Wszystko jest niebieskie – fragment

Heeejka!
Jak wiecie od niedawna w sprzedaży jest moja najnowsza mikropowieść Wszystko jest niebieskie. Książka powstała przy pomocy Book-self. <3
Poniżej zamieszczam fragment tekstu. Całość do kupienia oczywiście na Book-self.pl :)

Jak zawsze, kiedy Daniel był w mieszkaniu, drzwi do wewnątrz pozostawały otwarte. Stąd też, złapawszy za klamkę, Arek już wiedział, że zastanie kochanka w środku. Uśmiechnął się nawet lekko na myśl, że nie będzie musiał czekać na niego jak zazwyczaj, a od razu przejdzie do rzeczy i opowie, jak ciężki miał dzień w szkole i że to dzisiejsze koło zupełnie mu nie poszło. Miał wrażenie, że dopiero przy nim odetchnie, że – pomijając całą namiętność jaka ich łączyła – to właśnie rozmowy najbardziej lubił. Rozmowy, z których ostatecznie pamiętał jedynie urywki, pojedyncze słowa czy zdania, które osiadały w nim głęboko, którymi żył przez jakiś czas i próbował je zrozumieć bardziej niż w pierwszym momencie. Rozmowy, w których okazał się być dla Daniela ważny, w których mógł trochę ponarzekać, trochę się pozłościć, a trochę pośmiać.
Wszedł do dużego przedpokoju zalanego jasnym światłem sączącym się ze znajdującego się za załomem ściany salonu.
– To tylko ja – rzucił w głąb mieszkania, zdejmując z ramion kurtkę, którą odwiesił na wieszak przy lustrze.
Przy okazji od razu przeczesał dłonią wilgotne od śniegu włosy, które bujnie porastały środek jego głowy. Te po bokach, ścięte dużo krócej, były już bardziej pokorne i nie skręcały się w każdy możliwy sposób, ale i tak zaczesał je za uszy.
– A co ty tak wcześnie dzisiaj jesteś, Daniel? – zawołał, ale odpowiedziała mu jedynie cisza. – Hej, a może ugotujemy coś razem? Cholernie jestem głodny. – Pochylił się, by zdjąć buty i zaraz ustawił je na grubym, brązowym dywaniku pod wieszakiem.
Minął białą ścianę, na której w antyramie wisiała reprodukcja jakiegoś abstrakcyjnego obrazu i zajrzał do salonu. Jego wzrok powoli przesunął się po ciemnym parkiecie, a dalej po białym, puszystym dywanie, na którym fajnie było się kochać i leżeć, rozmawiając o wszystkim – o książkach, które Daniel z pasją czytał i o modelach starych aut, których miniaturki kolekcjonował. Według Arka było to nudne hobby, typowe dla ludzi pokroju Daniela.
Mężczyzna jednak się tym zupełnie nie przejmował i choć wcale się na samochodach nie znał, a jego wiedza na ten temat była naprawdę płytka i pobieżna, co raz wynajdował w Internecie kolejne miniaturki. Naprawdę piękne i szczegółowe ustawiał na półce w gabinecie, ale znaczną większość po jednokrotnym przejrzeniu obfotografowywał i pakował z powrotem do pudełek, by ponownie wystawić je na sprzedaż. Ciągle powtarzał, że to jego inwestycja na wymarzone wakacje w Bułgarii, na które zamierzał lecieć „tegorocznego lipca”. „Tegoroczny lipiec” jednakże mijał i zamieniał się w „następny lipiec”, a później następny i następny, tak że Arek już dawno zorientował się, że jest to jeden z tych planów, które wcale nie są nastawione na spełnienie.
To właśnie było bardzo typowe dla Daniela – nadawanie sobie celów, których największym atutem było to, że można do nich dążyć. A gdyby przypadkiem okazało się, że są na skraju osiągnięcia? Cóż, wtedy zawsze można zachorować, można nie opłacić jakiejś zaliczki, albo „dostać” pilne nadgodziny w pracy. Taki właśnie był Daniel – ciągle robiący jakieś plany, ciągle zajęty i szukający.
