POENA Rozdział V

Ze zmontowanego ze starych części radia sączyła się szybka muzyka, którą zresztą i tak zagłuszał gwar rozmów prowadzonych w barze tego wieczoru wypełnionego po brzegi.
Czując, jak dłoń Livaja zsuwa się coraz niżej, Iris szturchnął go lekko i posłał mu ostre spojrzenie. Zwiadowca zmarszczył nos i wychylił się by skubnąć jego wargę zębami, ostatecznie też przesuwając dłoń na jego lędźwie i masując po nich lekko.
– No, w tym roku, to Cesarzowa się odwaliła – zawołał Pharus, stukając palcami po metalowej ladzie baru i śmiejąc się głośno.
– Racja. Miałem wrażenie, że ten kapelusz widać aż z naszego miejsca – zaśmiał się siedzący przy nich Falco, przesuwając nieco zamglonym już spojrzeniem po stojących za barem regałach, na których powystawiane były beczułki i butelki z alkoholem.
Parada, w której uczestniczyli kilka godzin temu była jak zawsze imponująca. Przemarsz oddziałów Inkubatorów oraz Androidów był dopięty na ostatni guzik, a oni, jako rasa nie posiadająca żadnych wad, byli chlubą Helane. Widok nieprzebranych zastępów idących w górę ulicy miał dawać mieszkańcom poczucie wielkości, szlachetności i bezpieczeństwa i być może zdawało to swój egzamin. Na pewno nieliczni ludzie mieszkający w obrębie murów miasta byli pod wrażeniem, byli przekonani o tym, jak wielkim i wspaniałym są narodem, jak wiele ich może jeszcze czekać, jak wiele Helane może jeszcze osiągnąć.
Każdy z nich o nieskazitelnej twarzy, ubrany w jasny mundur, szedł w rytm hymnów, wygrywanych przez maszerującą pomiędzy poszczególnymi oddziałami orkiestrę. Wszyscy patrzyli dumnie przed siebie widząc być może wszystko to, czego oni, w oddziale Zero, nie umieli dostrzec.
Same oddziały Zero również uczestniczyły w paradzie i mimo, że im również na ten czas dano nowe mundury, nie było w nich nic majestatycznego. W ich postawie, choć wyćwiczonej nie było tyle dumy. Wręcz przeciwnie. Większość z nich czuła się wybitnie upokorzona, musząc uczestniczyć w tym przedstawieniu i idąc na końcu, dokąd na dobrą sprawę docierał jedynie rytm werbli. Chyba jako jedyni z nielicznych mieli jakiekolwiek pojęcie o tym, co tak naprawdę przedstawiał ten przemarsz, czyli po prostu wielokilometrowy ciąg maszerujących kukiełek, których istnienie było bardzo na rękę Cesarzowi. Czasami aż nie potrafili pojąć dlaczego jeszcze naturalnie urodzeni żyli. Czy nie lepiej byłoby ich wszystkich zabić i zastąpić maszynami i Inkubatorami? Skoro i tak ich życie nie miało już niemal żadnej wartości, a było jedynie utrapieniem, kiedy z roku na rok pogarszające się warunki w slumsach wykluwały nowe choroby, nowe problemy z żywnością i wodą pitną.
– Bo wy się po prostu nie znacie na nowoczesnej modzie – sapnął Livaj i uśmiechnął się do swojego kochanka stojącego przy nim i wiszącego mu na ramieniu. Widząc jego pełne niezrozumienia spojrzenie, pocałował go tylko i pogładził po plecach. – Nie oglądałeś parady?
Iris pokręcił głową i sięgnął po kubek Livaja, z którego pociągnął duży łyk jakisu, mocnego alkoholu, którym zwykły upijać się oddziały Zero. Skrzywił się mocno ku uciesze kochanka i wsunął mu dłoń na kark.
– Byłem w szklarni. Coron ostatnio mówił, że liście młodych sadzonek usychają, więc chciałem sprawdzić – powiedział tylko i poprawił na swoich ramionach wojskową kurtkę Zwiadowcy.
– O rety, Iris, ja nie wiem, co cię tak pociąga w tym leniu Livaju – podłapał zaraz Pharus, przeczesując palcami krótkie jasne włosy. – Ty taki ładny, a on ma kartoflany nos. Ty pracowity, a on tylko patrzy jak tu się wymigać. Gdyby nie to, że udało mu się zaciągnąć do wojska, to żyłby na twoim garnuszku, nie? – zażartował, a Iris obruszył się lekko.
Widząc to, Livaj zacisnął mocniej palce na jego boku i roześmiał się w głos.
– Ale bo mój karmelek leci na żołnierzy, no, i duże kutasy – rzucił rubasznie, co jeszcze mocniej Irisa zażenowało.
– Daj spokój – sapnął, odwracając wzrok na siedzącą przy pobliskim stoliku resztę załogi oddziału kochanka. – Nie aż tak duże – dodał niby mimochodem, wzbudzając kolejny wybuch śmiechu wśród przyjaciół Livaja.
Sam nie przepadał za ich spotkaniami, które kończyły się piciem na umór, niemal do nieprzytomności. Nie zdarzało się to na szczęście często, tylko kilka razy do roku, kiedy mogli cieszyć się całą dobą wolnego, więc starał się przymykać na to oko. Coś było w tych oddziałach Zero, że niemal wszyscy ich członkowie, gdy już mieli ku temu okazję, nie żałowali sobie alkoholu, a ich wspólne imprezy Iris wspominał jako najgorsze. O wiele bardziej lubił ich spotkania tak po prostu, przy okazji jakiejś pomocy, czy takich tylko na parę godzin, bo jutro przecież znowu trzeba było wstać do pracy.
Nie lubił też takiego Livaja, który, nawet na trzeźwo myślał tylko o jednym, a pijany zupełnie już się nie hamował i nawet w towarzystwie raczył go sprośnymi żartami i uwagami.
