POENA Rozdział VIII

Przez bite pół kolejnej godziny Donegal rysował im sytuację w jakiej znalazła się Helane. Livaj jednak miał wrażenie, że dla niego jak i dla większości jego załogi nie było to nic więcej jak stek bzdur. Jak jakieś pieprzenie pokręconego starucha, bo tak na dobrą sprawę ile prawdy mogło być w tych słowach?
Ukryta w głębiach oceanu rasa, o której oni mieszkańcy planety nie mieli jakiegokolwiek pojęcia, choć mieszkali tu od setek lat? To było chore. To było po prostu niemożliwe.
Słuchał tego z mieszanką zainteresowania i z wielkim dystansem. Pomimo pełnej powagi jaka towarzyszyła temu przemówieniu, miał wrażenie, że żaden ze znajdujących się tu ludzi, nie bierze tego na poważnie. Inkubatory, jak najbardziej, ale oni, którzy nie byli tak ślepo poddani i wpatrzeni w każdego wyższym stopniem, byli jakby poza tym.
W końcu też oddelegowano ich na stanowiska własnych oddziałów, a kiedy odmaszerowali i znaleźli się już przy Legulusie, jako pierwszy wybuchł śmiechem. Śmiał się naprawdę szczerze, a widząc przerażenie i niedowierzanie na twarzach towarzyszy, śmiał się jeszcze głośniej. Czy oni naprawdę się tego wystraszyli?
Tknięty impulsem zerknął na Lukę, a widząc jego minę, posłał mu pełnie politowania spojrzenie.
– Ej, mistrzu Zawiadowco – usłyszał i odwrócił się w kierunku Eian, która podważała wieko skrzyni, stojącej pod kadłubem statku. – Tu macie nowy przydział dla Zwiadowców. Falco, w drugiej skrzyni jest nowa broń dla was – dodała, a pierwszy Ochroniarz przeszedł do niej z poważną miną i pomógł jej otworzyć skrzynię.
Znajdowało się w niej kilka nowych karabinów laserowych, takich, o których wcześniej ich oddział mógł tylko pomarzyć i oglądać je z daleka przypięte do boków Inkubatorów. Widząc je, Livaj pochylił się nad skrzynią i wyjął jeden. Obejrzał go uważniej i zważył w dłoni. Był ciężki, ale poręczny, zimna stal przyjemnie leżała w dłoni. Pomyślał, że jeżeli całe to zamieszanie miało skutkować polepszeniem ich uzbrojenia, to było w porządku. Dopiero później zdał sobie sprawę, że gdyby faktycznie nic nie było na rzeczy, nie potrzebowaliby nowych karabinów. Nie potrzebowaliby w ogóle broni ani armii, a przecież na Helane od zawsze armia była. Wszystko inne upadało i budowało się na nowo – czy to ogrody, czy fabryki żywności. Jedynie wojsko i kopalnie gemmy zawsze prężnie funkcjonowały.
Gorycz napłynęła mu do ust.
– Zbiórka na pokładzie – rzuciła przechodząca obok Vena i wspięła się po rampie na pokład. Z ociąganiem wszyscy ruszyli za nią.
Livaj pokręcił się jeszcze przy skrzyni, niby poprawiając karabin na pasie i nowe noże, które każdy z nich dostał. Myślał o Luce, o tym, że powinni pogadać. Coś było mocno nie tak.
I gdy faktycznie po chwili uniósł głowę, brat stał kilka kroków od wejścia na statek i przyglądał się mu pytająco.
– Coś tu, kurwa, nie gra – sapnął i odetchnął przez nos. – Oni wiedzieli o tym od dawna – rzucił i zacisnął zęby. Tym razem to Luka spojrzał na niego miękko i zerknął znacząco na odległy o kilkaset metrów budynek jednostki. Żaden z budynków w mieście nie był tak okazały, żaden nie przechodził tylu inspekcji ani w żaden inny nie ładowano tylu pieniędzy. Może Magistrat był porównywalny, ale poza nimi? Wszystko inne upadało.
On nie był jakoś mocno zaskoczony tą nagłą mobilizacją. Przecież kiedyś musiało to nastąpić. Od dawna był przekonany, że ta potężna armia złożona z nieczułych, nieustannie klonowanych Inkubatorów musiała mieć jakiś powód istnienia.