Arek zatrzymał się w przejściu i oparł ramię o ścianę. Zadrżał lekko, kiedy jego ciało przejął chłód i szybko spojrzał w kierunku uchylonego okna, przez które wiał zimny, delikatny wiatr poruszający długimi białymi firanami. Zaraz ruszył w tamtą stronę, żeby je zamknąć.
Panorama na ścielące się pod wieżowcem miasto była naprawdę imponująca i wspólnie jeszcze tego lata często wychodzili ze śniadaniem na taras, by móc z góry obserwować tętniące w dole życie. Na dwudziestym piątym piętrze budynku, nie musieli zbytnio przejmować się hałasem jeżdżących w dole samochodów i pędzących gdzieś ludzi. Być może jednak stał się on dla nich już jedynie szumem, do którego po tak długim czasie przywykli.
– Daniel? – zawołał jeszcze raz Arek i odwrócił się od okna.
Z tej perspektywy zobaczył go od razu. Mężczyzna półleżał na kanapie ustawionej we wgłębieniu salonu. Zaraz za nią znajdowało się otwarte przejście do jadalni, a za nim umiejętnie schowana kuchnia.
Arek odetchnął drżąco, nadal czując chłód i w końcu uśmiechnął się pobłażliwie. Powoli podszedł do kanapy i przez chwilę stał tak przed nią, wpatrując się w przymknięte powieki i lekko uchylone usta Daniela. Zawsze spał w ten sposób, a do tego jeszcze chrapał niemożliwie głośno, co niekiedy Arka irytowało. Jego twarz pobrużdżona głębokimi zmarszczkami wokół jasnoszarych oczu, a także dużego, nieco garbatego nosa, w pierwszej chwili ich znajomości zrobiła na Arku wielkie wrażenie. Była naprawdę przystojna, liczne znamiona i lekkie przebarwienia nadawały jej charakteru. Zawsze gładkie i perfekcyjnie ogolone policzki dawno już straciły swoją jędrność, a i tak ich widok był naprawdę przyjemny.
Arek nigdy nie dałby Danielowi tych dekad, które miał na karku, w jego oczach już od początku był tym zapierającym dech w piersi dystyngowanym panem, którego oblał w restauracji gorącą, kremową zupą z kalafiora. Do dzisiaj obaj wspominali ten dzień z uśmiechem.
Po chwili odrętwienia usiadł w końcu blisko niego. Przez rozpiętą na dwa guziki koszulę i poluzowany krawat, stanowiący nieodłączną część wizerunku kochanka, widział nieco skręcone, posiwiałe włoski na jego torsie. Ich szarość była naprawdę seksowna. Siwi mężczyźni od zawsze go pociągali – starsi, dojrzali, dokładnie tacy jak Daniel.
Pamiętał, jak jeszcze kilka miesięcy temu był tak szczeniacko zaintrygowany tym, czy poniżej pasa włosy też ma tak siwiutkie. Oczywiście nic nie opisałoby jego zawodu i rozbawienia samego kochanka, kiedy okazało się, że włosy łonowe nadal miał ciemniejsze, może tylko gdzieniegdzie poprzetykane siwymi nitkami. Według Arka było to nie fair i pierwszym, o co Daniela posądził, to farbowanie. Doskonale pamiętał tamto popołudnie i śmiech, jaki tym wzbudził u mężczyzny.
Arek powoli sięgnął do opartej o udo dłoni. Daniel cały mu imponował i nie umiałby wymienić rzeczy, na temat której nie mógłby powiedzieć kilku słów uznania, ale ręce były chyba na samym szczycie listy zalet mężczyzny. Spracowane, pociemniałe i oczywiście lekko pomarszczone. Przez miękką skórę, prześwitywały niebieskie żyły i grube ścięgna, które uwielbiał obserwować, gdy kochanek zaciskał palce na jego ciele. Uważał to za naprawdę seksowne. Cały Daniel taki był – seksowny, zmysłowy, podniecający.
Kiedy ścisnął chłodne palce, oparł się mocniej o ramię mężczyzny i sam przymknął powieki, pogrążając się w głuchej ciszy.