Podczas wolnych dób, większość żołnierzy spotykała się właśnie tu. W barze Brandona, który był jego przyjacielem z dzieciństwa, a aktualnie był też właścicielem największego tego typu lokalu w slumsach, mogącego pomieścić tak wiele osób na raz.
Tego wieczoru większość gości stanowili oczywiście Żołnierze i ich przyjaciele, albo tacy, którzy chcieli zagadać coś, do któregoś z obecnych tu oficerów i poprosić o polecenie do wojska. Iris jednak wiedział, że nie jest to tak proste, a przyjęcie do oddziału treningowego ostatnio szczególnie graniczyło z cudem. Ale było w pomieszczeniu też kilku chłopaków, którzy tam się dostali i siedząc tak obok żołnierzy, chcieli dowiedzieć się więcej o służbie jaka miała ich czekać, o ile nie zostaną odrzuceni. Większość zostawała, a ostatnią osobą ze slumsów przyjęli do wojska pewnie już ponad rok temu.
Chociaż na co dzień pracował na bazarze, Iris nie znosił takiego tłoku.
– Ale ty jesteś… ciągle mi dokuczasz – sapnął Livaj zaciskając dłoń na jego pośladku i dociskając go do swojego boku. Iris zaparł się lekko o jego tors, lecz bez słowa zniósł jego mocne pocałunki na swojej szyi. Nim jednak Livaj posunął się dalej, odsunął się sam i uśmiechnął się do niego wymuszenie.
– O. Miałem zagadać do Eian, dopytać o te nawiewy do zamontowania w magazynach – rzucił nagle i wyplątał się z objęć kochanka. Upił jeszcze mały łyk jakisu z jego kubka i ruszył w kierunku stolika, przy którym na kanapach siedziała reszta oddziału.
Wsunął się na brzeg siedziska i uśmiechnął lekko z ulgą.
– Hej, mogę się przysiąść? – zagadał, a siedząca obok Hale natychmiast się odsunęła, robiąc mu więcej miejsca.
– Pewnie, Iris, pewnie – zgodziła się szybko i uśmiechnęła się nieco już zmęczona całym tym imprezowaniem. – Chłopaki widzę już w doskonałych nastrojach? – dopytała, zerkając w kierunku baru, gdzie Livaj, Falco i Pharus śmiali się z czegoś głośno.
Iris skrzywił się i skinął głową.
– No, trochę – mruknął i westchnął głośno. – Ale ja przyszedłem dopytać się ciebie, Eian, o te magazyny. Bo jakbyś miała chwilę, żeby mi pomóc ogarnąć instalacje tych dmuchaw, byłoby super – dodał, spoglądając w kierunku dziewczyny opierającej się luźno o bok Veny. Ta machnęła ręką i pokiwała szybko głową.
– Tak, wiesz co, możemy iść w następnym cyklu. Takie nawiewy to pestka, to ci od razu pokażę – zapewniła Eian i zaśmiała się pod nosem, czując jak Vena przesuwa palcami po jej ramieniu. – Mówiłeś, że jeden z chłopaków u ciebie trochę majsterkuje, więc pewnie jakbym mu pokazała, to by już ogarnął instalację pozostałych…?
Iris skinął głową i przesunął dłonią po lepiącym się blacie stolika, zastawionego kubkami i pokrytego solidną warstwą okruchów.
– Świetnie, dzięki…
– O, Iris! A znasz Unę? – podłapała od razu Eian i aż wyprostowała się na miejscu, wychylając się przez zastawiony kubkami stół, by poczochrać siedzącego naprzeciwko Irisa chłopca o mlecznobiałych włosach. – To nasz łącznik i jest taaaaaki mega słodki, że mam ochotę go schrupać – dodała widocznie już wstawiona.
Iris przeniósł spojrzenie na Unę i przyjrzał mu się dłużej.
– Jesteś Androidem? – dopytał bez pardonu, choć przecież doskonale go znał z opowiadań kochanka. Chłopiec spojrzał na niego dłużej i skinął głową jakby tym faktem zażenowany.
– Tak – odparł cicho i zacisnął na chwilę malinowe wargi. Widząc jak Iris mocno mu się przygląda, odwrócił wzrok speszony i przesunął nim po pomieszczeniu. Z racji tego, że był maszyną, nie pił nic i nie jadł, nie był też duszą towarzystwa, więc nie odzywał się dopóki, nikt do niego nie zagadał. Nie przyznałby się do tego, ale faktycznie przyszedł tu tylko po to, by poobserwować Lukę w innym niż koszary środowisku. Dawno tego nie robił. Widząc, jednak mężczyznę, który siedząc na drugim końcu baru rozmawiał z jakąś kobietą już przeszło godzinę, miał wrażenie, że powinien już wracać na Legulusa. Raczej nic dobrego nie wyniknie z tego, że będzie tu tak siedział i patrzył. Uśmiechał się nieco wymuszenie i tylko potakiwał przysłuchując się rozmowom prowadzonym przy stole, co chwilę łapiąc się na tym, że być może naprawdę jego system musiał ulec awarii. Awarii, której błąd tak mocno skupiał się na Luce, na gapieniu się na niego, analizowaniu jego osoby.
– To pewnie dziwna prośba… ale mogę może cię dotknąć? – usłyszał nagle i spojrzał ponownie na Irisa.
Scut siedząco przy Unie roześmiał się w głos i objął Androida zaborczo.
– A po co? – zapytał ochrypłym tonem i poklepał Unę po policzku, który od razu lekko się zaczerwienił. – Chcesz zobaczyć czy jest miękka i ciepła? – dopytał, a Iris wzruszył ramionami.
– Trochę mnie to ciekawi. W końcu jest maszyną – powiedział po prostu i oblizał lekko wargi. W slumsach nieczęsto spotykało się humanoidalne Androidy, a na pewno nie takie jak Una. Wiele się nasłuchał o nim od Livaja i pomimo, że ten darzył Unę dużą sympatią sam nie do końca to podzielał. W końcu nadal była to tylko maszyna, pomimo tych różowych usteczek i widocznego po poklepywaniu Scuta, zarumienienia.
