POENA Rozdział IX

Chwilę po tym, dziewczyna podeszła do monitora i przyglądała się kolejnym wyskakującym na nim ciągom liter. Zgodnie z poleceniem Veny był to naprawdę porządny, gruntowny skan, więc spodziewała się spędzonych tak kilkunastu minut i naprawdę wolała nie myśleć o tym, że Unę to boli. Przecież każdy z nich widział, jak bardzo ten chce się do nich dopasować, jak bardzo pragnie być człowiekiem. Czepianiem byłoby powiedzenie, że to wina programów jakie sam sobie wgrał, że tę tęsknotę sprawił sobie na własne życzenie, jednak Eian potrafiła to zrozumieć – czy dzięki temu nie czuł namiastki człowieczeństwa? Dzięki temu pragnieniu? Być może to ono właśnie go uszczęśliwiało?
Za wszelką cenę chciała udowodnić Venie, jak bardzo była perfidna w swoich podejrzeniach i jak bardzo myliła się jeżeli chodzi o Unę. Od zawsze wydawało jej się, że między Kapitan, a Androidem jest coś na kształt przyjaźni, w końcu oboje nie pochodzili od ludzi, oboje byli inni, a mimo to nie ufali sobie. Teraz to rozumiała.
Skubiąc zębami wydętą wargę, śledziła wzrokiem ekran i co raz wyskakujące na nim alerty o przekroczeniu uprawnień, oczywiście ignorowała i zbywała jednym uderzeniem palca w monitor.
Tak jak się spodziewała, dopiero po kilkunastu minutach mogła oderwać od niego spojrzenie, a głowica skanera z cichym szumem cofnęła się do startowej pozycji. Dziewczyna wróciła do Androida i stanęła nad nim. Delikatnie wsunęła palce w jego miękkie włosy i naparła na głowę by ustawić ją w poprzedniej pozycji. Gdy poczuła charakterystyczny opór przekręciła ją lekko w prawo i sięgając palcami do skroni ucisnęła je.
Una natychmiast zamrugał i spojrzał na nią żywiej. Jego oczy, choć przecież były sztuczne, od razu nabrały innego rodzaju blasku, chociaż nadal odbijały światło tych samych lamp wiszących na suficie.
Spojrzał na nią z dołu i zwarł rozchylone lekko wargi.
– I…? Wszystko okej? – dopytał spokojnym tonem, ale lekko zacisnął pięści, co Eian szybko zauważyła. Uśmiechnęła się do niego pobłażliwie i skinęła głową.
– Widzisz? Mówiłam, że to rutynowy przegląd, a ty tak się martwiłeś – powiedziała i przełknęła ciężko ślinę. Pogłaskała jeszcze Unę po włosach i wróciła do komputera. Zamknęła program do skanowania i przeszła do blatu, by zacząć rozmontowywać konstrukcję skanera.
Android usiadł na brzegu i spuścił nogi ze stołu. Podpierając się na rękach o krawędź, pochylił głowę.
– Eian… nie kłam. Nie kłam więcej… przecież jesteśmy przyjaciółmi – szepnął i spojrzał na nią, marszcząc jasne brwi. Wyglądał jak zraniony chłopiec, co potęgowało jej poczucie winy. Odkręciwszy jedną śrubkę odłożyła śrubokręt na bok i podeszła do ubrań Uny. Jego jednoczęściowy mundur złożony jak zawsze był w idealną kosteczkę i leżał na równo ustawionych butach. Podniosła wszystko i położyła obok na blacie.
Kiedy stanęła przy Androidzie, z głębokim westchnieniem przesunęła wzrokiem po jego jasnym, miękkim ciele.
– Jesteśmy, Una – powiedziała stanowczo i wsunęła mu dłoń na kolano. Pogłaskała je lekko i uśmiechnęła się cieplej. – Posłuchaj, nawet gdybyś coś miał, byłbyś naszym przyjacielem – dodała. – Wiesz doskonale, że ludzie nie są też idealni? A mimo to przyjaźnią się, mm? Robią różne rzeczy i wybaczają sobie – powiedziała i spojrzała na niego jakby sama tego wybaczenia potrzebowała.
Chłopak uśmiechnął się jednak nieco gorzko i zamachał nogą.
– Ale człowieka nie można ot tak skasować. – Zatrząsnął się, jakby było mu zimno. – A mnie można. Wiem kim jestem, nie łudzę się, że jest inaczej… chociaż czasem… Och. Czasami marzę, że może kiedyś całego mnie można będzie przeszczepić do prawdziwego ciała. Ale mnie. Nie moje dane. Mnie – westchnął przejęty odchylając się lekko do tyłu. – A później przypominam sobie, że „ja” to przecież tylko setki złącz i płytek. Trochę kości, choć zupełnie nie takich jak wy macie w sobie… I że tak naprawdę nie jestem przecież prawdziwy – oparł dłoń wierzchem o drugie udo i przyglądał się przez chwilę swoim palcom. – Że tak naprawę nie jestem niezbędny, niezastąpiony, unikatowy – dodał ciszej, zginając lekko szczupłe palce.
Eian przełknęła gulę rosnącą jej w gardle i pokręciła głową.
– Una… jeżeli jesteś z nami tyle lat, to nawet jeżeli jesteś maszyną to, uch… wiesz. To nie to co masz pod skórą sprawia, że jesteś prawdziwy, ale to co my do ciebie czujemy. Tak sądzę. I wiesz, jestem pewna, że każdy z nas, w każdej chwili… – zaczęła i pokręciła głową, nie umiejąc zebrać roztrzęsionych myśli. – Teraz różnie może być z nami. Jest ta mobilizacja i w ogóle… cały ten syf. Ale gdyby przyszło nam naprawdę walczyć to ja mogłabym dać sobie rękę uciąć, że każdy z nas, ale zupełnie każdy, ja i wszyscy będący tam na górze, bez chwili wahania ruszyliby tobie na pomoc – dodała mocnym głosem, czując, jak łzy w niej nabrzmiewają. – Gdyby tylko zaszła taka potrzeba, wiesz? Bo to nie chodzi o to, że każdą część ciebie można zastąpić nową, tylko o to, że my każdą twoją część tak dobrze już znamy i jest nam bardzo droga – powiedziała i odchrząknęła, czując jak mocno szklą się jej oczy.