*

Po ostrej naganie od kierownika za kolejne spóźnienie, Arek w końcu złapał za tacę i wypadł na zatłoczoną o tej porze salę. Oczywiście, że nie oczekiwał żadnych gratulacji za to, że spóźniał się już czwarty dzień z rzędu. Wystarczyłoby jedynie trochę zrozumienia, bo w końcu już kiedy się zatrudniał mówił, że jest akurat przed sesją i ma jeszcze trochę zajęć, przez co może być w pracy kilka minut po czasie. Wtedy to nie stanowiło żadnego problemu, tym bardziej, że miało potrwać góra trzy tygodnie. A później, cóż, później, jak każdy nieszanujący się student, miał dać się wykorzystywać i pracować za najniższą stawkę. Nadal mieszkał u rodziców i choć jego marzeniem było w końcu się wyprowadzić i być na swoim, póki studiował, jakoś wcale tego nie widział. Praca, o ile jakąkolwiek znajdował, zawsze doprowadzała go do irytacji i ostatecznie zawsze też go zwalniano. No i nie oszukiwał się, ile tak naprawdę może zarobić przez miesiąc. Na pewno nie tyle, by starczyło na pokój czy mieszkanie i jedzenie. Ale starał się nie zachowywać jak ostatni pasożyt, którego rodzice utrzymują, pomimo że już dawno był dorosły. Poza tym robiąc coś, nie narażał się na aż takie porównywania do syna sąsiadów, który świetnie studiował, co raz zdobywał płatne praktyki w jakimś renomowanym biurze i zarabiał tyle, że stać go było na wynajęcie kawalerki niemal w samym centrum miasta.
Arek podejrzewał, że wszystko, co mówili na temat Krzyśka sąsiedzi, to wyłącznie ich pobożne życzenia, które mało kto mógł zweryfikować, więc chłopak wśród okolicznych rodzin stanowił niejako wzór godny najwyższego szacunku i podziwu. W nim natomiast wzbudzał jedynie niechęć i zawiść. Nie znosił tego dupka.
Kiedy wszedł na przeszkloną od zachodu salę, uśmiechnął się uprzejmie i niemal niezauważalnie – tak jak został pouczony – a później ruszył pomiędzy stoliki, by odnieść zamówienie. Nie zaliczył jakichś większych wpadek, ale też był to jego drugi tydzień w pracy i uważał, że na razie stale towarzyszy mu fart początkującego.
Restauracja, w której pracował, była mocno przeciętnym miejscem. Zaglądali tu pracownicy klasy średniej oraz studenci z tych bardziej nadzianych rodzin, zapraszający swoje dziewczyny na „wykwintne” kolacje. Według Arka nie było miejsca bardziej typowego niż to. Ciemne krzesła i kwadratowe stoliki zasłane wąskim pasem serwety biegnącym przez środek, sprawiały wrażenie eleganckich, więc kiedy dostawiło się małe wazoniki z tulipanami, a obok grubą świeczkę, miało się obraz restauracji z pierwszego lepszego serialu telewizyjnego. Ściany do połowy wyłożono drewnianą boazerią, a dalej pomalowano na jasny, nijaki kolor, punktowo rozjaśniony przez półokrągłe kinkiety o żółtych kloszach. W grubych, złoconych ramach wsiało kilka drukowanych na płótnie reprodukcji klasycznych martwych natur, bądź salonowo-rodzajowych scen barokowych malarzy, których nawet nie znał.
Całe wnętrze, według Arka ocierające się mocno o kicz, ratowało ogromne przeszklenie, wychodzące na rzekę. Najbardziej lubił popołudniową zmianę. Wtedy to, co działo się za oknem było naprawdę spektakularne. Światło słoneczne mieniło się w wodzie i rozświetlało poprzedzający ją niewielki ogródek, gdzie również stało kilka stolików dla gości. Choć zdecydowanie żaden z kelnerów nie lubił obsługiwać miejsc na zewnątrz, Arek często cieszył się, że może wyjść z zatłoczonej sali na świeże powietrze. Nawet jeżeli tylko na chwilę i jeżeli musiał dźwigać przeładowaną tacę.
