POENA Rozdział VII

Kiedy usłyszał, że drzwi znajdujące się za nim zamykają się cicho, drżącą dłonią sięgnął do panelu znajdującego się przy jego prawej dłoni. Wcisnął wąski przycisk i skierował pobudzone spojrzenie na wielki ekran zajmujący niemal całą ścianę. W sali panował mrok rozświetlany jedynie przez mdłe światło padające z przyciemnionego ekranu. Po kilku sekundach ten zaczął się rozjaśniać i pojawiła się na nim twarz Uvenkorianina.
Hanne pomyślał, że przedstawiciele tej rasy byli do siebie bardzo podobni i choć był świadkiem wielu już rozmów z nimi, nigdy nie dostrzegł pomiędzy nimi takich, których rysy byłyby choć w najmniejszym stopniu kobiece. Być może więc byli już tak rozwinięci, że do mnożenia się nie potrzebowali samic, a jedynie ich komórki? Czy nie tak było i z nimi? Mieli wiele wspólnego, nie rozumiał, czemu musieli żyć podzieleni.
Skłonił lekko głową mężczyźnie i potarł o siebie wargami. Nie wiedział, co ma powiedzieć, czy w ogóle był w tym jakiś sens? Czuł, że oni wiedzą już. Że w jakiś sposób dowiedzieli się, że ich poseł nie żyje, że leży w ich chłodni, a on nie ma pojęcia, co zrobić z jego ciałem, które z chwili na chwilę sztywniało mocniej, barwą i fakturą coraz mocniej upodabniając się do czarnego krzemienia, z którego nadal jednak sączyła się kobaltowa ciecz. Krew.
Nie odważył się zlecić naukowcom przebadania Uvenkorianina, nie wiedział, czy nie posądzą ich o zabójstwo, a jeżeli odważą się grzebać przy jego ciele, o profanację zwłok. I tak nogi miał miękkie, stojąc teraz i czekając na słowa mężczyzny, z którym miał mówić. Jego spojrzenie było zimne i znaczące. Musiał zatem wiedzieć.
– Panie… – sapnął w końcu Hanne i przełknął ciężej ślinę. Czuł jak pod skórą cały pulsuje. Wszystko to nie miało być tak. Czy to była jego wina? Ta śmierć? Co on zrobił? Przecież nawet nie śmiał patrzeć w oczy posła, przecież nawet się do niego nie zbliżył.
Mężczyzna na ekranie uniósł dłoń, by go uciszyć gestem, jakim uspokajało się nieposłuszne dzieci. Coś w Hanne się buntowało. Nie chciał być traktowany jak dziecko, jak niższy gatunek, ale co mógł zrobić? Powinien być pokorny.
– Zabiliście naszego króla, Cesarzu – odezwał się w końcu mężczyzna, a zastęp stojących za nim doradców wpatrywał się w niego niewzruszenie. Czuł się osaczony. – Jestem przekonany, że nie wiecie, jak wielką szkodę nam wyrządziliście, ale czy nie dzieje się tak, kiedy polityką parają się jeszcze dzieci…?
Hanne zaprzeczył ruchem głowy. Ich rasa również sięgała setek lat. Wiadomość o tym, że poseł był królem sprawiła, że ponownie jego ciało omal nie upadło. Nagła świadomość, że sprowadził na swój dom wojnę, przeszyła jego umysł.
– Wiem, co myślisz, młody Cesarzu. Myślisz, że będziemy pobłażliwi wobec tego. Pobłażliwi wobec waszej nieporadności i wybaczymy wam to tylko przez wzgląd na prawa młodości – dodał mężczyzna, niemal nie poruszając wargami. – Taki był właśnie nasz król. On wybaczyłby wam nawet swoją śmierć, ale my nie możemy tego uczynić. Jego już nie ma.
– Ale… panie. Nie wiemy co stało się z waszym królem – rzucił porażony tymi słowami. Jego głos brzmiał karykaturalnie. – On po prostu… upadł. – Doradcy spojrzeli po sobie, wymieniając spojrzenia.
– Upadł. Czy nie wiesz, że prawdziwi władcy nie upadają? Podobnie jak przedwieczne cywilizacje. Nie stanowicie dla nas zagrożenia… – dodał. Hanne nie wiedział, czy ma to rozumieć jak groźbę, lecz drżał coraz mocniej. – Za kilka godzin jego ciało skamienieje. Zrzucicie je do oceanu – dodał jeszcze mężczyzna, patrząc na niego z wyższością.