Una zacisnął wargi przetarł buzię w zupełnie ludzkim geście. Eian rzadko widziała, by to robił.
Chłopak pokiwał w końcu głową i uśmiechnął się blado, zapisując w sobie głęboko ten obraz. Bardzo pragnął w to wierzyć. Bardzo pragnął go pamiętać.
– Ubierz się i wrócimy razem na górę, co? – zagadnęła dziewczyna, starając się, by jej głos brzmiał weselej. Nieco zażenowana łzami stojącymi jej w oczach, szybko odsunęła się i wróciła do rozkręcania stelażu. W tym samym momencie Una zsunął się ze stołu i zaczął wciągać na siebie mundur. Kiedy go dopiął, założył na stopy skarpetki i wsunął je w ciężkie, wojskowe buty.
Później za przyzwoleniem Eian pomógł jej złożyć szyny i cały osprzęt, a gdy wszystko już pogasili ruszył u jej boku na górę.
Miał wrażenie, że reszta załogi musiała nasłuchiwać ich kroków i trzeszczenia siatki pod ich nogami. Z góry nie dochodziły go żadne dźwięki, a on czuł się tak przejęty. Wyobrażał sobie ich spojrzenia, jakie by ku niemu kierowali – pełne napięcia, pełne czegoś, czego nawet nie umiał objąć swoim pojmowaniem. Pełne ulgi, a może też nieokreślonej wdzięczności, że nadal mogą być razem.
Kiedy weszli po drabince na drugi poziom, miał wrażenie, że zrobiło się jeszcze ciszej niż przed chwilą. Cała załoga rozproszona była po pokładzie, zajmując swoje stałe miejsca. I faktycznie wszyscy zwrócili ku nim spojrzenia. Nagle wydawało mu się, że oczekuje czegoś wielkiego, być może serii uścisków, jakie często widywał wśród ludzi, gdy działo się coś o wielkim znaczeniu, gratulacji, pozdrowień.
Nic takiego jednak nie nastąpiło, a on po prostu ruszył w stronę swojego fotela. Wsunął się na niego i zalogował do systemu. Dopiero po chwili poczuł zaciskającą się dłoń na ramieniu, poznał że była to dłoń Veny. Ogarnął go spokój.
– Za pół godziny mamy być pod hangarem przejąć ładunek. Anton i Falco, przygotujcie z Eian właz z tyłu statku i magazyn – powiedziała i pochyliła się do Uny. – A ty Una, od pierwszych sekund masz skanować ten ładunek. Chcę wiedzieć wszystko o zabezpieczeniach, zupełnie wszystko – podkreśliła, a on pokiwał głową i wyprostował się na krześle. – Musimy go zrewidować centymetr po centymetrze – szepnęła, pochylając się nad nim.
Po kilkunastu minutach ruszyli, by podlecieć do centrum jednostki po przesyłkę.
Wylądowali przy jednym z wielkich metalowych hangarów, przy którym czasami zdarzało im się cumować, by odebrać paczki odpadów, które mieli zrzucić na bagnach. Podobnie jak zawsze, zatrzymali się przy tym samym wyjeździe z budynku i opuścili rampę. Podczas gdy Vena załatwiała sprawy urzędowe, reszta załogi krzątała się przy załadunku skrzyni.
Nie była zbyt wielka ani ciężka, i spokojnie ze trzech, czterech facetów mogłoby ją samemu wnieść na pokład. Dźwig obsługiwany przez komputer, podjechał z nią i powoli umieścił ją przy rampie. Kolejny, mniejszy, obsługiwany już przez jednego z Androidów, podjechał, by wziąć ją na widły i wsunąć się z nią po rampie do wnętrza Legulusa. Od razu została umieszczona na dalszej klapie, którą wystarczyło jedynie zwolnić, by wszystko, co na niej stało, znalazło się poza pokładem. To wyglądało tak, jak kolejny zwykły załadunek. Nawet skrzynia była drewniana, jedna z wielu jaką musieli rozbić przed wyrzuceniem jej zawartości i zwrócić do magazynu. Sam załadunek przebiegł łatwo i bez większych problemów i po kolejnej pół godzinie mogli już ruszać z misją. Pomimo mobilizacji jaką ogłoszono kilka godzin temu, wszystko wyglądało tak zwyczajnie. Może jedynie w hangarze było więcej robotów i skrzyń, zapewne z bronią do rozdania.
Vena po odebraniu ładunku wróciła na pokład i z cynicznym uśmieszkiem na umalowanych ustach zleciła im przebranie się w kombinezony i uzbrojenie podczas lotu nad ocean. Dopiero gdy wylecieli za miasto, wezwała ich do siebie i posłała im pewne siebie spojrzenie.
– Dokładne dane zrzutu mamy w komputerze, Una. Dobrze by było, żebyśmy byli tam za te trzy godziny, jak nam wyznaczyli. Przełącz na autopilota. Gdy będziemy nad pustynią, otworzymy skrzynię – zarządziła. Oni zgodzili się, siedząc na swoich miejscach, gotowi do wypełnienia każdego rozkazu.
W chwili spokoju jaką mieli, każde z nich zastanawiało się, na ile realne jest zagrożenie, jakie nad nimi wisiało. Mimo zbiórki i rozkazów Donegala, nie czuli nachodzącej wojny jaką im grożono. Była ona równie niemożliwa jak przed tym apelem, ale być może to dopiero się zacznie? Być może zawsze tak było, przed każdą wojną gdziekolwiek? Ten spokój, poczucie, że przecież jest ciągle tak samo, miał być przerwany przez pierwszy wystrzał z broni. Żadne z nich tego nie wiedziało, w końcu ta wojna miała być ich pierwszą.
