Święto Przodków II V MMXVI

Święto przodków cz 1

Pod odległym o kilka staji lasem co chwilę w niebo błyskał słup wielkiego, niebieskiego ognia. Niesione echem słowa Koźlarza docierały aż do pierwszych domów miasteczka, były tak donośne i potężne, że zapewne nawet dzieci poukładane na swoich siennikach mogły je słyszeć.
Mogiłek, ściskając pod pachą bukiet z gałązek śliwy rosnącej za domem, zacisnął tylko wargi i przeskoczył nad kolejnym płotem stojącym na miedzy. Oberwał już do matki ścierą za to, że i tego dnia musiał włóczyć się po lesie, zamiast tak, jak inni mężczyźni przygotowywać się do obrzędu. On jednak uważał, że ma na to jeszcze czas, lecz kiedy wrócił o zmroku do domu, okazało się, że większość mężczyzn wyruszyła już do ołtarza. Szybko więc obmył brudne nogi i buzię w korycie z deszczówką, stojącym pod podcieniem chałupy, ubrał czyste spodnie by nie śmierdzieć na uroczystości prosiakami i wybiegł na ogród. Tam zerwał kilka kwitnących gałązek śliwy i miał nadzieję, że po drodze zdoła zebrać na polu kilka kwitnących kwiatów, jednak w ciemności żadnego nie mógł dostrzec. Złościł się na siebie, jednak cóż mógł teraz poradzić?
Zamiast tego biegł szybko przed siebie, a kolejny słup niebieskiego ognia uświadomił mu tylko, że cała ceremonia za kilka chwil miała dobiec już końca.
Na jesienne obrzędy dotarł spóźniony i obiecał sobie, że na tych wiosennych będzie już inaczej, lecz oczywiście znowu zawiódł. Pomimo tego, jakoś nie bał się złości duchów.
– Módlcie się o łaskę waszych przodków! – zagrzmiał Koźlarz, kiedy był już niedaleko i zatrzymał się w miejscu porażony siłą tego głosu. Jak urzeczony wpatrywał się w sylwetki mężczyzn, czernią odbijające się na tle ognia. Wszyscy przyklękli, a na ich twarzach panowało skupienie, gdy w oddaniu mamrotali słowa modlitwy intonowanej przez Koźlarza.
Po raz pierwszy chyba Mogiłek miał okazję obserwować to z boku.
Na masce przewodnika tańczyły niebieskie płomienie, a gęsty dym, niczym szal utkany z mieniących się pajęczyn, owijał jego ramiona. Lśniące włosy falowały na wierze, zlewając się w jedno z obłokami dymu. Koźlarz zdawał się górować nad płomieniami, nad dymem i nad mężczyznami, drżącymi i skulonymi przed skalnym ołtarzem.
– Drżyjcie, albowiem gaśnie w was bojaźń boża – zagrzmiał Koźlarz, a on sam upadł na kolana i przycisnął do piersi pachnący bukiet. – Oddajecie się rozpuście i zapominacie o swoich przodkach! O czci którąście im winni! Pochylcie głowy nisko! Bijcie pokłony przed duszami, które nad waszymi domostwami w tej właśnie chwili kotłują się w nienasyconym gonie! – wykrzyknął Koźlarz czystym, mocnym głosem. – Módlcie się o ich łaskę! Módlcie się o ich zbawienie, o uspokojenie, o ulgę w ramionach Swarożyca! O przeklęci! Nie dajcie się zwodzić szarlatanom odciągającym was od waszych przodków, od waszych korzeni. Głupcy! W jakie naiwności zdajecie się wierzyć! Jak słabi ulegacie pokusom! Och, głupcy! Pokłońcie się niżej, albowiem z niebios wasi przodkowie widzą jak dumnie zadzieracie głowy nabite herezjami!
Mogiłek sapnął i upadł na ziemię, wciskając twarz w wilgotną trawę i skulił się mocno. Nie bał się przodków, jednak Koźlarza tak. Jak każdy jeden mężczyzna w wiosce, bał się klątw, które ten mógł na nich zesłać.
Kolejne jego słowa, były jak noże wwiercające się w jego umysł. Rzeczywiście, być może, wiara w miasteczku przygasła, ale czy nie było to spowodowane natłokiem prac, przez które nie mieli czasu na poranne i wieczorne adoracje i modlitwy?