– Zrobimy to bezzwłocznie, panie… Zapewniam, że nie mieliśmy żadnego bezpośredniego związku z jego śmiercią. Wy musicie mi uwierzyć – dodał, przybliżając się do ekranu, mocno rażącego swoją jasnością. – Przecież… jakie my możemy stanowić dla was zagrożenie? Przecież my nawet nie wiemy, czym jesteście…! – rzucił rozpaczliwie i wzniósł nieco ramiona. – Doskonale wiecie, że nie moglibyśmy się z wami mierzyć, że nie chcieliśmy tego nigdy… Zawsze wiecie wszystko, znacie każdy nasz ruch, znacie nasze myśli bez słów… więc i teraz musisz wiedzieć, panie, że moje słowa są szczere – jego głos załamał się, a on cofnął się o kilka kroków, by wesprzeć się ręką o panel sięgający jego pasa. Uvenkorianie milczeli dłuższy czas, aż w końcu ponownie uniósł wzrok na ekran i zmarszczył brwi prosząco. – Co zamierzacie? – zapytał ciszej i przegarnął włosy opadające mu na twarz. – Czy sojusz, o którym mówił wasz władca, wraz z jego śmiercią ulega przedawnieniu? – zapytał i ze zgrozą dostrzegł, jak mężczyzna kiwa głową.
– Sojusz jest już historią. I nasze życie w ukry… – Hanne słysząc tę przerwę, uniósł zaskoczone spojrzenie. Zauważył, że poruszony wzrok Uvenkorianina skierowany jest ponad jego ramię. Miał wrażenie, że ta rasa nie ma uczuć, że nawet ich oczy ich nie wyrażają, lecz teraz wyraźnie widział w nich zaskoczenie i przerażenie. Posłowie za mężczyzną zastygli bardziej. W ich sylwetkach wyraźnie dostrzegł nienaturalne spięcie. Obejrzał się szybko. Na widok Śina odetchnął płycej. Ten patrzył przed siebie w oczko kamery. Było w tym coś przerażającego.
– Śin… proszę, wyjdź. To poufna rozmowa – powiedział i zaraz odwrócił się w stronę ekranu, będąc gotowym paść nawet na kolana i przepraszać swojego rozmówcę za naruszenie zasad. Ekran był jednak biały. Pusty. Połączenie zostało zerwane. – Śin! – zawołał Hanne, mając wrażenie, że upada.
Pragnął rewolucji, zmian, lecz nie wojny. Nie po to zabił ojca, by teraz zabić wszystkich swoich poddanych. To nie tak miało być.
– Śin… coś ty zrobił… Po co tu przeszedłeś… Śin… – jęknął, uwieszając się mocniej na panelu. W końcu spojrzał na kochanka, który bezszelestnie przeszedł w jego kierunku. Mężczyzna ujął jego twarz i spojrzał na niego pobłażliwie. Pogłaskał go po włosach i po chwili odsunął się.
– Nikt nie będzie cię winił, Hanne… – powiedział po dłużących się minutach.
Młody cesarz pokręcił głową. Nie rozumiał tych słów. Nie rozumiał rozgrywających się wokół wydarzeń.
Po chwili zerwał się jednak i zataczając się, wybiegł z sali. Musiał zarządzić mobilizację. Musiał ostrzec swoich poddanych. Chociaż tyle chyba mógł zrobić. Choć tyle nim wszyscy przepadną. Bo przepadną. Jakie mieli szanse z Uvenkorianami? Oni wiedzieli o Helanach wszystko, Heleanie natomiast nawet nie mieli pojęcia o ich istnieniu.

Pulsujący ból głowy sprawił, że Livaj sapnął ciężko i przekręcił się na drugi bok. Słysząc stukanie, zmarszczył się mocniej i sapnął głośno.
– O, kurwa… – sapnął, czując niesmak w buzi. Szybko też poczuł swój zapach i skrzywił się jeszcze mocniej. – Mmm… Iris…? – rzucił i uniósł ciężką głowę z szarej poduszki. Kiedy jego wzrok padł na kamienny stół ustawiony przed oknem i siedzącego przy nim mężczyznę, uśmiechnął się mimowolnie. – Nie rób mi tak, Karmelku – sapnął i opadł ponownie na poduszkę.
Usłyszał oburzone fuknięcie i zaraz Iris głośniej zaczął dzwonić łyżką o brzegi metalowego kubka.
– Co, wyspało się cesarzątko? – rzucił mężczyzna ostro i westchnął głośno. – Może wstałbyś w końcu? Musimy iść do szklarni – dodał i upił kilka łyków kawy.