– Dlaczego oni, ci z Oceanu, wychodzą dopiero teraz? – zapytał Scut po dłuższej chwili milczenia. – To bez sensu.
– Może się zbroili cały ten czas – podrzucił ktoś, a on wzruszył ramionami i odetchnął.
– Myślicie, że chcą nas zabić? – zapytał, a Falco pokręcił głową.
– Donegal tak mówił.
Scut pokiwał głową przesuwając wzrokiem po podłodze pokrytej kablami.
– No dobra. Ale to co ze slumsami? Czego my mamy bronić tak naprawdę? – zapytał, przełykając ciężej ślinę. – Rodzin czy miasta? I po chuj ktokolwiek miałby to niszczyć? Przecież, kurna, tam nic nie ma – zauważył, opuszczając niżej ramiona i oglądając się po załodze.
Nikt jednak mu na to nie odpowiedział, każde pogrążone we własnych rozmyślaniach.
– Jak myślicie, co jest w tej skrzyni? – zapytał w końcu, nie mogąc wytrzymać ciszy zagłuszanej jedynie przez warkot silnika.
Vena przeszła kilka razy po pokładzie, przeczesując dłonią włosy.
– Zaraz się dowiemy – rzuciła i pocierając o siebie wargami, dalej krążyła po mostku.
– Ale co tak naprawdę możemy zrobić z tą wiedzą? – rzucił nagle Livaj, wstając ze swojego miejsca na ciepłej rurze. Nigdy nie był dobry w takich cichych manewrach, w podchodach, w oczekiwaniu też nie. – Kurwa, jesteśmy Śmieciarzami. Nie wiem… może powinniśmy zamiast tego, polecieć do slumsów i ostrzec ludzi – dodał, a Anton zaraz poderwał się do góry i pokiwał głową.
– Jeżeli faktycznie czeka nas jakaś inwazja, powinniśmy mieć szanse ostrzec swoich – dodał, wpatrując się w Venę mocno.
Ta zmarszczyła brwi, ale nic nie powiedziała. Chciała przyznać im rację, ostatecznie jednak zacisnęła pięści i przeszła do Uny.
– Vena. Kurde. Większość z nas ma w slumsach rodziny – rzucił za nią Anton i przełknął ciężko ślinę.
– Jeszcze nie ma żadnej inwazji – powiedziała Kapitan, wsuwając dłoń na szczupłe ramię Androida.
– A czy jak będzie, nie będzie już trochę za późno? – zagadnęła Hale, spoglądając na nich w napięciu. – Nikt nie będzie miał może szansy się ukryć…
– Ale gdzie oni mają się ukryć? – rzuciła Vena widocznie poddenerwowana i spojrzała na nich chłodno. – W domach? W piwnicach? Kiedy? Teraz? Mają czekać w piwnicach i się bać? Jakoś nie kojarzę żadnego schronu w slumsach, tym bardziej takiego, który pomieściłby tylu ludzi – dodała stanowczo. – Jeżeli w slumsach ktoś spoza wojska się o tym dowie, zapanuje tylko panika. A dowiedzieć się może tylko przez oddziały Zero. My nie będziemy tym najsłabszym ogniwem i to jest moje ostatnie słowo. – dodała mocnym tonem, po czym zapadła ciężka cisza.
Anton osunął się na swoje miejsce i zacisnął zęby. Nie złościł się na nią, wiedział, że ona nie rozumie tego, jak pragnął mieć pewność, że jego rodzinie nic się nie stanie. Zresztą czy był w tym jedyny? Nie sądził. Podejrzewał, że każdy z nich w tej chwili myślał o najbliższych, o tym by ochronić przede wszystkim ich.
– Myślicie, że jeżeli tak jak oni mówili, jest to wyższa rasa, to posuną się do zabijania? – zapytał po chwili Pharus.
– To najszybsza i chyba najskuteczniejsza metoda, żeby nas stąd usunąć – zauważyła Eian, wyjątkowo siedząc bezczynnie pod jedną ze ścian.
– No dobra, ale skoro oni są tacy… zaawansowani, czy naprawdę… będą chcieli zabijać? Czy to nie jest zbyt prymitywne jak na „wyższe rasy”? – sprecyzował Pharus, a ona pokręciła głową i prychnęła głośno.
– Skoro są rasą „wyższą”, po co mieliby nas potrzebować? Nie możemy dać im w zasadzie nic…
– Ale jednak po coś wychodzą – upierał się Pharus. – Może chcą gemmy?
– Gemmy jest dużo pod powierzchnią ziemi – rzucił Anton, przecierając twarz dłonią. – Może potrzebują niewolników do kopalń. To byłoby bardzo typowe – dodał gorzko i zacisnął zęby.
Hale pokręciła głową i objęła się mocniej ramionami.
– Niezależnie od tego, czego chcą, nie damy im tego – powiedziała nieco drżącym, ale twardym głosem. – Kurwa. Chyba dość już tego niewolnictwa? To jest nasza planeta, a ja nie zamierzam czekać ani pozwolić się zagnać do kopalni – dodała i zaraz uniosła się na nogi. Widząc ich zrezygnowane miny, odetchnęła głośno. – Co jest z wami? Cholera, wolicie zgodzić się na kopalnie…? Na jakieś ich warunki i się poddać?
– I żyć? Tak, kurwa, chyba wolę – syknął Anton i spojrzał na nią z niejakim wyrzutem. – Bo wiesz, ja mam w slumsach rodzinę i to, – machnął ręką – to nie jest tylko o mnie, wiesz? To nie jest tylko sprawa tego, czy tylko mnie zabiją!