Po dojściu do stolika ustawił talerze z zamówieniami na plecionych, jasnych podkładkach i zaraz przeszedł dalej. Starał się nie rozpraszać i nie myśleć o tym, że kiedy wróci, prawdopodobnie przed północą, czeka go jeszcze masa zakuwania do nadchodzącego egzaminu. Kursując w tę i z powrotem udało mu się zupełnie odciąć i skupić na tym, by nie potknąć się i nie zniszczyć zamówienia.
W połowie zmiany zaliczył o wiele za krótką przerwę, w trakcie której nawet nie zdążył wypić do końca kawy i zaraz ponownie stawił się na sali. Nie wiedział już sam od czego to zależało, ale po zaledwie kilku godzinach tutaj był wypompowany i miał wrażenie, że naprawdę nie wytrzyma do fajrantu. Było tak niemal codziennie i nie sądził, że mógłby się przyzwyczaić. O ile na początku każdej zmiany wyczuwał przyjemne zapachy serwowanych dań, o tyle z czasem wszystkie wonie zaczynały się ze sobą mieszać w jedną, od której zawartość żołądka podchodziła mu do gardła. Nie chciał być znowu wyrzucony, więc starał się nie krzywić i po prostu robić swoje mimo zmęczenia.
Chwilę po osiemnastej rozpoczynała się kolejna „fala”, mianem której określali przedziały czasu, kiedy klientów było najwięcej. Razem z dwiema koleżankami starali się w miarę rozsądnie organizować swoją pracę, ale czasami podczas natężenia gości, to zupełnie nie działało. Wszystkie podziały sali, jakie narzucił sam kierownik i rejony, które mieli obsługiwać, nagle przestawały mieć znaczenie i sam pan Tomek darł się na nich na zapleczu, że ktoś za długo czeka na swoje danie, na rachunek, na podejście i przyjęcie zamówienia. Arek tylko uśmiechał się krzywo, ale jakoś nie miał odwagi zasugerować, że kelnerów jest po prostu za mało, by ogarnąć tyle stolików, szczególnie, gdy było dużo ludzi.
Po kolejnej nieprzyjemniej uwadze, wyszedł na salę z przyklejonym na ustach uśmiechem. Kiedy trzymał w rękach tacę, miał wrażenie, że ktoś sobie z niego żartuje i jeżeli doniesie wszystko w całości, to naprawdę będzie cud. Zaliczył jeden stolik, drugi, ale przy trzecim coś musiało się zepsuć.
Zatrzymał się, przeprosił grzecznie rozmawiających starszych mężczyzn i resztką sił przed jednym z nich postawił pieczeń z jagnięciny, po czym sięgnął po stojącą na podstawce miskę z zupą z kalafiora. Naprawdę nie mógł znieść zapachu gotowanych kalafiorów, nieważne pod jaką postacią. Nie wiedział, w którym momencie, kiedy zestawiał naczynie, ręka mu zadrżała, a miska jakby sama podskoczyła na spodku i poleciała na stół. Nie rozbiła się na szczęście, ale upadła tak niefortunnie, że cała jej zawartość jednym wielkim haustem wylądowała na kolanach klienta.
Mężczyzna szybko odskoczył do tyłu, odsuwając z hałasem krzesło.
– Och…! – rzucił tylko, szybko łapiąc za serwetkę, w którą owinięte były sztućce i zaczął wycierać dół marynarki.
– Boże, przepraszam! – Arek wyrwał się do pomocy, cały czerwony na twarzy. W myślach śmiał się jednak, że w końcu jego fart się skończył. Spojrzał krótko na mężczyznę, który widocznie zdenerwowany, próbował doprowadzić ubranie do porządku.
– Niech pan już przestanie. – Klient nerwowo odsunął jego ręce i utkwił wzrok w spodniach. Widok gęstej plamy na nogawce wzbudził wesołość u jego towarzysza, na co sam poszkodowany tylko się uśmiechnął pobłażliwie.
– Może przejdzie pan do toalety – zaproponował Arek. – Oczywiście pokryję koszty pralni – westchnął, spoglądając przepraszająco w jego szare, wyblakłe oczy. Było mu naprawdę głupio, a gdy pomyślał, że zaraz pewnie zjawi się Tomek, poczuł się nawet jeszcze gorzej. A i późniejszy opieprz, który na pewno dostanie, wcale nie jawił mu się jako coś, na co mógłby czekać z niecierpliwością.
