POENA. Rozdział III cz. III

Mocne łomotanie serca towarzyszyło mu przez całą drogę, a gdy znaleźli się już w kuchni, sam zatrzymał się przy jednej z lodówek i oparł o nią ramieniem, wnikliwie obserwując brata.
Livaj, który natychmiast przeszedł do jednej z wbudowanych w ścianę chłodziarek, wyjął z niej ciemny worek wypełniony warzywną papką. Trzaskając drzwiczkami, przełożył go do automatu, który miał podgrzać jedzenie i podzielić na porcje, po czym przeszedł do kolejnej lodówki, z której, w podobnym ciemnym worku, wyjął pastę mięsną.
Musiał wyczuć jego natarczywe spojrzenie, bo ignorował je z wyniosłą miną, lecz kiedy załadował worek do drugiego z automatów odwrócił się zamszycie i spojrzał na Lukę z wyrzutem.
– No powiesz coś w końcu? – warknął, zakładając ramiona na torsie.
Luka pokręcił głową i wzruszył ramionami.
– Co mam powiedzieć? – rzucił, przechodząc do stalowych drzwiczek i otwierając je. Wyjął z szafki nieduży stos plastikowych tac z przegródkami na jedzenie i położył je na błyszczący, szary blat nieopodal.
Niższy z mężczyzn odetchnął ciężko i odwrócił się do automatu udając, że przestawia coś na panelu.
– Ten obcy… Luka… On mi się śnił – powiedział ciszej i przesunął wzrokiem po wyświetlaczu, na którym wyświetlał się czas do ukończenia podgrzewania jedzenia.
Czuł się jakby dostał czymś ciężkim w głowę. Jakby nagle raczej wyrwano go z jakiegoś snu, a całe jego dotychczasowe życie było kłamstwem.
Z tyłu usłyszał tylko westchnienie, więc sam też odetchnął głośniej.
– Do tej pory myślałem, że to tylko sen. Głupi koszmar. Szczegół, że on był w nim zbyt żywy, że w ogóle był… widziałeś jak on wygląda? Kurwa… – powiedział, przesuwając drżącą dłonią po drzwiczkach maszyny. – Skąd wzięłyby mi się te jego uszy, widziałeś? Wyglądają jak skrzela, a te oczy? Oczy, Luka? Są najgorsze… A ta skóra? Taka biała… widziałeś na Helane kogoś z taką skórą? – dopytał ironicznie i pokręcił głową.
– A na Amebie? Na Amebie mogłeś spotkać podobnego obcego – zauważył Luka, odwracając się ponownie do szafki by wyjąć z niej sylikonowe sztućce.
Rudzielec prychnął tylko i oparł się czołem o chłodną, metalową powierzchnię.
– Chyba sam w to nie wierzysz…
– A ty? Wolisz wmawiać sobie, że to wspomnienie w poprzedniego życia? Przestań. Jesteśmy braćmi. Bliźniaczymi braćmi z tej samem matki – powiedział, odwracając się ku niemu i sięgając do jego ramienia.
Livaj zmarszczył się i spojrzał na niego krótko.
– A sny? Czy ty je miewasz? W ogóle jakiekolwiek? – zapytał, odwracając się ponownie do maszyny i unikając tym samym obiektywu kamery zainstalowanej przy suficie.
Luka zmarszczył mocniej brwi i pokręcił głową.
– Widzisz? Nie pamiętasz. A ja… Ja pamiętam je wszystkie. Zresztą to jeden sen…
– Livaj, czy ty chcesz mi wmówić, że jesteś Inkubatorem? A może Reprodukcją? – przerwał mu Luka tonem tak lekceważącym, że w mężczyźnie obok coś się zagotowało. Sapnął i odwrócił się ku bratu.
– A jak mam to wyjaśnić? Pamiętam każde znamię na tej jego białej buźce – rzucił głośniej i pchnął go lekko, choć to na niewiele się zdało przy posturze Luki. – Co jest bardziej prawdopodobne? To, że go spotkałem, czy to, że… – zawahał się i cofnął dłonie. – Jak mam ci to wyjaśnić? Nie wierzysz mi?!