– Skąd wiesz czy nie zabiją wszystkich? Kurwa, każde z was było w kopalni, ty też tam byłeś – podeszła do niego i posłała mu zdeterminowane spojrzenie. – I co, chcesz żeby twoje dzieci też tam skończyły? – zapytała ostro, a on uśmiechnął się pobłażliwie. Ostatecznie machnął tylko ręką i zaraz wrócił na swoje miejsce. – No co, nie mam racji…? Moim zdaniem lepiej, żeby nas wszystkich zabili niż niewolili, bo kurwa, jesteśmy ludźmi nie jakimiś maszynami – syknęła i zacisnęła dłonie w pięści. – Już dawno w slumsach ludzie powinni się zbuntować – rzuciła jeszcze, a widząc, że żadne z nich nie chce jej póki co poprzeć, pokręciła głową. Sama w kopalni nigdy nie pracowała i jako jedyna w oddziale pochodziła z miasta. Jednak jej ojciec i matka w kopalni byli i do tej pory borykali się z problemami nabytymi w tamtym okresie. – Livaj, a co z tobą? – rzuciła i spojrzała na niego oskarżycielsko. Nie miała pojęcia, w którym to momencie to on przestał być głównym prowokatorem, kiedy przestał tak głupio marzyć o lepszym życiu dla nich wszystkich. Pamiętała przecież jak przed laty, wszyscy się jeszcze żartowali o tym, że Oddział Zero to tylko etap przejściowy, że skoro już tutaj się dostali, na pewno pójdą dalej, że coś mogą przecież zmienić.
Livaj podniósł na nią nieco pobladłe spojrzenie, mając ochotę roześmiać się jej w twarz.
– Nie wiesz, co mówisz – mruknął tylko i pokręcił głową.
Na pokładzie znowu zapadła ciążąca cisza. Byli już nad pustynią. Po kilku kolejnych minutach lotu, Vena uniosła się ze swojego miejsca i skinęła na nich głową.
Wszyscy niemal od razu ruszyli za nią na niższy poziom i weszli do ładowni, gdzie po środku stała drewniana skrzynia długa na nieco ponad dwa metry. Nie czekając na zachętę, Scut sięgnął po jeden z kilku łomów, stojących w skrzynce pod ścianą i podszedł do niej. Od razu wcisnął węższy koniec narzędzia w szczelinę między wiekiem a bokami skrzyni i naparł na łom. Zabite weń gwoździe wydały z siebie głośny pisk i z lekkim oporem wysunęły się z drewnianej belki.
Scut sapnął tylko i zaraz przeszedł na drugą stronę, sprawnie rozmontowując skrzynię. Kiedy z pomocą Falco odstawili wieko pod ścianę, zajęli się zdejmowaniem boków. Już podczas tej czynności ich oczom ukazał się ciemny monolit o stalowej, płaskiej powierzchni. Kiedy pozbyli się boków, Vena podeszła do niego i przesunęła dłonią po zimnej tafli. Góra była zupełnie gładka za to po bokach, kilka centymetrów od góry dało się wyczuć wyżłobienia.
Zerknęła pytająco na stojącego niedaleko Androida.
– Wydaje mi się, że to jest jakaś komora. Podobny model został ostatnio wprowadzony w Centrum Odnowy – powiedział, podchodząc do Veny i oglądając go z kilku stron.
– Wiesz jak to otworzyć? – dopytała Kapitan, badając palcami każdą krawędź monolitu.
Una skinął głową i podszedł do jednego z krótszych boków.
– Tutaj gdzieś powinien być panel – rzucił pod nosem, oglądając niemal zupełnie gładką powierzchnię. Zazwyczaj takie komory miały widoczny panel, jednak jeżeli była to tajna przesyłka wcale nie dziwiło, że ten nie był na wierzchu.
Rozejrzał się i zaraz podszedł do skrzynki, z której wyjął płaski śrubokręt. Kiedy wrócił do monolitu zaczął cierpliwie badać mniejszą ściankę.
– No, ale co oni wysyłają w komorze relaksacyjnej? – zapytał Livaj i sam podszedł do Uny, i przykucnął obok, obserwując, jak ten drobnymi opuszkami palców bada centymetr po centymetrze ciemną ścianę. Widoczne na niej były drobne, regularne wgłębienia. Una w każde z nich wsuwał śrubokręt i przesuwał nim wzdłuż niego. Kiedy dotarł tak do końca ścianki, niezrażony przeszedł na tył monolitu i to samo zaczął robić z drugą.
– Ale to zamknęli. Ja pieprzę – sapnął Scut, stojąc niedaleko i przygryzając co chwilę wargi. – Czy tu na wierzchu nie powinno być coś co taką komorę otwiera? Jakiś czytnik, cokolwiek? Jak Ci z Ocenanu mieli to niby otworzyć? – zagadnął, lecz odpowiedziała mu tylko cisza.
Una, który przebadał już cały drugi bok podniósł się na nogi i spojrzał bezradnie na Venę.
– Nie mam pojęcia – powiedział i oparł dłoń o wieko. Postukał w nie palcami i zaraz zaczął przesuwać dłonią po jego powierzchni. – Nie wiem Vena, czy chcesz, żeby ktoś wiedział, że naruszyliśmy ładunek, czy nie…? – podsunął.
Kobieta milczała przez chwilę, ale w końcu machnęła ręka. Zerknęła na Eian.
– Możemy to po prostu przeskanować, ale nie sądzę, żeby ten materiał pozwolił wiązkom dotrzeć aż do środka – zauważyła dziewczyna, z czym wszyscy musieli się zgodzić.
– Chuj. Nie mamy dużo czasu – powiedziała zdeterminowanym głosem Kapitan i sama sięgnęła po kolejny łom. – Scut, Falco i Luka podważcie z tamtej strony. Pod wiekiem jest trochę luzu, powinno odskoczyć – zauważyła.