– Oczywiście – odparł mężczyzna i ponownie nieznacznie się uśmiechnął, ścierając gęstą zupę z uda. Zażenowany do granic możliwości Arek przyglądał się temu przełykając ciężko ślinę, z serwetką w pogotowiu.
– Dobrze już, chłopcze, spokojnie – dodał poszkodowany i rozejrzał się po pomieszczeniu.
– Toalety są w tamtym kierunku. – Arek wskazał mu drogę.
Kiedy klient zniknął w niewielkim korytarzyku prowadzącym do łazienek, Arek natychmiast ruszył w stronę kuchni, by wziąć ścierkę i posprzątać po wypadku. W połowie drogi zderzył się z Tomkiem, którego mina świadczyła wyraźnie o tym, że nie drze się na niego tylko dlatego, że są na sali.
– Gdzie ten mężczyzna? – warknął, świdrując go zimnym spojrzeniem.
– Poszedł do toalety.
– A ty? – burknął kierownik.
– Idę po coś, żeby posprzątać – odparł poirytowany Arek. Po chwili wahania wyminął Tomka i ruszył w kierunku zaplecza.
Tam zastał rozbawione dziewczyny i choć pewnie sam też by się dobrze bawił widząc, jak któraś z nich zalicza wtopę, teraz nie było mu do śmiechu. Z westchnieniem sięgnął po kilka ściereczek i ściągnął z półki płyn do mycia. Tak uzbrojony wrócił na salę.
Przy stoliku nadal siedział drugi z mężczyzn – facet może lekko przed czterdziestką o bujnych ciemnych włosach i miłym wyrazie na dojrzałej twarzy. Ubrany w garnitur, z nogą założoną na nogę opierał się luźno o krzesło, obserwując widok za oknem.
Arek przeprosił go i zabrał miskę, i sztućce, po czym przetarł blat wilgotną szmatką. Później przykląkł na podłodze i zebrał ściereczkami gęstą zupę. Na koniec wszystko załadował na tacę.
– Bardzo pana przepraszam za wszelkie niedogodności – odezwał się jeszcze do klienta i odetchnął płycej, kiedy ten posłał mu szczerze rozbawione spojrzenie.
– Daj spokój, chłopaku. Takie rzeczy się zdarzają – rzucił niskim tonem i machnął ręką. – Poza tym, to przecież nie mnie oblałeś gorącą zupą – przypomniał, a Arek pokiwał głową i zaraz się wycofał. Kiedy mijał bar, strapił się jeszcze bardziej, widząc stojącego przy nim Tomka i mężczyznę, który wcześniej zniknął w łazience.
Kierownik machnął na niego ręką, więc podszedł od razu i przełknął ciężko ślinę.
– Naprawdę jeszcze raz bardzo, bardzo pana przepraszam. To był wypadek. Mam nadzieję, że nie został pan oparzony i w ogóle… uch… – sapnął, zaciskając mocniej dłonie na tacy.
– Zadeklarowałeś, że pokryjesz koszty pralni. Pan prosi o twój numer. Dogadaj się z panem – rzucił Tomek i odszedł na bok, a Arek tylko pokiwał głową.
Kiedy zwrócił się do mężczyzny, przygryzł wargę. Jego spokojne spojrzenie wcale nie sugerowało, by był zły. Wręcz przeciwnie – wąskie usta rozciągały się w delikatnym, nienachalnym uśmiechu.
Arek spojrzał na jego ciemne spodnie ozdobione teraz wielką plamą na udzie i kroczu. Wyglądało to naprawdę żałośnie.
Facet kilka chwil przyglądał mu się uważnie w taki sposób, że zrobiło mu się głupio. Przeczesał nerwowo włosy dłonią, aż w końcu odchrząknął.
– To co, podasz ten numer? – zapytał luźnym tonem, a Arek szybko pokiwał głową i zaczął dyktować. Mimo wszystko miał nadzieję, że rachunek nie będzie duży. – Twój przełożony mówił, że mogę jeszcze raz zamówić zupę. Tym razem proszę o dostarczenie jej na stół, a nie moje kolana, zgoda? – zagadnął wesołym tonem, kiedy już zapisał numer w telefonie.
Arek zaczerwienił się mocno na policzkach i przytaknął.
– Oczywiście, przepraszam – dodał, wgapiając się chwilę w te wyblakłe oczy.
Mężczyzna poklepał go po ramieniu i ruszył z powrotem do stolika. Chłopak odprowadził go wzrokiem ciesząc się, że nie trafił na choleryka. Wystarczyło, że Tomek taki był i od niego na pewno mu się dostanie.

