Święto Przodków III XI MMXVI

Święto Przodków cz 1Święto Przodków cz 2

Od kiedy pamiętał, podczas Święta Przodków, starał się sprowokować powtórkę z tamtych wydarzeń. Nie udawało mu się jednak. Pomimo tego, iż nigdy już nie spóźnił się na obrządek, a nawet zawsze był na nim pierwszy i już od zmierzchu wypatrywał Koźlarza, który miał wyłonić się ze ściany Czarnego Lasu. Modlił się wtedy, by móc za nim ponownie podążyć, by dotrzeć do tej mrocznej polany, na której Shea wraz z kochankiem z Podziemi zaspokajali tak rozpaczliwie swoje ciała.
Stało się to jego obsesją. Nie pamiętał już, ile razy starał się wejść w głąb Lasu, lecz ten pozostawał dla niego zamknięty. Błąkał się między drzewami jak zmora, próbując odnaleźć przejście do jego najczarniejszych głębin. W jego wspomnieniach droga do polany była tak wyraźna, każdy konar, każdy obalony pień drzewa był żywy pod jego powiekami. Jama, z której buchało gorąco i światło, przyzywała go, ale on nie umiał odnaleźć ku niej drogi. Czuł się taki pusty i nieszczęśliwy. To naprawdę zniszczyło człowieka jakim był, jakim mógł w przyszłości zostać. Lecz jego przyszłość nadeszła i nie miała nic wspólnego z tą, jaką dawniej sobie marzył.
Dawno też został już skreślony z życia miasteczka. Był szaleńcem, który wrócił z Czarnego Lasu, a jego szaleństwo przyjęto jako coś naturalnego. Przecież nikt nie mógł stamtąd wrócić, a jeżeli już jemu się to udało, dlaczego miałby pozostać przy zdrowych zmysłach? Nie miał już żadnych obowiązków, a będąc dorosłym mężczyzną, nie musiał przejmować się niczym. Nie miał żony, dzieci. Matka choć niejednokrotnie załamywała nad nim ręce, dawno już przestała nalegać, by otrząsnął się i wrócił do żywych. Nie wiedziała jednak, jak bardzo był już martwy w środku! Jak bardzo pragnął znaleźć się na tej niebiańskiej polanie, być świadkiem połączenia tych dwóch wspaniałych mężczyzn, a być może też dołączyć do nich i spleść się z nimi w jedno ciało i jedną duszę, która po wieki wieków zostałaby mieszkańcem Lasu.
Ale nie mógł tego zrobić. Wielu mężczyzn z miasteczka próbował uwieść, zazwyczaj byli to jeszcze chłopcy, młodziki, których mamił mrocznymi opowieściami ze swojej podróży do Czarnego Lasu. Młodzież naprawdę do niego lgnęła. Przecież było coś pociągającego w dziwaku takim jak on. W jedynej osobie, która kiedykolwiek stamtąd wróciła. Szczególnie młodzieńcy się tym interesowali, marząc zapewne – tak, jak i on przed laty – o podróży tam i o powrocie, o byciu legendą wśród rówieśników.
Mogiłek oczywiście kłamał, opowiadając im o dzikiej zwierzynie jaką napotkał, o duchach zmarłych przodków, które błąkały się między wysokimi drzewami, o topielicach ciągnących go na bagna. Potwierdzał tylko legendy krążące między nimi od wieków, a prawdę pozostawiał dla siebie.
W przeciągu tych kilkunastu lat od tamtego wydarzenia miał już wielu młodych mężczyzn, ale nie znalazł w nich zaspokojenia. Nieważne jak byli piękni, jak pociągający, zmysłowi. Stale przed oczyma miał jasne ciało Shei i silne dłonie Domamira, które zdawały się rozrywać mlecznobiałą skórę kochanka. Pragnął znaleźć się między nimi, móc nasycić się tą namiętnością, jednak na razie udawało mu się to jedynie w snach.
