Poena Rozdział VI

Jego decyzja wzbudziła takie dyskusje wśród Wielkich Senatorów, że kilka kolejnych godzin spędził na wysłuchiwaniu ich krzyków. Tak, najpierw były to krzyki, później, kiedy cisnął im kilka gróźb, że jeżeli nie podporządkują się jego decyzjom, mogą odejść z Magistratu, groźby przemieniły się w negocjacje. I Hanne musiał przyznać, że być może mógł im ulec, gdyby nie to, że miał swój własny cel. Chciał pogodzić te dwie rasy, chciał, by zarówno oni jak i Uvenkorianie mogli żyć w harmonii i czerpać nawzajem ze swojej wiedzy i mądrości. Zdawał sobie oczywiście sprawę, jak wielką mieli przewagę Uvenkorianie nad nimi, lecz wierzył, że uda się to pogodzić. W końcu wszyscy byli Helanami. Wszyscy mieli takie sama prawa, by czerpać z dóbr planety i wiedział, że mają wspólny cel – żyć szczęśliwie i godnie. I liczył, że mądrość Uvenkorian pomoże mu zaprowadzić na planecie nowy ład.
Kiedy po gwałtownych słowach i rozpaczliwych prośbach pozostał niewzruszony, a Senatorowie, również zmęczeni, rozeszli się do swoich domów, sam udał się do własnego gabinetu, znajdującego się na ostatnim piętrze budowli. Jego rodzina posiadała oczywiście własną rezydencję na południu miasta, gdzie wzdłuż muru rozpościerał się wiecznie zielony park, jedyny tak wielki teren, gdzie rosła bujna świeża zieleń. Wolał jednak być tu na miejscu, w Magistracie i co wieczór móc oglądać światła miasta zalewające całą stolicę.
Pokoje, które zajmował, nie były ani zbyt duże, ani zbyt luksusowe. Zresztą czego więcej potrzebował niż miejsca do spania i dachu nad głową? Naprawdę niewiele, a mimo to w ascetycznym wnętrzu znajdowało się jeszcze jego biuro, kilka komputerów i łaźnia, w której mógł wypocząć.
Kiedy wszedł do środka uśmiechnął się blado na widok bogato zastawionego stołu. Zawsze prosił, by na kolację nie przynoszono mu więcej niż kilka owoców, ale widocznie pozycja jaką objął tego wieczora, samoczynnie to wszystko zmieniła. Mimo to podszedł do stołu i wziął z niego tylko parę obłych winogron. Nie zapalając światła, przeszedł do podłużnego okna i zatapiając zęby w jędrnych owocach przesunął wzrokiem po odległym horyzoncie. Z tej wysokości mógł patrzeć poza mur odgradzający miasto od slumsów. Widział znajdujące się tam szare budynki. Widział też ścielący się dużo, dużo dalej wielki las, nieco zamazany przez sączące się z nieba strugi deszczu. Nie pamiętał już kiedy ostatnio na Helane miała miejsce taka ulewa.
Nagły huk wyrwał go z zamyślenia. Wzrokiem odnalazł miejsce za murem, skąd wielkie tumany pyłu unosiły się w szare niebo. Szybko jednak rozmył je deszcz i tylko mocne bicie serca Hanne było wspomnieniem po tym zdarzeniu. Czasami miał wrażenie, że żaden z cesarzy tak naprawdę nie miał władzy nad slumsami. Panowały tam reguły, których nie znał, których się obawiał. Co z tego, że wszyscy byli poddanymi cesarza? Hanne czuł, że było to tylko słowa. Puste słowa.
– Cesarzu… – usłyszał za sobą i obejrzał się wystraszony. – Przestraszyłem cię, panie? – dopytał jego gość tym miękkim, aksamitnym głosem.
Na usta Hanne nieświadomie wpłynął uśmiech. Pokręcił głową, bawiąc się trzymanymi w dłoni winogronami.
Wrócił spojrzeniem do okna.
– Dlaczego siedzisz w ciemności? Myślałem, że po dzisiejszym tryumfie będziesz świętował aż do wschodu słońca, mm?
