za drogim przedmiotem. Kiedy podbiegł do mężczyzn skupionych wokół sieci stanął jak wryty i wytrzeszczył oczy.
– To niemożliwe! – wykrzyknął któryś tubalnym głosem, a on obejrzał się niespokojnie.
Jasna postać o niemal porcelanowej cerze spoglądała na nich wielkimi oczyma. Była wystraszona i kuliła się, nie wiedząc czy krępująca ją sieć jest bardziej schronieniem czy może pułapką. Bała się dlatego jej oczy były tak duże. Tak duże i głębokie. A kiedy w nie patrzył, zapadał się.
Zawisł w przestrzeni, mając wrażenie, że zbliża się do nich.
– Nie… – szepnął, słysząc w słuchawce pojękiwania swoich towarzyszy.
Coś obok z łoskotem upadło na pokład. Słyszał to i chciał się obejrzeć, choć miał wrażenie, że pod jego stopami już wcale nie znajduje się żaden pokład. Wierzgał nogami i machał rozpaczliwie rękoma, ale nie miał nic czego mógłby się chwycić. Robiło się ciemno, choć w oddali majaczyły się odległe gwiazdy, wydawało mu się, że się od nich oddala. Zapadał się.
Nagle coś szarpnęło nim potężnie.

Słysząc głos i czując dłoń na ramieniu, która potrząsała nim uparcie, Livaj wybudził się szybko i zaczerpnął głęboko powietrza.
– Livaj…?
– Okej, okej… – Żołnierz odsunął od siebie dłonie kochanka i przetarł twarz dłońmi.
– Znowu koszmar? – dopytał Iris, a on odetchnął w duchu, czując jak mocno wali mu serce. Łopoce tak nieznośnie jakby miało zaraz wyrwać się z jego piersi.
– Tylko sen – westchnął, choć widział, jak dłonie mu drżą. I Iris też to musiał widzieć. – Każdy miewa czasami złe sny – rzucił i wychylił się do kochanka by pocałować go lekko w policzek. – Już późno. Wracajmy, bo Vena ukręci mi głowę – dodał, unosząc się na miękkich nogach i otrzepując z piasku. Zaraz też sięgnął po ubranie i zaczął je wciągać na zlane potem ciało.
– Livaj… – szepnął siedzący na kurtce Iris. Widząc jednak jak mężczyzna go ignoruje, uniósł się sam z westchnieniem i powoli zaczął ubierać. – To ten sen? O mgławicy? – dopytał.
– No – burknął lakonicznie Livaj i wciągnął na siebie podkoszulkę.
– Nie da się czegoś z tym zrobić?
– Nie.
Iris odetchnął ciężej i podszedł do niego.
– Porozmawiamy o tym normalnie? – zapytał, wsuwając dłoń na jego ramię.
Żołnierz z westchnieniem pochylił się po leżącą na piasku kurtkę i wytrzepał ją.
– Rozmawialiśmy – odparł narzucając mu ją na ramiona.
– Chciałbym ci pomóc.
– Nie masz wpływu na moje sny – uciął Livaj ująwszy jego twarz w dłonie. – A teraz, głuptasie, wracamy, bo jak się spóźnimy, Vena ukręci mi coś więcej niż głowę i wtedy obaj będziemy w kiepskim położeniu – dodał, siląc się na weselszy ton. Kochanek musiał czuć, jak jeszcze drżą jego dłonie. Odsunął się jednak od niego i rozejrzał po plaży czy niczego nie zostawili.

Reklamy

8 thoughts on “POENA. Rozdział II

  1. Wreszcie udało mi się dorwać do tego rozdziału!
    Wciąż robi się coraz ciekawiej i coraz milej się czyta. Uwielbiam poznawać szczegóły świata przedstawionego, jeśli ten tak diametralnie różni się od rzeczywistości. Szczególnie, jeśli są ukazane tak naturalnie i bez nachalności, jak tu c: Wiesz, chodzi mi o to, że autor nie próbuje za wszelką cenę sprzedać czytelnikowi informacji, ale zagłębia się w coraz mniejsze detale stopniowo, kiedy akurat takie rozważania i opisy pasują do przemyśleń postaci.
    Bohaterowie jak zwykle żyją własnym życiem i są absolutnie realistyczni. Trochę mi brakuje takiego silnego charakterku, jakim był choćby Marcin, czy zadziory podobnej Ethanowi, więc liczę, że jeszcze ktoś się pojawi ;; Albo może któryś z bohaterów, których już znamy, pokaże pazurki, kto wie… Obstawiam Levaja, jeśli moje rozważania idą w dobrym kierunku :>
    Domyślam się, że sen jest swojego rodzaju zapowiedzią głównego motywu, ale nie potrafię tego odpowiednio zinterpretować. Pozostaje mi więc czekać na kolejne rozdziały, oby tak samo długie, jak ten!
    Pozdrawiam <3

    1. Ja się właśnie obawiałam tej nachalności, z drugiej strony jest też obawa, że mogłam napisać za mało o czymś. Jadnak Helane nadal rozkwita w mojej głowie, więc liczę na to, że jakoś, z czasem wszystko się uzupełni C: Tutaj też pojawia się problem z tym charakterem. Dotychczas najbardziej skupiałam się właśnie na nich, a w Poenie dochodzi mi nowy świat więc dużo do opisania… Liczę na to, że kilka kolejnych rozdziałów pozwoli mi złapać równowagę i pogodzić te dwie rzeczy. C: Jak na razie opisy otoczenia rodzą się z lekkim bólem i być może przez to, ciężko mi jest złapać charaktery dzieciaków. Jest też tyle postaci i chciałabym by każda z nich żyła w tym opowiadaniu, a nie była jedynie tłem. C:
      Mam wrażenie, że pisze trochę nieskładnie. Wybacz mi. Zrzucę to na świąteczne obżarstwo. xD Dzięki za komentarz. Do zobaczenia pod następnym rozdziałem. C:
      Btw. Wesołych Świąt. Ściskam ciepło!

  2. Jaki romantyk z tego Livaya, seksik w nocy nad oceanem… aż się rozmarzyłam :) Sympatyczna ta para. Z drugiej strony trochę współczuję Luce jeśli czuje to wszystko i właśnie – dlaczego on z nikim nie chce się związać? A ten sen? Czy to wspomnienie? Tak mi to wygląda ale co to za istota? Tyle pytań… Dużo tekstu ale ciągle za mało :) Bardzo mi się podoba, dzięki i pozdrawiam ☺

    1. O rany! Faktycznie. xDD Szczerze mówiąc zupełnie, pisząc, nie patrzyłam na to w ten sposób. Myślałam tylko „ooo Livaj kce pokazać Iriskowi oceaneł”… A to oznacza tylko tyle że Livaj sam w sobie jest taką romantyczną duszą, zupełnie naturalnie. Aż sama się rozmarzyłam. C:
      Też Luce współczuję, ale heheee… na wszystkie pytania znajdzie się odpowiedź w dalszych rozdziałach.
      I z jednej strony to dobrze, że mało! xDD
      Dzięki śliczne za komentarz i do zobaczenia!
      Pozdrawiam! <3

    1. A ja tu się cieszę, że ooo…. drugi dziesięciostronicowy rozdział, i to Cambrią 11, tyle teksu wowowowow! xDDD No, nie dogodzisz… heheeh! <333
      Dziękuję za komentarz i życzę cierpliwości! C:
      Ściskam ciepło! <333

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s