Mimo to był znowu przy ołtarzu i jako jeden z najbardziej gorliwych mężczyzn przygotowywał się do obrządku. Zawsze wykąpany i ubrany w najlepsze łachmany starał się sprowadzić na siebie gniew duchów i Koźlarza. Zwrócić na siebie jego uwagę i sprowokować do zabrania go do Lasu. Nigdy się to jednak nie stało. Kolejnego poranka budził się po prostu w starej stodole na obrzeżu miasteczka, w której urządził sobie schronienie. Wiedział, że to urok Koźlarza to sprawiał i że ubiegłej nocy jeden z mężczyzn poszedł z nim, i doświadczył przemiany, wypełnienia duszą owego Domamira. Tak bardzo mu tego zazdrościł! Oczywiście znał tych mężczyzn, którzy już nie wracali, nie mógł często uwierzyć, że to oni zostali wybrani. Nie on, który tego pragnął, nie on, który gotów był pójść tam dobrowolnie, błagać Koźlarza o łaskę, ofiarować mu się świadomie i poddać tej ekstazie nawet, jeżeli ona oznaczałaby dla niego śmierć. On nie miał już po co tu wracać. To nie był jego świat.
Tak wiele razy chciał podbiec do Shei nim ten rozpoczął obrządek i błagać go na kolanach. Pamiętał jego twarz i złote, oczy. Pamiętał jego łagodne lico przepełnione delikatnym blaskiem i wierzył, że mężczyzna okazałby mu łaskę. Jednak Koźlarz zjawiał się późno, wtedy gdy wśród menhirów byli już wszyscy mężczyźni.
Tej nocy było podobnie. Mimo godzin spędzonych na klęczkach przed ołtarzem tracił nadzieję, z każdym kolejnym mężczyzną zjawiającym się u jego boku. Nim wybiła północ, byli już wszyscy, a on półleżący na kamiennym ołtarzu ronił gorące łzy, wiedząc iż i tej jesieni nie dane mu będzie wrócić do Czarnego Lasu.
Po kilku chwilach w oddali zamajaczyła się sylwetka Koźlarza. Las jakby przed nim ustępował. Drzewa i krzewy pokładały się na boki, tworząc przed nim gościniec, a źdźbła traw migoczące w blasku księżyca ścieliły się nisko układając pod jego bosymi stopami miękką ścieżkę prowadzącą do ołtarza.
Wzrok Mogiłka zapłonął pożądaniem, kiedy widział jasne stopy mężczyzny. Drobne palce podnieciły go na tyle, że jęknął głucho, przesuwając ekstatycznie dłońmi po twardym kamieniu. Pragnienie, które w nim wezbrało, zaszumiało mu w żyłach i czuł, jak szybko męskość między jego udami wyprężyła się gotowa do działania. Lecz nim Koźlarz stanął przy ołtarzu, Mogiłek rzucił się do tyłu i objął szaleńczym wzrokiem przybyłych mężczyzn. Ich sylwetki połyskiwały w pomarańczowym blasku ognia.
– Głupcy…! – huknął Mogiłek, rzucając się w wysokiej trawie i rozbijając jeden ze dzbanów z miodem. – Idioci…! – zawył jak zwierz i przejęty mocnymi dreszczami obejrzał się na zbliżającego się Koźlarza. – Czemu mi to robicie…?! Głupcy, rozszarpałbym was wszystkich! Wy – jego głos przepełniła odraza – przez was znowu zostanę odtrącony! Głupcy… nic nie wiecie, nic! – zawołał, przesuwając dłońmi po swoim ciele. – Och, mój słodki Koźlarzu, dlaczego mnie otrącasz? W czymże jestem gorszy od jednego z nich? Najdroższy…! – zawył żałośnie, dławiąc się szczerymi łzami i wyrzucając ręce w kierunku majaczącej się w oddali postaci. Pragnął jej całym swoim ciałem, każdą cząsteczką składającą się na tę udręczoną duszę.
Miał ochotę zedrzeć z siebie ubrania, zedrzeć z siebie skórę, wszystko, co miał, rzucić w płomienie, które okazałyby się niewątpliwie miłymi pieszczotami, niczym w porównaniu z tym pożądaniem, które spalało jego ciało. Zakręcił się w miejscu, opadając z sił. Świadomość uleciała gdzieś wraz z podmuchem silniejszego wiatru.
Wpadł między nich.
