Till We Are Vol. 1 Ch.01

– Maya! Ty wredna suko, wracaj tu natychmiast! – krzyknął rozwścieczony Anthony, pospiesznie maszerując parkową alejką.
Było słoneczne, ale chłodne popołudnie i czuł, że przemarzł już do szpiku kości. Uroki listopada, pomyślał z przekąsem  i rozejrzał się dokoła w poszukiwaniu rudawych kudłów owczarka niemieckiego, którym przyszło mu się zajmować. Miał już po wyżej uszu tej wrednej suki, ale miał słabość do jej właścicielki, niestety. Oczywiście zaoferował swoja pomoc, nawet nie wahał się przez sekundę, jednak w tym momencie był tak zirytowany, że miał ochotę jebnąć tą różową smycz wprost w krzaki i udawać, że nic nie wie o żadnym kundlu.
Zrezygnowany spojrzał w górę posyłając tam błagalną modlitwę o szybki powrót Dorothy do zdrowia, po czym kontynuował poszukiwania.
Na domiar złego zaczął dąć silny wiatr, na co mężczyzna ściągnął bliżej poły eleganckiego płaszcza i zmarszczył brwi.
– Jeszcze tego brakuje, żebym się rozchorował! – burknął pod nosem, myśląc o nieskończonym projekcie osiedla domków jednorodzinnych, które wzięli  na warsztat. Zlecenie miało przynieść duże zyski, ale pomimo tego Anthony już  miał dość, szczególnie gdy musiał rzucać wszystko i biec z psem na siku…
Dziwne było też to, że ta suka znalazła sobie świetną zabawę w rozrywaniu rulonów papieru na którym szkicował projekty, co przysparzało mu nie tylko więcej sprzątania, ale też budziło w nim instynkt mordercy..  A grh! Mógł jak każdy normalny człowiek używać komputera!
A to był dopiero drugi dzień.
Wczoraj jeszcze udało mu się utrzymać Mayę na smyczy, jednak dzisiaj skubana zerwała się nim zdążył zareagować i uciekła w krzaki.
Ponownie westchnął ciężko i przesunął wzrokiem po rosnących drzewach. Dochodził już do tego krańca parku, który kończył się sporym jeziorem. Był zaskoczony widokiem. Mieszkał w centrum miasta, gdzie jedyną występującą zielenią byłe małe klomby.  Teraz zieleń drzew, przebarwiła się w gamę jesiennych żółci, czerwieni, brązów.  Liście nadal trzymały się  gałęzi, ale to raczej dlatego, że nie było jeszcze większych przymrozków, pomyślał zerkając w kierunku gęstych krzaków rosnących nad brzegiem jeziora.
Nim  zdarzył posłać niebiosom kolejne uciemiężone westchnienie podszyte błaganiem, by nie tam schowała się ta przebrzydła suka, właśnie z tamtej strony dobiegło go wesołe poszczekiwanie.
Zebrał się w sobie i zdecydowanym krokiem ruszył w kierunku zarośli. Kolacji to ona dzisiaj nie dostanie, pomyślał zirytowany, rozchylając rękoma gałęzie. Nie było to łatwe. Czuł jak zahaczają o płaszcz, wplątują się we włosy… Całe szczęście, że ostatnio się przystrzygł.
– No kurwa…. – syknął słysząc za sobą dźwięk rozdzieranego materiału.
Obrócił się lekko by zobaczyć rozerwany  na dole płaszcz, po czym odwrócił się ponownie w poprzednim kierunku i… zarobił uderzenie z liścia. Złapał się za piekący policzek, rozmasowując go chłodną dłonią i przeklinając beznadziejny los, bogów i świętych, że uwzięli się właśnie na niego. Odkąd miał w domu tego psa, jego uporządkowane życie sukcesywnie pogrążało się w śmierdzącym gównie. Zero spokoju, ogryzione meble i ciągły bałagan, na który narzekała nawet babka od sprzątania.
W zasadzie chyba za bardzo się kobieta rozbestwiła przy nim. Kasę ciągnęła, a jak trzeba było trochę więcej popracować niż zwykle,  to już jakieś fochy odstawiała i podwyżki żądała, franca jedna.