– Jak mam ci wierzyć, skoro nie umiesz tego nawet wyjaśnić? Przyśnił ci się ktoś podobny kilka razy. To w porządku. Ale teraz przez jakiś głupi sen, chcesz mi wmówić i sobie przy okazji, że nie jesteś moim bratem? A może, że nie jesteś w ogóle człowiekiem? A gdybyś był czyjąkolwiek reprodukcją, byłbym nią i ja, i na pewno nie figurowałbyś, jako naturalnie urodzony, a jako pierzona reprodukcja z odzysku.
– Dla ciebie to nie jest dziwne, tak?
– Jeżeli masz wątpliwości, pójdź do Uny. Pobierze próbki, porówna je z bazą danych i po problemie – uciął Luka i zerknął na piszczące automaty.
– Od kiedy tak się na Unę powołujesz? – burknął Livaj, obserwując, jak brat podsuwa tace pod metalowe dysze, z których z bulgotem wypływały porcje gęstej papki. – Co, nagle się zaprzyjaźniłeś z androidem? Nie rozśmieszaj mnie. Wiesz, że to jest dziwne.
Luka zmarszczył mocno brwi i wepchnął tacę w ręce brata.
– Dziwne jest to, jak bardzo chcesz to sobie wmówić.
– Nie wiem, jak inaczej miałbym to wyjaśnić! Po prostu… Ty za to zupełnie to lekceważysz… kurwa, taki z ciebie brat – sapnął rudzielec i z zaraz odebrał od niego drugą tacę. Przeszedł do niedużej windy wbudowanej w szyb między piętrami i zestawił wszystko na półkę. Zaraz obok postawił kilka aluminiowych puszek z napojem i wrócił do Luki po kolejne tace. – Otrząśnij się w końcu, mmm? Długo masz zamiar rozpamiętywać i wyżywać się na innych? – burknął nieco na wyrost i szarpnął mocniej podawaną przez Lukę tacę.
Ten zmarszczył tylko mocniej brwi i przewrócił oczyma.
– Co? – zapytał zniechęcony i odetchnął ciężej. – Przestań dramatyzować…
– Jesteś takim pieprzonym mrukiem. Nic cię nie obchodzi i na wszystko masz wyjebane. To takie proste, co? Zwalić wszystko na jedno nieszczęście w życiu i zgrywać pokrzywdzonego.
Luka uśmiechnął się krzywo i pokiwał głową. Znał tę gadkę brata, w końcu musiał jej wysłuchiwać co najmniej raz w miesiącu. Jak zawsze jednak postanowił ignorować te słowa, bo doskonale wiedział jakiej reakcji oczekuje Livaj.
– Gruboskórny, pieprzony mruk… – sapnął jeszcze nad jego uchem mężczyzna i przeszedł na drugi koniec pomieszczenia, by odstawić tacki. Słysząc głośniejsze westchnienie, wykrzywił się sam brzydko.
Nie umiał tego pojąć. Helane zamieszkiwali ludzie, Inkubatory i maszyny tego samego gatunku. Gatunku, który od stworzenia miał ręce urobione po łokcie w ciężkiej pracy, czy to w kopalniach paliwa, czy też przy produkcji maszyn. I nie było między nimi nikogo tak delikatnego, tak jasnego, jak ten obcy, nie było nikogo, kto posiadałby tak hipnotyzujące spojrzenie wilgotnych oczu, ani białych, puchowych włosów.
On sam przeżył już niemal trzydzieści lat i na pewno zapamiętałby spotkanie z podobną obcemu istotą, ale ostatecznie pamiętał ją tylko ze snów. Z koszmarów, z których ledwie się wybudzał, zlany potem i przerażony.
Oczywiście, że dla Luki to było proste. To nie on niemal co noc przeżywał coś takiego. Nie on zapadał się każdej nocy i zrywał się momentalnie, mając wrażenie, że gdyby jeszcze sekundę dłużej został we śnie, jego serce zatrzymałoby się na dobre. I nagle w jego rzeczywistości pojawiała się ta istota, która swoim spojrzeniem zatrzymywała jego serce. Jak miał reagować? Co miał myśleć?