Oszołomiony tłum, widząc w nim jedynie wariata, przepychał go dalej. Wędrując z rąk do rak, Mogiłek szukał zrozumienia w oczach towarzyszy. Ale te były obce, wpatrzone w płomienie lub ciskające w niego spojrzenia pełne współczucia i niechęci. Szybko został zepchnięty poza krąg ciepłego ognia, a gdy upadł w trawy i uniósł głowę, jedynie między czarnymi postaciami widział blask ognia.
Czuł, że on się zbliża. I wiedział też, że tej nocy także nie będzie mu dane wrócić na polanę. Duszący szloch ponownie zacisnął jego gardło, ale poderwał ciało i pomknął między trawami w kierunku drzew. Pragnął znaleźć się w odosobnieniu, być może właśnie na to będzie teraz skazany? Na dotykanie się pomiędzy grubymi pniami i patrzenie z oddali na Sheę.
Nagle też ten pomysł wydał mu się genialny. Dlaczego do tej pory świadomie wybierał otumanienie podczas obrzędu, z którego tak niewiele później pamiętał? Przecież jego obecność była tam zbędna, przecież wcale nie przybliżała go do Koźlarza.
Wpadłszy między rzadko rosnące drzewa wtulił się w łaciaty pień smukłej brzozy i otarł o niego drżąco. Dysząc głośno, skulił się przy nim i ponad trawami obserwował ołtarz, do którego zbliżała się tajemnicza postać.
Wielka rogata maska, kiwała się na boki, a postrzępiona szata rozwiewała się wraz z coraz zimniejszymi podmuchami wiatru. Z nadejściem Koźlarza polanę zalała mlecznobiała, gęsta mgła, a w powietrzu czuć było zapach wilgotnej ziemi i mchu.
Postać zatrzymała się przy palącym się na ołtarzu ogniu i wyrzuciła do góry dłonie z głośnym okrzykiem wzywającym duchy. Szczupłe palce migały w ogniu, krzesząc za sobą snopy iskier i dymu.
Otumaniony Mogiłek wpatrywał się w ten obraz. Wiedział dokładnie, co skrywa się pod przeraźliwą maską i porwaną szatą. Skulony, w mroku masował się po udach i pojękiwał głośno. Napierając plecami na pień, podciągnął wysoko długą koszulę i spod spodni wydarł na wierzch pulsującego członka. Drżąc z rozkoszy ujął go pewnie w dłoń i zaczął masować i ściskać. Brutalnie pociągał za niego, między palcami miażdżył jądra, czując, jak ekstatyczne spazmy spływają aż do jego stóp.
Chciał do nich podbiec. Pchnąć Sheę na ołtarz i wraz z nim złożyć najpełniejszą ofiarę przodkom. Wierzył, że nie było nic bardziej godnego, że nie mogliby ich lepiej zadowolić. Pragnął wbić się między jego pośladki i zetrzeć się z nim na tym płaskim kamieniu.
Pamiętał dłonie Domamira i krwawe bruzdy, jakie ten zostawił na plecach kochanka. Był tak ciekaw czy one nadal tam były, czy może to on swoimi pazurami mógłby je teraz na nowo rozorać i skąpać się w szkarłatnej krwi kochanka.
Mogiłek jęknął, czując ból i zwrócił spojrzenie na swoje udo. Szaleńczy uśmiech wpłynął na jego wargi, gdy dostrzegł na nim krew.
– Och, taaaaak! – krzyknął i wygiął się ekstatycznie, uderzając ciemieniem o pień brzozy. – Shea…! Czy widzisz? Widzisz… to dla ciebie! – zawołał, lecz jego głos zlał się w jedno z hukiem dmącego silnie wiatru. Na nowo wbił pazury w swoja skórę. Z sykiem, drugą dłonią złapał za męskość i zaczął młócić ją ręką. Boleśnie zagryzając wargi, ponownie przeniósł spojrzenie na Koźlarza i jego jasne dłonie przecinające powietrze.
– Shea! Sheaaa! – wykrzykiwał raz po raz.