Nagle zdał sobie sprawę, że oprócz psiego ujadania dobiega do niego ludzki śmiech.
Zaintrygowany, porzucił myśli o ludzkiej bezczelności i żywiej ruszył w kierunku odgłosów.
– Przestań! – usłyszał po chwili rozkaz, lecz ten także zakończony był wybuchem śmiechu. Męskiego… nie, młodzieńczego właściwie śmiechu, który przyjemnie brzmiał w uszach Anthonego.
– A gdzie twoja pancia, hm? – usłyszał po chwili wyraźniej.
Na to pytanie odpowiedziała kolejna porcja szczęknięć i powarkiwań.
Anthony zmarszczył brwi i ruszył szybciej przed siebie.
Już po chwili wypadł na otoczony krzakami,  mały kawałek pożółkłej już  trawy nad brzegiem jeziora. Jego wzrok natychmiastowo padł na półleżącego na ławce chłopaka, nad którym wisiała Maya zaciekle liżąc  go po twarzy.
Anthony  zamarł na sekundę przerażony. Trzymał w domu bestię…
Od  razu też ujął mocniej trzymaną w rękach smycz i po przebyciu nie całych dwóch kroków, złapał psa za obrożę, nieco niesprawnie podpinając pasek.
– Maya, do nogi! – warknął przy tym rozwścieczony ciągnąc za smycz, by uwolnić przyciśniętego do ławki delikwenta. – Przepraszam bardzo! Maya jest taka nieznośna. – dodał od razu, gdy tylko mu się to udało.
Chłopak na ławce przetarł twarz rękawem czarnej ramoneski i podniósł się na ławce. Gdy tylko to zrobił rzucił Anthonemu zdziwione spojrzenie zielonych oczu.
– A gdzie Dorothy? – zapytał.
Jego głos sprawił, że stojącego naprzeciw mężczyznę, przebiegły ciarki po plecach. Był bardzo dojrzały, a jednocześnie delikatny.
Anthony przełknął ślinę i zmierzył mężczyznę… chłopaka, bo wyglądał na jakieś dwadzieścia lat, jak szybko ocenił wzrokiem. Chłopak miał delikatne rysy, chociaż szczęka był wyraźnie zaznaczona. Tak samo oczy. Były bardzo wąskie, jednak ich szmaragdowa barwa przyciągała spojrzenie… delikatne, niemal dziewczęce usteczka, zgrabny nos… I te włosy. Długie niemal do łopatek, czarne, zebrane lekko po bokach i upięte z tyłu.
To był zdecydowanie najprzystojniejszy chłopak… najpiękniejszy mężczyzna…? Jakiego widział Anthony w swoim dwudziestosiedmioletnim życiu.
Bezwiednie zagapił się na niego.
On naprawdę wyglądał jak ktoś nie z tego świata, co podkreślało jego niecodzienne uczesanie, delikatne rysy, oczy… a, jednocześnie ubrany był jak przeciętny student: w skórzaną, nieco znoszoną kurtkę; wąskie, wytarte, jasne dżinsy; czarne tenisówki, które też były dosyć wysłużone… Okay, wyglądał biedniej niż przeciętny,  student poprawił się zaraz Anthony, wypuszczając powoli powietrze płuc.
Chwilę roztargnienia przerwała oczywiście urocza Maya, wyrywając się mężczyźnie i ponownie rzucając się na chłopaka. Ten jednak złapał ją za łapy i położył je sobie na udach. Pies uspokoił się i położył łeb na jego nogach.
Anthony patrzył na to z niedowierzaniem, jednak po chwili znowu przeniósł oczy na twarz chłopaka.
– Gdzie jest Dorothy? – powtórzył ponownie brunet, patrząc podejrzliwe na mężczyznę.
Ten odchrząknął, zastanawiając  się gdzie się podziała jego pewność siebie i tak dalej. W końcu trzeba wykorzystać okazję, nie? No dalej Anthony, powiedzże coś! – upomniał się w duchu.
– W szpitalu… – wydusił obcym dla siebie głosem.