Livaj przekręcił się na brzuch i objął poduszkę ramionami. Uśmiechnął się zaczepnie i napiął plecy jak kocur. Nie pamiętał już kiedy ostatnio świeciło słońce, ale jego promienie padające na nagie ramiona kochanka, nadawały im niemożliwie erotycznej aury i zmysłowości.
– Ale chyba znajdziesz trochę czasu, dla swojego Zwiadowcy? Mm? – dopytał, a Iris podniósł się od stołu i skinął głową. Podszedł do łóżka i stojąc nad nim skrzyżował ramiona.
– Wczoraj podłożyli ładunki pod magazyn. Wszystko zniszczyli. Większość plonów z tego sezonu. Ale ty, kurwa, nawet o tym nie wiesz – mówił, podnosząc z każdą chwilą ton. – Nie wiesz, bo schlałeś się tak, że Luka ze Scutem musieli cię tu wlec. Tak, że zrzygałeś mi się we drzwiach i później jeszcze na kołdrę! Bo ty, nie możesz normalnie, jak, kurwa, człowiek! – huknął na niego, a Livaj zacisnął zęby i uniósł się do siadu.
– Nie przesadzasz? – zapytał nieco oschle. Nie takiego poranka się spodziewał.
– Ja? Ja przesadzam?! – warkną Iris. – Kurwa! Wpadłeś na popieprzony pomysł ze szklarnią, później, oczywiście, kto musiał na niej zapierdalać? Ja! Ja, bo jaśnie pana nigdy nie ma, a jak jest to tylko chleje ze swoimi kuplami albo mnie dupczy! – krzyknął Iris, marszcząc garbaty nos. Tak łatwo było jego o to obwinić. Czy on prosił się o jakąś pierdoloną szklarnię? Czy prosił Livaja o pieniądze? To Livaj wszystko mu dał, wszystko co teraz po prostu się spierdoliło. Lata jego pracy i zaangażowania w jeden wieczór, a jego faceta nawet przy nim nie było. Nie było podczas ubiegłej nocy, kiedy sam nie wiedział jak ogarnąć to, co się stało.
– Iris – sapnął Livaj i zsunął się z łóżka. W głowie czuł nieprzyjemne łupanie, ale zaraz sięgnął po spodnie walające się na podłodze i zaczął je na siebie nasuwać. – Naprawdę, wysadzili szklarnię?
– Nie, kurwa, żartuję! – huknął mężczyzna i przesunął dłonią po krótkich włosach.
Livaj skinął głową.
– Przecież byliśmy przygotowani na taki obrót sprawy – powiedział rzeczowo i podniósł z ziemi sprany podkoszulek.
Kochanek ponownie prychnął rozwścieczony i przeszedł po pomieszczeniu. Czuł stojącą w gardle złość i rozczarowanie. On nie był. Przecież szło im tak dobrze, przecież tyle dobrego niosła ze sobą ta szklarnia, tyle perspektyw nie tylko dla niego, ale oczywiście tamci wszystko musieli zniszczyć. A oni, robaki ze slumsów, mogli tylko im dziękować, że wybrali taką, a nie inną porę i nikogo nie zabili.
– Może ty byłeś! – sapnął podniesionym tonem. – W końcu co to dla ciebie? Nie? Pana z wojska! Pana Zwiadowcy! – ironizował, żywo gestykulując. Livaj spochmurniał i wzruszył ramionami, co jeszcze mocniej go zirytowało. – Tak, tak właśnie to wygląda! – krzyknął, podchodząc do niego i popychając go lekko. Livaj ani się nie zachwiał i spojrzał na niego do bólu opanowanym wzrokiem. – Masz wszystko w dupie! Co cię to obchodzi, że właśnie straciłem tyle lat pracy! Ty mnie w ogóle nie rozumiesz! W ogóle nie znasz, kurwa. Jestem dla ciebie tylko dupą…
– Iris… – Livaj przewrócił oczyma i wyciągnął do niego rękę. Kochanek odepchnął ją, a kiedy jego palce trafiły na chłodny implant na przedramieniu, cofnął rękę z obrzydzeniem.
– Kurwa, nie widzisz? Tylko to dla ciebie się liczy. Jesteś jak zaprogramowany na ruchanie, na chlanie, a później służenie! – wyrzucił z siebie.