Jasne, że był dumny ze swojego pochodzenia. Zawsze nosił głowę wysoko, gdy przechodził w jednostce przy Inkubatorach, ale teraz nie był już tak bardzo pewien kim tak naprawdę był. Bo przecież ten sen musiał być wspomnieniem kogoś innego, kogoś, kto poznał obcego, kogoś kim on nie był. I teraz to wszystko było w nim, więc musiał być Reprodukcją, musiał być z Odzysku.
Kiedy odstawił ostatnią z tac na półkę w windzie, sięgnął do wajchy, którą miał wysłać wszystko na górny poziom.
– Chcę tylko znaleźć rozwiązanie – powiedział, odwracając się do Luki siedzącego przy blacie i jedzącego powoli brudnozieloną papkę będącą mieszanką warzyw. – Aż tak cię to dziwi? Nie byłbyś zaniepokojony, na moim miejscu? – dopytał opierając się obok niego na łokciach.
Luka przełknął wszystko co miał w ustach i wzruszył ramionami.
– Więc co takiego ci się śni? – zapytał niskim głosem, niemal wypranym z jakichkolwiek emocji.
– Że jestem poławiaczem na mgławicach. Że w sieci znajdujemy jego – podjął szybko rudzielec i pochylił ku niemu. – A on… nie wiem. Zabija nas? Wpatruje się we mnie tymi czarnymi ślepiami i zapadam się… nie wiem… czuję się taki oderwany od wszystkiego, znikam…? – dodał i spojrzał z nadzieją na Lukę. – Uwierz mi. To nie jest nic przyjemnego. Nie świrowałbym tak, gdyby była to jakaś głupota… Nie umiem tego wyjaśnić. Ale to nie są moje wspomnienia, Luka… Pół naszego życia spędziliśmy w kopalni, drugie pół w jednostce, gdybym go spotkał, wiedziałbym. I ty też byś wiedział – powiedział, wpatrując się w niego mocno.
Luka odetchnął i odłożył na bok łyżkę.
– Dobra. A co ja mam z tym zrobić? Skoro już wiem i ci wierzę? Czego ode mnie oczekujesz? – zapytał, a Livaj zmarszczył nos i przegarnął ręką włosy.
Nie wiedział. Nie miał żadnego planu, a wszystko, co teraz czuł, podparte było strachem.
– Tak naprawdę, Livaj, czy to coś zmienia? – rzucił siedzący obok mężczyzna. – Masz przypisany sobie numer, imię, miejsce w jednostce. Przeszedłeś milion różnych badań i testów, dzięki którym zyskałeś nową tożsamość elitarnego żołnierza oddziału Zero, dbającego o porządek na Helane. To, że teraz coś ci się odkleja, niczego w tym nie zmieni.
– Wiem – szepnął Livaj i podrapał się po czubku głowy. – Ale…
– Ale? – prychnął Luka. – Pójdziesz do Veny, bo przecież tylko przez nią możesz mieć dostęp do kogoś wyżej, powiesz jej, że jednak nie jesteś człowiekiem, że znasz obcego ze snów… a później wywalą cię z jednostki, albo naprawdę wyślą na odzysk, bo zaczniesz świrować. Tego chcesz? – dopytał bezlitośnie i jak gdyby nigdy nic wsunął do ust kolejną łyżkę papki.
– Nie chcę. Ale czuję… – zaczął, przykładając rękę do klatki piersiowej, gdzie nadal mocno biło jego serce.
– Czujesz? Livaj… – Luka jęknął i spojrzał na niego z politowaniem. – W slumsach może kogoś obeszłyby twoje uczucia, ale w jednostce? Pośród wszystkich niezawodnych Inkubatorów, chcesz być słabym, wrażliwym człowieczkiem? – zapytał, a widząc jego żałosną już minę poklepał go po ramieniu. – Moja rada jest taka, żebyś przemyślał sto razy zanim komukolwiek o tym powiesz. Wiesz doskonale, że nie ma tu miejsca na takie ekscesy. I nie po to obaj wyrzekliśmy się tylu rzeczy, by teraz poddać się twoim wątpliwościom. Rozumiesz mnie? – zapytał i spojrzał mu twardo w oczy.
Dopiero po dłuższej chwili Livaj odwrócił wzrok i zagryzając wargi pokiwał głową.