Chłopak zmarszczył wąskie brwi jeszcze bardziej.
– Jak to w szpitalu? – dopytywał – A ty? Kim jesteś?
Chłopak pogładził Mayę po głowie, po czym wstał stając naprzeciwko mężczyzny. Był prawie tak wysoki jak on,  lecz o wiele szczuplejszy, co od razu rzucało się w oczy
– Anthony Russel – przedstawił się wyciągając do niego rękę.
Odpychając nagły atak zbereźnych myśli, uśmiechnął się uroczo do chłopaka.
– Dorothy to moja siostrzenica. – dodał – Ma zapalenie płuc, a ja opiekuję się tą bestią, na czas jej pobytu w szpitalu.
Po tych słowach chłopak uścisnął jego rękę i o ile to możliwe miał ją jeszcze zimniejszą niż Anthony, który aktualnie kontemplował delikatność skóry chłopaka. Przytrzymał dłużej jego dłoń, pocierając ją nieco kciukiem.
– Andy. – przedstawił się płasko młodzieniec i uwolnił rękę z uścisku.
Naprawdę zaczynał się martwić o dziewczynkę. Spotykali się tu codziennie, gdy wyprowadzała Mayę. Lubił te spotkania były takie inne od jego codzienności, a mała Dorothy też zdawała się nie dostrzegać jaki naprawdę był. A jaki był?
Prychnął w duchu karcąco, wiedząc, że nie ma prawa na nic narzekać. W końcu każdy ma to na co zasługuje, jak powtarzał jego ojczym.
– Dzięki za odnalezienie Mai. – usłyszał po chwili i automatycznie podniósł wzrok na mężczyznę.
Blondyn był wysoki i dobrze zbudowany, krótkie włosy i lekki zarost niewątpliwie dodawały mu uroku, jeżeli myśleć w tych kategoriach.
– Proszę przekazać Dorothy, że…. – zaczął Andy, lecz po chwili umilkł.
Nie mógł już dłużej udawać miłego do cholery! Ten facet  jego jednoznaczne spojrzenie… I te gesty, jakby chciał wziąć go tu na tej trawie dodatkowo go irytowały. Spotykał się z tym niemal codziennie. Czuł się tak jakby miał wypisane na czole: JESTEM CIOTĄ. ZERŻNIJ MNIE TERAZ.
– Maya to dobry pies. – powiedział sięgając ręka do ławki by wziąć z niej brązowy szalik.
Spojrzał przy tym na węszącą przy jego szmacianym plecaku sukę i pochylił się by pogłaskać ją raz jeszcze. Kiedy się uniósł zaczął owijać wokół szyi szalik.
Anthony myślał gorączkowo jak zatrzymać go jeszcze chociaż chwilę.
– Czuje się zobligowany odwdzięczyć się za poskromienie tej bestii. – dodał uśmiechając się lekko.
Chłopak zmarszczył nos przez chwilę, po czym uniósł ręce uwalniając włosy spod szalika.
– Nie trzeba. – odpowiedział szybko. – Maya i ja dobrze się znamy, zawsze tu przychodzą z Dorothy, gdy wychodzą na spacer. – dodał unosząc z ziemi plecak.
– Mimo wszystko, – ciągnął niezrażony Anthony – Może dasz się zaprosić na kawę? Widać, że jesteś przemarznięty.
Andy westchnął poirytowany mierząc spojrzeniem faceta.
– Dziękuje panu bardzo. – odmówił prawie warcząc i ruszył do wydeptanej w krzakach ścieżki.
Anthony spojrzał na niego. Szkoda, że nie zauważył jej wcześniej, oszczędził by na nowym płaszczu.
W dwóch krokach dogonił chłopaka i złapał go za ramię.
No bez żartów. Nie pozwoli mu tak po prostu sobie pójść.
Andy odwrócił się zdenerwowany i spojrzał wyczekująco na mężczyznę. Anthony zmiękł pod spojrzeniem chłopaka. Nie, nie było groźne. Raczej pełne obrzydzenia i niechęci.
Puścił jego ramię i zacmokał na Mayę. Czyżby się pomylił?