– Ej, nie mów tak – sapnęła Hale i szturchnęła Irisa łokciem. – To Una. Nie maszyna. Nasz mały Unuś – dodała i uśmiechnęła się do wciśniętego w ramię Scuta Androida, który nawet na nich nie patrzył.
– No ale, uch… to w porządku. Tylko jestem ciekaw, czy jego ciało… no, nie wiem już… Mimo wszystko, to Android. Nie człowiek. Nigdy nie spotkałem Androida na żywo. Nie chcę być chamski, to tylko… ciekawość…? – wyjaśnił Iris, nadal z dystansem patrząc na Unę.
Scut tylko pokręcił głową i pomasował Androida po ramieniu.
– Nie przejmuj się, Una – zaczął i zaśmiał się głośniej. – To tylko zły Iris. On nie ma pojęcia o naszej miłości – dodał żartobliwie i przeczesał palcami włosy Androida.
Ten pokiwał głową i nie patrząc na nikogo, wysunął się z kanapy i uniósł z miejsca.
– Już wracasz na Leguslusa? – dopytała Vena, odrywając się od ucha Eian do którego jeszcze przed chwilą szeptała coś z takim zapałem, że sama mechanik chichotała na przemian z besztaniem jej i odsuwaniem od siebie.
– Nie wiem. Może. Połażę trochę, co? – sapnął tylko Android i zerknął jeszcze w stronę Luki. Mężczyzna nadal siedział przy barze, nadal z tą samą kobietą, lecz teraz dołączył do nich też Anton, który wcześniej wyszedł doprowadzić swoją ciężarną kobietę do domu.
– Pójść z tobą? – dopytała Hale – Nie powinieneś chodzić sam nocą po slumsach.
– Ktoś może cię napaść. Wyglądasz na bezbronnego chłopca – dodał Scut, a Una zacisnął wargi i spojrzał na niego uparcie. Nie chciał być jakimś modelem pokazowym, albo główną atrakcją wieczoru. Większość żołnierzy znała go i nie zwracała na niego uwagi, ale wiedział, że gdyby tylko inni ludzie podłapali, że jest maszyną, na pewno ich reakcje byłyby zbliżone do tych Irisa. Nie miał mu tego za złe. Tylko, że to było tak cholernie trudne.
– Ale nie jestem bezbronnym chłopcem – skwitował i zmarszczył mocniej prawą brew. Obejmując wzrokiem wszystkich towarzyszy po raz ostatni, w końcu ruszył przed siebie w kierunku drzwi. Dziwnie mu było przepychać się między buchającymi gorącem ludźmi, a jeszcze dziwniej było patrzeć na rozgadanego Lukę.
W drzwiach wpadł na jakiegoś rosłego mężczyznę, o którego tors odbił się jak gumowa piłeczka, po czym znalazł się na zewnątrz. Ciemna uliczka oświetlona pomarańczowymi lampionami prowadziła w górę slumsów, aż do bramy miasta.
Una zacisnął drobne pięści i zdeterminowany okręcił się na pięcie i ruszył w przeciwnym kierunku, w dół rozmoczonej, pogrążonej w mroku ulicy. Panujący wokół chłód nie robił na nim większego wrażenia, więc szedł coraz dalej, pogrążając się we własnych myślach dotyczących oczywiście tego jak podle się czuł, będąc obok ludzi tego wieczoru. Bo czuł się tak zawsze. Prócz oczywistej tęsknoty za tym, by być człowiekiem, czuł też złość, niesprawiedliwość i wielką krzywdę wyrządzoną jemu i jemu podobnym. Ludziom było tak łatwo uprzedzić się do Androidów, no i przecież byli maszynami, kogo obchodziły ich uczucia? Uczucia maszyn? Maszyn o różowych policzkach i miękkiej ciepłej skórze.
To wszystko sprawiało, że Una czuł się po prostu obrzydliwie. Niepasująco.
Naraz w jednej z mniejszych, bocznych uliczek dostrzegł poruszenie. Wyczulony słuch szybko z niedalekiego gwaru wyostrzył odgłosy pospiesznych kroków stawianych na mokrej ziemi.
Zignorował to, lecz kiedy usłyszał głośny huk, a tuż po nim krzyki, obejrzał się niespokojnie za siebie.
­Nie czekał długo, aż ze strony, z której przyszedł pojawiły się inne światła, należące do wozów służb porządkowych, które tylko śmignęły obok niego, pędząc w dół drogi.
Zdezorientowany przyglądał się postaciom majaczącym się w dole ulicy, lecz ostatecznie ruszył w tamtym kierunku.
Kilka minut upłynęło nim stanął nieopodal miejsca, w którym zatrzymały się wozy służb porządkowych. Wysadzony budynek stał nieco na uboczu, kilkanaście metrów od pobliskich budynków mieszkalnych, których mieszkańcy stali na zewnątrz przyglądając się zawalonej konstrukcji.
Androidy skanowały teren budynku w poszukiwaniu ofiar, a kiedy Una zbliżył się do nich i zameldował, sam mógł podejść bliżej. W powietrzu stale unosił się pył z zawalonych, betonowych ścian i dachu, którego belki wpadły do środka, miażdżąc w ten sposób przechowywane w środku zbiory. Poprzez fragmenty ścian i połamanych drewnianych skrzyń, które musiały stać w środku, widział rozmiażdżone pomidory, które pokrywając podłogę, wyglądały niemal jak płynące po posadzce zlanej krwią fragmenty trzewi. Skrzywił się na to skojarzenie i obszedł szczątki budynku, za którym na kilkadziesiąt metrów ciągnęła się długa szklarnia teraz również została uszkodzona przez odłamy wysadzonej ściany, do której była przyłączona.
W końcu wrócił do Androidów i bez słowa odebrał jednemu z nich skaner. Widząc na nim brak jakichkolwiek ofiar w ludziach odetchnął, nie zamierzając przeszkadzać im w dochodzeniu. Minuty mijały. Z każdą z nich przybywało więcej gapiów, a także służb.