To nie był pierwszy raz, gdy myślał w ten sposób. Czuł, że już dawno nie byli ze sobą naprawdę blisko, a teraz w złości jeszcze mniej dobrych rzeczy w ich związku dostrzegał. Livaj miewał dni dobre, kiedy był bardzo ciepły i czuły, kiedy mówił mu o tym co jest poza pustynią, kiedy wtedy zabrał go nad ocean, to wszystko nadal wspominał jak piękny sen. Ale ile mieli taki dni? Przecież żyli z cyklu na cykl. Livaj wracał, mieli seks, zasypiał, wychodził, wracał, mieli seks, zasypiał… Tak ich życie wyglądało. Tak wyglądał ich związek. A kiedy były dni wolne, raptem kilka na cały rok, to zawsze musiał pić, pić tak, że budził w Irisie tylko obrzydzenie. Nie spędzali tych dni razem, w ich mieszkaniu, które kupił Livaj. Nie spacerowali po uliczkach jak zakochani. Czy oni w ogóle jeszcze się kochali? Czy dla Livaja w ogóle istniały takie uczucia? Irisowi wydawało się, że z dnia na dzień coraz bardziej przypomina maszynę, że po prostu wykonuje swoje zadanie, że działa według jednego schematu.
– Więc teraz przeszkadza ci, że się zaciągnąłem? – zapytał Livaj i założył ramiona na piersi. – A myślałem, że lubisz się obnosić i prowadzać z żołdakiem – dodał chłodnym tonem i spojrzał na niego z dystansem. – Kurwa. Wysadzili szklarnie, to ją odbudujemy. Mam pieniądze…
– Ale ja w dupie mam twoje pieniądze! – huknął Iris. – Nie chcę tej szklarni, cholera, chcę ciebie! Kiedy przed laty tyraliśmy w kopalni byłeś przynajmniej mój, a teraz to już, kurwa, nie wiem czy bardziej kochasz mnie czy swojego pana Cesarza, któremu służysz. A to kurwa jego wina, nie tak? To on traktuje nas jak śmieci, otacza się tymi inkubatorami i androidami pieprzonymi, bo one są mu poddane, bo nie podważą jego władzy, bo, kurwa, nawet nie znają takiego pojęcia. I z tobą on robi to samo! Jesteś, kurwa, jego sługusem i tyle – dodał rozgrzany i pchnął go mocniej.
To jednak również Livaja nie wzruszyło. Kiedyś, zanim Livaj się zaciągnął, wspólnie psioczyli na Cesarza, śmiali się jak byłoby dobrze, gdyby do władzy doszedł ktoś stąd. Prawdziwy człowiek, człowiek, który miałby na celu dobro drugiego człowieka, nie swoje. Oni wtedy tacy byli – biedni, ale bliscy sobie. I jasne, że tyrali w kopalni ponad swoje siły, jasne że może dawno już by nie żyli, gdyby się stamtąd nie wyrwali, ale czy teraz byli szczęśliwsi? Czy pieniądze które Livaj dostawał od Cesarza miały jakiekolwiek znaczenie, czy rekompensowały to, co stało się z nim przez te lata i działo się z każdym kolejnym dniem. Iris nie sądził.
– Każe ci strzelać to strzelasz. Każe ci lecieć to lecisz. Mówi, żebyś świętował to, kurwa, świętujesz, a w końcu pozwala ci mnie przeruchać to się zjawiasz i ruchasz, nie inaczej – dodał z goryczą i otarł buzię. – Gdyby ci zabronili opuszczać jednostkę, to byś tam siedział jak bezmózgi kurczak w klatce – sapnął i uśmiechnął się brzydko.
Livaj zacisnął zęby i przeszedł do aneksu kuchennego, gdzie na blacie stało kilka dzbanków z wodą, Szybko sięgnął po jeden z nich i upił łapczywie.
Iris dramatyzował. Po pierwsze nie znał takiego życia od podszewki, po drugie był zły, a zły zawsze wyolbrzymiał i wygrzebywał na wierzch same złe rzeczy. A dobre też przecież mieli.
– Nic mi nie mówisz. Odwracasz się i wychodzisz, jak zawsze – usłyszał jeszcze i przymknął na chwilę powieki. – Twoje sny… kurwa, co noc budzisz się zlany potem, ale chuj, nie powiesz mi co się dzieje. Nie powiesz mi nawet tego! Tyle dla ciebie znaczę – dodał rozgoryczony Iris, a on ponownie przechylił dzbanek. – Tak mi ufasz. Myślisz, że zatkasz mi usta ochłapami? Pieniędzmi i jednorazowymi wyskokami?– ciągnął kochanek.
Livaj powoli ostawił dzbanek i odwrócił się ku niemu.
– Już? Skończyłeś ten przejmujący monolog? Coś jeszcze masz mi do zarzucenia? – dopytał zimnym tonem, mając ochotę złapać kurtkę i wyjść. Wyjść i nie wrócić nim nie nastanie noc, nim nie wykradnie się ze swojej celi, nie przyjdzie i nie wtuli się w jego pachnące pomidorami plecy. Miał wrażenie, że Iris nie ma pojęcia, co w ogóle teraz wygaduje. Zawsze miał taki ognisty temperament.