Rzucił Andy’emy jeszcze jedno krótkie spojrzenie i pierwszy raz poczuł się naprawdę źle z tym, że jest gejem. Taki napiętnowany. Jak gówno i zero, . Spojrzenie chłopaka mówiło więcej niż innych ludzi, brzydzących się gejami, jakich spotkał na swojej drodze.
Poczuł się naprawdę upokorzony. On dwudziestosiedmioletni gej wbity w ziemię przez jakiegoś dzieciaka.
Wyminął go wiec i ruszył szybkim krokiem ścieżką prowadzącą do publicznej części parku. Byle szybciej do domu. Musiał skończyć te walone projekty.

*

Dwa dni po tym wydarzeniu w parku udało mu się wyrwać spod natłoku pracy, by odwiedzić swoją ulubioną… w zasadzie jedyną siostrzenicę w szpitalu. Wcześniej wykąpał też Mayę, licząc na to, że uda mu się przekonać pielęgniarkę na recepcji by i ja wpuściła do chorej.
Oczywiście przez tego kundla i problemy jakie stwarzał przy kąpieli zjawił się w szpitalu  dopiero po godzinach odwiedzin.
Westchnął cicho zerkając na zegarek.
Osiemnasta.
Wysiadł z windy naprzeciwko recepcji, lecz natychmiast ruszył żwawym krokiem w kierunku sali, na której leżała dziewczynka.
– Halo! – usłyszał  za sobą. – Proszę pana! Tu nie wolno ze zwierzętami!
Odwrócił się w kierunku recepcji, za którą stała rudowłosa pielęgniarka.
Nie wiele myśląc przybrał na twarz uśmiech zniewalający płeć piękną numer trzy: czarująco – przepraszający i zbliżył  się do biurka.
Kobieta oparła się  wysoki blat recepcji i spojrzała zaciekawiona na mężczyznę.
– Och… – westchnął z udawanym żalem – Moja mała siostrzenica tak bardzo kocha tego psiaka… To na pewno pomogłoby jej wrócić do zdrowia. Strasznie za nim tęskni. – powiedział schylając się do Mai i klepiąc ja po łbie.
W myślał błagał ją by zaraz nie wywinęła czegoś za co zostaliby wywaleni ze szpitala oboje, a doskonale wiedział, że zdolna była do wszystkiego.
Pielęgniarka spojrzała krótko na sukę i uniosła spojrzenie ponownie na mężczyznę.
Uśmiechnęła się również.
– Przykro mi, taki jest regulamin. – powiedziała powoli.
– A gdybyśmy tak przeszli cichutko…? – zapytał szeptem Anthony – Nikt by nie zauważył… Wendy. – dodał zerkając na plakietkę przyczepioną do kitla.
Kobieta wstrzymała oddech. Co za facet, pomyślała, zniewolona jego spojrzeniem.
– No nie wiem… – dodała przybierając teatralną minkę i  postanawiając maksymalnie wykorzystać nadarzającą się okazję. – Ja poniosę tego konsekwencję, bo to ja pana wpuściłam…
– Będziemy bardzo grzeczni. – zapewnił od razu blondyn, w duchu już przeczuwając do czego zmierza ta rozmowa. – Powiedzmy, że będę ci dłużny porządną kolację… – dodał prostując się i patrząc w oczy kobiecie wywołując tym samym na jej twarzy figlarny uśmieszek.
Dla Anthonego nie było to nic nowego, w końcu nie raz uciekał się do tego typu rzeczy, chcąc załatwić coś z upartymi sekretarkami czy urzędniczkami. Wiedział jak dział na kobiety i nie zamierzał się powstrzymywać. Zawsze wywiązywał się z takich obietnic, w końcu był honorowym człowiekiem. Inną sprawą było to, że one zazwyczaj  liczyły na gorący seks. A on przecież wyraźnie mówił o kolacji…
Wendy uśmiechnęła się uroczo, eksponując tym samym dołeczki w policzkach i pochyliła się do biurka, zapisując coś na małej żółtej karteczce, która zaraz podała ją mężczyźnie.