Kilka łapczywych oddechów później, zamroczyło go. Mokry od potu, odchylił się na bok i legł w trawie. Rozłożywszy się krzyżem wypatrywał między konarami drzew złotych gwiazd. Odnalazł je bardzo szybko, a one zbliżyły się do niego i spłynęły w halucynacyjnych wizjach. Podrzucał biodrami, drążąc powietrze ruchami przepełnionymi namiętnością. Nagle zdawało mu się, że jest otulany gorącem, że płonie wraz z każdym kolejnym wyrzutem bioder do góry. Coś ściskało jego męskość, coś wilgotnego, ciasnego, zasysało się na niej i wpijając się w nią, wysysało z niego energię. Po kilkunastu kolejnych ruchach strzelił w ciemność, a oczy uciekły mu gdzieś do wnętrza głowy. Zamroczony i wysuszony nadal wił się pośród wilgotnej trawy i poruszał biodrami jak zwierzę opętane instynktem.
W końcu jednak poderwał się do siadu i drżącymi ramionami objął szczupły pień drzewa. Wspierając się o niego uniósł się na nogi i zwrócił spojrzenie ku obrządkowi.
Mężczyźni rozchodzili się ospałymi, ciężkimi krokami i szli jak kamienne posągi w stronę miasteczka.
Mogiłek natychmiast spojrzał w stronę ołtarza, a widząc przy nim Koźlarza i jednego z mężczyzn obejmującego rękoma dzban miodu, poczuł, jak nogi się przed nim uginają. Serce omal nie wyskoczyło mu z piersi, kiedy Shea odwrócił się i ruszył wolnym krokiem z powrotem do lasu. Trawy ścieliły się przed nim, tworząc jedwabistą drogę, a drzewa i krzewy rozstąpiły się niczym przed największym z bogów.
Potykając się o własne nogi, Mogiłek zrzucił z siebie ubranie i nagi, oszalały, ruszył za nimi w pogoń. Ostre trawy raniły jego uda i łydki, a stopami niejednokrotnie deptał ostre kamienie rozrzucone po polanie. Nie czuł bólu. Nie widział nic prócz sylwetki Koźlarza, prócz rozstępującej się przed nimi bramy do Czarnego Lasu.
Był dosyć daleko w tyle, ale zdążył przez nią przebiec nim ta się zamknęła. Zatrzymał się po jej przekroczeniu i upadł na kolana targany mocnymi spazmami. Z jego gardła wydarł się dziki skowyt. Znał ten las ze wspomnień, ze snów nawiedzających go co noc. W końcu był na dobrej drodze. Jak w amoku podbiegł do grubego omszałego pnia i wtulił weń dygoczące ciało. Znał go. Pamiętał. Pamiętał każdą gałąź, każde pnącze wijące się wokół rosnących nieopodal młodych olszyn. Soczysta zieleń spowita w mroku ukoiła go i omamiła na chwilę, a on miał ochotę spijać rosę z liści wielkich paproci, które ścieliły się wokół niego. Zupełnie nagi pragnął oddać się tym drzewom, roślinom, stanowić dla nich pożywienie i wtopić się w nie po wsze czasy.
Przez dłuższą chwilę otumaniony cudownością Lasu zapomniał o swoim celu, jednak kiedy przez łagodną melodię wygrywaną przez wiatr tańczący między koronami drzew przedarł się trzask łamanej gałęzi, zerwał się i ruszył w tamtym kierunku. Jak mógł zapomnieć o ukochanym Shei?
Zastygłe, sztywne ciało zadziwiało prędkością z jaką przedzierało się między krzewami. Przez chwilę było smagłe i zdrowe jak te lata temu, kiedy podążał za Sheą i Miłodębem. I Mogiłek faktycznie tak się czuł – jakby zapach Lasu odebrał z jego barków brzemiona, które dotąd nosił. Jakby nie był już szaleńcem, nie był strudzonym przez błąkanie się po lesie durniem, a tym samym chłopakiem, który już za kilka chwil ma znaleźć się na tej bajecznej planie wśród mrocznej gęstwiny i cieszyć swoje oczy aktem podniosłego złączenia dwóch pięknych bóstw.
Nie czuł, jak traci oddech. Żaden upadek i otarcie, gdy lądował na wielkich korzeniach gigantycznych drzew nie był bolesny. To nie miało znaczenia. Czuł jedynie gorące łzy wypalające ślady na jego zarośniętych policzkach. Wizja nadchodzącego spełniania niosła ze sobą niewysłowioną ulgę.