– Una? Co ty tu robisz? – usłyszał nagle i odwrócił się w stronę Luki, który chyba przed chwilą musiał tu przybiec.
Android wzruszył ramionami i spojrzał na niego poważnie.
– Kiedy schodziłem w dół, nastąpił wybuch. Ktoś uciekał. Być może były to osoby, które podłożyły ładunki. To szklarnia Irisa?
Mężczyzna skinął głową i opuścił ręce po sobie.
– Wiedziałem, że do tego dojdzie – powiedział ze stoicką miną, nie mogąc na dobrą sprawę zrobić nic więcej niż obserwować pracę krążących wokół zgliszczy Androidów. – Mówiłem im, że to nie ma prawa się utrzymać. Ale Livaj się uparł – dodał, podchodząc do Uny bliżej i westchnął ciężej.
– To znaczy?
– To znaczy, że Livaj myślał o tym, że fajnie byłoby gdyby Iris miał pomidorowy monopol, kiedy tak naprawdę przeznaczeniem wszystkich naturalnie urodzonych jest życie w nędzy. Myślisz, że jak długo ta szklarnia mogłaby tu stać?
– Brzmisz jakbyś podejrzewał spisek.
Luka pokręcił głową.
– Doskonale wiesz, Una, że większość zaopatrzenia w mieście stanowią zbiory z plantacji na południe od miasta. A Iris rozkręcił tu swój mały ekologiczny biznesik. Wielu miastowych kupowało u niego warzywa. A i jemu samemu zaczęło się wieść znacznie lepiej. No i jego pracownikom. To nie jest dobre. Nigdy nie jest dobre – podkreślił i skinął głową. – Pójdę do nich. Livaj jest zalany w trupa, a ktoś musi ogarnąć Irisa – dodał zniechęcony i zaraz odwrócił się i ruszył w kierunku tłumu.
Una ruszył zaraz za nim, obserwując go kątem oka.
– To straszne – dodał cicho, lecz mężczyzna nic nie odpowiedział. Kiedy wyszli na ulicę już po kilkuset metrach spotkali się z Irisem, który biegł ku nim w towarzystwie Scuta.
Śniady mężczyzna spojrzał na Lukę zniechęconym spojrzeniem i choć w pierwszej kolejności chciał jeszcze biec w tamtym kierunku, zatrzymał się i zacisnął wargi w wąską linię.
– A chuj by to wszystko strzelił – sapnął ze złością i skrył twarz w dłoniach. Po kilku kolejnych przekleństwach i kilkunastu chaotycznych krokach w końcu przesunął dłonią po krótko ściętych włosach i odwrócił się w stronę bocznej uliczki. – Odprowadź Livaja do domu – rzucił tylko do Luki i zaraz ruszył przed siebie. Po kilkunastu metrach zniknął w ciemnościach.
W tej niknącej sylwetce było coś przygnębiającego, co udzieliło się nawet Unie – zniechęcenie, poddanie, marazm, wręcz namacalnie dały o sobie znać.
Ale to była prawda, której każdy naturalnie urodzony musiał ulec. Nieważne jak mocno się starał, jak bezwzględnie do czegoś dążył nigdy nie było tak, że bez przyzwolenia „góry” mogli cokolwiek osiągnąć, żyć lepiej, godniej. Ich przeznaczeniem były kopalnie, było zniewolenie, które odbierało siły i ochotę na walkę o coś lepszego.
A spojrzenie Irisa mówiło tylko jedno: PODDAJĘ SIĘ.
– Kurwa… tyle pieniędzy w to władowali – rzucił Scut i poprawiając kołnierz kurtki, tak by ten lepiej chronił jego szyję od chłodnych powiewów wiatru. – No i pracy. Ja wiedziałem, że to zły pomysł – dodał, a Una zmarszczył lekko nos.
– To jak wszyscy wiedzieliście, czemu na to pozwoliliście? – dopytał nieco sucho, a Luka spojrzał na niego zaskoczony. Szybko jednak w jego spojrzeniu pojawiło się coś na kształt politowania. Sięgnął dużą dłonią do jego głowy i poklepał go po niej ze śmiechem.
Ten pretensjonalny gest tak chłopaka zirytował, że szybko odsunął się, choć na co dzień marzył o choćby jednym jego muśnięciu.
– Una… to nie takie proste – powiedział Scut, zapinając w końcu suwak kurtki aż pod brodę. – My, ludzie… po prostu musimy próbować, wiesz? Nawet jak wiemy, że chuj z tego będzie. I Iris też wiedział – dodał, spoglądając się na niego łagodnie.
– My, ludzie – powiedział Una i pokiwał głową, mając wrażenie, że żadne słowa nie brzmią piękniej. – Wracam na Legulusa, nie ma tu czego szukać – dodał i zaraz ruszył dalej w górę ulicy.
Scut spojrzał za nim i zacisnął lekko usta.
– On ostatnio strasznie odwala – podsumował, kiedy obaj z Luką ruszyli za nim w kierunku knajpy Brandona.
Luka burknął coś tylko pod nosem, brodząc nogami w płynących drogą strużkach błota.
– Una?
– A no, Una… Czasami to już nie wiem, jak na niego patrzę, mam wrażenie, że widzę jakiegoś zeschizowanego, nadwrażliwego chłopaczka. Seksownego chłopaczka, którego z chęcią bym zaliczył. Ty tak nie masz? – dodał i zaśmiał się pod nosem. Kiedy poczuł szturchnięcie, które być może Luce wydawało się lekkim i przyjacielskim, złapał się mocno za bok. – No, ale w końcu to Android. Nawet nie byłoby gdzie włożyć – dodał i nim się spostrzegł, zarobił kolejnego kuksańca pod żebra. – Ale mmm… w mieście są burdele z Androidami. Myślisz, że Una by nie chciał zainwestować w jakąś dziurkę? Byłoby super. Jest taki śliczniutki…
– Zamkniesz się wreszcie? – sapnął idący obok mężczyzna i zatrzymał się aż w miejscu.