– Masz rację, Luka… jak zawsze masz rację… – odetchnął ciężej i spojrzał na stojącą po drugiej stronie blatu tacę. Powoli przeszedł do niej i usiadł na przymocowany obok taboret, po czym ujął w dłoń łyżkę.
Czuł się odrealniony, ale wiedział, że Luka ma rację. Po prostu musiał to w sobie zdusić, nie robić z tego jakiejś wielkiej sprawy, jeżeli chciał nadal być żołnierzem. W końcu tak głupio byłoby zaprzepaścić to, na co tak wiele lat pracował i o czym od zawsze marzył.
– W porządku. Odpuszczę – zgodził się choć wiedział, że wiele czasu upłynie nim naprawdę tak się stanie. Teraz musiał tylko udawać, że jest w porządku. I za nic nie dać po sobie poznać, że coś jest nie tak.
Kiedy kończył jeść, uniósł wzrok na siedzącego naprzeciwko brata. Spojrzał na niego mocniej i po chwili ten uniósł na niego pociemniałe oczy.
– Spoko. Przywykłem, że jak ci odwala, wyciągasz na wierzch trupy – powiedział tylko i wzruszył szerokimi ramionami.
– Jak chuj, nie? – sapnął Livaj, a mężczyzna skinął głową.
– Jak rozkapryszony synuś mamusi, któremu coś nie pasuje i sięga po najcięższe działa – dodał Luka, popijając powoli z puszki, która w jego dłoniach wyglądała jak miniaturowa zabaweczka.
Rudzielec pokiwał głową i odchylił się lekko do tyłu.
– Ale ja, jako starszy, wyrozumiały brat, naprawdę mam do gdzieś – podjął jeszcze Luka, a Livaj odwrócił spojrzenie na swój talerz.
Starał się nie uśmiechnąć brzydko ani nie prychnąć, bo przecież doskonale wiedział, że było to kłamstwo. Być może bratu wydawało się, że będąc takim rosłym bydlakiem, sprawia wrażenie nieczułego, i to na obcych na pewno działało. Tylko, że oni byli braćmi powiązanymi najintymniejszą relacją, jaką tylko można było sobie wyobrazić, i za każdym razem, gdy w złości sam chciał Lukę zranić, odbijało się to echem w nim samym.
– On znał moje imię – powiedział nagle i spojrzał na brata bystrzej. Widząc jednak jego wzrok, pokiwał głową. – Ale mógł je usłyszeć od Veny czy kogokolwiek… – skończył i oblizał usta. Sięgnął po stojącą obok puszkę i otworzył ją placami jednej ręki. – Uwielbiam twoją pragmatyczność – dodał nieco gorzko i odsunął od siebie pustą tacę. Zaraz też przeciągnął się mocniej i ziewnął szeroko. – Dobra. Pójdę się odlać, zaraz wrócę, to pomogę ci posprzątać, jak odeślą tace. – Uniósł się i podrapał po karku.
Naraz słysząc dochodzące z korytarza kroki, przeniósł spojrzenie w kierunku drzwi. Po kilku sekundach stanęła w nich Hale dzierżąc w dłoniach stos brudnych naczyń i zgniecionych puszek.
– Winda znowu się zepsuła – rzuciła, przechodząc z tacami do zsypu i zaraz wszystkie je zrzuciła w dół. – Nie dziękujcie – dodała luźnym tonem i otarł ręce w ciemne spodnie, w które wpuszczony miała podkoszulek. – Kłóciliście się? – dopytała jeszcze, podchodząc do blatu i zabierając ich naczynia. Nim którykolwiek z nich zdążył zaprzeczyć, posłała im znaczące spojrzenie i założyła ręce na ramiona. – Jak przyszliście gadać bez świadków, to słabo wam się udało, bo na monitorze mogliśmy obserwować piękne skoki ciśnień na waszych wskaźnikach. Wiecie, że to wszystko pójdzie do bazy? Mam wrażenie, Livaj, że ostatnio coś przesadzasz z szaleństwami, a to nie sprowadzi problemów tylko na ciebie, ale i na Lukę, mm? – dodała, patrząc na niego nieco wrogo.