W końcu znalazł ich w zasięgu swego wzroku. Ludosław i Shea. Ten pierwszy oczywiście bezwolny, niczym kukła, a drugi świeży i eteryczny jak baśniowe leśne stworzenie. Jego mlecznobiałe włosy raziły jego oczy księżycową luminescencją, w której tej nocy pragnął się skąpać.
Podążał za nimi, przed oczyma mając twarz Koźlarza. Twarz Shei ze snów, która przyzywała go, a sam mężczyzna w swej łaskawości obdarzał jego policzki tysiącami boskich pocałunków. Ludosław potykał się rozlewając przy tym miód. Sam Mogiłek wielokrotnie poślizgnął się już na takich kałużach, omal nie łamiąc sobie karku, kiedy lądował między twardymi korzeniami.
Wreszcie drzewa zdawały się przerzedzać i przed prowadzącymi go postaciami, Mogiłek dojrzał jasną poświatę. Byli blisko.
Po kolejnych kilku minutach drogi w końcu wyszli na polanę. Bajkową polanę, tętniącą kolorowym życiem.
Mogiłek zatrzymał się na jej skraju i skryty w cieniu upadł na kolana przed dwoma olbrzymami splecionymi ze sobą gałęziami i zrośniętymi pniami. Uderzył w niego znajomy, błogi zapach jasnych kwiatów i pąków porastających bluszcz wijący się w dzikim tańcu w górę potężnych pni i konarów. Setki owadów piły z nich nektar i opite nim, ociężale odlatywały do kolejnego z kielichów, by zanurzyć się ponownie w złotej ambrozji.
Mogiłek skulił ramiona, czując pod sobą miękki mech, który aksamitnym dotykiem pieścił jego ciało.
– Rozbierz się – usłyszał przed sobą i uniósł spojrzenie. Choć w pierwszej chwili chciał powiedzieć, że jest już przecież nagi i gotów, na widok Ludosława coś w nim się wzburzyło. Patrzył na silne dłonie, rozrywające wypłowiałą koszulę i zdzierające z bioder spodnie, widział jak z pomiędzy jego ud wyrasta wielka, nabrzmiała męskość tak dumnie stercząca i kiwająca się na boki, że wydawała się być prymitywną obrazą absolutu wypełniającego to święte miejsce. Jego duże, poranione przez gałęzie ciało było tak nieczyste i niegodne. Zarośnięty ciemnym włosiem tors i uda, swoją dzikością raziły jego oczy.
Kiedy na ciemnym ciele spoczęły jasne dłonie jego umiłowanego Shei, dziki ryk omal nie wydarł się z jego piersi. Zdusił go w sobie i warknął tylko niczym leśna bestia. Podkurczył się gotów do skoku, lecz zastygł w tej pozycji, śledząc wędrówkę ukochanych dłoni. Już po chwili dołączyły do nich miękkie, drobne wargi, kształtem i kolorem zbliżone do pąków róży. Ach, jakże aksamitne musiały być w dotyku! Alabastrowe policzki ocierały się o twarde ciało z namaszczeniem, a delikatne dłonie masowały je pieszczotliwie.
Ciało Ludosława wygięło się w ekstazie, kiedy smukłe palce Shei zacisnęły się na jego członku i pomasowały go zmysłowym ruchem. Mężczyzna jęknął głośno, płosząc tym samym dzikie ptactwo, które zalęgło się w krzaku nieopodal buchającej gorącem jamy. Biodra Ludosława poruszyły się, by nabić się mocniej na zaciśniętą dłoń i szybko zaczęły ją drążyć w spazmatycznych, rozpaczliwych pchnięciach.
– Oblej swe ciało miodem – szepnął Koźlarz śpiewnym głosem i obszedł ciało dookoła.
Kiedy Ludosław uniósł dzban nad głowę, Shea wtulał się w jego szerokie plecy i ocierał lekko o jego pośladki. Dopiero gdy złoty strumień spłynął na głowę mężczyzny, odsunął się i zaczął rozcierać miód na tyle jego ciała.