Ten zerknął krótko na kartkę, na którym był zapisany numer telefonu dziewczyny.
– To tak na wypadek, gdybyśmy się już dzisiaj nie spotkali, zaraz kończę zmianę.  – dopowiedziała kobieta, zakładając  za ucho kosmyk włosów.
– Może wstępnie umówimy się na jutro? – zapytał Anthony.
Właściwie nawet dobrze się bawił.
Pomimo tego, że był gejem nie mógł jakoś się oprzeć  i lubił flirtować z kobietami. W ogóle lubił flirtować. I wcale nie wynikało to ze złośliwości, że się naśmiewał z nieświadomych niczego kobiet, próbujących go uwodzić. To znaczy chyba nie. Lubił ładne kobiety i właściwie nie miał nic przeciwko, by zjeść z jakąś dobrą kolację i porozmawiać chociażby o niczym. Nie lubił siedzieć sam w domu, a każdy pretekst był dobry by się wyrwać.
– O której jutro kończysz? – zapytał  z uśmiechem.
– Tak jak dzisiaj, o siódmej. – odparła szybko kobieta.
– To może umówimy się wstępnie na dziewiątą, hm? – zapytał starając się zignorować ciągnącą go w głąb korytarza Mayę. – Zadzwonię jeszcze jutro, dobrze? – dodał przymilnie.
– Jasne. – pielęgniarka pokiwała głową.
– To w porządku. – uśmiechnął się i skinął głowa na psa –  Pozwól więc, że już zaprowadzę tego mojego potwora do siostrzenicy.
– Niech pan uważa tylko. – powiedziała Wendy i uśmiechnęła się uroczo.
– Mam na imię Anthony. – uśmiechnął się tylko mężczyzna po czym ruszył wzdłuż korytarza, trzymając krótko smycz Mai.
Szkoda, że z facetami nie szło tak łatwo, pomyślał powracając myślami do popołudnia sprzed dwóch dni. Tamten chłopak, Andy, naprawdę mu się spodobał. Ale to jak poczuł się na końcu… nigdy w życiu nie spotkało go coś takiego.
Jego rodzina, przyjaciele, wszyscy akceptowali to, że jest gejem. Nawet kiedy spotykał się z jakimiś wulgarnymi komentarzami, potrafił sobie z tym radzić. Nigdy nie obchodziło go zdanie osób, których nie znał, na których mu nie zależało, a najczęściej tylko obce osoby nie umiały przyjąć do wiadomości tego, że jest homo.
Dlatego też dreszcz przeszył go na samo wspomnienie oczu chłopaka. Dlaczego tak się tym przejmuje? Nie znał go przecież, nie wiedział o nim nic, oprócz tego, że przyjaźni się z jego jedenastoletnią siostrzenicą. A właściwie nawet tego nie był pewien.
Przesunął wzrokiem po znanych mu już bajkowych ilustracjach na ścianach oddziału dziecięcego. Było dosyć późno, i jak przystało na te porę roku zmierzch zapadał szybciej, więc na korytarzu panował mrok. Przełknął ślinę patrząc na złowrogie spojrzenia krasnoludków namalowanych wprawną ręka na ścianie. Ich uśmiechy też zdawały się być szydercze, jakby przyznawały rację Andy’emu i krzyczały mu wprost w twarz, że jest najgorszym gównem chodzącym po ziemi.
Zacisnął tylko szczękę i odwrócił wzrok ku przeciwległej ścianie. Jeżeli miał już jakąś alternatywę, wolał patrzeć na drzewa za oknem, które też nie wyglądały zbyt miło targane przez wiejący na podwórzu wiatr.
Po chwili zaśmiał się pod nosem.
To przecież niemożliwe, że dopiero teraz, w wieku dwudziestu siedmiu lat dopadł go bunt przeciw temu kim jest. Jakby nagle zaczął się wstydzić. Jako nastolatek nigdy nie miał z tym problemów. Nie przechodził przez żadne etapy wyparcia, ani ukrywania, wiec dopiero teraz…? Przez jedno głupie spojrzenie?