Dwa dni później, z samego rana, bo o godzinie ósmej, stał przed barem mlecznym niedaleko swojej uczelni. Czerwcowy, słoneczny poranek był nieco chłodny, ale i tak spocił się w autobusie, bo siedział przy oknie i pozwalał, by promienie słońca parzyły mu policzek. Teraz czuł, że jedną stronę twarzy ma mocno zgrzaną i czerwoną, ale stojąc w pasażu oddzielonym od ulicy rzędem młodych klonów i tak drżał.
Kiedy wczoraj wieczorem Daniel – bo tak oblany przez niego gość się przedstawił – zadzwonił, szybko okazało się, że o spotkanie w cztery oczy będzie naprawdę ciężko. Mężczyzna pracował od szóstej w banku, a Arek od dziewiątej miał zajęcia, a później oczywiście pracę. Zaproponował więc Danielowi, by rachunek przesłał pocztą, ale ten uparł się, że lepiej będzie osobiście, że to naprawdę nieduża kwota, którą bez problemu mógłby uregulować podczas spotkania i nie bawić się w przelewy. Dopiero później chłopak uświadomił sobie, że nawet nie dowiedział się ile pieniędzy powinien przygotować. I choć planował oddzwonić, był tak zawalony pracą w restauracji, że nie miał nawet czasu skorzystać z toalety, a po powrocie do domu było już zbyt późno na jakiekolwiek telefony.
Tomek jasno dał do zrozumienia, jaka to była porażka i upokorzenie, nie tylko dla nich jako lokalu, ale też i dla Daniela. Chłopak wcale z tym nie polemizował. Wychodził jednak z założenia, że w każdej pracy zdarzają się wypadki, a skoro sam poszkodowany zły nie był, to też nie ma potrzeby robić z tego wielkiej sprawy.
Zgodził się na spotkanie i choć wstał tylko o godzinę wcześniej, niż obudziłby się normalnie, czuł, że umiera. Wrócił do domu chyba po dwunastej i oczywiście do trzeciej jeszcze siedział nad książkami licząc, że wiedza sama wejdzie do głowy, bo zupełnie nie miał siły, żeby jakkolwiek jej pomóc. Przeczytał kilka rozdziałów z podręcznika, ale nie sądził, by wiele z tego pamiętał. Naprawdę czarno widział zaliczenie tego roku.
Kiedy uświadomił sobie, że stoi przed drzwiami lokalu już dobre kilkanaście sekund, szybko sięgnął do klamki. Wszedł do środka i od razu poczuł słodki zapach naleśników, i kawy. Aż zaburczało mu w brzuchu, bo śniadania oczywiście zjeść nie zdążył. Rozejrzał się po pomieszczeniu urządzonym w bardzo prostym stylu. Daniel siedział luźno przy oknie, przy niedużym okrągłym stoliku ozdobionym papierową, ażurową serwetką. Na jej środku stał zestaw standardowych przypraw i plastikowy serwetnik.
Znalazł się obok po kilku krokach.
– Dzień dobry – westchnął, siadając na metalowym krześle naprzeciwko. Zamaszystym ruchem odłożył torbę pod nogę stolika. – Mam nadzieję, że nie czeka pan długo – dodał, choć na zegarze nad barem widział doskonale, że była dopiero za trzy ósma.
Daniel uśmiechnął się do niego i pokręcił głową.
– Nie, nie. Też dopiero przyszedłem – powiedział niskim głosem, który, jak ostatnio Arek zauważył, był bardzo dojrzały i męski. – To co, napijesz się czegoś? A może mogę postawić ci śniadanie? – zagadnął, a chłopak w jednym momencie się zmieszał.
Już dwa dni temu przekonał się, że Daniel jest naprawdę w porządku. Choć Tomek proponował, by kolejne danie zjadł na koszt firmy – a tak właściwie to Arka, bo przełożony oczywiście zmierzał obciąć mu pensję – to mężczyzna uparł się, żeby zapłacić. Ku wdzięczności i niejakiemu zażenowaniu chłopaka, zapłacił też za rozlaną zupę. Dlatego Arek nie był pewien, czy może aż tak nadwyrężać jego szczodrość i teraz jeszcze jeść coś na jego koszt.
– Wiesz, zaprosiłem cię w to miejsce, bo serwują naprawdę wyśmienite naleśniki – dodał Daniel, a Arek tylko westchnął. Nie chcąc być ostatnią lamą szybko pokręcił głową.
– Nie, dziękuję. To naprawdę… krępujące – powiedział i potarł o siebie wargami. – Może po prostu się rozliczmy? Mam wrażenie, że i bez tego narobiłem panu dość kłopotów. – Pośpiesznie sięgnął po portfel do kieszeni.
Miał przygotowane pięćdziesiąt złotych z nadzieją, że tyle wystarczy. Z jednej strony założył, że to przecież tylko jedna para spodni, a z drugiej, że Daniel jako jakiś bankowiec na pewno nie ubierał się w pierwsze lepsze ciuchy. Dlatego też wstydził się wyjąć pieniądze i je dać. Nie chciał się ośmieszyć.