Wzruszył ramionami i skinął głową.
– No. Wiedzieli – rzucił i oblizał płaskie wargi. – To coś zmienia, bo nie rozumiem? – dopytał, przytrzymując pod ramieniem nowy karabin.
W jego oczach widział już, że coś się dzieje. Widział w nich ten buntowniczy błysk i domyślał się, że jeszcze chwila i będzie musiał słuchać jakiś rebelianckich pierdół. Livaj taki był. W pieprzeniu głupot i snuciu domysłów, które do niczego nie prowadziły był mistrzem.
Odwrócił się od mężczyzny i ruszył po rampie na pokład. Livaj ruszył zaraz za nim.
Deszcz rozpadał się na dobre.
Kiedy byli już na górze, oparł się o jedną ze ścian i rozejrzał po pomieszczeniu.
– No już? – cyniczne pytanie Veny odbiło się od niego jak od ściany i kiedy tylko Livaj doszedł na swoje stałe miejsce na ciepłej rurze, kobieta założyła ręce na biodra i przeszła kilka razy po mostku. – Widzicie. W końcu mamy okazję się wykazać – powiedziała i odetchnęła głęboko. – Być może jesteście zaskoczeni, ale takie są realia. Od dzisiaj nie jesteście już pozorantami, od dzisiaj jesteście żołnierzami walczącymi w obronie Helane – dodała. Scut prychnął głośno i uniósł się z miejsca.
– No, póki co, to jakoś nie widzę tu żadnych Uvenkorian – rzucił szorstkim tonem i rozejrzał się po wszystkich obecnych. – Naprawdę… czy przy naszej technologii nie powinniśmy wiedzieć o nich już dawno? Co, raptem okazało się, że nie jesteśmy sami? Że coś nam zagraża? – kpił drżącym nieco głosem. – Błagam was. To jakieś brednie…!
– Nawet jeżeli nie – wciął mu się po chwili Anton i spojrzał na Venę, marszcząc grube, krzaczaste brwi. – Jak mamy z nimi walczyć niby? Kim oni są? Bo z tego stetryczałego bełkotu Donegala to gówno tak naprawdę wynika – dodał, a inni przytaknęli mu zgodnie. – Takie pierdolenie o walce za ideały, za rodziny, za dom to, kurwa, jakoś do mnie nie trafia. Chcę konkretów…!
Vena pokiwała głową i spojrzała na nich spokojnym, twardym wzrokiem.
– A myślicie, że ja wiem cokolwiek więcej? – zapytała w końcu i zacisnęła umalowane mocno wargi. – Zapominacie chyba, że jestem Śmieciarzem tak, jak i wy, a to, że jestem waszym Kapitanem, wcale wiele nie zmienia – dodała i przeszła kilka razy w tę i z powrotem.
Naprawdę to ją irytowało. Ich oddziały nie były dopuszczane do niczego, do żadnych informacji i nawet jeżeli wyższe oddziały wiedziałyby coś wcześniej, oni byli od tego odcinani. Mieli jasne rozkazy – zbierać złom z orbity, patrolować granice lasu czy trucizna z bagien nie sączy się do oceanu, no i przede wszystkim, będąc w slumsach, uspokajać ludzi. Pozwalać im myśleć, że nadal mają między sobą kogoś, kto zawsze reprezentuje ich w mieście, że nadal się w jakikolwiek sposób liczą.
Odetchnęła głęboko i spojrzała na Unę siedzącego na niskim krzesełku przed głównym komputerem.
– Una… powinieneś pójść do jednostki po wytyczne do dzisiejszego zadania – powiedziała, a Android spojrzał na nią pytająco.
– Wszystko jest już na dysku… – odparł luźno chłopak, ale widząc jej spojrzenie, zacisnął tylko usta.
– Una – rzuciła Kapitan nieco ostrzegawczym tonem. – To rozkaz. Wyjdź. I idź po wytyczne – dodała, a Android dopiero po chwili uniósł się z miejsca. Skinął lekko głową i zaraz ruszył w stronę zejścia na niższy poziom. – Nie patrzcie tak na mnie. Mimo wszystko jest Androidem – powiedziała po kilku chwilach, kiedy nie słyszeli już nawet jego kroków na niższym pokładzie.