Kiedy Scut spojrzał na Lukę i jego wymowne spojrzenie, speszył się, bo przecież Una nadal był w zasięgu ich wzroku i na pewno słyszał to wszystko. Potarł o siebie wargami i zaraz w milczeniu ruszyli dalej. Kiedy Android zniknął z jego pola widzenia, odchrząknął głośno i podrapał po ramieniu.
– Ale chujowo… chodzi mi o to, że on jest serio… Bardziej się zachowuje jak człowiek niż niektórzy z nas. Bardziej niż Inkubatory. No i wiesz… tak mnie ciekawi, czy mógłby być z człowiekiem. Nie chciałbyś? Mieć takiego Uny pod sobą?
– Co ty pieprzysz? – burknął Luka, kiedy zatrzymywali się przed drzwiami do baru. – Kurwa, serio, wyobraź sobie, że nie myślę tylko kutasem i obawiam się, że na poziomie twojej wrażliwości nie masz czego u niego szukać. Una jest… związek z Uną, czy w ogóle Androidem to inny poziom wrażliwości niż ten, zatrzymujący się na poziomie twojego krocza. I błagam, nie mów więcej do mnie w ten sposób – dodał, choć jego ton zupełnie nie wskazywał na to że była to prośba. – Pomóż mi zawlec Livaja do domu – rzucił jeszcze przez ramię i wszedł do baru, którego klientela przez ten cały wybuch w dole slumsów znacznie się przerzedziła.
Scut ruszył za towarzyszem w kierunku śpiącego na blacie baru Livaja i zaraz podnieśli go na nogi. Mężczyzna zawarczał coś, zabulgotał i machnął rękoma kilka razy, po czym zatoczył się i opadł na Lukę.
Kiedy ujęli go pod ramiona i pożegnali się z Brandonem i resztą półprzytomnych towarzyszy, ruszyli ku wyjściu z lokalu.
Scut poprawił sobie rękę Livaja na karku i odetchnął chłodnym powietrzem.
– A gdybym chciał… ty wiesz… Una cię lubi, no i pewnie gada różne rzeczy – rzucił nagle, a Luka aż zmarszczył brwi i spojrzał na niego.
Naprawdę nie wierzył, że w obecnej sytuacji gadają o Unie, zamiast zająć się właściwymi rzeczami. Ale czy na dobrą sprawę było tu coś jeszcze do załatwienia?
Przy szklarni pracowały Androidy, mające to wszystko uprzątnąć. Z tego co widział, z budynku magazynu nie zostało wiele, więc pewnie go usuną. Zostanie szklarnia, której połowa przeszkleń została zniszczona siłą wybuchu. Ją więc też rozbiorą pewnie do płowy. Resztę, która zostanie będą mogli zreperować i może nawet uda się uratować część sadzonek, które rosły w tamtym sektorze szklarni. Tylko, że to było tak mało w porównaniu do tego, co mieli przedtem. I na dobrą sprawę może będą mogli tam wejść za dwie, trzy doby, a do tej pory mieli czas na myślenie.
– Nooo… to wiesz… on myśli o takich rzeczach? – dopytał Scut, wyrywając go z tych rozważań.
– Jakich?
– No wiesz… byciu z kimś. Jest bardzo rozwinięty emocjonalnie, na pewno będąc z nami, zastanawia się nad takimi aspektami życia, co?
Luka zmarszczył mocno brwi i wzruszył ramionami. Złapał mocno Livaja, przelewającego mu się przez ramię, w tym samym momencie wdeptując w większą kałużę.
– Nie wiem – burknął, strzepując wodę z nogi i ruszając dalej. – Jutro pójdź do swoich kuzynów i powiedz, że będziemy potrzebowali pomocy z tą szklarnią.
– Pewnie, pewnie… A co do Uny. Byłoby super, gdybyś go wybadał.
– Nie zamierzam – uciął Luka i pokręcił głową. – Serio już. Odpuść sobie. Twoje chujowe pomysły, to zawsze problemy. Mało ci wrażeń? Zaraz rusza budowa tamy, a mówiłeś, że twój brat chce się zaciągnąć.
Scut odetchnął ciężko i skinął głową.
– No chce. Bo to duża kasa, a jemu i Mannie się przyda. Jak urodzi zdrowego dzieciaka to tym bardziej. Ale nie sądzę. Od dwóch tygodni tylko leży. Myślę, że urodzi martwego – dodał jeszcze i z krzywym uśmiechem spojrzał w górę. – Kurwa, czaisz. Trzeciego martwego dzieciaka. I co my z nim zrobimy? Niedługo martwe gówniaki będą mi się śniły po nocach. Małe, pełzające bobasy, kurwa.
Luka pokiwał głową i swoim zwyczajem milczał przez chwilę. Dopiero szarpnięcie się Livaja, które zmusiło ich do zatrzymania się i poprawienia go sobie na ramionach, wyrwało go z tego otępienia.
– Ja, kurwa, nie wiem, ale jak o tym myślę, to jak w mieście biorą bachory z inkubatorów to chociaż żywe. A jak jakiś niedorozwinięty się zrobi to przynajmniej na niego nie patrzą. Albo jak martwy… A tu? Kurwa. Ja bratu chyba jaja urwę, żeby Mannie więcej nie zaszła – ciągnął Scut. – Ja nie zniosę tego znowu. Kurwa, i jeszcze ja go będę musiał zakopać. To takie chujowe. Małe kurhanki na wzgórzu… ja pierdole… Małe dołki. Jeszcze małą łopatką kopane. I kurwa, później myślisz jak się rozkładają te dzieciaki w tych kurhankach. I ile kurwa jeszcze będziesz musiał zakopać zanim żywy się trafi. A może tego to spalę, bo co, chuj, przynajmniej nie zgnije, a ja myśleć nie będę, bo i jego już nie będzie. Albo, że go kurwa pójdą i wykopią, i kurwa, na szkiełko położą te zjeby z miasta… Tylko popiół, ale popiół to chuj, nie człowiek, nie?