Już po chwili trzej mężczyźni podeszli z łomami do komory i po kilku próbach udało im się wybadać ostrą krawędzią łomów nieduże wgłębienia. Niemal w tym samym momencie naparli na nie, próbując podnieść wierzch. Falco zaklął głośno, kiedy łom mu objechał i zaraz wsunął go ponownie.
– Jak to się uda, to ja nie wiem – rzuciła głośno Eian, krążąc wokół nich i zaglądając co chwilę jednemu czy drugiemu przez ramię, chcąc sprawdzić, czy wgłębienie stanie się może większą szczeliną pod wpływem napierania na nią.
Po kilku próbach faktycznie zaczęło to zdawać egzamin. Luka, najsilniejszy z nich wszystkich, wsunął łom niemal na centymetr .
– Anton albo Livaj, weźcie łom od Veny – powiedział tylko, napierając lekko do dołu, by sprawdzić czy coś się zadzieje. Zaraz przesunął się w bok o jakieś pół metra i ponownie zaczął napierać łomem na wyżłobienie, chcąc poluzować wieko w kilku miejscach. Pozostali robili to samo.
Kilkanaście minut upłynęło nim, siłując się z łomami, powiększyli szczelinę. W końcu też każdy z nich naparł w jednym miejscu dużo mocniej, a wieko uniosło się wyżej. Pomimo iż było nadal zasysane w dół udało im się je podnieść na tyle, by Luka złapał za nie dużą dłonią i odsunął na bok. Odetchnął głośno na widok kolejnej, węższej już kapsuły pomiędzy grubymi stalowymi ścianami.
Skinął na Livaja i zaraz wspólnie odstawili wieko przy jednej ze ścianek. Una, który od razu doskoczył do wnętrza monolitu, spojrzał szybko na Venę.
– To wygląda… wygląda jak jakiś sarkofag – powiedział, po czym sięgnął dłonią do znajdującego się po środku panelu, w centrum, którego znajdował się po prostu przycisk. Bez wahania wcisnął go i cofnął dłoń, gdy z wąskiej kapsuły zaczęły powoli zsuwać się kolejne cieknie warstwy. Metalowe łuski powoli spływały w dół, warstwa po warstwie, a oni wpatrywali się w oczekiwaniu na widok zawartości ładunku.
Po kilku chwilach ich oczom ukazała się przezroczysta powierzchnia, a pod nią ułożony na dnie przedmiot.
Luka zmarszczył mocniej brwi.
– To jakaś rzeźba? Czy oni im wysyłają jakiś posąg, serio? – powiedział niskim głosem i spojrzał na Unę jak na wyrocznię. Android pochylił się niżej, przyglądając się obiektowi pod szkłem i powoli pokręcił głową. Wsunął dłoń na szkoło i docisnął ją do niego mocniej.
– Nie… – sapnął i sięgnął w do pasa umieszczonego po środku szklanej warstwy, gdzie znajdował się kolejny przycisk. Naparł na niego, a ten odskoczył z sykiem. – To coś… to coś było żywe – powiedział po chwili i zerknął szybko na Venę. Kobieta uniosła wyżej brew, przesuwając do tej pory wzrokiem po ciemnej, niemal czarnej twarzy posągu.
– Myślicie, że to jeden z nich..? – rzuciła, pochylając się nad sarkofagiem.
Una skinął głową powoli.
– Widzisz? Tu na twarzy ma jaśniejsze plamy – powiedział cicho i odsunął dłonią szklaną warstwę. Ta opadła na dół na amortyzatorach. – Chyba umarł niedawno – powiedział.
– Może to jakiś obcy? – zagadnęła Hale, pochylając się nad sarkofagiem z drugiej strony.
– Wizerunki wszystkich obcych mam w bazie. Ten nie przypomina żadnego z nich – zaprzeczył Una, sięgając dłonią do nieco sztywnego materiału, w które obleczone było ciało leżące w środku. Wszelkie odczyty świadczyły o tym, że było ono jak najbardziej organiczne.
– Więc co… o co tu w ogóle chodzi? – Anton zacisnął dłonie na grubej stalowej ścianie. – To trup czy śpi po prostu?
– Nie no, jest martwy – potwierdził Una, przypatrując się ciału z uwagą i skanując je powoli wzrokiem. Po chwili sięgnął do jego twarzy i potarł palcami wąską strużkę biegnącą z kącika jego ust w dół. Dopiero teraz wszyscy spostrzegli, że była ona świeża, a także, że ciało leżało w płytkiej kałuży tej ciemnoniebieskiej cieczy.
– Czy to jest krew?
– Nie krzepnie wcale… – westchnął Android, rozcierając ją miedzy palcami i marszcząc lekko jasne brewki. Ponownie spojrzał na Venę, jakby czekając na jej polecenie.
Kobieta przypatrywała się ciału bez słowa. Po chwili jednak odetchnęła głośniej i jakby w odruchu sięgnęła do szklanej przykrywy i zakryła nią ciało.
– Na powietrzu ono kamienieje. Widzicie? Tu przy nosie, jeszcze przed chwilą było jaśniejsze – dodała szczelnie zamykając przykrywę. Krople ciemnej cieczy, które na nią spadły, rozpłynęły się po wnętrzu i wolno zbiegły w dół.
Una ponownie przesunął spojrzeniem po ciele rejestrując jego ostre rysy. Nie potrafiłby określić płci postaci ani nawet jej wieku. Faktycznie im dłużej na nie patrzył, tym więcej dostrzegał oznak, że jednak nie był to jedynie posąg, a żyjąca istota. W każdym razie do czasu.
– Przeszukajcie jeszcze ten sarkofag. Może jest tu coś więcej – powiedziała Vena opierając się ciężko stalową ściankę i myśląc intensywnie. Liczyła, że ten ładunek coś wyjaśni, ale póki co, wszystko robiło się jeszcze bardziej popieprzone.