– Ale wiesz, że odmawiając sprawiasz mi jeszcze większy kłopot? – Daniel potarł ręką o gładki policzek.
Arek nie mógł się nie uśmiechnąć.
– Pan to jest takim altruistą hobbystycznie? – zagadnął spokojnym tonem i położył portfel na stoliku. – Powie mi pan ile jestem winien za te spodnie?
Daniel skinął głową.
– Ale najpierw naleśniki. Nie daj się prosić. Czujesz jak pięknie pachną? – Pomachał dłonią, jakby zagarniając ku sobie zapach roznoszący się w pomieszczeniu.
Ten gest wydał się Arkowi nieco niepoważny, zupełnie niepasujący do starszego gościa, który pracował w banku. Nie powiedział jednak nic na ten temat.
– No dobra, ale jak pan mi powie ile za te spodnie.
– A, no tak, spodnie. – Daniel machnął ręką ponownie. – Szczerze mówiąc, były to nad wyraz poważne obliczenia – podjął i pochylił się do niego. – Bo widzisz, moja pralka ma pojemność sześciu kilogramów, ale wydaje mi się, że robiąc wczoraj pranie musiałem tam załadować nieco mniej. Coś około czterech i pół kilograma, na co w średnio twardej wodzie dozuje się odpowiednią ilość proszku. Jednakże dozowanie jest różne dla różnej intensywności zabrudzenia tkanin. Na ten przykład dla słabo zabrudzonych wsypuje się około trzydzieści dwa gramy proszku, a dla mocno, pięćdziesiąt osiem – mówił, stukając lekko palcami w szklany blat stolika, jakby pokazywał mu różne rodzaje prania. – Ale! Moje nieszczęsne spodnie, wydaje mi się, należały do kategorii mocno zabrudzonych, lecz pozostałe rzeczy wrzucone do prania były już jedynie lekko brudne. Założyłem więc, że obaj zgodzimy się, by uznać całe pranie jako średnio brudne, do czego też zużyłem około czterdziestu pięciu gram proszku. Następnie musiałem zważyć całość prania, a później oddzielnie spodnie. Później zasadą proporcji obliczyłem, ile proszku zostało zużyte – mówił z lekkim uśmiechem, jednak jego głos stale brzmiał poważnie.
Arek uchylił usta i przekrzywił niezauważalnie głowę.
– Kiedy to już zrobiłem, wyliczyłem ilość wody zużytej na pranie oraz ilość energii elektrycznej, oczywiście nie zapominając o stratach moralnych jakie odniosłem w skutek tego incydentu. Ośmieliłem się również doliczyć sobie maść na oparzenia, gdyż na moim prawym udzie wystąpiło oparzenie pierwszego stopnia i, mój chłopcze, wyliczyłem – zawiesił głos, po czym sięgnął po leżące obok menu i przesunął po nim palcem – że jestem ci winien dokładnie… piętnaście złotych i czterdzieści dziewięć groszy, czyli idealnie bym mógł się zrehabilitować solidną porcją naleśników i kawą – podsumował, a Arek wpatrywał się w niego bez zrozumienia.
– Co? – wydukał w końcu i roześmiał się szczerze dopiero po chwili rozumiejąc zamysł mężczyzny. Widząc zadziorny błysk w oku Daniela nie mógł zupełnie przestać drżeć.
Ten facet był naprawdę pokręcony.
Kiedy już się uspokoił, pokręcił głową i pochylił się do niego, opierając się łokciami o blat stolika.
– A jest pan pewien, że to nie ja powinienem panu być coś winien? – zagadnął.
– Sugerujesz, że po czterdziestu latach pracy w banku, mam problem z rachunkami? – odbił piłeczkę Daniel i spojrzał na niego zawadiacko.
Chłopak zaczerpnął tchu i pokręcił głową.
– Nie, broń Boże. Ale może to ja postawię panu te naleśniki, hm? – zaproponował rozbawiony. – I zapomnimy o sprawie – dodał znaczącym tonem.
– Nie jestem przekonany – odparł Daniel, a on spojrzał na niego prosząco. Rozumiał już, że te spodnie nie były żadnym dużym wydatkiem, ale mimo wszystko to on oblał mężczyznę i to on zrobił całe zamieszanie. Nie czułby się komfortowo z tym, że teraz jeszcze Daniel ma stawiać mu śniadanie, widocznie nie chcąc naciągać go na jakiekolwiek koszty.
– Niech pan to potraktuje jako – zawahał się – rekompensatę za niedogodności wynikające z mojej niezdarności. Sądzę, że kwota w wysokości niespełna szesnastu złotych pozwoli mi zachować honor, ale też nie głodować do kolejnej wypłaty – powiedział starając się brzmieć co najmniej tak poważnie jak przed chwilą Daniel. Nie mogąc się powstrzymać mrugnął do niego.
Starszy mężczyzna dopiero po chwili wahania zgodził się i uśmiechnął prowokująco.
– Skoro rzecz ma związek z męskim honorem, chyba mogę się na to zgodzić – powiedział i odnalazłszy wzrokiem kelnerkę, przywołał ją skinieniem głowy.