– Co? Po co go odesłałaś? – zapytała Hale i aż uniosła się z miejsca. – Jest jednym z nas…
– Jest Androidem. Wiesz jakie gówno w sobie nosi? Bo ja nie i nie zamierzam ryzykować. Póki Eian go nie sprawdzi, nie mogę mieć pewności, że nie przesyła raportów dalej. Że nie przesyła czegoś, czego nie powinien – dodała poważnym tonem i sama przeszła do komputera.
Włączyła kilka przycisków i upewniwszy się, że na kamerach na zewnątrz Legulusa widoczny jest oddalający się Una, zgasiła wszystko i spojrzała na nich w napięciu.
– Naszą dzisiejszą misją jest ładunek, jaki mamy zrzucić w ocean. Na wysokości osiemdziesięciu ośmiu stopni. Nie muszę wam mówić, że nigdy nie zapuszczaliśmy się aż tak daleko, ani że zazwyczaj nie zrzucamy śmieci do oceanu. Możecie się więc domyślać, że ładunek jest paczką dla naszych sąsiadów – dodała rzeczowo i spojrzała na nich nieprzeniknionym wzrokiem. Podwładni patrzyli na nią w napięciu.
– Nie wiem jak wam, ale mnie zupełnie nie uśmiecha się żadna wojna ani żaden stan mobilizacji. Nie podoba mi się też to pierdolenie bez konkretów, jak Anton zauważyłeś. I nie podoba mi się, że w stoczni pod jednostką zlecono budowę kilku wielkich promów i to, że gówno o tym wiemy. Wiem tylko tyle, że oni ani się na nas nie obejrzą, jak będą spierdalać, gdy ci Uvenkorianie przyjdą, jestem prawie pewna. Donegal sikał po nogach jak dziecko, a na ostatniej odprawie dla Kapitanów w połowie zebrania kazał wyjść Śmieciarzom. Myślicie, że jeżeli przyjdzie nam walczyć na poważnie, ktokolwiek przejmie się slumsami albo nami? – zapytała spokojnym, chłodnym tonem. Wszyscy wiedzieli że nie. Nie musiała czekać na odpowiedź. – Plan jest taki, by dobrać się do skrzyni i przejrzeć jej zawartość. Nie wiem czy to są jakieś plany, mapy, broń, łapówka, gemma… nie wiem. Chcę jednak wiedzieć, co im dostarczamy i po co, bo teraz każda informacja jest na wagę złota. Bądźcie ostrożni przy innych oddziałach Zero. Niby jedziemy na jednym wózku, ale nie bądźcie naiwni. To, co dzisiaj transportujemy to nasza szansa – dodała i oblizała wargi. – Kiedy Una wróci z wytycznymi zachowujcie się normalnie, nie mówicie o tym co teraz usłyszeliście…
– Równie dobrze może być podsłuch na statku, niezależny od wewnętrznych instalacji – zauważył Luka, przypatrując się jej przenikliwie.
– Tego nie wykluczam…
– Ale wprowadzasz między nas zamęt. Czemu wykluczasz Unę? Jest jednym z nas, dobrze o tym wiesz – powiedział niezadowolony, a Kapitan pokiwała głową.
– Ale on jest podwójnym ryzykiem – ucięła. – Jeżeli chodzi i Legulusa, Eian o wszystko dba, a on? Tak naprawdę codziennie łączy się z zewnętrzną siecią. Codziennie przesyła im jakieś dane. Nie mówię, że celowo, ale może mieć robaki, mogą przez niego nas kontrolować nawet bez jego świadomości – dodała, a on prychnął pod nosem.
– Bzdura. Może najpierw, skoro tak, zajmijmy się nim? Skoro już nas podburzasz do takiej partyzantki, co? Trudno będzie przed nim ukryć to, co zamierzamy zrobić z ładunkiem. Trudno przed nim będzie ukryć cokolwiek…
Vena pokiwała głową.