– Świętował dzień śmierci mojego ojca? – Hanne zacisnął lekko wargi. Kiedy poczuł dłoń na swoim ramieniu obejrzał się ponownie. Ciemne, wodniste oczy wchłonęły go w jednej chwili, a on przepadł w nich bez najmniejszego oporu.
– Dzień, w którym Helane wkroczyła na nowy tor. Czy nie tego zawsze chciałeś? – dopytał Śin i uśmiechnął się lekko, jasnymi wargami, które tylko paroma tonami różniły się od koloru jego skóry. Płatki płaskiego nosa poruszyły się lekko przy głębokim wdechu.
Młody cesarz skinął głową i sięgnął do jasnej dłoni na swoim ramieniu.
– Wiesz, że tak… być może właśnie stoimy na krawędzi zupełnie nowej ery. Ery nie robotów, nie inkubatorów, a ponownie ery ludzkości – odetchnął drżąco i delikatnie zdjął szczupłą rękę ze swojego ramienia. Pogłaskał ją z namaszczeniem i ponownie pokiwał głową tym razem do siebie.
Naprawdę nie wiedział, czy starczyłoby mu odwagi na te śmiałe kroki gdyby nie Śin. Nie pamiętał już, dlaczego się wahał i na szczęście mężczyzna nadal był obok.
Hanne nie sądził, że na swojej drodze spotka Obcego, który jak nikt inny zrozumie tęsknoty jego serca, jego motywacje i pragnienia. Niewielu Helan podzielało jego poglądy, a już na pewno nie ci, którzy dzierżyli w rękach jakąkolwiek władzę. Śin też żadnej władzy nie miał. Nie pouczał go jednak, nie narzucał swojego zdania. Śin tylko słuchał i obserwował. Był doskonałym powiernikiem i wydawało się, że jak gąbka chłonie wszystko, co nowe staje na jego drodze. Nie był pierwszym Obcym z jakim Hanne miał styczność, ale też z racji tego, że nie miał dokąd wrócić, postanowiono zatrzymać go na Helane. Dać mu szansę na nowe życie, na szczęście. I Śin czerpał z tego całymi garściami. Hanne nigdy nie spotkał kogoś, kto uczyłby się szybciej niż on, kto byłby tak wnikliwym i spostrzegawczym obserwatorem. Cenił to w mężczyźnie. Podobnie jak jego mądre, taktowne rady, przed którymi ten i tak się wzbraniał mówiąc, że nie czuje się powołany by radzić mu w sprawach dotyczących Helane.
– Wierzę, że tak właśnie jest – podjął Śin i podszedł bliżej okna by wyjrzeć za nie na okolicę. – Teraz, gdy to wszystko należy do ciebie, Helane zabłyśnie jak nigdy dotąd. Wiem to na pewno – powiedział jeszcze i uśmiechnął się delikatnie, przykładając dłoń do szyby.
Hanne miał wrażenie, jakby jego jasna skóra w tym samym momencie zaczęła lśnić mocniej tylko dzięki odbiciu tych wszystkich świateł znajdujących się pod nimi. W ciemnych oczach, niemal całkowicie pozbawionych białek, jak w tafli wody odbijały się jasne punkciki. To było tak niesamowite, że niejednokrotnie zapierało mu dech w piersi tylko podczas patrzenia na Śina.
Odetchnąwszy płycej Hanne zbliżył się do mężczyzny i wsunął dłoń na jego bok. Sam ten dotyk zdawał się hipnotyzować i całkowicie go obezwładniać. Wiedział, że nawet gdyby zechciał nie odsunąłby się już zupełnie.
– Hanne – usłyszał miękki szept i zacisnął mocniej palce na długiej płóciennej tunice, w którą ubrany był Śin.
– Nie chcesz? – dopytał pro forma a nie czując żadnego sprzeciwu, pociągnął go w stronę szerokiego łóżka, przytwierdzonego wezgłowiem do ściany.
Nim na nim legli, zatrzymał ich przed nim i szybko rozpiął kilka guzików tuniki znajdujących się na karku mężczyzny. Później już wystarczyło by zsunął materiał z jego ramion, a ten opadł do ich stóp składając się w duże fałdy.