– Proszę… proszę… – mamrotał chłopak, zaciskając mocno powieki i ignorując wbijające się w jego brzuch gałązki, które nadal kurczowo ściskał. Całe ciało zlane potem, nawet nie reagowało na zimne powiewy wiosennego wiatru. Mogiłek nie sądził, że tak to właśnie wygląda. Zazwyczaj będąc przy ołtarzu czuł się spokojniejszy, bezpieczniejszy, a teraz miał wrażenie, że nad nim faktycznie kotłują się duchy, że zaraz podobnie jak i jego ojca, jeszcze przed jego narodzinami wezwą do siebie i porwą za niewiarę. Ale on wierzył. Naprawdę. Bardzo.
– Bardzo, bardzo, bardzo… – szeptał drżącym głosem i bił czołem o ziemię.
Wydawało mu się, że cała polana, na której byli, drży. Las, dotąd spokojny, wył i skrzypiał, wrogo pochylając się nad nimi. Czuł to całym sobą. Koźlarz grzmiał nad nimi tylko upewniając go w tym, jakich grzechów dopuścili się zapominając o należnych przodkom modlitwach.
– Powstańcie – usłyszał nagle, lecz nie śmiał tego zrobić. – Odejdźcie, pozostawcie ten stół zbłąkanym duszom.
Dopiero gdy usłyszał kroki tłumu poderwał głowę do góry i panicznie oblizał usta. Musiał się jakoś wytłumaczyć, choć jak podejrzewał, nikogo nie zaskoczy jego spóźnienie, czy nieobecność.
– Ludosławie – sapnął, kiedy mężczyźni na czele z sołtysem doszli do niego. Chłopak dopadł do ramienia mężczyzny i spojrzał na niego prosząco. – Spóźniłem się, znowu… – zaczął, wpatrując się mocno w pomarszczoną twarz, która zawsze pomimo, że sroga w wyrazie, w rozmowie z nim nabierała łagodności. Tym razem jednak, Ludosław nawet na niego nie spojrzał. Minął go z obojętnym wyrazem twarzy, wpatrując się w odległe budynki.
– Ludosławie… – westchnął za nim Mogiłek i dopadł ponownie do jego ramienia. Potrząsnął nim mocno i szarpnął, lecz na nic to się zdało. Podobnie pozostali mężczyźni, do których dopadał, zupełnie nie zwracali na niego uwagi. Mijali go jak zjawy, otumanieni czy też wystraszeni. Mogiłek nie wiedział coo to był, lecz ich zachowanie wzbudziło w nim jeszcze większy lęk.
– Hop… co z wami… – sapnął, zaciskając spoconą, drżącą pięść na gałązkach. – Halo… – westchnął i zatrzymał się, wpatrując w ich sztywne plecy.
Nigdy może nie był lubiany i zauważany, ale to było stanowczo zbyt niecodzienne. Irytował ich swoim roztargnieniem i zapominalstwem lecz nie byli nigdy aż tak obcy. Zazwyczaj wygadani i roześmiani, teraz odchodzili jak duchy, jak zmory, kierując się przed siebie jak ślepcy.
– Chcesz uwolnić duchy…? – usłyszał za sobą i zamarł.
Aksamitny głos, który wpłynął do jego uszu był subtelny jak wiatr i uwiódł go w jednym momencie. Czy chciał? Nie wiedział, ale gdy odwrócił się ku ołtarzowi, słowa uwięzły mu w gardle.
Na widok Koźlarza, przesuwającego szponami po ciele Miłodęba, sam aż zadrżał. Było w tym coś mistycznego, coś zakazanego i kuszącego. Coś co wśród gęstego dymu krzesało iskry.
Mogiłek stał sztywno licząc, że być może w ciemności nie zostanie dostrzeżony, że ani Koźlarz, ani wpatrujący się w niego Miłodęb, zajęci sobą, nie zauważą jego natarczywego wzroku.
– Weź dzban miodu i pójdź za mną. Duchy już czekają – dodał Koźlarz i odwrócił się w kierunku lasu. Jego jaśniejąca postać, zdawała się rozświetlać drogę, sprawiać, że nieprzebyta gęstwina, która strzegła wejścia do Czarnego Lasu, ot tak się rozstępowała.