– Jesteś pijany, Scut – wtrącił nagle Luka i spojrzał na niego pobłażliwie.
– A no… pijany. Ale ciągle widzę te bobasy. Małe rączki kurwa i ciężkie główki. I ja pierdole, nigdy bym nie chciał, Luka, dzieciaka. Jednego po tylu, kurwa, trupach. Ale oni nie patrzą. Oni nie widzą, a ja później chodzę i myję ręce jak jakiś psychol – podjął szybko Scut i zaśmiał się głośniej. – Kurwa. Jestem pijany. Ale jak zapniesz Androida, albo faceta to przynajmniej nie zajdzie.
– Kobiety też rzadko zachodzą – wtrącił Luka, czując jak boli go już ramię od ciągnięcia półprzytomnego brata.
– No, ale jak jesteś takim kretynem jak mój brat, to zachodzą. Kurwa…
– Bo chce mieć dzieciaka, czy to takie dziwne? – rzucił Luka, a Scut tylko prychnął.
– No tak, kurwa, dzieciaka. Żeby babrał się w tym syfie i skończył na kolanach w kopalni? Z pylicą i zwyrodnieniami kości. Tak, gdybym chciał tego dla swojego gówniaka, to na pewno bym sobie zrobił. Z dziesięć, kurwa, jakby mi pięciu przysypało w szybie – dodał gorzko, a Luka zamruczał w zastanowieniu.
Scut miał dużo racji, bo po prawdzie, każdy nowy „naturalnie urodzony” był kolejną nową osobą, która musiała wieść nieszczęśliwe życie w slumsach. Z drugiej jednak strony umiał zrozumieć jego brata. Chęć posiadania dzieci, nadania swojemu własnemu życiu jakiegoś większego, głębszego sensu, czegoś ponad troski o przeżycie kolejnego zjebanego dnia.
Uśmiechnął się krzywo na wspomnienie jego słów sprzed kilkunastu minut, kiedy mówili z Uną. Sam już nie wiedział jak to jest, że Scut czasami potrafił rzuci czymś tak bardzo prawdziwym i głębokim, a później gada tak od rzeczy, że Luce robi się go szkoda.
– Jesteś pijany – powtórzył tylko i skinął do siebie głową.
Był przekonany, że gdyby tylko Tara przeżyła tamten poród, to próbowaliby do skutku.

*

Kilka godzin po zakończeniu parady, Hanne wyszedł ze swojego gabinetu i spokojnym krokiem ruszył w kierunku sali, gdzie od kilku już lat spoczywał ojciec. Biel pustego korytarza nie była dla niego czymś nowym, ale też przemierzając go czuł się dziwnie odrealniony. Nie sądził, że będzie musiał posunąć się do tego, ale ostatecznie czy ojciec dawał mu jakikolwiek inny wybór?
Spokojnym krokiem mijał kolejne drzwi prowadzące do poszczególnych kancelarii i w końcu wyszedł z podcienia, którym się poruszał, na plac po środku którego zasadzono kilka drzew, a wśród nich zainstalowano wielki głaz, z którego szczelin powoli sączyła się woda. Hanne minął go i stąpając łagodnie po gładkich płytach ruszył w kierunku wejścia na wyższy poziom budynku.
Mijając ściany pokryte błyszczącym kamienieniem, skrzywił się na widok swojego bladego odbicia. Miedziane włosy lśniły w słońcu, ale oczy, skryte pod ciemnymi brwiami, zdawały się być zdeterminowane i zdecydowane na wszystko. Nie był już dzieckiem, a po wielu rozmowach i naradach, ostatecznie postanowił uwolnić Helane od ojca, który już dawno temu według niego, powinien ustąpić miejsca i odejść. Zresztą ile to już lat przy życiu podtrzymywały go jedynie maszyny? Hanne niemal nie pamiętał już, kiedy ojciec ostatnim razem był na zewnątrz, oczywiście, nie mówił o jego ostatniej wizycie w slumsach, gdzie tak naprawdę żyli ludzie.
O ile jeszcze umiał zrozumieć jego plany, jego fascynację Inkubatorami i chęć utworzenia z nich niezniszczalnej armii o tyle nie umiał pojąć dlaczego w rezultacie skazywał ludzi na życie, jakim ci żyli. Jak wielką hipokryzją było to, że musieli oni pracować w kopalniach, kiedy tak naprawdę pracą tam mogły zając się maszyny? Jakie to było udogodnienie życia naturalnie urodzonych?
Brzydki uśmiech wpłynął na usta Hanne, kiedy ten pomyślał, że ojciec faktycznie dbał o dobre życie dla ludzi naturalnie urodzonych, ale tylko tych żyjących w mieście, posłów i oczywiście cesarskiej rodziny. To było tak proste i bezpieczne – życie z dala od problemów normalnych ludzi, zasłanianie się pompatycznymi bzdurami, planami o doskonaleniu rasy, kiedy tak naprawdę przecież, programując Inkubatorów ojciec zapewniał sobie spokojne życie.
Według Hanne to powinno się zakończyć już dawno temu. Ojciec był stary, nie rozumiał, nie wiedział jak to naprawdę wygląda. Oczywiście, ludzie nie buntowali się bo niby jak i po co? Każde dziecko zdawało sobie sprawę z tego, że w starciu z Androidami czy Inkubatorami nie mają najmniejszych szans, więc wszystko pozornie było w porządku. Ale jak długo mogło to trwać? A on? Czy jako następca ojca miał sumienie patrzeć na to wszystko? Udawać, że tak jest dobrze, że robi wszystko by Helanom żyło się dostatnio?
Już dawno jego rodzina przestała o to dbać, ale on był przecież inny niż ojciec. Miał sprawić, by Helane ponownie rozkwitła, by po wiekach ponownie stała się dla ludzi azylem. Prawdziwym azylem.