Śniady mężczyzna nabrał powietrza w płuca, czując, jak jeszcze mocniej nakręca go ten spokój i olewczy ton kochanka.
– Dumny jesteś z siebie? – zapytał zimno i pokręcił głową. – Ja mówię ci, że jest mi źle, że jestem nieszczęśliwy, a ty? Co, kurwa, kpisz sobie ze mnie? – dodał marszcząc mocno brwi.
– Ja? – dopytał Zwiadowca i podszedł do niego. – Wszystko co robię, robię dla nas. Dla nas się zaciągnąłem, dla nas zbudowałem szklarnię, żebyśmy mogli być razem, żebyś też miał jakiś cel. Żebyś nie zdechł w kopalni. I się staram! Przychodzę niemal w każdym cyklu. I dobrze wiesz, że łamię zasady, ale przychodzę, bo nie chcę żebyś był sam, żeby podzieliło nas to, że teraz ja przynależę tam, a ty…
– Właśnie! – przerwał mu Iris i pokiwał głową. – Bo ty teraz jesteś stamtąd. Z miasta, a ja nadal, kurwa, jestem robakiem. Nadal stąd! – krzyknął i usiadł na łóżku. Widząc skacowaną twarz kochanka, odwrócił się i przygarbił lekko. – Czy ja zawsze chciałem tak żyć? W takim mieszkaniu z luksusami? Nie, zawsze chciałem żyć z tobą, ale ciebie nie ma. Nigdy cię nie ma. Gdy cię potrzebuję, to cię nie ma, Livaj – poderwał się z łóżka i spojrzał na niego żalem. – I wczoraj, gdy to wszystko jebło, też potrzebowałem, i w nocy, kiedy spałeś zapity też, wiesz? Kurwa, nie twoich pieniędzy, nie zapewnień, że obudujemy szklarnię… kurwa, chciałem, żebyś był obok, wiesz? Żebyś tylko był i powiedział, że mnie kochasz pomimo tych wszystkich lat, pomimo tego jak niewiele nas już łączy. Kiedy tu wracam, ciebie nie ma. Zakradasz się i kładziesz za mną, rano, nim wstanę, wychodzisz – dodał, pomijając już te razy, w których dobierający się do niego Livaj budził go na seks. – Tak to wygląda. Kiedy ostatnio jedliśmy razem? Kiedy rozmawialiśmy o naszej przyszłości? – zapytał rozgoryczony i machnął rękoma.
Livaj przyglądał mu się bezosobowym spojrzeniem, czekając aż ten wybuch po prostu minie.
– Ale jej nie ma. Naszej przyszłości, nie? Wolałbym już zdechnąć w kopalni z tobą niż takie życie jakie mamy teraz… Kiedy ostatnio powiedziałeś, że mnie kochasz? Powiem ci, co? Cholernie dawno, Livaj – dodał i przymknął piekące oczy. – Mieliśmy być partnerami, ale twoim partnerem jest twój oddział, nie? Ich nigdy nie zawodzisz. Mnie możesz, ale ich nie, prawda…? – rzucił i zacisnął wargi, kiedy w pomieszczeniu rozległo się głośne piszczenie.
Livaj zerknął w dół swojego ciała i zaraz uniósł do góry rękę. Iris nie lubił patrzeć jak z tym sygnałem na jego przedramieniu pojawia się kilka jasnych punkcików stanowiących przyciski odbiornika wbudowanego w jego rękę. Niemal słyszał, jak pod jego skórą to coś wibruje, jak na płaskim, taśmowym ekranie, który nagle się podświetlił pod skórą przesuwa się rozkaz wysłany od Veny.
– Muszę już iść – usłyszał i spojrzał na niego zawiedziony. Skinął głową i obserwował, jak Livaj podnosi kurtkę, którą on sam po powrocie do mieszkania przewiesił przez jedno z krzeseł przy stole. Liczył na głupie „kocham”, nawet nie na to, że Livaj oleje rozkaz i jeszcze przez chwilę z nim pobędzie. Ale mężczyzna, narzucając kurtkę na ramiona ruszył ku drzwiom. Nawet nie zatrzymał się by go pocałować. Pochylił się by założyć buty.
– Livaj…! – zawołał za nim, a Zwiadowca odwrócił się ku niemu i zaciskając zęby wzruszył ramionami.