W końcu znowu miał go przed sobą całego nagiego. Prawie nagiego, lecz akurat lekkie sandałki na jego stopach nie robiły zbyt dużej różnicy.
Bardzo powoli, Hanne, osunął się przed nim na kolana. Miał wrażenie, że nie było nic lepszego niż możność patrzenia na niego z tej perspektywy. Uwielbiał jego gładkie, pachnące słońcem ciało, szczupłość jego ud i ramion. Uwielbiał mocno odstające obojczyki i ramiona, szpiczaste kości biodrowe na których załamywało się nikłe światło sączące się od kolorowych kontrolek migających przy łóżku.
– Śin… – westchnął, całując go po udzie z namaszczeniem. Miał wrażenie, że jest uzależniony od jego bliskości, od jego zapachu, od tego spojrzenia, które unieruchamiało całe jego ciało. Masował go po skórze – Och, Śin – szeptał, tuląc policzki do jego ciała i ocierając się o nie czule.
Kiedy we włosach poczuł szczupłe palce, uśmiechnął się, jakby był niespełna rozumu. Było mu tak dobrze, że chyba nie pragnął już niczego, gdyby tylko Śin mógł być przy nim zawsze.
W końcu szczupłe dłonie uniosły go do góry z niebywałą mocą i delikatnością. Modre oczy przeniknęły go do głębi i wchłonęły ponownie. Czuł, jakby unosił się nad podłogą, jakby płynął ku gwiazdom zaklętym w tym ciemnym spojrzeniu.
Dłonie sunęły po jego nagich przedramionach, a Hanne miał wrażenie, że w tych miejscach jego skóra płonie lub lśni jakąś księżycową bielą, niemal zupełnie tak jak skóra Śina. Jego rozpalone ciało całe pulsowało i tylko czekało na kolejny gest, na kolejny magnetyzujący dotyk.
­– Śin! – jęknął, łapiąc go mocno za ramiona. – P- pocałuj mnie – wydyszał, choć miał wrażenie, że jego rozpalone ciało zupełnie tego nie potrzebuje.
Blade wargi zbliżyły się do niego, a kiedy złączyły się z jego, coś w jego sercu eksplodowało. Każdy kolejny pocałunek był przeżyciem nadnaturalnym, wykraczającym poza pojmowanie tego czym był. Bo czym był tak właściwie? W uścisku Śin chyba niczym więcej jak masą, którą ten mógł kształtować wedle swojego upodobania.
W końcu odważył się wyciągnąć ramiona i zapleść je wokół długiej szyi mężczyzny. Wtulił się w nią łapczywie, lecz gdy pod wargami poczuł miękkość mlecznobiałej skóry wpił się w nią mocno. Całował ją zachłannie i lizał, jakby w ten sposób mógł być z nim bardziej. Chciał tego całym swoim ciałem i całym umysłem skupionym tylko i wyłącznie na kochanku.
Nie wiedział, kiedy znalazł się w pościeli na łóżku. Zresztą i tak miał wrażenie, że wcale na tym łóżku nie leży, a raczej lewituje w ciemności, spleciony kończynami z ciałem Śina. Wzdychając głośno otworzył się przed nim mocniej i wygiął, wczepiając palce w ramiona przy sobie. Gdy spojrzał w dół swojego ciała zadrżał mocno wiedząc, że jest nagi. Nie miał pojęcia, w którym momencie został pozbawiony swoich ubrań. W otaczającej ich ciemności natrafił na oczy Śina. I miał wrażenie, że ciemność się pogłębia, że zapada się bardziej i bardziej. Ich ciała poruszały się w stałym rytmie, falując i pulsując mocniej.
– Czy tego chcesz…. Hanne…? – usłyszał i wygiął się ekstatycznie. Czy chciał? Nawet gdyby tak nie było, nie umiałby powiedzieć nie. Jeszcze kilka razy zawołał jego imię, mając wrażenie, że tylko jego ręce uratują go przed tą ciemnością, w której się pogłębiał. Jego głos i oddech były tak silne i echem rozbrzmiewały w tej czerni.