– Do tego zmierzam. Unę Eian sprawdzi jak wróci. I tak miała mu zrobić przegląd za kilka dni, zrobi go dzisiaj. Jak już będziemy go pewni, będzie nam bardzo pomocny. On nie jest tylko łącznikiem i podejrzewam, że już od dawna coś robi na boku, wyciąga jakieś dane z jednostki. Być może wie więcej, niż nam się wydaje.
– To dlaczego milczy? – zapytał Anton i zdenerwowany przeszedł po pomieszczeniu. – Kurwa, teraz to już namieszałaś, wiesz? Jeżeli jemu mamy nie ufać, równie dobrze nie powinniśmy ufać żadnemu z nas. Skąd wiesz, że któryś z nas nie jest wtyką? Jeżeli wejdziemy na ten poziom podejrzeń, to naprawdę już… Tak naprawdę gówno o sobie wiemy, a stworzyć fałszywą tożsamość można w jedną sekundę i Inkubatora, który byłby jak człowiek – dodał ostrym tonem.
Livaj przełknął ciężko i cofnął się lekko. Spojrzał przy tym na Lukę po czym przymknął oczy.
– Masz rację, Anton, masz rację… dajcie spokój. Róbmy to co do nas należy. Jak ma pierdolnąć i tak pierdolnie – zauważył i zacisnął mocniej zęby. – Jeżeli, Vena, faktycznie masz jakieś podejrzenia co do Uny, to okej, niech do Eian sprawdzi. Ale nie popadajmy w paranoję. Najgorsze co możemy zrobić, to przestać sobie ufać. Tak czy inaczej jedziemy na jednym wózku – dodała, a Vena pokręciła głową.
– Póki co ja tu jestem Kapitanem. I naprawdę to co robię to tylko dla naszego wspólnego dobra – dodała i pokiwała głową. – Una jest jednym z nas, ale jest najbardziej ryzykownym elementem. Wiem, że wszyscy jesteśmy do niego przywiązani, ale nie zapominajmy, że to nadal maszyna – powiedziała. – To na razie tyle. Przygotujcie się do wylotu. Na razie pewnie nie dostaniemy zastępstwa za Piega, więc Pharus, przejmiesz pozycję trzeciego Ochroniarza – dodała i zaraz uruchomiła system. – Czekamy na Unę. Eian przygotuj potrzebne narzędzia. Masz go przeskanować co do jednego bita, jasne? Chcę wiedzieć wszystko co on, wszystko co w sobie trzyma…
Eian poprawiła warkocz na ramieniu i spojrzała na nią nieco sceptycznie.
– Zrobię co mogę – mruknęła tylko. Miała wrażenie, że Vena naprawdę mocno ją przecenia. Tak naprawdę jakie miała szanse z inżynierami, którzy programowali i składali Androidy?
Przełknęła ciężko ślinę. To wszystko było mocno popieprzone. Rozumiała stanowisko Veny, jej chęć przeżycia i posiadania karty przetargowej, która wyciągnęłaby ich z bagna, ale jej samej również nie podobały się oskarżenia kierowane w kierunku Uny. Android, owszem, był narzędziem z „góry”, łącznikiem miedzy ich oddziałem, a główną jednostką, ale był przecież nadal ich Uną. Uną, który niejeden już przekręt dla nich zrobił, czy to z przydziałem, czy raportami, a przecież gdyby był wtyką, to na pewno by nie przeszło.
Nienawidziła w Venie tej służbowości, bezwzględności tak właściwej dla Inkubatorów. Równie dobrze ją mogli oskarżać, tylko dlatego, że pochodziła z „góry”. To ona mogłaby ich inwigilować, a teraz podburzać, by sprawdzić ich wierność. Ale oni, ludzie, jej ufali. Czasami zastanawiała się czy pomimo wszystko, każdy jej gest, każde uczucie nawet to pomiędzy nimi dwiema nie było udawane, wyuczone tylko po to, by być z nimi, ludźmi, bliżej. Ta sytuacja i jej podejrzenia jeszcze bardziej niepokoiły i po prostu sprawiały, że Eian czuła się tak bezsilna.
Chyba dostrzegając jej minę, Vena, podeszła bliżej i założyła jej kosmyk włosów za ucho.
– Coś nie tak? – dopytała, a Eian niewzruszona spojrzała na nią z dystansem.