Gdy dochodził do sali na której spodziewał się ujrzeć Dorothy, dobiegł do niego spokojny głos.
– Zazdrosne siostry były wściekłe po odjeździe Dwuoczki z pięknym rycerzem, ale pocieszały się tym, że pozostało im cudowne drzewo. – usłyszał Anthony i nerwowo przełknął ślinę. – Choć nie możemy zrywać z niego owoców, myślały, każdy przejezdny będzie tu się zatrzymywał by je podziwiać. Kto wie, jakie nas szczęście jeszcze czeka!
Anthony znał tekst na pamięć. W końcu nienraz zdarzało się, że czytał dziewczynce przed snem tę baśń.
– Ale następnego dnia drzewo znikło, a z nim ich nadzieje. – kontynuował głos wibrując w przestronnej sali szpitalnej. –  Gdy zaś Dwuoczka wyjrzała ze swego pokoiku, ku swej radości ujrzała pod oknem cudowne drzewo, które przybyło za nią do zamku. Dwuoczka żyła przez długi czas szczęśliwie. Pewnego razu do jej zamku przyszły dwie żebraczki prosząc o jałmużnę.
Anthony zatrzymał się w drzwiach i oparł o framugę. Nawet Maya przysiadła cicho przy jego nodze, nie wydając żadnych odgłosów.
Dorothy i lśniącymi oczyma wpatrywała się w chłopaka trzymającego w dłoniach kolorową książeczkę. Na jej okrągłej buźce, otoczonej blond sprężynkami malowała się bezgraniczna fascynacja. Jak zauroczona wpatrywała się w chłopaka, który prawie nie patrzył na litery, lecz na nią. Atmosfera panująca w pokoju była po prostu magiczna, a Anthony prawie w identyczny sposób jak dziewczynka, wgapiał się w Andy’ego  pochylonego nad łóżkiem.
Widząc, że chłopak wcale ich nie zauważył, przesunął wzrokiem po jego ciele. Był ubrany w samą szarawą bokserkę, pod którą dokładnie widać, że nie jest po prostu szczupły. On był wychudzony i to do tego stopnia, że nawet zwykła bokserka, która powinna opinać się na jego ciele, wisiała na nim jak worek. Włosy splecione w długi warkocz, opadały swobodnie z prawej strony na jego pierś, a oczy błyszczały od światła stojącej obok łóżka lampy.
Anthony zupełnie nie wiedział co o tym myśleć. Ubrania miał stare i znoszone, wyglądał jak półtora nieszczęścia, ale… nadal seksownie i pociągająco.
Po chwili jednak Maya uniosła się i podeszła do posłania Dorothy, kładąc na nim łeb. Dziewczynka nie odrywając wzroku od chłopaka położyła na nim dłoń i zatopiła palce w sierści.
Andy najpierw zdziwiony spojrzał na psa, a później uniósł wzrok na stojącego w drzwiach mężczyznę. Zmarszczył lekko brwi jednak nadal kontynuował opowieść.
– A gdy Dwuoczka spojrzała na nie, poznała swoje siostry: Jednooczkę i Trójoczkę, które popadły w taka nędzę, że musiały żyć z datków.  –  dokończył spokojnym głosem mierząc Anthonego przenikliwym spojrzeniem. – Lecz Dwuoczka przyjęła je gościnnie i zatrzymała u siebie, aby złe siostry musiały żałować, że niegdyś tak źle się z nią obchodziły.
Anthony zamarł. Nie podobało mu się to wcale. Zwykła bajka, którą wielokrotnie sam czytał,  w ustach Andy’ego brzmiała bardzo złowrogo. A może to tylko takie wrażenie, spotęgowane jego nienawistnym spojrzeniem?
Andy zamknął książkę i uśmiechnął się do Dorothy.
– Koniec bajki. – zaśmiał się, wyciągając dłoń by pogłaskać ją po głowie.
Teraz dziewczynka dopiero oderwała od niego oczy i poczochrała żywiej sierść Mai.
– Maya! – zaśmiała się składając na czubku wilgotnego nosa czuły pocałunek – Tak tęskniłam! – zawołała po czym przeniosła spojrzenie na stojącego w drzwiach mężczyznę – Ooo! Wujcio! Jesteś.