Mogiłek chciał zawołać Miłodęba, zapytać co on właściwie robi i co się tu dzieje, w końcu nie pamiętał by ktokolwiek z nich kiedykolwiek służył Koźlarzowi przy uwalnianiu duchów. Być może to strach zawiązał mu gardło, a może ciekawość, która zawsze goniła go do lasów, do opuszczonych chałup stojących na jego skraju. A może to była historia? Krótka historia mężczyzny, który przed piętnastoma laty, właśnie w tym dniu nie wrócił z obrzędu. Jedni mówili, że to duchy go porwały, inni, że po prostu rozszarpały go wilcy. I jedynym faktem w tej całej historii była pusta mogiła w lasanku na skraju miasteczka, która od małego go do siebie przyzywała. Mogiła, którą poświęcono jego ojcu.
Kiedy Miłodęb ujął w silne ramiona dzban z miodem i ruszył za Koźlarzem w głąb lasu, Mogiłek ruszył za nimi, stawiając niepewne kroki na drżących nogach. Z bijącym jak dzwon sercem szedł za nimi w odległości kilkudziesięciu łokci i drżał, a mimo to nie cofał się i nie zatrzymywał. Po prostu szedł.
Nie wiedział, jak długo podążał za Miłodębem, usilnie starając się ignorować czerń lasu i jego niebezpieczne zimno zionące z każdej strony. Każdy krzyk ptaków, czy chrobotanie leśnych zwierząt przyprawiały go o zimne dreszcze. Szedł jednak dalej, stąpając bosymi stopami po mokrej ściółce i szeleszczących zbutwiałych przez zimę liściach.
Miał wrażenie, że idący na przedzie Koźlarz niczym nimfa przenika przez drzewa i krzaki, że płynnie sunie ponad mchem i korzeniami, a cały jaśnieje porażającym blaskiem, przez który szybko Mogiłce zaczęły łzawić oczy. Miłodęb za to był jak dziecko, które ledwie co nauczyło się stąpać. Co kilka kroków potykał się i upadał, zahaczał koszulą o gałęzie, lecz ani razu nie zatrzymał się by ją poprawić, w wyniku czego ta już dawno rozdarta łopotała na wietrze. Dzban, który ściskał jak największy skarb musiał być już pewnie opróżniony do połowy, bo Mogiłek nie raz już wdepnął nogą w kałużę miodu. Jednak ani myślał się cofać czy oglądać za siebie. Był tak zafrasowany tym czego właśnie doświadczał. Czy nie był jednym z niewielu, którzy wstąpili do Czarnego Lasu? Nawet przez myśl nie przeszło mu, że żaden z tych śmiałków nie wrócił.
Z każdą chwilą robiło mu się jednak duszniej i goręcej, a po kilkudziesięciu kolejnych łokciach był już zlany potem. Coś buchało gorącem i pachniało tak, że nie umiał nawet nazwać tego zapachu.
Nagle drzewa zaczęły się przerzedzać i równie nagle Koźlarz i Miłodęb wyszli na polanę. W ostatniej chwili Mogiłek schował się za wielkim, wystającym z ziemi korzeniem i wyjrzał zza niego na wrota wyrzeźbione ze splecionych ze sobą drzew. Misterne wzory, jakie plotły na nich gałęzie i liście, zapierały mu dech, a pąki i białe kwiaty zdawały się usypiać go słodkim zapachem. Bzyczące nad nimi pszczoły, łagodnie zapylały kolejne kwiaty, a wirujące przy nich motyle, łopotem skrzydeł wygrywały najsłodszą, hipnotyczną melodię. Musiał śnić.
Cichy łoskot otrzeźwił go i zwrócił uwagę na postać Koźlarza, który jednym ruchem odrzucił na bok szpony i futro, w które był odziany, a później zdarł z głowy ciężką, rogatą maskę.
Mogiłek wzdrygnął się na widok jego olśniewająco pięknej twarzy. Tak gładkiej, że chyba tylko dziewice w legendach takowe mogły posiadać. Jego szczupłe dłoni zdawały się być tak miękkie, że być może najdelikatniejszy materiał mógłby je zranić. Mężczyzna przegarnął dłonią włosy, a te łagodną falą opadły mu na ramiona, spowite szatą z materii, która Mogiłkowi jawiła się jako kruche pajęczyny.
Z zapartym tchem obserwował jak Koźlarz podchodzi do Miłodęba i masuje dłonią jego szeroki tors w geście zbyt poufałym, jak na obcego.