Widząc minę Irisa, odetchnął głębiej. Widział na jego twarzy rozczarowanie i żal, widział, że nie jest szczęśliwy, ale co mógł na to poradzić tak na dobrą sprawę? Kiedy był tam, a Iris tutaj?
W końcu wyszedł z mieszkania i ciemną klatką schodową ruszył w dół budynku. Już po kilku chwilach był na dole, na błotnistej drodze, którą nieśmiało osuszało słońce. Szybkim krokiem ruszył w górę ulicy, czując, jak odbiornik znowu pulsuje. Nerwowym ruchem wyłączył go i zmarszczył rude brwi.
Rozumiał Irisa poniekąd. Nie zaprzeczał, jemu też brakowało wspólnie spędzanych dni, nie tylko nocy, w których kochali się powoli i namiętnie, ale sądził, że obaj to rozumieją – obowiązek żołnierza. Musiał służyć Cesarzowi, po to przecież się zaciągnął, prawda? Po to również, by nie brakowało im na nic, by właśnie nie zdechli w kopalni. To jasne, że niosło to za sobą pewne poświęcenia. Nie mógł pojąć, jak Iris w ogóle może wątpić w jego uczucie, przecież byli razem od tylu już lat. I były to lata przepełnione i dobrymi, i złymi chwilami. Szkoda tylko, że akurat teraz musieli mieć te gorsze. Czy kochanek naprawdę nie mógł przymknąć oka na jego potknięcia?
Wspinając się w górę drogi, wzdłuż której im był wyżej, tym mniej spotykał ludzi, myślał o tym, że może jeżeli uda mu się wrócić po tym cyklu do domu, pogadają na spokojnie. Przeprosi go za swoją ciągłą nieobecność, wytłumaczy jeszcze raz, że nie jest ona zależna od niego i dojdą do jakiegoś porozumienia? Może Iris ochłonie po katastrofie w szklarniach i wspólnie podejmą decyzję, co daje z nimi robić? Może jednak uda mu się przekonać kochanka, by je odbudowali? Wiedział, że jeżeli Iris skończy bez pracy, tym więcej problemów zacznie im naganiać, a to było ostatnim, czego potrzebowali.
Kiedy doszedł bo bramy miasta po wylegitymowaniu się wszedł dalej. Idąc drogą wyłożoną jasnymi płytami, czuł się tak komicznie. Jego zabłocone buty zostawiały brudne ślady, ale wiedział, że nie zostaną one tam długo – zaraz podjedzie jakiś robot i je wyczyści. To było takie inne. Może gdyby przenieśli się do miasta…? Na pewno zyskaliby pozwolenie. Oczywiście trafiliby do jakiejś „gorszej” dzielnicy, ale ta i tak byłaby o tysiąckroć lepsza niż slumsy. Nieważne, że pewnie w oczach znajomych wyszliby na hipokrytów i zdrajców, ale może potrzebowali zmiany? Może Iris jej potrzebował? Kłócili się tak często, ale Livaj był pewien, że nie chce go stracić. Każda kłótnia tylko go w tym upewniała. Nie mówił mu często, że go „kocha”, ale kochał. Chyba tylko dla niego już żył.
Wciskając dłonie w kieszenie skręcił w boczną uliczkę, stanowiącą przejście pomiędzy bielonymi, gładkimi ścianami domów. Do jego nozdrzy doleciał zapach zieleni. Były to małe, pachnące krzewy zasadzone w donicach, coś co w slumsach długo by nie przeżyło, tutaj dzięki nawozom zdobiło niemal każdą uliczkę. Na pewno spodobałoby się Irisowi, na pewno mógłby hodować je w ich domu, ustawiać je na loggii ich mieszkania i grzać się w słońcu. Oczyma wyobraźni już widział jak jego skóra lśni w słońcu tym ślicznym karmelowym odcieniem i niemal czuł, jak pachnie. Nic nie pachniało lepiej, przysięgał.
Uśmiechnął się bezwiednie i uniósł spojrzenie, by w prześwicie budynków dostrzec szare chmury zaczynające przesłaniać słońce, które wyszło pierwszy raz od kilku cykli.
Kilkanaście minut minęło nim dotarł na skraj dzielnicy mieszkalnej i przez strzeżoną bramkę wszedł na poligon. Uśmiechnął się blado do strzeżących jej Androidów i zaraz wskoczył w wózek jadący w stronę jednostki.