Kiedy okazało się, że w przesyłce nie ma żadnych innych rzeczy, nakazała im zamknąć go z powrotem. Ostatecznie widać było, że jest nieco naruszony, ale wieko zassało się tak mocno, że nie wątpiła w to jak wiele siły potrzeba będzie na kolejne jego otwarcie.
Po obiciu monolitu drewnianymi płytami wszyscy wrócili na poziom drugi. Zbliżali się do oceanu. Zgodnie z planem mieli jeszcze około czterdziestu minut na dotarcie do celu podróży.
Będąc już na górze, Vena opadła na swój fotel, starając się ignorować pytające spojrzenia podwładnych. Na dobrą sprawę nie miała pojęcia, co miałabym im powiedzieć. Wiedziała i widziała tyle co i oni.
– To musi być jeden z nich – powiedziała nagle i spojrzała na nich twardym spojrzeniem. – Po co inaczej wieźlibyśmy to do nich? Tylko co on tu robił i czemu, kurwa, jest trupem? – rzuciła i uniosła się, by zacząć krążyć po mostku.
– Może to przez powietrze na powierzchni? – rzucił Pharus. – Sami widzieliście, że kamienieje. Może to mu zaszkodziło. Przekręcił się i teraz go odsyłamy? – dodał z krzywym uśmiechem.
– Donegal mówił, że to rasa, która zawsze ukrywała się pod Oceanem – zauważyła Hale, przyznając Pharusowi rację.
– Mieszkali tam, to fakt, ale przecież nie mogli żyć bez tlenu – rzuciła Eian, zakładając ramiona na piersiach. – Może to w mieście go zabili, albo otruli i teraz wyszła z tego taka draka – podsunęła, a Vena spojrzała na nią dłużej i w końcu skinęła głową.
– Tak mogło być. Uzbrójcie się. Wieziemy trupa i coś mam wrażenie, że nasi sąsiedzi nie będą wybitnie zadowoleni z takiej przesyłki – powiedziała, wracając na swój fotel. Okręciła się w nim w kierunku, w którym lecieli.
– Ej… Wiecie. Mobilizacje ogłoszono dzisiaj. Jeżeli ten koleś w sarkofagu przekręcił się u nas, może być tak, że jest jakąś szychą tam na dole i przez to cały ten syf – odezwał się Anton, a ona skinęła głową i potarła o siebie wargami. – I, kurwa, wysłali nas na odstrzał – rzucił i zaśmiał się nieco niespokojnie. – Mogli wysłać jakieś inkubatory, mm?
– Nie chcieli wysłać delegacji ze swoich Senatorów, to wysłali chociaż ludzi, kurwa – zaśmiał się ironicznie Scut i zaklął ponownie. – Dobra. Idę po gnaty…
Vena przygryzła wargi i odchyliła głowę na krawędź fotela.
Błękit Oceanu jak zawsze zachwycał swoją głębią. Marszczona poprzez wiatr woda mieniła się w słońcu bielą, a oni pędzili nad nią do wyznaczonego punktu spotkania. O ile nad miastem wisiały ciężkie chmury, z których ostatnio niemal nieprzerwanie mżył deszcz, o tyle nad Oceanem zazwyczaj panowała piękna pogoda. Być może dlatego uwielbiali nad niego latać? Spokojne niebo usiane miękkimi chmurami w żaden sposób nie zapowiadało żadnej wojny, ani tym bardziej ich końca, który miał nadejść, jeżeli faktycznie zostali wysłani do ostrzału.
Te kilkanaście minut podczas, których załoga zbroiła się minęło w mgnieniu oka. Przytłoczeni ciężką atmosferą, nie mieli nawet najmniejszej ochoty na rozmowy, bo czy cokolwiek mogli zmienić?
– Punkt zrzutu osiągniemy za dziesięć minut – usłyszała obok siebie Vena i uniosła się z miejsca. Kiedy odwróciła się ku pokładowi natrafiła na swoją załogę – w kombinezonach i z bronią prezentowali się naprawdę świetnie.
Vena uśmiechnęła się i skinęła głową.
– Zwiadowcy wskakują do Zorgów, będziecie nas asekurować – rzuciła, prostując się mocno, na co wspomniani żołnierze od razu ruszyli w stronę śluz połączonych z dopiętymi do statku Zorgami. Ochroniarze i Eian schodzą do ładowni i przygotowują się do zrzutu. Pharus zostajesz z nami na miejscu drugiego pilota. Una przejdź w tryb ręczny. Wszyscy mają być na intercomie – zarządziła zdecydowanym tonem. Małe zamieszanie jakie powstało w wyniku tych rozporządzeń, znikło wraz z rozejściem się oddziału.
Vena poprawiła przypięty do pasa nieduży pistolet i jak zawsze stanęła przy Unie, wsuwając dłoń na jego ramię.
– Pięć minut do celu – rzucił Android. – Zorgi gotowe do odczepienia. Odłączam kapsuły za trzy… dwa… – w tym momencie dało się słyszeć charakterystyczny świst, gdy Zorgi śmignęły przy bokach Legulusa i wystrzeliły do przodu.
– Falco, jesteście gotowi do zrzutu? – zapytała Kapitan zerkając na kamerkę wyświetlającą obraz z ładowni.
– Tak jest. Wszystko gotowe.
– Pani Kapitan… na radarach pokazał się statek – rzucił Una, prostując się na krześle i stukając w kolejne przyciski na panelu. Vena ścisnęła mocniej jego ramię, co raz zerkając na monitory.
– Przełącz na Livaja – rzuciła. – Livaj, co widzicie? Melduj?! Livaj, cholera! – warknęła, kiedy z głośników dał się słyszeć jedynie trzask.
– Miał załamanie mocy. Zaraz się odezwie – podsunął Pharus, ściskając mocno ster.
– Ten statek jest gigantyczny, może wywoływać zakłócenia – rzucił Una, a Vena przełknęła ciężej ślinę.