– Rozbierz się – usłyszał i sam gotów był odrzucić swoje łachmany. Głos białowłosego mężczyzny, teraz niedeformowany już przez maskę był jak śpiew wilgi. Tak delikatny i ulotny, a jednocześnie nieznoszący sprzeciwu, niepozwalający się zignorować.
Mogiłek nie zdziwił się kiedy Miłodęb bez namysłu odstawił dzban i szybko zaczął zdzierać z siebie koszulę i spodnie. Kiedy był już nagi, stanął dumnie przed Koźlarzem i wpatrywał się w niego w zauroczeniu.
Dopiero gdy ten pochylił się by złożyć na jego torsie kilka pocałunków, Mogiłek sapnął i zacisnął mocno uda. Jasna dłoń sunąca po oliwkowym ciele, szybko sięgnęła do krocza Miłodęba i przesunęła się pieszczotliwie po jego męskości. Ten ruch, sprawił, że wciśnięty między korzenie chłopak, zdał sobie sprawę z własnego podniecenia.
Szalejące myśli i dudniąca mu w uszach krew otumaniała go. Nie znał takich mężczyzn, którzy lubowaliby się w innych mężczyznach. To nie było normalne, raczej nie. Jednak nie mógł tego roztrząsać, gdy widział jak Koźlarz pieści Miłodęba. A ten? Wzdychał i drżał, nadstawiał ciało do tych jasnych dłoni, a jego jęki wyrażały taką przyjemność, że Mogiłek, szybko przestał się dziwić obrazowi dwóch mężczyzn w tak intymnej relacji. Nigdy nie widział by którakolwiek z podszczypywanych, czy też chędożonych w miasteczku dziewek drżała aż tak, by było jej aż tak dobrze, a przecież nie raz to podglądał. Z innej strony czy to nie było w pewien sposób naturalne? Że to mężczyzna potrafiłby dotknąć innego mężczyznę w ten właśnie przepełniony ekstazą sposób?
Kiedy Koźlarz odsunął się od mężczyzny, Mogiłek westchnął z zawodem i zagryzł mocno wargi, czując nieznośne pulsowanie między udami. Jednak w milczeniu obserwował, jak mężczyzna podnosi z ziemi dzban i oblewa gęstym miodem ciało Miłodęba, a ten wielkimi, złotymi kroplami spływa po jego skórze. Później białowłosy mężczyzna dłońmi roztarł miód na całym jego ciele, co chwila muskając je różowymi jak maliny wargami.
– Wskocz do jamy – rozkazał po chwili Miłodębowi i ten ruszył w kierunku wrót znajdujących się nieopodal.
Mogiłek nic nie rozumiejąc, wpatrywał się w nich z przejęciem i dopiero, gdy mężczyzna odchylił się i wpadł w cień znajdujący się pod splecionymi ze sobą drzewami, poderwał się ze swojego miejsca. Nie miał pojęcia co właśnie się stało. Chciał krzyknąć i rozwarł już usta, gdy wtem z otworu błysnęło jasne światło.
Chłopak upadł z powrotem na ziemię, tym razem upuszczając bukiet ściskany w dłoniach i skrył się mocniej za korzeniami. W szparze między nimi obserwował miejsce, w którym zniknął Miłodęb.
Kilka głośnych oddechów później spod ziemi wysunęła się ręka. Grube palce, błyszczące od miodu i oblepione igliwiem zacisnęły się kurczowo na wystającym z ziemi korzeniu. Coś zaszurało, coś trzasnęło, jakoby łamana gałąź i nagle oczom Mogiłka ukazała się kolejna dłoń. A za nią ciemna czupryna, zupełnie taka jak ta Miłodęba. Za nią wysokie, zmarszczone czoło i płaski nos. Szeroka twarz i ramiona, tors lekko przyprószony ciemnymi włosami. To było ciało Miłodęba, choć wydawało się nie należeć już do niego. Ciemne oczy spozierające spod grubych brwi były obce i szerokie blizny na brzuchu również.
Skryty w cieniu Mogiłek miał wrażenie, że mężczyzna bez problemu mógłby go dostrzec, lecz jego spojrzenie, niemal od razy zwróciło się w stronę Koźlarza.