Stłumione kroki odbijały się niskim echem po kolejnym jasnym korytarzu, w który wszedł. Był już tak niedaleko. Podczas całej swojej drogi nie spotkał nikogo. Większość urzędników, a także posłów, którzy pracowali w magistracie rozeszła się do domów tuż po paradzie, chcąc cieszyć się wolnym dniem.
Już z końca korytarza Hanne dostrzegł stojących przy drzwiach do sali ojca strażników. Były to oczywiście Androidy, bo przecież ojciec nie wierzył ludziom, nawet Inkubatorom. Kiedy Hanne się z nimi zrównał bez słowa uchyliły mu drzwi do pokoju. Chłopak wszedł do środka i od razu skierował swoje kroki w stronę łóżka, na którym spoczywał ojciec.
Hanne miał świadomość, że jego ciało, skryte pod cienkim materiałem, nie było żywe już od lat. Pokryte wszczepionymi weń implantami nie gniło, a zakonserwowane służyło jako atrapa mająca dać ojcu wrażenie, że nadal jest tym, kim był przed laty. Że jest człowiekiem podczas gdy już do dekady było przykutym do łóżka wrakiem, którego sprawność umysłu była sztucznie utrzymywana. Czy wiec nadal mógł nazywać siebie człowiekiem? Hanne tak nie uważał. Nie mógł pogodzić się z tym, że losy całej Helane, losy tysięcy istnień znajdują się w tych bezwładnych już rękach pomarszczonego starca, który ubzdurał sobie, że może żyć wiecznie dzięki maszynom. Ojciec już dawno powinien był umrzeć. Zabrać ze sobą swoje przyzwyczajenia, swoje tajemnice. Hanne nie chciał tajemnic, chciał by każdy na Helane był pełnoprawnym obywatelem tej planety.
Przestronna, niemal pusta sala jak zawsze zionęła chłodem. Nie dlatego, że było w niej tak strasznie cicho, nie dlatego, że jedynym dźwiękiem jaki ją wypełniał było pikanie aparatury przy łóżku, ani nawet nie dlatego, że była chłodzona by w ten minimalny sposób spowalniać proces starzenia, się komórek ojca, które jeszcze żyły. To miejsce było martwe. Cały Magistrat był martwy już od dekad.
Chłopak przeszedł spokojnym krokiem do wielkiego przeszklenia, przez które mógł obserwować rozciągające się w dole miasto, migające o tej porze milionem świateł.
Było piękne i zasługiwało na zmiany. Dłuższą chwilę obserwował je ze swojego miejsca, aż w końcu podszedł do łóżka ojca.
Jego szara twarz, poorana głębokimi zmarszczkami nie wywoływała w Hanne wielu emocji. Tak właściwie w jego trzydziestoletnim życiu ojciec był raczej nieobecny. Kiedy jeszcze nie był przykuty do łóżka, nie poświęcał mu wiele czasu, a kiedy choroba już go dopadła, tym bardziej nie mieli czasu na nawiązanie cieplejszych relacji. Ojciec był mu zupełnie obcy. Nieraz rozmawiali, lecz ostatecznie ojciec miał swojego pośrednika, który mówił za niego, któremu przekazywał swoją wolę i to on wypowiadał się w jego imieniu. Nie Hanne. Nie następca tronu, nie jego syn. Tylko obcy mężczyzna. Wydawało się, że Cesarz zamierzał żyć wiecznie, dlatego chyba nie przykładał wagi do nauczania go, do zrobienia z niego godnego następcy. Pomimo żalu, jaki Hanne czuł, pocieszał się tym, że w ten sposób przynajmniej nie jest tak krótkowzroczny jak ojciec, że miał okazję uczyć się od innych, światlejszych osób, a teraz, gdy obejmie władzę, przyniesie to jakiekolwiek zmiany na Helane.
Przesuwając spokojnym wzrokiem po kablach podpiętych do łóżka, przymknął na chwilę oczy. Był raczej pewien, że śmierć Cesarza nie zaskoczy nikogo, że w zasadzie nikogo nie obejdzie, a wszyscy będą przekonani, że nie niesie ze sobą żadnych zmian. W końcu czy kiedy odchodzili jego poprzednicy, cokolwiek się zmieniało? Naprawdę niewiele.
Hanne zbliżył się do panelu zainstalowanego w ścianie i sięgnął do niego dłonią. Kiedy palcem dotknął płaskiego włącznika, zadrżał, lecz ostatecznie wcisnął go głęboko i zaraz puścił. Ten odskoczył lekko, a on sięgnął do tyłu wysokiej skrzynki i wybadał palcami kilka poszczególnych kości. Policzył je po kolei i w końcu wyjął trzecią z rzędu. Wyszła z lekkim oporem, ale w końcu ścisnął ją w palcach. Szybko sięgnął do kieszeni wyjął identyczną, która włożył na miejsce poprzedniej. Z bijącym mocno sercem przeszedł do nóg łóżka i po raz ostatni spojrzał na ojca. Na jego niewzruszoną twarz. Nawet śmierci Cesarz nie ujrzy, nawet na nią miał zamknięte oczy, pomyślał Hanne i z zastygłą miną uzmysłowił sobie, że ta śmierć miałaby jego twarz. Ale to dobrze. Helane potrzebny był ktoś nie bojący się zmian. Ktoś taki jak on.
W końcu też usłyszał kroki, a w drzwiach stanął dobrze znany mu lekarz opiekujący się ojcem od lat.
Skinął mu głowa i podszedł do łóżka.
­– Mój ojciec odszedł. Przygotuj jego ciało do spalenia. – Z bijącym mocno sercem, Hanne starał się, by jego głos był głosem Cesarza. Niezachwianym i dumnym.