Mężczyzna przyglądał się przez chwilę, jak zakłada za ucho pukiel brązowych włosów, zebranych z tyłu w niski kucyk i uśmiechnął się wymuszenie.
– Nie przesadzacie? Kurwa, jestem człowiekiem, to chyba naturalne, że nie zawsze panuję nad emocjami. A pojawienie się obcego to chyba niezła wymówka?
– Niezła – zgodziła się zwiadowczyni i oparła tyłem o ścianę. – Tylko, że jak tak dalej pójdzie to znowu wyślą was na testy, które tym razem mogą cię wykluczyć ze służby. Także hamuj się…?
­– Una zatuszuje – machnął ręką Livaj i zaraz ruszył ku drzwiom. – Dobra, idę się odlać – burknął nieco rozzłoszczony na Hale i zaraz zniknął w korytarzu.
Luka przez dłuższą chwilę wsłuchiwał się w jego kroki stawiane na siatce, którą wyłożono korytarz. Sam przeciągnął się na miejscu.
– Wracamy? – dopytał spokojnym tonem, ale Hale podeszła do niego bliżej i pokręciła głową.
– Co z Livajem? Nagle tak zaczął sikać przy tym obcym. To niepodobne do niego…
Mężczyzna przetarł twarz dłonią i przygarbił się lekko.
– Nic. Daj spokój. I nie martw się. Nie wywalili nas do tej pory, to i teraz nie wywalą – powiedział, patrząc na nią znacząco.
Hale przekrzywiła lekko głowę i nadęła pełne policzki.
– To co innego. I ty i ja mieliśmy uzasadnienie. Wiesz, dla ludzi śmierć bliskich jest czymś cięższym do przeżycia niż kontakt z obcym, nie sądzisz?
– Nie sądzisz, że to podlega już pod subiektywną ocenę? – odbił piłeczkę Luka zmęczony tym całym zamieszaniem, zarówno wobec obcego jak i wokół siebie. A przecież mógł większość tej podróży przespać. – Dla mnie śmierć Tary i małej była ciosem, dla Livaja ciosem jest bliskość obcej istoty. Sama wiesz, jaki z niego dzieciak czasami – dodał niby luźnym tonem i zaraz uniósł się z miejsca. – Hale… ja wiem, że jesteśmy zgraną drużyną, ale tak poza tym wszystkim, odpuść. Jak chcesz się wyżalić, po prostu spotkajmy się gdzieś po pracy, ale teraz przestań już wnikać – dodał, spoglądając na nią z góry. Kiedy kobieta prychnęła pod nosem, sięgnął do jej ramienia i ścisnął je lekko. – Naprawdę. Nic się nie dzieje – zapewnił i, co było rzadkością, uśmiechnął się lekko. Był to ulotny uśmiech, nadający jego twarzy dziwnego wyrazu.
Hale skinęła głową i kiedy mężczyzna się odwrócił i ruszył ku drzwiom odetchnęła głębiej.
Tak łatwo było mu mówić, by odpuściła, ale z jej perspektywy było to bardziej skomplikowane. Być może łudziła się, że w oddziale posklejanym z ludzi mających swoje za uszami będzie miło i rodzinnie, ale kiedy do starych niedopowiedzeń dochodziły nowe, nie było wcale lżej. Byli już tak zgrani i znali się na wylot, że często zbędne były dla nich jakiekolwiek słowa, ale mimo to nadal w pewien sposób byli dla siebie obcy.
Po kilku minutach stania i przesuwania wzrokiem po kuchni jej wzrok padł na kamerę, więc sama także ruszyła ku drzwiom. Z rękoma wbitymi w kieszenie wojskowych spodni przeszła przez cały korytarz i zwinnie wspięła się po drabince na drugi poziom Legulusa, gdzie znudzeni już nieco towarzysze polegiwali na swoich miejscach. Omiotła wzrokiem pokład i Lukę siedzącego pod jedną ze ścian, po czym wolnym krokiem ruszyła ku Unie. Kiedy osunęła się na fotel obok niego, zerknęła na monitor i uśmiechnęła się, widząc pomiar ciśnienie Luki, które tym razem było wyższe niż Livaja. Jasne, że pewnie sama temu dopomogła, wspominając jego zmarłą przy porodzie partnerkę. Luka był jak skała z uwięzionym wewnątrz sztormem.