W końcu wzruszyła ramionami. Nie chciała jej podejrzewać. Myśleć, że wszystkie te noce, wszystkie rozmowy, gesty były grą. Że nawet ta pobłażliwość i czułość, wobec Uny była tylko po to, by doprowadzić ich wszystkich do tego dnia. Jeżeli Vena naprawdę chciała wprowadzić między nimi zamęt, to jej się udało. Widziała po twarzach reszty załogi, że pełni są niepewności. Ale ona nie wierzyła, że ktoś z nich mógłby być wtyką. A najbardziej nie wierzyła w to, że był nią Una. Wolała nawet nie wiedzieć, jak bardzo zabolą go te oskarżenia.
Posłała jej wyzywające spojrzenie i pokręciła głową.
– Nie, pani Kapitan – wzruszyła ramionami, starając się nie zdradzić swojego rozczarowania. – Pójdę włączę skaner. Najlepiej żeby od razy go prześwietlić, nie? – rzuciła ironicznie i odsunęła się od kobiety. Słysząc jej westchnienie, miała ochotę odwrócić się i przywalić jej w twarz. Zacisnęła jednak pięści i ruszyła w stronę schodków na pierwszy poziom, a stamtąd do swojego magazynu, gdzie prócz niezbędnych części naprawczych do statku i Zorgów, znajdowały się narzędzia dla Uny. Między nimi skaner do badania błędów w instalacjach i zapomniana stacja ładowania, używana raz na kilkanaście lat.
Nieco nerwowymi ruchami zdjęła z blatu stołu rzeczy, nad którymi obecnie pracowała, by zrobić z niego leżankę dla Androida. Później wyjęła skaner z metalowej szafki i zaczęła przykręcać ramy do brzegów stołu. Następnie połączyła je dwiema równolegle połączonymi szynami, a na nich zainstalowała podłużną głowicę skanera.
Jeszcze tego ranka, gdy wróciły ze slumsów, Vena powiedziała jej wszystko. Oczywiście nie o Uvenkorianach, ale o Unie. O tym, że podejrzewa, że może być wtyką, że ostatnie zebrania wyższych szczeblem są naprawdę niepokojące, a Kapitanów Śmieciarzy nie dopuszczają już niemal do żadnych informacji. Według plotek jakie krążyły między Kapitanami, stary Cesarz nie żył, a rządy niby objął jego syn. Czy to jednak zmieniało dla nich cokolwiek? Z rana, Eian była przekonana, że nic. W końcu wszyscy oni rządzili tak samo, nic nie zmieniali. Po co jednak zmieniać coś, co jest dla nich korzystne?
Dzisiejsza mobilizacja uświadomiła ją jednak, że to koniec stabilnej chujni w jakiej żyli.
Zawzięcie instalowała skaner i po chwili włączyła obsługujący go komputer. Nałożyła kilka nakładek na program i odpaliła je kilkoma gestami na ekranie. Dopiero skrzypienie drzwi oderwało ją od wyświetlanego obrazu. Odruchowo już uśmiechnęła się na widok Uny, a widząc jego niespokojną minę, poczuła się głupio. Dawała dowód, że i ona mu nie ufa.
– No… Vena mówiła, że dzisiaj przeprowadzimy ten przegląd – powiedział, podchodząc bliżej. Powoli sięgnął do suwaka munduru i rozpiął go. Nim zdjął go z siebie ściągnął też buty i ustawił równo na podłodze, później zdjął ubranie.
Nie miał na sobie bielizny czy podkoszulka. Zazwyczaj nie odczuwał chłodu, a jeżeli już podgrzewał się od wewnątrz. Nie musiał nosić kurtki, ale często zarzucał ją na ramiona by czuć się bardziej przynależny do oddziału.
Eian z bladym uśmiechem obserwowała jego ciało obleczone jasną skórą. Było naprawdę fascynujące. Było jak ciało lalki – gładkie i nieskazitelne. Choć niektóre Androidy, zwłaszcza te towarzyskie wyposażano w genitalia, Una ich nie posiadał, nie posiadał też odbytu, ani włosów na ciele, oczywiście prócz rzęs, jaśniutkich brwi i włosów na głowie. Chyba tylko to zewnętrznie różniło go od człowieka, miał nawet kilka pieprzyków i różowe, malutkie sutki, jakby frywolnie zaprojektowane przez inżynierów dla żartu, a może tak po prostu, z rozpędu.