– Tak… Cesarzu – rzucił lekarz i spojrzał mu krótko, ale porozumiewawczo w oczy. ­
– Niech Wielcy Senatorowie pilnie przybędą do Magistratu. Jeżeli nie stawią się w przeciągu kwadransa, zostaną wykluczeni z moich narad. – Chłopak wygładził na sobie lnianą koszulę i zaraz miękkim krokiem ruszył ku drzwiom. Jego plan był prosty i przejrzysty. Musiał podźwignąć Helane i wiedział doskonale, kto wniósłby do niej więcej niż oni kiedykolwiek by mogli.
Kolejnymi korytarzami zmierzał w kierunku sali głównej, gdzie zamierzał ogłosić się Cesarzem.
Sama podróż zajęła mu może dwadzieścia minut, ale też ociągał się z nią i zajrzał jeszcze do ogrodu, pragnąc uspokoić tym samym szalejące serce.
Gdy minął wyznaczony dla Senatorów czas na zebranie stanął pod drzwiami sali. Otwarto przed nim wysokie, białe wrota, a on poczuł się przepełniony taką mocą, jakiej nigdy wcześniej nie zaznał. Czuł się potężny. Czuł się zmianą.
Muślinowe, jasne zasłony skrywające boczne nawy sali poruszyły się lekko dzięki podmuchowi wiatru jaki wpadł razem z nim do wnętrza. Pierwszy krok okazał się być trudnym do zrobienia, ale kolejne sprawiały, że jego pewność przybierała na sile. Kolejne kolumny, które mijał, odbijały jego wyprężoną sylwetkę na gładkiej powierzchni. Spokojne kroki, echem niosły się po przepastnym wnętrzu wysokim na niemal trzydzieści metrów i długim na co najmniej dwa razy tyle.
U stóp porcelanowych schodów na szczycie których osadzone było cesarskie siedzisko zebrali się Senatorowie. Było ich siedmiu ze wszystkich trzynastu i z tego co Hanne zaobserwował nie stawili się ci, których i tak miał wykluczyć ze swojej rady. Wszystko szło po jego myśli.
Gdzieś pomiędzy muślinowymi firanami mignęła mu jasna twarz i wielkie wodniste oczy, a nim dotarł do schodów sam Śin wszedł pomiędzy nich.
Hanne skinął mu głową i powoli wspiął się na schody. Był to moment przepełniony napięciem i trwogą. Czy Senatorowie zaoponują? Czy bez słowa poddadzą się jego woli i pozwolą mu objąć władzę? Mieli jeszcze czas, jeszcze kilka chwil by odwlec moment jego triumfu.
Ale on pokonywał każdy kolejny stopień, aż w końcu dotarł na szczyt i odwrócił się ku nim. Lśniącym spojrzeniem objął całą salę rozjaśnioną mlecznobiałym światłem sączącym się z zainstalowanych w sklepieniu świetlików.
W końcu bez słowa osunął się na siedzisko i spojrzał po zebranych. Dłużej zatrzymał wzrok na Śinie, którego mądrość i rady były dla niego największą możliwą pomocą, z której miał nadzieję czerpać jeszcze latami.
Wyprostował się mocniej.
Senatorowie doskonale znali jego charakter i wiedzieli, że rządy jego ojca właśnie odeszły w zapomnienie. Że właśnie nadchodzi zupełnie inna era dla Helane, której musieli ulec o ile chcieli zachować dobrobyt w jakim żyli. Milczeli jednak i Hanne miał wrażenie, że jedyne co słyszy to ich płytkie, starcze oddechy.
­– Chcę rozmawiać z Uvenkorianami ­– rzucił czystym głosem i uśmiechnął się, słysząc w końcu idealną ciszę.

Reklamy

3 thoughts on “POENA Rozdział V

  1. O rany Sin doradcą cesarza… To co on robił na tym statku? Czy tyle czasu minęło, a może chciał uciec? Albo miał jakieś zadanie do wykonania? Rany ale się będę głowić teraz… Czy Hanne okaże się porządnym człowiekiem? Jest wielką szansą dla ludzi.
    Początek mnie nieco zdołował, Una znowu cierpiał, Livaj zachowywał się okropnie, a potem jeszcze ten wybuch i zniszczenie dorobku Irisa. Miałam nadzieję że Una zorientował się kim byli ci co podłożyli ładunki, ale chyba nie… A nawet gdyby to po tym jak usłyszał co mówił Scut pewnie odechciało mu się pomocy. A zresztą co niby mogliby zrobić? Pięknie pokazałaś tą całą beznadziejność ludzi żyjących poza miastem. Jestem ciekawa czy słowa Scuta jakoś wpłyną na Lukę. Końcówka napełniła mnie nadzieją na zmiany, oby na lepsze, choć obawiam się że proste to nie będzie. Ale wtedy zawsze jest ciekawie :)
    Super rozdział :) Pięknie dziękuję i pozdrawiam serdecznie 😙

  2. Świetny rozdział, mogłabym tak czytać i czytać~~ Fajnie pokazujesz relacje między bohaterami, bardzo podobała mi się rozmowa Luki (cudowna postać <3) z Scutem, gdzie pokazałał wrażliwość Luki i czarny humor tego drugiego. Kilka razy parsknęłam śmiechem, gdy Scut mówił te wszystkie rzeczy o dzieciach, co z jednej strony było mega dołujące, a z drugiej przedstawiłaś to w przystępny sposób. Przekonująco pokazałaś też beznadzieję, w jakiej żyją ludzie na przykładzie Irisa. A co do Uny mam nadal bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony postrzegam go jak Iris, a z drugiej zastanawiam się co sprawia, że ludzie są niby lepsi od humanoidalnych androidów, które też mają uczucia? Poruszasz naprawdę ciekawy dylemat na miarę naszych czasów i chwała Ci za to.
    Jestem bardzo ciekawa zmian, które czekają Poenę pod rządami nowego Cesarza, który kieruje się radami i wiedzą tajemniczego przybysza z kosmosu, i jak to wpłynie na naszych bohaterów, bo coś czuję, że oberwą rykoszetem, a może dostrzegą światełko w tunelu? Czekam na kolejny rozdział i pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s