– Shea… – zabrzmiał mocny, niski głos, wciskający go mocniej w cień. – Mój Shea… najmilszy… – westchnął mężczyzna i od razu dopadł do Koźlarza. Ścisnął go silnie mocnymi ramionami i docisnął do nagiego, błyszczącego ciała. – Jesteś tak późno… dlaczego…? Zaraz będzie świtać – szeptał, ujmując jego drobną twarz w swoje dłonie.
– Domamirze…! – westchnął Shea wpatrując się w jego oczy. – Tak trudno mi ostatnio cię przyzwać – dodał i natychmiast sięgnął do jego warg. Złączył się z nimi w pocałunku tak namiętnym i mocnym, że Mogiłek chyba nigdy nawet sobie podobnego nie wyobrażał.
Przejęty wychylił się poza korzenie, by obserwować jak ciemne dłonie, niemal rozdzierając delikatną szatę Shei, jak mocno masują pośladki mężczyzny, najwyraźniej szukając do nich drogi.
– Och Shea… Shea… – powtarzał, a Mogiłek chyba również powtarzał w myślach to delikatne imię. Idealnie pasowało do Koźlarza, choć wcześniej, nawet by nie pomyślał, że pod tą maską kryje się tak jasna, krzepka i delikatna postać.
– Nie mamy czasu… proszę – usłyszał głos Shei i spiął się mocno.
Domamir pociągnął mężczyznę za ramię i ściągnął go na porzucone niedawno futro. Nie kłopotał się jego ubiorem, tylko zachylił mocno poły szaty na plecy Shei i odsłonił białe pośladki. Masował je długo i całował, na widok czego, Migiłek płonął ze wstydu. To było dla niego niepojęte, a jeszcze mocniej zaskakujące było to, jak sam mocno reagował na te obrazy. Na widok mlecznobiałej skóry, która napięta tylko czekała na mocny uścisk grubych palców, na szerokie pocałunki spierzchniętych warg Domamira. Roślejszy mężczyzna wydawał się być nienasycony, niecierpliwy, kiedy tak mocno dotykał Shei, kiedy uderzał i drapał go zostawiając na jasnej skórze czerwone pręgi.
Każdy jęk Shei spływał kaskadą dreszczy po ciele Mogiłka w dół i sprawiał, że krocze pulsowało mocniej. Rozszerzonymi oczyma obserwował, jak Domamir pochyla się niżej i niżej, i naciągając pośladki Koźlarza, sięga wargami między nie. Głośnie pocałunki wypełniły polanę, westchnienia i pojękiwania Shei zdawały się być przy tym niczym.
Jak zahipnotyzowany, Mogiłek wpatrywał się w szorstkie policzki Domamira, przesuwające się po pośladkach Shei, patrzył jak grubymi palcami, którymi uprzednio zebrał nieco miodu z brzegu dzbana, Domamir sięga między nie i wsuwa je do środka.
– Ach! Mocniej! – zaskamlał Koźlarz, składając głowę na ramionach i wypinając się bardziej. Kiedy wychylił się by złapać powietrza drżącymi wargami, chłopak bez trudu mógł dostrzec, jak jego jasne policzki błyszczą od łez. Nie wiedział czy to było bolesne, ale gdy przez sekundę się nad tym zastanowił doszedł do wniosku, że musiało. Kolejny jęk szczupłego mężczyzny świadczył jednak o czymś innym.
– Domamirze… Błagam. Zaraz… Za-araz świt – jęknął Shea, a klęczący za nim mężczyzna zaburczał tylko. Szybko wycofał głowę spomiędzy jego pośladków, które do tej pory lizał, a Mogiłek widząc ciągnącą się od nich nitkę śliny, sam oblizał usta.
Wstrzymał ponownie oddech, gdy Domamir ujął w dłoń swoją grubą męskość i przysunął się nią do pośladków Shei. Wydawało się przy tym, że ta jest nienaturalnie wielka, że nie mogłaby wejść w to miejsce. Ale weszła. Z głośnym, przeciągłym jękiem Shei wcisnęła się do środka, wypompowując głośno powietrze, które przedtem z oddechem Domamira musiało dostać się do wnętrza. Zaczerwieniony chłopak, wpatrywał się w miejsce, gdzie ich ciała się łączyły i instynktownie poruszył biodrami, ocierając się lekko o jeden z korzeni, między którymi leżał. Sapnął pod nosem i szybko wcisnął pięść we własne krocze. Nie poznawał własnego ciała, ale to nie na nim chciał się skupić. Wolał widzieć skąpaną w świetle księżyca polanę, chciał widzieć co będzie dalej. Jak będzie brzmiał kolejny jęk Shei?