– Robi się trochę ponuro – rzucił półgłosem android i uśmiechnął się do niej ciepło.
Una z kolei był według niej jak słoneczko, które wbrew pozorom było cieplejsze niż którekolwiek z nich obecnych na statku. I to nic, że był maszyną, często to on wydawał się być dla niej przyjemniejszy i bardziej ludzki niż ktokolwiek z nich, zamkniętych w swoich skorupkach i pielęgnujących przykre wspomnienia. Nawet od niej samej.
– Chyba nic na to nie poradzimy. To może zmęczenie. Wiesz, dużo wrażeń dzisiaj mieliśmy – powiedziała do niego, jakby mówiła z małym chłopcem i zaraz potrząsnęła głową. – Przepraszam. Znowu włączyła się w mnie mamuśka, co? – przełknęła ciężej ślinę.
Una tylko zaśmiał się pod nosem i skinął głową.
– Trochę. Ale wiesz. Wydaje mi się, że to jak zawsze w podróżach w kosmos – podjął Una, odgarniając z czoła włosy. – Może nie zauważyliście, ale tutaj zawsze panuje raczej ciężka atmosfera, a czujniki wariują. W zasadzie nie dziwię się. Eian już łata kilka rozszczelnień. Takie poczucie zagrożenia życia niekoniecznie jest przyjemne – dodał delikatnym głosem.
Hale skinęła głową i przesunęła spojrzenie na śpiącego Śina. Dostrzegając to, Una ponownie skinął głową.
– Nie dostaliśmy jeszcze danych o Soli. Ale myślę, że dzięki Śinowi szybciej wrócimy na Helane. Czy to nie dobra wiadomość?
– Dobra Una, ale to… chyba nie rozwiąże naszych problemów? – rzuciła zwiadowczyni i spojrzała ciepło na androida, a ponad jego ramieniem dostrzegła Venę prowadzącą rozmowę z Amebą. – Wiesz, zawsze oddział traktowałam trochę bardziej jak rodzinę – podjęła, lecz zaraz zamilkła wiedząc, jak niewielkie o tym pojęcie może mieć Una. Zsunęła się tylko niżej w fotelu i przymknęła powieki, starając się pogrążyć w miarę spokojnych wspomnieniach.
– Rodzina to fajna sprawa, co? – powiedział android, co tym razem zabrzmiało w jej uszach naprawdę sztucznie i mechanicznie. Skinęła więc tylko głową i oblizała wargi.
Dostrzegając na jej twarzy niechęć, Una szybko wycofał się i wrócił spojrzeniem do swoich monitorów. O ile to było łatwiejsze?
Wiedział doskonale, jak często bywa w oczach załogi kompanem, ale jak równie często daje o sobie znać mur jaki stanowiła jego rasa, która zresztą rasą nazywana była tylko z braku lepszego określenia. Miał też świadomość tego, że jeszcze śmieszniejszym dla nich byłoby to, jak często w swoich myślach sam nazywa ich przyjaciółmi czy też rodziną, bo przecież jego programy miały pojęcie o tym, czym owa rodzina jest. Jednak dla załogi często nie było to naturalne, a wręcz komiczne. Widział to po ich minach, kiedy tak jak Hale szybko wycofywali się z głębszych rozmów na tematy jakimi były uczucia. Być może jedynie Vena, która także była inna, podchodziła do tego inaczej i dlatego też często pytała go o zdanie czy samopoczucie.
Czy to było aż tak śmieszne i niepoprawne, że naprawdę się z nimi utożsamiał? Że czuł się jednym z nich? Nawet jeżeli jego skóra nie była tak ciepła, a oczy tak żywe?
Podgryzając lekko wargę przeniósł spojrzenie na Lukę. Na niego bardzo lubił patrzeć, ale być może i to nie byłoby dobrze widziane? Tym bardziej przez samego mężczyznę?
Miał wrażenie, że cały statek jest w rozsypce, a pochowani po kątach towarzysze jak nigdy wydają się być od siebie oddaleni. Nawet on to czuł.