Mogiłek przyglądał się przy tym jego niezmienionej przez czas twarzy. Była taka gładka, szlachetna, taka piękna. Gdyby tylko mógł na nią patrzeć już do końca życia, byłby spełniony.
W niemal tanecznym ruchu Shea odsunął się od ciała Ludosława i po raz ostatni objął je pożądliwym spojrzeniem. To wzbudziło w Mogiłku srogi gniew.
Nie mógł pojąć, dlaczego to musiał być Ludosław! Czy jego ciało było lepsze? Czy było piękniejsze od jego, czy to nie on bardziej zasługiwał na ten zaszczyt? Przecież to on, Mogiłek, życie poświęcił Shei. To on za nim tęsknił, on go kochał i szukał go tak rozpaczliwie, pragnąc oddać się w jego ręce, polegać jedynie na jego łasce. Ale Shea ukrył się przed nim, gardził nim i odtrącał go. Zwodził go i być może to właśnie było jedyną nagrodą, jaką przez całe swoje marne życie miał otrzymać. Być może też Shea zdawał sobie sprawę z jego obecność i pozwolił mu być świadkiem tej magii, która właśnie miała miejsce? Czy to było wystarczające?
Nie wiedząc, w którym momencie, Mogiłek, pośród mchu, który mościł dłonią, znalazł się ostry płaski kamień. Niewielki, być może odpowiadający połowie jego szerokiej dłoni.
Ścisnął go mocno, aż gorące stróżki krwi spłynęły po jego palcach, a z nich na łydkę. Łaskotały go, ale on umiał tylko nienawistnie patrzeć na Ludosława. Gdyby nienawiść z jego duszy mógł zmierzyć jakąkolwiek miarą, pewnie zdołałby, podobnie jak Shea miodem, otulić ciało mężczyzny czarną jak smoła mazią. Widząc jego drżące uda, zacisnął zęby. Bursztynowe krople skapywały z jego dłoni na leśną ściółkę, pobudzając w Mogiłku nowe pokłady zazdrości. Och, jakże cudownie byłoby być w tamtym ciele, być Ludosławem, wybrańcem Shei!
W momencie gdy dostrzegł, jak Shea oddala się od mężczyzny na kilka kroków i nakazuje mu wskoczyć do jamy, Mogiłek poderwał się z mchu. Bestialskie wycie wydarło się z jego gardła, kiedy ociężale biegł w kierunku Ludosława. Ten powolnym krokiem zmierzał ku jamie, ale nie dane mu było do niej wpaść. Mogiłek powalił go na ziemię i zaczął uderzać w jego ciało ostrą stroną kamienia. Ten wchodził w jego miękkie ciało jak w masło, a z kłutych ran buchała ciemna krew. Mogiłek wył i warczał, będąc podrzucanym przez Ludosława, który nadal otumaniony, resztką sił czołgał się w kierunku otworu w ziemi. Jego ciało drżało i sztywniało na przemian, wiło się pod nim w dziwnych konwulsjach i kilka metrów przed krawędzią zastygło zupełnie.
Mogiłek nie ustawał w zadawanych ciosach, a drugą ręką przesuwał po twardych plecach. Coś w miodzie zmieszanym z krwią było tak hipnotyzującego, że nie spoczął póki nie umazał w tym swojego torsu i twarzy. Być może liczył na to, że taki będzie mógł zastąpił Ludosława?
Później złapał go za bujne włosy sklejone miodem i odchylił głowę do tyłu. Dygocząc zbliżył ostrze kamienia do jego krtani. Ciął bez wahania, lecz tępe narzędzie wyślizgiwało się z jego palców. Po kilku irytujących poszukiwaniach ostrza w krwistym błocie, wbił w rany Ludosława pazury i to nimi zaczął orać w jego gardle, dążąc do oddzielenia jego głowy od reszty ciała, do zupełnego unicestwienia mężczyzny. Nie zdążył jednak tego zrobić.
Przejęty silnym impulsem odrzucił na ziemię głowę trzymającą się jeszcze na kilku mięśniach.