Eian wsunęła mu dłoń na ramię i pomogła ułożyć się na twardym stole.
– A no tak… przez to zamieszanie tak wszyło, że musimy zrobić to wcześniej – powiedziała łagodnym tonem.
Una wiedział, że to kłamstwo. Podobnie jak wysłanie go po wytyczne. To wszystko był plan, to były podejrzenia, którym starał się nie dziwić. A mimo wszystko przez całą drogę, czuł się mocno oszukany. Myślał o tym, że gdyby był człowiekiem najpewniej rozpłakałby się, czułby w przełyku dławienie, ale był maszyną. Znał te uczucia, ale nie miał przełyku, nie miał nawet łez. Nie był jednym z nich. Znowu.
Chciał jej powiedzieć, żeby nie kłamała, lecz ostatecznie zacisnął usta i ułożył się prosto.
– Wiesz… wiedziałbym, gdyby coś było inaczej – szepnął, wpatrując się bez zmrużenia oczu w lampy na suficie. – Wiedziałbym, Eian… ja zawsze… wszystko co robiłem to tylko dlatego, że was kocham – szepnął i powoli przymknął oczy.
Eian przystanęła przy jego głowie i przeczesała jego włosy ręką.
– To rutynowy przegląd, Una… – powiedziała, przełykając niesmak jaki stał jej w gardle. Nie wierzyła, że się na to zgodziła.
Android uchylił lekko powieki i spojrzał na nią, miała wrażenie, żałośnie.
– Wiem… ale gdyby… gdyby coś było nie tak… to wiesz… wolałbym do utylizacji niż format… możemy tak się umówić? – poprosił ją niewzruszonym tonem, a Eian spojrzała na niego szybko.
– Co ty wygadujesz… nikt cię nie sformatuje… Ani, cholera, nie zutylizuje… Una – wydusiła, nie mogąc wytrzymać jego spojrzenia – To zwykły skan, przecież już tysiące takich ci zrobiłam – skłamała i sięgnęła dłonią do głowicy, by włączyć kilka kontrolek uruchamiających wiązki.
Una zacisnął na chwile wargi i powoli sięgnął dłonią do jej ręki.
Pokiwał głową. Domyślał się, że nie może mu powiedzieć, gdyby faktycznie podświadomie był szpiegiem. Ale on był siebie pewien. Nie pozwoliłby sobie czegoś takiego wgrać. Już dawno spiracił kilka wtyczek i sam przeprogramował kilka aktualizacji tak, by nie dawały zupełnie całego dostępu do jego danych, a jednocześnie nie wzbudzały podejrzeń w centrali. Również zainstalował w sobie kilka nielegalnych programów, symulujących mocniejsze ludzkie uczucia i je również musiał ukrywać. Być może inżynierowie z jednostki byli geniuszami i tworząc Androidy, poczęli nowy równie, a może nawet bardziej, genialny byt.
Jednocześnie jednak on był jednym z najprostszych modeli, służącym niemal jedynie do przesyłania danych, przechowywania ich i tak naprawdę w Centrali nikt się nimi nie przejmował, szczególnie Androidami Śmieciarzy.
Skinął lekko głową i wyprostował się na stole.
Co zrobiliby, gdyby jednak był szpiegiem? Wierzył, że Eian udałoby się to jakoś usunąć, wgrać coś co zmyliłoby tych z „góry”, nie wykluczał, że mogłaby go zainfekować i wysłać na format tak, by jeszcze do nich wrócił. Tylko, że on naprawdę tego nie chciał. Byłby tym samym Uną, a jednocześnie kimś zupełnie innym. Miąłby wspomnienia dawnego siebie, a jednocześnie byłby wyczyszczony ze wszystkich uczuć, ze wszystkich ludzkich odruchów jakich się nauczył. I czy oni patrzyliby na niego tak samo jak teraz? Czy lubiliby go tak samo, czy chociażby Vena głaskałaby go po głowie, choć on nie byłby już tym samym Uną, którego głaskała do tej pory?