Anthony podszedł do łóżka i ucałował ją w czoło. –
– Jestem, jestem. – uśmiechnął się szczerze. – Przyszedłem przeczytać ci bajkę, ale już chyba za późno. – dodał siadając na brzegu łóżka, jako że Andy zajął jedyne krzesło w pomieszczeniu.
Dorothy spojrzała z uwielbieniem na chłopaka.
Anthony nawet wolał nie patrzeć w jego kierunku, czując na sobie palące spojrzenie.
– Ale Ty możesz przeczytać mi bajkę o Gęsiareczce. – powiedział szybko, wracając do niego spojrzeniem i  ziewając szeroko. Rozkaszlała się cicho.
Mężczyzna tylko się zaśmiał i pogłaskał ją po głowie.
– A jesteś pewna, że dotrwasz do końca? – dopytał.
Ta szybko przytaknęła główką.
To właśnie uwielbiał w niej Anthony. Jej miłość do bajek i marzeń, nie komputerów i lalek Barbie. Mała mogła godzinami ich słuchać czy oglądać.
Odwrócił się do chłopaka by wziąć od niego książeczkę. Starał się pod żadnym pozorem nie patrzeć mu w oczy. Nie chciał znowu zobaczyć tego obrzydzenia. Wyciągnął po omacku rękę i już po chwili trzymał w niej książeczkę.
W tej samej chwili Andy uniósł się i sięgnął po  kurtkę wiszącą na oparciu krzesła i założył na siebie.
– No mała, pójdę już – powiedział kładąc rękę na jej głowie.
Anthony widział jak jego szczupłe palce delikatnie gładzą jej włosy i aż westchnął.
– Już? – zapytała z zawodem w głosie dziewczynka, po czym ponownie zakasłała.  – Wujcio naprawdę super czyta, zostań.
– Nie wątpię. – powiedział chłopak – Ale muszę już iść, sama wiesz…
– Mhm! – pokiwała ze zrozumieniem głową .
– Na pewno jeszcze wpadnę – Andy uśmiechnął się do niej, sięgnął po plecak i szalik.
– A kiedy? – zapytała żywo dziewczynka, po czym rozkaszlała się przez chwilę.
– A kiedy chcesz? – uśmiechnął się chłopak, przysiadając jeszcze na chwilę po drugiej stronie łóżka.
Anthony zerknął katem oka na bruneta. W zasadzie gdy się uśmiechał był jeszcze przystojniejszy.
– Hmmm… – zastanowiła się dziewczynka. – Może za dwa dni? Mama mówiła, że wyjdę dopiero w  niedzielę.
– Okay, więc jak będę mógł przyjdę za dwa dni, w porządku? – Andy pogłaskał dziewczynkę po blond główce.
– W porządku! – wykrzyknęła dziewczynka, po czym wyciągnęła ręce by przytulić chłopaka na pożegnanie.
Brunet odwzajemnił uścisk po czym złożył na główce dziewczynki buziaka i uniósł się z łóżka.
– To do piątku. – skinął głową dziewczynce po czym przesunął jeszcze wzrokiem po Anthonym i wyszedł z sali.
Anthony odetchnął i nieco nerwowo uśmiechnął się do dziewczynki.
Cholera. Ten chłopak był niemożliwy…
Westchnął ciężko aż marszcząc brwi.
Zaraz, zaraz. Miał prawie trzydzieści lat do cholery, a bał się spojrzeń jakiegoś szczeniaka?! Zawsze był opanowany i pewny siebie, ciężko było wyprowadzić z równowagi, a on? Ten cały Andy? Jednym spojrzeniem wgniatał go w ziemię! Jednym pieprzonym spojrzeniem?!
– Poczekaj skarbie chwilę. – powiedział szybko wychodząc z sali za chłopakiem.

Zobaczył go siedzącego na jednym z plastikowych krzeseł. Siedział opierając głowę o ścianę i patrzył się w okno.
Bez zastanowienia podszedł do niego z gniewem wymalowanym na twarzy.