Nie miał już siły. Jego usta bezgłośnie składały się w imię kochanka, a on niemal nieprzytomny podrygiwał w pościeli, chcąc jeszcze choć odrobinę, minimalnie otrzeć się o jego ciało. Lepiący się od potu i własnego nasienia, czuł się oderwany od siebie, zupełnie tak jakby stał z boku i patrzył na to, jak dwa zupełnie obce sobie ciała stapiają się w jedno.
Po raz kolejny chyba serce mu wybuchło w piersi, bo nagle poczuł jak coś gorącego rozlewa się w nim głęboko.
– Hanne…. Hanne… – Pokiwał głową w otępieniu. Nie czuł już nic. W tej chwili nie był Hanne, nie był cesarzem, nie był człowiekiem. – Cesarzu…

– Cesarzu…? – chrapliwy głos przebił się przez ciemność i wybudził go z odrętwienia.
Młodzieniec zamrugał kilka razy, czując na oczach suchość. Przykrył je powiekami i odetchnął prostując się mocniej na siedzisku. Trwał w tej pozycji już kilka dobrych godzin. Zebrani u jego stóp Senatorowie dreptali w miejscu, co chwilę oglądając się na wrota prowadzące do sali. Było w tym coś śmiesznego, a zarazem irytującego.
Hanne uchylił powieki, wyrywając się ponownie z ciemności. Miał wrażenie, że biel pomieszczenia raziła go boleśnie. Kolejne mrugnięcie było jak ponownie zapadniecie w ciemność tym razem już bez Śina. Bez jego zapachu, ramion, wystających mocno obojczyków. Bez mlecznobiałych włosów, przelewających się aksamitem między jego palcami.
Cesarz rozejrzał się po sali. Miedzy filarami dostrzegł go jednak. Wycofanego i cichego, niemal zupełnie nieobecnego. Nadal jednak nadzwyczaj pięknego, obcego.
Oderwał od niego spojrzenie. Powinien się skupić. Kiedy głowa opadła mu do tyłu, odpłynął ponownie. Czuł jego oddech i smak, jakby był tuż tuż.
Czy to był sen? Nie miał pojęcia. Z początkiem cyklu, kiedy słońce nieśmiało wkradło się do jego sypialni, Śina już nie było. Nie było śladu po ich namiętności ubiegłej nocy, po tym eterycznym doznaniu, które jednak w swej intensywności przewyższało wszystko co kiedykolwiek przeżywał.
– Cesarzu, już jest! – usłyszał i otworzył szybko oczy.
Jak nakazywała mu przyzwoitość, uniósł się z miejsca i stanął na szczycie schodów. Roztargniony, ściągnął mocniej łopatki i płynnym ruchem wygładził jasną koszulę. Wzrok wbił w drzwi, które z głośnym szelestem uchyliły się momentalnie.
Płaski krok, który postawiła postać wchodząca do wnętrza, rozniósł się echem po posadzce i zaraz wzbił do góry, dolatując do jego uszu.
Hanne drżące spojrzenie wbił w przybysza. Nagle jego postać pomimo całego majestatu wydawała mu się być cieniem wpełzającym do bieli tych ścian. Czymś, co w tak dziwny sposób bezcześciło pracę jego przodków, którzy wznieśli tę i wiele innych budowli w stolicy.
Porażony tą myślą, potrząsnął szybko głową. Ruszył w dół.
W miarę jak zbliżali się do siebie widział go wyraźnie. Bezpłciowe twarze Uvenkorian zawsze go przerażały, ich ziemista cera była poorana bruzdami i zmarszczkami. Nikt nie wiedział czy świadczyły one o wieku tej rasy, czy może raczej było to zakodowane w ich DNA. Dla Hanne nie wyglądało to jednak estetycznie.
– Patrzysz z odrazą mój młody Cesarzu – usłyszał, choć nie dostrzegł zupełnie, by wąskie usta przybysza się poruszyły.