 

Reklamy

10 thoughts on “Wszystko jest niebieskie – fragment

  1. Od razu kupiłam e-booka, przeczytałam jednym tchem. Bardzo mi się podobało choć nie umiem się tak jak inni rozpisywać, przyznam, że było to ciekawe spojrzenie, może zaglądnięcie przez okno na czyjeś emocje i życie. Trochę na końcu miałam lekkie zdziwienie, to już koniec, tak szybko, ale to w końcu miniatura. Dziękuje.

    1. Safira! <3

      To ja dziękuję za zakup ebooka i cieszę się, ze Ci się podobał. Fajnie, że dajesz znać co myślisz, bo wiele osób poświęciło wiele pracy i energii, żeby ujrzał światło dzienne. C:
      Może kiedyś uda się coś jeszcze wydać. Może coś dłuższego? <3

      Ściskam!

    1. Hejka!
      Myślę, że na pewno się uda. Jeżeli nie książkę, to ebooka – one raczej są nielimitowane. C:
      Mam nadzieję, że jak już przeczytasz, napiszesz co myślisz o całości. C:

      Pozdrawiam!

      1. Jestem wierną fanką, ale szczerze, nie kupiłam od razu „Wszystko jest niebieskie”. Sam opis nie był zbyt kuszący – student spotyka starszego gościa. Ile już było taki historii, pomyślałam, bo sądziłam, że ten sporo starszy to znaczy koło 40. Po przeczytaniu fragmentu, kupiłam ebooka błyskawicznie i łyknęłam w autokarze do domu. Krótki tekścik, ale kompletny. Tu nie było nic więcej do napisania. Od początku wiesz, jak to się skończy, ale dzięki temu twoje emocje z każdą stroną rosną wręcz wykładniczo. Bardzo podobał mi się temat, bardzo nowy, nie podjęty przez innych autorów (tak mi się zdaje). I ta realność, brak tej „komiksowości”, którą można spotkać w wielu BL. Urzekły mnie też opisy wnętrz. Ogólnie, język był świetny.
        Wyczytałam, że tekst był edytowany, ale ja zauważyłam (mimo że mistrzem języka nie jestem) brak sporej ilości przecinków w zdaniach złożonych. Chociażby tutaj:
        „Dopiero później chłopak uświadomił sobie, że nawet nie dowiedział się ile pieniędzy powinien przygotować”.
        W wersji pdf nagminne jest też w dialogach zostawianie pauzy dialogowej na końcu linijki, co chyba nie jest poprawnym rozwiązaniem.
        Dla mnie to był jeden z tych tekstów, o których myślisz jeszcze długo, po przeczytaniu. Naprawdę mnie poruszył, a to nie jest łatwe. Cud!
        P.S. Co z „Poeną”?

          1. „nagminne jest też w dialogach zostawianie pauzy dialogowej”. Może źle skonstruowałam wypowiedź, ale nie chodziło mi oto, że kreski dialogowe były na końcu linijki, ale że zabieg ten był bardzo często stosowany np. 3 razy na jednej stronie, a czcionka jest duża, więc wcale tak wiele tekstu się nie mieści. I według mnie, podkreślam, że to moja osobista opinia, wygląda to trochę nieestetycznie. Najlepiej chyba jest łamać tekst tak, aby kreska była w środku linijki, a nie na końcu/początku.
            Jednak nie ma to żadnego wpływu na odbiór tego świetnego tekstu. Takie moje paranoje. Ingo, nie czuj się winna, jeśli będziesz chciała usunąć ten komentarz :) Masz moje błogosławieństwo :))
            Pozdrawiam.

            1. Luuuz. xD Wydaje mi się, że nie zawsze daje się tak złamać tekst, bo właśnie zależy to od wielkości fontu etc. Rozumiem kwestie własnego poczucia estetyki. <3 Ridero – jak już pisała Leśna, a ona się na tym zna lepiej niż ja – jest zrobiony do tego by robić to dobrze, więc ¯\_( ツ )_/¯

              Ściskam <3

        1. Ha! No widzisz, to był taki zwód, że niby nudy, a jednak takie cudo. 8D
          A tak serio, to bardzo dziękuję, za zakup ebooka i cieszę się, że jednak nie nudy i że jednak zapada w pamięci. No i mam nadzieję, że następnym razem bardziej mi zaufasz. xD Ale ze mnie dzisiaj żartowniś, hohoho! xDD
          Ale już poważnie mówiąc (!) – dziękuję za dobre słowa, za zakup (jak już wspominałam), no i za komentarz. Wydawanie rzeczy na papierze ma ten minus że niestety nie da się bezpośrednio od Czytelnika dowiedzieć się co myśli, także komentarze są na wagę złota. Trochę sama się obawiałam, że mimo moich najszczerszych chęci będzie to własnie kolejna opowiastka o studencie i starszym panu, ale jeżeli udało mi się jakoś to inaczej ugryźć i nie wpaść w schemat i banał to jestem szczęśliwa. Dziękuję Ci! <33
          A co do przecinków, cóż. Błędy się zdarzają i nie ma co się o nie spinać i stresować nimi po fakcie. Teraz i tak już nic się nie zmieni, a dziewczyny przy korekcie zrobiły kawał świetnej roboty. C: <3

          Jeżeli chodzi o Poenkę, to jeszcze do końca nie wiem w jakiej formie ją opublikuję, ale pracuję nad nią, także proszę pokornie o trzymanie za mnie kciuków! :) <3

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s