A brzmiał niesamowicie. Pełen ekstazy ton, dolatywał do niego wraz z odgłosami z jakimi Domamir obijał się o te jasne pośladki. Wsuwał się między nie tak szybko i mocno, że Koźlarz co raz leciał do przodu, w ostatniej chwili usztywniając ramiona i zapierając się na nich, wyrzucając bardziej biodra do tyłu.
Naraz Domamir sięgnął dłonią do szat Shei i rozdarł je na plecach jednym silnym ruchem. Później wbił w jasną skórę paznokcie i przejechał po niej tak mocno, że nawet z tej odległości, Mogiłek dostrzegł nabiegające krwią bruzdy.
– Tak! – krzyknął jednak Koźlarz i odrzucił głowę na kark – Tak! Do-Domamirze! Głębiej…! – dopraszał się.
Domamir pociągnął go za włosy i przewalił na plecy. Niemal w tym samym momencie rozchylił jego uda i wsunął się między nie, a drugą dłonią zdarł do końca odzienie z wijącego się w ekstazie ciała.
– Tak dobrze? – zaburczał, uderzając mocno o jego uda i zakładając sobie łydki mężczyzny na ramiona. Shea nie musiał mówić nic konkretnego, jego jęki idealnie wyrażały rozkosz.
Kiedy Domamir sięgnął w dół jego ciała, dopiero wtedy Mogiłek dostrzegł kołyszącego się między udami penisa, co raz uderzającego o podbrzusze Shei. Jego męskość była tylko troszkę ciemniejsza, od reszty skóry, a w dłoni rosłego mężczyzny wyglądała tak krucho i delikatnie.
Słysząc ich szybsze westchnienia i jęki, chłopak otarł się bardziej o korzeń między nogami i zagryzł wargi. Rozpalonym spojrzeniem chłonął widok ich ciał, ocierających się o siebie w stałym rytmie. Miał wrażenie, że nic nigdy nie działało na niego bardziej, że mógłby przez lata siedzieć w tym cieniu i przyglądać się im, karmić się tylko tym widokiem.
Dostrzegając jak Domamir wysuwa się z Shei i przesuwa w górę jego ciała, Mogiłek zaczerwienił się mocniej, choć i tak policzki mu płonęły.
Mężczyzna przykląkł nad głową kochanka i zaczął dotykać się, oddychając przy tym chrapliwie. Po kilku ruchach dłoni na ciemnym członku, strzelił wprost na twarz Koźlarza, a ten, uchylając wargi, starał się złapać między nie choć kilka kropel nasienia.
Niemal w tym samym momencie, Mogiłek spostrzegł jak sięga dłońmi między swoje uda i również dotyka się pospiesznie.
– Och nie, nie – szeptał Shea, wijąc się pod ciałem kochanka. – Nie, proszę, nie. Jeszcze chwila… kochany… bł-agam… chwila… – szeptał drżącym głosem, podrywając tors do góry.
Skulił się mocno i uniósł niemal do siadu, kiedy szczytował. Dopiero w tamtym momencie, Mogiłek oderwał wzrok od jego ściągniętej twarzy i zdał sobie sprawę z tego, że drugiego z mężczyzn już nie było.
Cofnął się lekko, pomimo tego że biodra aż same rwały się by otrzeć choć jeszcze kilka razy o twardy korzeń. Rozejrzał się nieprzytomnie po polanie, ale Domamira na niej nie było. Tylko Shea kulący się na rozłożonym na trawie futrze, błyszczący jeszcze mocniej i wzdychający co chwilę imię kochanka.
Przerażony Mogiłek poderwał się na nogi i wycofał po cichu. Został zauważony? Nie wiedział. Rozejrzał się jeszcze bardziej, mając wrażenie, że nagle ciemny las zaczął go obserwować ciemnymi jak węgiel oczyma Domamira.
Odwrócił się i zerwał biegiem w drogę powrotną, co chwilę sięgając dłonią do nabrzmiałej męskości, sterczącej w luźnych spodniach. Jego szalejące serce waliło tak głośno, że ktoś musiał je usłyszeć. Być może Domamir się właśnie na niego zasadzał?