Musiało wydarzyć się coś nieoczekiwanego, bo ruch na placu gęstniał i wszyscy zmierzali w stronę budynku. On jednak, kiedy dojechali w pobliże zacumowanych statków, zeskoczył z wózka i ruszył w stronę stojącego na uboczu Legulusa. Z daleka już widział resztę oddziału i uśmiechnął się na ich widok. Zawsze przy nich się jakoś rozluźniał, nawet przy swoim gburowatym Luce, którego też klepną mocno w plecy na powitanie. Ręka aż mu zapiekła, kiedy uderzył w stalowy implant na jego karku i łopatkach.
– No witam, witam! – rzucił do reszty i wyszczerzył się zaczepnie do Pharusa, opierającego się o jedną ze skrzyń, stojących przy spuszczonej z pokładu rampie. – Co to się stało, że takie pilne wezwanie dostałem? Nie radzicie sobie z inwentaryzacją? – Spojrzał na widocznie skacowaną Eian, która tylko burknęła coś pod nosem.
– Livaj – upomniała go Vena i objęła cały oddział spojrzeniem. – Nie wiem, o co chodzi, ale mamy jakąś zbiórkę na placu przed budynkiem. Zaraz mamy zacząć się ustawiać i postarajcie się nie przynieść mi wstydu – rzuciła służbowym tonem, jakiego w zasadzie rzadko używała.
– Pani Kapitan, daj nam trochę luzu… mieliśmy mieć wolne – rzucił Anton, lecz podobnie jak i reszta ruszył, by ustawić się w szyku tuż za Livajem, który już nieco teatralnie wypinał pierś do przodu , stojąc po prawej stronie Falco.
– Ale nie mamy. Livaj, nie wydurniaj się – zrugała ich jeszcze Vena. – Szybciej, nie mamy czasu. Dołączymy do oddziałów zero. Baczność, kurwa! – fuknęła na nich, a oni faktycznie spięli się, wykonując rozkazy. Po kilku kolejnych ruszyli luźnym marszem w kierunku rozległego budynku. Ich kroki oraz pozostałych żołnierzy formujących się przed jednostką niosły się echem. Po twarzach ludzi widać było niezadowolenie ze skrócenia im wolnego cyklu, ale nikt nie powiedział ani słowa. W końcu zrównali się z pozostałymi oddziałami zero, stanowiącymi skrajną kolumnę ustawioną na placu. Cisza jaka zapadła była nienaturalna, ale też nie trwała długo.
U szczytu schodów prowadzących do budynku, przez który przechodził każdy z nich, kiedy nocowali w jednostce, stało już kilku generałów, których znali jedynie z widzenia i kilku niezbyt przyjemnych rozmów, kiedy starali się o przyjęcie do służby.
Na rozkaz najwyższego z nich, generała Donegala, wyprostowali się ponownie i po chwili z drzwi budynku, wyszedł sam Cesarz w swojej jadeitowej, gładkiej masce. Livaj zerknął na stojącą przy jego ramieniu Venę, lecz ta wpatrywała się we władcę niemal bez mrugnięcia okiem.
Nie było tajemnicą, że nie był to on we własnej osobie. Zgodnie z tradycją była to tylko figura, skryta pod maską, a prawdziwy Cesarz nigdy nie ujawniał swojej twarzy poddanym. Jego ambasadorką była Cesarzowa, co jednak nie znaczyło, że była ona partnerką Cesarza. Była to po prostu oddelegowana kobieta pokazująca się na defiladach, a Cesarz był po prostu „kimś”, kierującym nimi z Magistratu. Nie mieli znać jego twarzy, mieli być mu poddani. W ten sposób chroniono władzę, dla nich mającą postać niemal nieruchomej figury przesłoniętej jasnym, lnianym materiałem i jadeitową, gładką maską. Tylko urzędnicy z magistratu znali go osobiście, a plotki głosiły, że był już on naprawdę starym człowiekiem, będącym podpiętym do komputerów podtrzymujących jego życie. Livaj musiał przyznać, że była to niezłą zagrywka – stary mógł rządzić nimi przez dekady nie musząc nawet wychodzić ze swojego wyra, a oni i tak widzieli Cesarza w postaci tak dumej i gibkiej, od której aż biła energia.
– Z rozkazu Cesarza na całej Helane z dniem dzisiejszym zostaje wprowadzony stan wyjątkowy – zagrzmiał głos Donegala, a Livaj wytrzeszczył szeroko oczy. Nie miał pojęcia czy to, co słyszy nie jest przypadkiem jakimś ponurym żartem. – Helane staje w obliczu zagrożenia, z jakim jeszcze nie mieliśmy styczności. Uvenkorianie, bo o nich mowa, przez wieki żyli w niedostępnym dla nas oceanie i teraz wyjdą na powierzchnię, by odebrać nam nasze domy i miasto. Wasi dowódcy przedstawią wam szczegółowy plan dla każdego z oddziałów. Od dnia dzisiejszego jeszcze surowej macie przestrzegać swoich obowiązków, a dodatkowe szkolenia rozpoczną się z wraz z kolejnym cyklem, tuż po zapoznaniu się z wytycznymi – ciągnął mężczyzna, a Livaj przypatrywał się stojącemu obok Cesarzowi. – Jeszcze dziś niektórzy z was zostaną oddelegowani do patrolowania granicy miasta. Dezercja i zaniedbanie obowiązków karana będzie więzieniem i zesłaniem do kopalni.