– Jestem zmęczony – powiedział Hanne, licząc na to, że to go usprawiedliwi. Nie pamiętał by wcześniej, układając sobie w głowie ich rozmowy i dyskusje czuł taką niechęć. To było tak niespodziewane – ta bariera jaką powodowała aparycja Uvenkorian. Do tej pory przecież nie istniała. – Witaj. Dziękuję, że zechciałeś przybyć na moje wezwanie – dodał spokojnym, wyuczonym głosem i spojrzał w oczy mężczyzny. Pionowe źrenice drgnęły mocniej i zamknęły się ciaśniej tworząc tylko wąskie kreseczki.
Przybysz skinął głową.
– Stary Cesarz zmarł, a raczej został zamordowany – powiedział. – Jestem tu by dowiedzieć się, czy nasz sojusz jest aktualny. Czy wraz ze spaleniem swego ojca nie grzebiesz także całego swojego ludu – dodał wyniośle.
Hanne nie oczekiwał prostej pogawędki i poklepania się po plecach, ale oziębłość tego mężczyzny naprawdę tłumiła cały jego poprzedni zapał.
– Nie – rzucił i zawiesił głos na dłuższą chwilę. – Wręcz przeciwnie. Chciałem połączyć nasze istnienia. Otworzyć Helane przyszłość – wyjaśnił. Na twarzy Uvenkorianiana, którego imienia nawet mu nie przedstawiono, przeszedł grymas rozbawienia i politowania. Oczywiście celowo nie ukryty pod maską obojętności.
– Helane – powtórzył przybysz. – Dobrze wiesz jak obca jest dla nas ta nazwa. Dobrze wiesz, że połączenie naszych istnień, jak mówisz, przyniesie korzyści tylko wam. Jakie profity będziemy mieli my? Co nam dacie? – dopytał prześmiewczo. – Choroby? Nieszczęścia i gemmę? Coś, czego my pod skorupą Matki Ziemi mamy pod dostatkiem? Nie potrzebujemy waszych prymitywnych komputerów. Waszych androidów, które z maszyn ewoluowały do waszych kochanków i pupilków. Nie potrzebujemy w końcu waszych badań i odkryć, gdyż stanowiłyby one cofnięcie naszego rozwoju o dobre kilkaset lat – dodał niezachwianym tonem. – Twój poprzednik był ślepym na nieszczęście swych poddanych ojcem, ale miał pokorę i mądrość, bojaźń i szacunek przed cywilizacją, która z dobroci zeszła pod ocean, oddając wam we władanie piękną planetę. Planetę, która teraz umiera. Umiera przez was – podkreślił. Stał niewzruszony przypatrywał się mu spokojnym wzrokiem.
Hanne nabrał powietrza w płuca i zacisnął lekko zęby.
– Jakim prawem ośmielasz się proponować nam coś takiego? Tonem pełnym pychy, jakbyś robił nam przysługę chcąc się z nami zjednać… Czy naprawdę myślisz, że czegokolwiek od was potrzebujemy? My, Uvenkorianie… – podkreślił.
Młody Cesarz wzdrygnął się mocniej, niemal słysząc chrapliwe oddechy swoich Senatorów.
– Mylisz się – zaczął nieswoim głosem. – Nie sądzę, że potrzebujecie od nas czegokolwiek. Nie sądzę również, że możecie się od nas wiele nauczyć. Nie rozumiem jednak dlaczego rezygnujecie z życia na powierzchni, dlaczego nie chcecie zjednać się z nami, jeżeli wszyscy jesteśmy dziećmi tej samej ziemi – dodał. Miał wrażenie, że te słowa jeszcze bardziej mężczyznę rozbawiły
– My jesteśmy jej dziećmi. Wy jesteście jedynie przybyszami sprzed tysięcy lat. Rozbitkami, którzy rozpanoszyli się po naszej ziemi. Błędem było oddanie jej wam… ale to, cóż, już niedługo. Wszystkie błędy tak czy inaczej prostuje czas. I ten również naprawi – dodał. Hanne spojrzał na niego niezrozumiale i zmarszczył rude brwi. – Nie rozumiesz, młody Cesarzu… to prawo twojego młodego wieku. Możesz nie rozumieć. Nikt nie będzie cię winił – dodał i cofnął się o kilka kroków. – Naszą decyzją jest zapomnienie o tej butnej propozycji i wrócenie do starych zasad panujących na naszej Matce Ziemi, waszej Helane. To wszystko – rzucił i zaraz bardzo płynnie odwrócił się do niego tyłem.