Nie zważając na podniecenie i ból stóp, kiedy wbiegał na kamienie czy ostre gałęzie parł przed siebie. Miał wrażenie że nadal śni, że to, czego był świadkiem nie mogło być prawdą! Z głową nabitą obrazami przedzierał się przez gęstwiny.
Nie wiedział jak długo biegł, lecz w końcu drzewa zaczęły się przerzedzać a on wypadł na zaorane, ciemne pole. Dopiero gdy opadł kolanami na twardą ziemię zdał sobie sprawę, że nadszedł świt, a do tej pory musiał biec po omacku.
Oddychając ciężko, skulił się na ziemi, starając się uspokoić oddech. Kilka chwil później zdał sobie sprawę z tego jak mocno, nadal jest podniecony. Rozejrzał się.
Poznawał to miejsce. Nie miał pojęcia jakim cudem mógł wybiec z drugiej strony, ale poznawał wieżę kaplicy. Był niedaleko domu.
Mimo to wycofał się jeszcze i skrył w cieniu drzew. Drżącymi palcami rozwiązał spodnie i podkulając nogi zaczął się dotykać, pod powiekami mając obraz Domamira i Shei, ściśniętych i zapomnianych w sobie tak niemożliwie mocno. Oddychając chrapliwie, oblizywał co chwilę wargi i po kilku kolejnych ruchach doszedł obficie. Nie pamiętał by kiedykolwiek się dotykał, ale teraz było to tak naturalne.
Wpatrując się w swojego penisa, główkę którego ściskał między palcami, wsłuchiwał się w nawoływania ptaków budzących się ze snu. Sam też chyba śnił. Dłuższy czas półleżał na trawie wpatrując się między swoje uda. Miał wrażenie, że oszalał, że stało się coś co na zawsze go odmieniło, choć nie było to przecież możliwe. Nie mogło być rzeczywiste.
W końcu wstał i poprawił spodnie. Nogi uginały się pod nim, ale ruszył w stronę miasteczka, brodząc w wilgotnej ziemi i obserwując wszystko wystraszonym nieco spojrzeniem. Ramionami pocierał o siebie i co chwilę oblizywał wargi.
– Mogiłek? – usłyszał nagle i obrócił się w kierunku stojącego na polu mężczyzny. Jego ciemne oczy przeraziły go do tego stopnia, że cofnął się nie umiejąc rozpoznać jego twarzy. – Gdzieś ty był…? Twoja matka od zmysłów odchodziła.  Od tylu dni ci szukamy. Myśleliśmy, żeś przepadł… – mężczyzna zawiesił głos, dając mu do zrozumienia, że uznano go za tego, którego porwały duchy. – Jak Miłodąb.
Mogiłek cofnął się jeszcze o krok, kiedy spojrzeniem natrafił na jego usta. Otumaniony pokiwał głową i oblizał wargi.
Wrócił z Czarnego Lasu.

Święto Przodków cz 3

Reklamy

2 thoughts on “Święto Przodków II V MMXVI

  1. Absolutnie wspaniałe! <3
    "Święto przodków", to pierwsze, było przecudowne. Tak cudowne, że nie wiedziałem, czy mogę w ogóle liczyć na równie piękną kontynuację… A tu proszę ;-;
    Co w szczególności przykuło moją uwagę, to narracja. W bardzo ciekawy sposób stworzyłaś dystans między parą a czytelnikiem, który przez cały czas spogląda na świat przez oczy Mogiłka. Nie wiem, czy to nie jest już nadinterpretacja, ale taka forma tylko podkreśla jak daleko od ludzkiego świata znajdują się Shea i Domamir.
    Och, no i cały czas czekałem, aż go zauważą, a tu nic :c Choć może go zauważyli, ale niewiele się tym przejęli…?
    Więcej! :CCC
    Pozdrawiam <3

    1. Ohmai. Alive nigdy nie zawodzi. <3333
      Ni, to żadna nadinterpretacja. Super, że Ci się spodobało i o ile Inga będzie dzielniakiem i wytrwa w postanowieniu na następne Święto Przodków, to zdradzę, że Mogiłek wrócił do domu nie na darmo i jeszcze będzie miał swoje pięć minut! Ale niestety, trochę poczekamy na kolejny tekst. Az do listopada. :<
      Dzięki, że komentujesz. Trzymaj się ciepło! <3

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s