W końcu zsunął się ze zwłok i uniósł się na klęczkach. Pociemniałe spojrzenie skierował w stronę Shei – oniemiałego bóstwa o pobladłym licu, które wpatrywało się w niego w przerażeniu. Strach jednak szybko przemienił się w rozpacz, a szczupłe dłonie zacisnęły w pięści.
– She… Shea…! – wycharczał Mogiłek, zbliżając się do niego na kolanach i wpatrując w niego uroczystym, błagalnym spojrzeniem. – Mój Shea…! – zakwilił, obserwując jego twarz i ciało spowite zasłoną z półprzezroczystego materiału lśniącego w blasku księżyca. – Dlaczego… dlaczego mnie odtrąciłeś…? – jęknął, a bóstwo przed nim cofnęło się o kilka kroków i przymknęło powieki, unosząc wysoko dłonie.
Wysoko nad nimi coś zagrzmiało i zahuczało, ale on wpatrywał się jedynie w Sheę. Jego włosy falowały coraz gniewniej i nagle wszystko ucichło.
Kiedy Koźlarz uniósł powieki, posłał mu mordercze spojrzenie przepełnione żalem i wściekłością tak silną, że serce złamało mu się w jednej sekundzie.
– Shea…! – Mogiłek spojrzał na niego błagalnie i mimo oporu powietrza, nadludzkim wysiłkiem zbliżył się do niego składając potulnie zakrwawione dłonie na piersi. – Błagam cię… mój panie… mój ukochany…! – szeptał drżącym, przejętym tonem.
– Zginiesz! Zginiesz za to, coś mi uczynił! – wycedził Koźlarz, rozczapierzając palce, które nagle Mogiłkowi zdały się ostrymi jak brzytwy szponami. Aksamitna skóra na jego ramionach i twarzy poszarzała, i rozdarła się niczym zbutwiałe płótno, ostre kły wyzierające z czarnej dziury w miejscu ust, zabłysły w zapadającej szybko ciemności. Mogiłek zadrżał i rzucił się do tyłu. Po chwili nic już nie widział, tylko czuł zaciskające się na szyi szpony.
Jego głowa upadała po chwili pod stopy Shei, który wyczerpany i zrozpaczony zatoczył się w kierunku ciała, które tej nocy miało stanowić naczynie dla duszy Domamira. Odwrócił je ku sobie i oparł o kolana. Puste spojrzenie omiotło jego twarz nim głowa odskoczyła do tyłu niczym główka szmacianej lalki.
Shea odrzucił truchło i uniósł się na nogi. Starał się walczyć z płaczem i znaleźć wyjście z tej sytuacji. Och, dlaczego nie dostrzegł wcześniej tego mężczyzny? Dlaczego nie powtrzymał go, gdy ten na jego oczach zabijał to ciało?
Miotany żalem i tęsknotą wił się w spazmach goryczy.
Przecież wiedział doskonale. Przecież to nie był pierwszy raz, gdy pragnął się poddać, ukrócić cierpienie i tęsknotę, uwolnić swoją i Domamira duszę od przyziemnych rozkoszy, za którymi tak ślepo podążali. Które wyrywały duszę Domamira z Nawii i niepokoiły ją, zabraniając wiecznego odpoczynku, a jego duszę nadal uwiązywały tu, przy ziemi. Tylko po to by mogli jeszcze raz się zobaczyć? Przecież już dawno obaj byli martwi, czyż nie? On wciśnięty w swoje dawne ciało, już lata temu powinien był pogodzić się z rozstaniem.
Zatrzymał się przy krawędzi pulsującej jamy. Gorąco, które zeń buchało rozgrzało jego blade policzki. Przyzywało go, mamiło. Rozłożył ręce na boki, zaciągnął się ziemistym zapachem.
– Och, duchy! – zawołał czystym głosem. – Wyrzekam się rozkoszy, jakie ofiarowaliście mi w swojej łasce. Błagam! Błagam spalcie moją zmęczoną duszę, a jeżeli jest taka wasza wola, przyjmijcie ją do swego królestwa – zagrzmiał. – Zaklinam was bogowie, zaklinam was przodkowie! Uwolnijcie mnie! Błagam, pomóżcie…!
Niebo nad nim różowiało i już za chwilę wrota do Nawii miały się zamknąć i otworzyć za sześć miesięcy. Czy Domamir na niego czekał? Czy będzie czekał już po wieki? A może dzięki niemu sam również zazna ukojenia?