– Ile mamy do punktu zrzutu?
– Praktycznie jesteśmy. Jeszcze jakieś pół kilometra – odparł Android, a już po chwili dało się słyszeć meldunki z kolejnych Zorgów.
– Pod powierzchnią wody znajduje się jakiś wielki obiekt. Nie wiem, nie widzę jego końca – usłyszeli w końcu, a Vena odetchnęła głośno. – Wydaje mi się, że się wynurza. Jakieś rozkazy?
Vena zacisnęła wargi.
– Bądźcie w pogotowiu…
– Jesteśmy na miejscu – wtrącił Una, a ona skinęła tylko głową.
– Falco, zrzucajcie. Ze skrzynią, tak jak było w rozkazie. To ma być szybka akcja i wracamy – rzuciła Kapitan, zerkając na ekran. Widziała na nim jak część załogi znajdująca się na dole przygotowuje się do zrzutu. Chwilę później właz w spodzie statku rozsunął się podpięta do szyn skrzynia zawisła nad nim. Na komendę Falco została spuszczona z uchwytów i zaraz zaczęła pikować w dół. Po kilku sekundach wystrzelił nad nią spadochron i po lekkim szarpnięciu zaczęła opadać nieco łagodniej.
– Nie komunikują się z nami? – zapytała Vena Uny. Chłopak pokręcił głową.
– Nie, ale faktycznie wynurzają się. I to z coraz większą prędkością.
Kapitan skinęła głową i odetchnęła głęboko.
– Dobra. Ładunek został przekazany. Nasza misja zakończona. Dziękuję. Zawracamy – dodała nieco arogancko, na co Pharus skinął tylko głową i zaraz zmienił kierunek lotu. – Zawiadowcy asekurujecie nas. – Dodała i przeszła bliżej przeszklenia na przedzie Legulusa, by w rzeczywistości przyjrzeć się statkowi. Mimo, że obrócili się do niego tyłem widziała doskonale ciemny kształt majaczący się tuż pod powierzchnią wody. Był bardzo rozległy i wyglądał naprawdę niepokojąco. Wolała nawet nie myśleć, czy to tylko jeden taki potwór skryty jest w Oceanie, czy może jest ich więcej.
Nagle poderwała się przerażona i dopadła do Uny.
– Kurwa. Nadaj to do centrali! – wykrzyknęła, nie wierząc jak w ogóle mogła do tej pory nie wydać takiego rozkazu. – Prześlij im obrazy i próbne pomiary statku. Jeżeli mają takie bydlaki wypełnione żołnierzami to, kurwa… możemy im naskoczyć – dodała zduszonym głosem, czując podchodzącą jej do gardła żółć. – A wy na co czekacie?! – huknęła nagle, zerkając na ekran. – Zamykać właz i na górę. Przygotujcie się do przesiadki do Zorgów – dodała i zerknęła na monitor Pharusa, by sprawdzić jaką mają prędkość. Później sprawdziła na radarze pozycje Zorgów Zwiadowców.
– Zaraz się wynurzą – usłyszeli głos Livaja, a Vena ponownie dopadła do okna z drugiej strony mostka.
– Nim to zrobią, nas już nie będzie – powiedziała pewnie. – Nie ma czasu na podpinanie się, wracacie w Zorgach do jednostki – zarządziła.
Kiedy po chwili na drugi poziom weszli Ochroniarze wraz z Eian, niemal natychmiast podeszli do okna, by również zobaczyć statek. Spuszczając ładunek, widzieli pod wodą ciemny kształt, ale nie sprawiał on wrażenia tak potężnego, jak teraz, gdy patrzyli na niego z tej odległości.
– Są szybcy – powiedział Una i już po chwili dało się słyszeć huk.
Pędząc w drogę powrotną, mogli obserwować jak ostre krawędzie statku wynurzają się spod wody. Jego płaksa powierzchnia lśniła w słońcu czernią, i już po kilku chwilach huk przemienił się w odgłos potężnego ssania. Fale wzburzyły się i zaczęły wpadać pod statek, zalewając miejsce, które ten musiał zrobić pod powierzchnią.
– O kurwa… – sapnął Livaj oglądając się stale za siebie i nie mogąc zupełnie uwierzyć w to, co widzi.
– Co to, kurwa, jest? – sapnął Anton, lecz nikt z nich nie umiał udzielić na to odpowiedzi. – Czy wy to widzicie? – wydusił napiętym mocno głosem. – Kim oni są, do cholery?
Moment, w którym olbrzymi kształt wyłonił się zupełnie nie był długi. Ocean zakotłował się, jakby zapadając się w sobie. Statek wznosił się wyżej i wyżej, a kiedy był już nad nimi dopiero z tej strony mogli dostrzec miliony małych świateł zainstalowanych na jego spodzie. Prócz nich nie widzieli wiele – żadnych włazów, ramp czy okien. Kiedy się unosił wydawało się, że zapada ciemność i już po chwili zdołał również przesłonić słońce.
– Co z naszą przesyłką? – zapytała nagle Vena.
– Spłynęła w dół z falami – odparła Hale przez intercom.
– Cholera! – warknęła Kapitan i uderzyła dłońmi o własny fotel. – Una, czy oni coś nadają?
– Nie. Milczą.
Obcy statek wznosił się wyżej i wyżej, zupełnie chyba nie przejęty ich obecnością. Na jego tle zdawali się być zaledwie zabawkami. Z przerażeniem mogli tylko patrzeć i czekać.
– Nadaj im sygnał. Napisz, że przybywamy z ładunkiem i nie mamy zamiaru ich atakować – dodała Vena, na co siedzący obok Phasrus prychnął.
– My ich? No, kurwa, to by była komedia – rzucił ironicznie, mocno trzymając ster i prąc przed siebie statkiem.
Una pokiwał głową i szybko wykonał polecenie. Kiedy po kilku sekundach nie otrzymali odpowiedzi, Vena pochyliła się nad nim i wdusiła jeden z większych przycisków.