Hanne nie spuszczał z niego wzroku. Przybysz szedł przejściem między filarami w stronę wyjścia. Nieoczekiwanie drgnął patrząc gdzieś w bok, pomiędzy nie.
Młodzieniec powiódł za jego oczyma i spiął się mocniej. Śin i Uvenkorianin nawiązali połączenie wzrokowe, które trwało nazbyt długo. Co ono oznaczało?
Dudniące mocno serce, zagłuszało kroki przybysza, przelewało jego krew tak szybko, że miał wrażenie, a jeszcze chwila i jego żyły rozerwą się na strzępy. Kilkanaście kroków dzieliło Uvenkorianiana od drzwi, a on już teraz miał ochotę zerwać się i przyłożyć mu broń do skroni. To upokorzenie było palące, to odrzucenie było jak najgorszy policzek. Czy nie na nich właśnie opierał swój cały plan? Na nich, żyjących pod oceanem, w miejscu, którego chronili bezwzględnie. Nigdy żaden z Helan nie przestąpił progu tego ich zamkniętego, podwodnego świata. Nigdy żaden z ich naukowców nie badał oceanu pozostawiając go pod ich jurysdykcją. Było tak od wieków. Od wieków Helane była podzielona, nieliczni jednak o tym wiedzieli. A Hanne chciał prawdy i jedności. Na tym opierał się jego plan.
Rozmowa, która trwała zaledwie kilka minut, poseł, który miał go za dziecko, który miał go za przygłupiego przedstawiciela niższego gatunku, zdecydowanie nie imitowały nawet najgorszego scenariusza jaki on wcześniej założył. Nie dano mu nawet szansy. Za szybko to wszystko się potoczyło.
Chciał zawołać za mężczyzną, rozwścieczony że jego propozycja nie została odrzucona przez żadnego z włodarzy Uvenkorian, a po prostu przez zwykłego posła.
Uchylił wargi w momencie, gdy jego gość był już kilka kroków od drzwi. Nagle jednak postać zachwiała się i zacharczała głośno. Z jego ust i oczu buchnęła krew, barwiąc wszystko na kobaltowo. Upadł a jego ciało zaczęło przeraźliwie tańczyć na gładkiej posadzce w śmiertelnych spazmach. Nogi pod Hanne ugięły się w jednej chwili.
Osunął na posadzkę otoczony milczeniem przerażonych Senatorów.
Charczenie ucichło.

Reklamy

2 thoughts on “Poena Rozdział VI

  1. Bardzo dobry rozdział. Zaczynają się polityczne zagrywki, w które Śin miesza się z własnych pobudek. Kasia wypunktowała celnie wszystkie wątpliwości na ten temat, więc nie będę się powtarzać. Jedyne co dodam, to że zachowanie Śina robi z niego intrygującego gracza. Ciekawi mnie też strasznie czemu Uverkorianie, którzy są tak potężni, oddali Ziemię we władanie słabszym Helanom, a sami zeszli pod ocean. A i szkoda pana posła, bo od razu mi się spodobał ;_; Zastanawia mnie, jak teraz zareagują Uverkorianie na to, co się z nim stało i jak to wpłynie na naszą wesołą gromadkę. Czekam niecierpliwie na kolejny rozdział! :)

  2. Coraz bardziej to wszystko tajemnicze i zagmatwane. Wygląda na to że Sin w jakiś sposób steruje/wpływa na młodego cesarza. Może chce wyciągnąć na powierzchnię tych Uvenkorian, albo wojny z nimi? Może to zemsta, a może Sin chce przejąć Helane? Może jego rodacy tylko czekają na jego znak żeby uderzyć a nie mogą albo nie umieją walczyć pod wodą? Czy ludzie będą musieli z nim walczyć? Kurcze wolałabym żeby Sin był tym dobrym, ale jak na razie chyba się na to nie zanosi… Ale poniosła mnie wyobraźnia hehe ☺Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy. Dziękuję i pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s