Nie miał już proszku, by omamić kolejnego mężczyznę, z trupa nic mu nie przyjdzie. Nigdy już nie przyzwie Domamira. Jaki był więc sens zostawać tu i czekać? Na co miał czekać? Czy setki lat cierpienia to mało? Setki lat tęsknoty i pustki, to chyba wystarczająca kara za miłość.
Wiedział, że nie połączą się z kochankiem w Nawii, a być może same duchy wyrzucą go tu z powrotem, skazując na kolejne setki lat cierpienia. A być może będą wolni. Rozdzieleni, ale wolni. Chyba tylko tego już pragnął, bardziej nawet niż miłości swego ukochanego.
Westchnął cicho, osuwając się w przepaść.

Reklamy

5 thoughts on “Święto Przodków III XI MMXVI

  1. Z każdą kolejną częścią „Święta Przodków” atmosfera opowiadania staje się jakaś gęstsza, bardziej beznadziejna i chyba za to je uwielbiam, nie licząc oczywiście świetnego konceptu i wykonania. Mam nadzieję, że to jeszcze nie zakończenie, bo w sumie mogłabyś to tak rozegrać, ale błagam, więcej ;_; Jestem tak bardzo ciekawy, jak się dalej potoczą losy Shei i Domamira i co z duszą Mogiłka, że nie wiem, jak wytrzymam kolejne pół roku, o ile zamierzasz w ogóle kontynuować opowieść :x
    Mam nadzieję, że z Twoim samopoczuciem już nieco lepiej niż przy ostatnim Życiowo i że ASP okazało się nie takie straszne jak je, hehe, malują xD
    Pozdrawiam <3

    1. Hehehe! Nie wiem sama. Zostawiłam sobie furtkę na kolejną część, ale obawiam się, że jezeli taka powstanie to już na pewno będzie ostateczna. :< A moze nie… Pół roku to kawał czasu. c:
      Super, ze Ci się podobało. I dziękuję za komentarz. :*

      Dziękuję, że pytasz! <3 Jest lepiej, bo chyba sie przyzwyczaiłam i w ogóle, trochę emocje opadły i tak dalej, pierwszy szok minął. C: Dziękuję Ci za troskę ma naprawdę! Dziękuje za troskę, to wiele dla mnie znaczy. *ściska gorąco* <3333

  2. Cieszę się bardzo :) Ciesz się studiami póki możesz bo potem to tylko praca, praca i praca… Ja bym z chęcią wróciła do tego okresu w swoim życiu :) I nawet bym się mogła uczyć 😉Buziaki

  3. O rany… ależ ta końcówka była przejmująca. Brak mi słów na rozpacz Shei, aż poczułam tą jego bezsilność i pustkę. Co prawda i tak będę się oszukiwać że dusze Shei i Domamira połączą się w Nawii albo że zostaną uwolnione, chociaż to drugie to musiało by być zapomnienie, a ja jednak wierzę że dusza pamięta, nawet jeśli umysł nie bardzo :) Więc wolę to pierwsze :) No taki ze mnie sentymentalny czytelnik 😆 Fajnie że znowu czymś się z nami podzieliłaś bo uwielbiam Twój styl pisania 💛
    Jak w ogóle Twoje studia? Oswoiłaś się już trochę? Mam nadzieję że tak 😙
    Pozdrawiam bardzo serdecznie 😊

    1. Biedny Shea. :< Miejmy nadzieję, że nie zostanie wystawiony za bramy Nawii bo to by chyba oznaczało, że musi wrócić na ziemię?

      Mi tez było miło coś wrzucić, bo taka przykrość, że blog stoi i marnieje. :< Dziękuję. Postaram się byś nie musiała czekać na kolejną notkę aż tak długo. :I

      Co do sytuacji na studiach to chyba własnie się oswoiłam. Pierwszy szok minął, ogarnęłam trochę ludzi i wykładowców, więc się uspokoiłam. W ogóle, wielkie, wielkie dzięki za wsparcie! <3333

      Również ściskam ciepło. <3

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s