Livaj zmarszczył brwi mocniej. Dla niego, jak i zapewne dla pozostałych, brzmiało to naprawdę kuriozalnie. Oczywiście służba była wymagająca i absorbująca, i to nie tak, że podchodził do niej jakoś mocno lekceważąco. Ale nigdy nie oszukiwali się, że zostaną napadnięci, że przyjdzie im stanąć do prawdziwej wojny, a ze słów generała chyba na to właśnie wychodziło. Miał jednak wrażenie, że jego umysł nie może przyswoić jego słów, a nazwa rasy która im niby miała grozić, wydawała się brzmieć tylko jak jakaś kolejna egzotyczna nazwa wymyślona przez miastowych.
Kiedy spojrzał na Venę i dostrzegł jej poważną minę, zmrużył lekko oczy. Nawet ona wyglądała zbyt poważnie.
– Właśnie nadchodzi dzień, do którego byliście od zawsze przeznaczeni. Dzień, w którym będziecie bronić niezależności swojego domu – ciągnął Donegala.
„Co ty pieprzysz?” – cisnęło mu się na usta jednak wbił spojrzenie w odległą postać Cesarza. Miał wrażenie, że ta lekko drży. Odetchnął płycej. Coraz mniej mu się to wszystko podobało.
– Wróg jest silny, ale my, Helanie, jesteśmy równie potężną rasą – dodał generał.
Livaj chciał parsknąć głośno. Helanie nie walczyli. Nigdy, w żadnej wojnie.

Reklamy

5 thoughts on “POENA Rozdział VII

  1. To pierwsza epopeja kosmiczna BL, na jaką trafiłam xD Dużo jest opowiadań fantastycznych, ale science fiction to już z lupą szukać. Podoba mi się wielowątkowość opowiadania i tajemniczość. No i rozterki miłosne androida, poezja po prostu :) Iris narzekał w tym rozdziale jak baba z kawałów, ale miał pełne prawo. Ciekawe jak rozwiną się wątki miłosne bohaterów na tle zbliżającej się wojny.
    Pozdrawiam i życzę weny :)

    1. Dzień dobry! Trochę późno, ale witam na blogu! C:
      „Epopeja kosmiczna” – brzmi cudnie, zbyt cudnie, ale dziękuję! Rozterki miłosne androida to mój ulubiony temat. Mogłabym porzucić wszystko na rzecz tego, ale uch, nie mogę. :<
      Też jestem tego ciekawa. Mam nadzieję, że będą ważniejsze niż wojna. Kto by chciał pisać wojnę. Miłość ważniejsza. :I

      Pozdrawiam ciepło! <3

  2. To chyba pierwsza epopeja kosmiczna BL, na jaką trafiłam xD Wiele jest opowiadań fantasy, ale science fiction, to już z lupą szukać. Podoba mi się wielowątkowość i tajemniczość opowiadania. I jeszcze rozterki miłosne androida, poezja po prostu :) Iris w tym rozdziale narzekał jak baba z dowcipów, ale miał pełne prawo. Ciekawe jak rozwiną się relacje bohaterów na tle zbliżającej się wojny.
    Pozdrowienia i życzę weny :)

  3. Czyli chcieli wywołać wojnę. Ciekawe tylko czy to Uvenkorianie czy Sin. I czy Sin będzie po stronie Helan, bo wyraźnie swoją obecnością wystraszył Uvenkorian.
    Rozumiem rozgoryczenie Irisa, tylko ze teraz będzie miał ważniejsze sprawy na głowie niz relacje z Livajem. Czekam z niecierpliwością na kolejne ruchy podwodnej rasy :)
    Dzięki ogromne i weny życzę ☺

    1. Śin jeszcze ujawni swoje prawdziwe intencje i powody, hehe. Mam nadzieję, że będą one naprawdę zaskakujące. C:
      Uch, oby Livaj i Iris zdążyli sobie wszystko wyjaśnić nim dojdzie do najgorszego. :<

      Dzięki śliczne na komentarz i do zobaczenia! C:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s