W końcu przeniósł spojrzenie na Śina. Drgnął lekko, gdy przekonany że obcy śpi, napotkał jego mokre spojrzenie, wpatrujące się w oczko kamery. Uśmiechnął się uprzejmie, zupełnie tak, jakby stał z nim twarzą w twarz.
Śin uśmiechnął się również, a Una smutniejszego uśmiechu nie widział chyba nigdy do tej pory.

Reklamy

8 thoughts on “POENA. Rozdział III cz. III

  1. Ależ ja ostatnio jestem okropny, w ogóle nie komentuję! No i czytam z opóźnieniem, bo paradoksalnie w weekendy mam najmniej czasu. Początek tygodnia też nie należy do najłatwiejszych, więc udaje mi się zwykle w drugiej połowie. Ale czytam, nie chcę, żebyś myślała, że nie!
    Trochę się ostatnio tutaj podziało, muszę przyznać… Pojawienie się Śina było sporym zaskoczeniem samo w sobie, a kiedy okazało się, że to ta sama postać, co ta ze snów Livaja… Byłem w ciężkim szoku D: Jednak momentalnie zapałałem sympatią do obcego, choć w pełni rozumiem awersję, jaką czuje wobec niego rudzielec.
    Jeszcze bardziej się zdziwiłem wnioskami chłopaków, omg. Nie bardzo wiem, jaki cel miałby rząd, czy kto to tam się tym zajmuje, w zatajaniu takich informacji przed Livajem, ale osobiście uważam, że to straszne chamstwo i prostactwo! Wysunę jeszcze teorię, że może to rodzice bliźniaków co nieco przed nimi ukryli dla ich własnego szczęścia i spokoju ducha, ale to tylko luźne przemyślenia. Swoją drogą: jeśli Livaj nie jest człowiekiem, to nie wykluczałbym tak od razu również Luki – w końcu było wspomniane, że trudno stwierdzić na podstawie wyglądu, że są tak blisko spokrewnieni ze sobą, co nie? Jejku, ale ja kombinuję XD
    Bardzo przyjemnie mi się czytało powyższy rozdział, jak i poprzednie, których śmiałem nie skomentować, shame c’: Czekam na kolejny (żeby zabrać się za niego z prawie tygodniowym poślizgiem, właśnie tak!)
    Pozdrawiam! <3

    1. Tak, potwierdzam. :I Okropniak do potęgi. :I Poślizgu pewnie tym razem nie będzie u Ciebie, bo to ja się poślizgnęłam. Nie wiem co pisać. Bardzo dziękuję za komentarz, i wstyd mi, że nie mogę odbić piłeczki, bo jakoś huuu… nie wię. Brakuje mi słów i mmm. No. Ale myślę odpiszę, bo już i tak, jak cham tyle z tym czekom. :<
      Fajnie, że czytasz i że dajesz znać i w ogóleeeee… Postaram się też ogarnąć i napisać coś, co by nieco wyjaśniło najdrażliwsze kwestie, póki Ciebie stąd wywieje. 8D
      Ściskam ciepło! <3

  2. To takie drażniące że jest tyle niewiadomych…☺ Każdy z załogi ma swoje tajemnice i swoją historię, Luka stracił partnerkę i dziecko, w sumie to trochę się zdziwiłam bo jakoś założyłam że on też jest homo, to pewnie przez Livaja. Ale w końcu Livaj wyartykułował swoje lęki. Ciekawe czy to możliwe że jeden z nich jest z odzysku? A może obaj? Hmm znowu jest się nad czym zastanawiać 😊 No i jak to już się chyba nawykiem stało znowu żal mi Uny… niech no go ktoś pokocha… ☺ Dziękuję i pozdrawiam serdecznie

    1. Być może w najbliższych rozdziałach nieco się wyklaruje jeżeli chodzi o seksualność Helan. Nie wiem sama.
      Dziękuję za komentarz i do przeczytania pod kolejnym rozdziałem.
      A Unę kocham ja! C:

  3. Naprawdę super jest to opowiadanie. Wszystko jest bardzo frabujące i nie mogę już się doczekać aż się wszystko wyjaśni. Życzę weny i pozdrawiam
    matoko

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s