Czy pamiętałby, że Luka to nie tylko drugi Ochroniarz, nie tylko brat Livaja, zwalisty kawał chłopa, który zawsze mocno stąpa po ziemi? Czy pamiętałby, że jego duże dłonie tak naprawdę są delikatne i ostrożne? Czy pamiętałby coś tak nieistotnego jak to, jak są ciepłe?
Być może. Ale na myśl, że miałyby dotykać tak tego innego Unę, Android sam miał ochotę poddać się utylizacji.
– A czy gdyby coś było nie tak… powiesz Luce…? – zawahał się i ponownie przymknął oczy. Czuł strach i miał wrażenie, że drżą mu wszystkie mięśnie, których tak naprawdę nie miał.
– Głuptasie…! – rzuciła Eian i po chwili sięgnęła do jego głowy by ją lekko unieruchomić. – To będzie chwilka. Zaraz cię wybudzę, a jak wstaniesz sam pójdziesz do Luki i powiesz, okej? – zapytała, a Una spojrzał na nią ponownie i jeszcze bardziej żałośnie niż chwilę temu.
Eian wsunęła palce na jego skronie i nacisnęła lekko, później poruszyła delikatnie jego głową tak, by odskoczyła delikatnie w lewo i podciągnęła do góry, aż w końcu poczuła niemal niewyczuwalny uskok. Una w jednym momencie znieruchomiał i choć na co dzień nie wydawał żadnych dźwięków, bo przecież ani nie oddychał, ani nie miał serca, które mogłoby bić, zdawał się być nienaturalnie cichy. Jego błyszczące oczy skierowane były ku górze, a spomiędzy uchylonych malinowych warg błyskały równe, białe ząbki. Teraz jeszcze bardziej wyglądał jak lalka czy manekin.
Przez chwilę przyglądała się jego ślicznej buzi, ale nie chcąc zbyt długo zwlekać, odeszła do komputera i uruchomiła skaner. Z cichym szumem głowica ruszyła po szynach.

Reklamy

3 thoughts on “POENA Rozdział VIII

  1. Uwielbiam wszelkie androidy, cyborgi, statki kosmiczne, obce formy życia i cały ten kosmiczny „szajs”. Mnie zainteresowało to, dlaczego zlecili ważną misję zrzucenie tego nieznanego ładunku do Uvekorian załodze Zero, która nie była wtajemniczona w tajemnice (masło maślane) państwowe i do wczoraj nie wiedziała nawet o istnieniu drugiej rasy na planecie. Dlaczego nie zlecono tego inkubatorom? Przyszło mi na myśl, że to misja samobójcza lub coś w tym rodzaju. Ciekawa sprawa. No i oczywiście mój ulubieniec Una :) Biedaczek, jego miłość do Luki na zawsze platoniczna… Super rozdział. Pozdrawiam :)

  2. Och nie, tylko nie Una… Biedny, biedny chłopiec. Vena kilkoma zdaniami wprowadziła okropny zamęt i nieufność. Moim zdaniem to nie dobrze, oni powinni sobie ufać i nie bać się polegać na sobie. A teraz wszyscy będą patrzeć na siebie podejrzliwie. Sama jest inkubatorem, a na androida wszystko zrzuca. Dobrze że Eian strzeliła fochem, nie pójdzie tak gładko. Mam nadzieję że Una nic nie będzie w sobie miał i że pozostali wynagrodzą mu tą przykrość lepszym traktowaniem. Bardzo mi się podobał ten rozdział, zaczęła się prawdziwa akcja :) Czekam z niecierpliwością na więcej 😊Dziękuję i pozdrawiam

  3. Świetny rozdział. Ciekawie pokazałaś jak zmieniają się relacje i nastawienie między członkami załogi w obliczu nadchodzącej wojny. Biedny Una, taki odepchnięty, ale rozumiem ostrożność Veny. Jestem ciekawa, co znajdą w ładunku przeznaczonym dla Uverkorian i czy Una będzie „czysty”. Ach i jaram się kwestiami technicznymi, wprost uwielbiam jak wplatasz w fabułę niuanse inżynieryjno-techniczne, to tworzy ten niepowtarzalny klimat sci-fi ;3 Czekam na kolejny rozdział i pozdrawiam :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s