– Wkroczyliście na teren Helane bez zezwolenia – wyrecytowała. – Zgodnie z rozporządzeniem UZUP wymagana jest rejestracja każdego statku lądującego, w tym celu skontaktujcie się ze znajdującą się w termosferze stacją AMEBA, powtarzam: wkroczyliście na teren Helane. W celu zrealizowania rejestracji wymagane jest natychmiastowe połączenie się ze stacją AMEBA – rzuciła na wydechu i odczekała chwilę. Odpowiedziała jej oczywiście martwa cisza. – Przedstawcie nam swoje zamiary, powtarzam, przedstawicie nam swoje zamiary – dodała, wpatrując się w napięciu w podnoszący się coraz wyżej statek widoczny na większości monitorów rejestrujących obraz z kamer.
W końcu puściła przycisk i odsunęła się o kilka kroków.
– Czy Centrala odpowiedziała? – zapytała Unę, a on pokiwał głową.
– Tyle, że przyjęli wiadomość – odparł, a kobieta pokręciła głowa i pochyliła nad nim.
– Dobrze… dobrze. Spokojnie. Na jakiej są wysokości? – dopytała, a Una szybko zerknął na ekran. W momencie, gdy otwierał usta dało się słyszeć kolejny, tym razem już zupełnie ogłuszający huk, który sprawił, że serca w nich zamarły.
– Wybuch… wybuch nastąpił na statku – usłyszeli głos Livaja. – Zaczyna pikować w dół… to będzie mocne uderzenie – określił, a Vena przyjrzała się monitorom.
– Una, określ miejsce zderzenia – zarządziła szybko, nie chcąc nawet myśleć, co takiego tam się wydarzyło.
Android wykonał kilka obliczeń na ekranie. Kiedy podsunął jej mapkę z planowanym miejscem zderzenia statku, pod Veną omal nie ugięły się nogi.
– Wyślij to do Centrali. Niech zarządzą ewakuację.

Reklamy

4 thoughts on “POENA Rozdział IX

  1. Musiałam przeczytać poprzedni rozdział jeszcze raz, żeby wszystko skumać, bo trochę minęło. Ale ja nie narzekam! Cieszę się, że „Poena” znów jest. Nawet ględziłam wczoraj Leśnej „No, gdzie ta Poena?” i o to się pojawiła. Siła mojego umysłu jest powalająca :D
    Una też mnie jakoś rozczula. Jakoś tak często żałuję zwierząt i, jak się okazuje, androidów, a ludzi już mniej. Ciekawe do czego się posunie, aby stać się bardziej ludzkim. Pocieszająca przemowa Eian w samo sedno, ale pewnie nie wszyscy myślą tak samo. Podoba mi się, że kapitanem jest babka z jakiegoś powodu i kobiety też mają jakoś rolę w opowiadaniu, mimo że to gejoza.
    Co raz więcej zagadek, wsysnęło mnie na nowo w „Poenę”. Mam nadzieję, że nie będę musiała ponownie czytać poprzedniego rozdziału przy nowej aktualce ;)
    Życzę weny i mnóstwa czasu!
    Pozdrawiam!

    1. Ohoho! Wykrakałaś! Powinnaś częściej tak robić :D
      Unek to w ogóle, słodkość nad słodkościami. Jakoś lubię go pisać. Jest taki wdzięczny! C:
      Ja się ostatnio zastanawiam, czy pisząc Venę nie wciskam jej uparcie w jakieś ramki nonszalanckiej, pewnej siebie babki, która dużo klnie i wiedzie prym. Hehe. Być może tak mi to wychodzi. Ej no, ale gejoza, gejozą, przecież Vena smali cholewki (całkiem skutecznie zresztą) do swojej podwładnej! XD
      Dobrze, że mimo takiej przerwy wsysnęło! Hehe… postaram się, żeby rozdział nie był aż za sto lat… >u>

      Trzymaj się ciepło!

  2. Nawet nie wiesz jak się ucieszyłam widząc nowy rozdział! Mimo tak długiej przerwy bardzo szybko akcja wciągnęła mnie z powrotem do świata Helan :) I jak zawsze mam ogromny niedosyt 😉
    Ulżyło mi że Una okazał się czysty i doszłam do wniosku że to chyba mój ulubiony bohater tego opowiadania :) Jest tak różny od Veny…Z jednej strony rozumiem jej podejście do tej sprawy, nie wzbudzanie chaosu itd,ale z drugiej strony nie ma w niej tej ludzkiej wrażliwości, które tak bardzo widać u Uny…
    W ogóle niezłą misję im dali, kurde po prostu wysłali ich na stracenie, a to wstrętne matoły!
    Ale ludzie mają instynkt przetrwania, nawet ci którzy teoretycznie nie widzą szans na lepszą przyszłość, a tego instynktu brakuje inkubatorom, co wcześniej było dobitnie ukazane. Dlatego już czekam na to co wykombinują. Łatwo nie będzie to na pewno, ten statek musiał ich nieźle wystraszyć. Swoją drogą ciekawe co tam się stało, specjalnie go wysadzili, czy to jakiś błąd w sztuce?
    Cudownie było wczuć się znowu w ten świat, bardzo dziękuję i oby wena Cię nie opuszczała 😀Pozdrawiam serdecznie

    1. To dobrze. Obawiałam się, że ta przerwa jest właśnie o, średnia i jak ktoś był troszkę zafazowany na Poenę, to teraz o oklapł… hehe. No, ale dobrze, że się wciągnęłaś. C:
      Rozdział taki długi i niedosyt? ECH :D
      Cóż, trzeba czekać na kolejny, który pewnie trochę wyjaśni i znowu namiesza XD Mam nadzieję, że będzie niebawem C:
      Ja też ściskam i dziękuję, że o mnie nie zapomniałaś! <3333

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s