Nagle przyszło mu do głowy, że właśnie sam zachowuje się jak niedojrzały gówniarz. Bo i o co chciał go się czepiać? O spojrzenie?
Jednak wzrok, który na niego padł doprowadzał go do białej gorączki.
– O co ci chodzi, co? – zapytał zduszonym szeptem.
Nie chciał  by ktoś to słyszał, zwłaszcza leżąca na sali obok Dorothy.
Andy spojrzał na niego wstając  z krzesła i unosząc specyficznie brew.
– Nie rozumiem o co ci chodzi. – odpowiedział z widoczną niechęcią w głosie.
– Właśnie o to! – warknął Anthony – I nie życzę sobie, żebyś zbliżał się do mojej siostrzenicy, rozumiemy się? – pogroził mu palcem przed twarzą.
Andy wciągnął powoli powietrze przez nos.
– Niby dlaczego? – prychnął – Ona sama chce się ze mną spotykać. Zapytaj ją. – powiedział pewnie.
Mężczyzna spojrzał na niego przenikliwie. Pomimo zauroczenia osobą młodzieńca w głowie wykwitały mu najczarniejsze scenariusze. Może to jakiś  pedofil? Jeszcze tego brakowało!
– Jeżeli ja skrzywdzisz to… to dopadnę cię rozumiesz? – wysyczał, chcąc złapać go za kurtkę i potrząsnąć nim.
Chłopak widząc zamiar mężczyzny odskoczył do tyłu  z przerażeniem  w oczach.
– To jeszcze dziecko. – dodał Anthony gniewnie.
Brunet odwzajemnił wściekłe spojrzenie.
– Pojebało cię? – prawie krzyknął z wyrzutem w głosie – Jest dla mnie jak rodzona siostra i może to właśnie przed tobą powinno się ją chronić, co?
– C-co? – Anthony aż otworzył usta ze zdziwienia.
Chronić przed nim? Niby dlaczego? Zawsze spełniał jej zachcianki, kochał nad życie, była jego oczkiem w głowie, więc jakie do cholery stanowił dla niej niebezpieczeństwo?!
Spojrzał pytająco na stojącego przed nim chłopaka i w jednym momencie zrozumiał…
– Tak, tak… – zasyczał jak wąż Andy – Myślisz, że powinna dorastać w twoim pedalskim towarzystwie? – zapytał kpiąco.
Z Anthonego zeszło powietrze. Nigdy nie myślał, żeby był złem dla małej. Kiedyś gdy zapytała go w towarzystwie Amber, jego siostry, dlaczego nie ma żony jak tatuś, ona powiedział jej śmiechem, że wujek czeka na księcia z bajki. Nigdy nie wypytywała go o to, chociaż zdarzało się jej rzucić jakiś komentarz, gdy czytał jej bajki o rycerzach i książętach. Mówiła wtedy, że wujek też takiego sobie znajdzie.
Takie dziecięce gadanie, ale niezwykle rozbrajające.
Czy źle to na nią wpłynęło?
Chyba nie. Nigdy nie zauważył u niej jakichś dziwnych zachowań, ani niczego, co by go zaniepokoiło. Amber chyba też nie, bo nigdy nie utrudniała mu kontaktów, a sama nawet często prosiła go o odbiór małej ze szkoły, czy przenocowanie, gdy wychodziła z Georgiem na jakąś imprezę.
– Skąd…? – zaczął.
– Twoje zachowanie jest zbyt ostentacyjne. – przerwał mu Andy – Myślisz, że nie widzę? – prychnął – Wtedy w parku najchętniej byś mnie przeruchał co? – kpił z niego w żywe oczy – Ale wybacz, czekaj dalej na pieprzonego księcia z bajki! – dodał nawiązując do tego co mówiła mu niegdyś Amber.
Anthony spojrzał na niego chłodno.
Tak, tak, miał rację. Najgorsze było to, że nawet teraz, gdy jego twarz wykrzywiała się w tak ohydnym grymasie z przyjemnością wpiłby się w jego usta. Tylko, żeby spróbować. Wiedział już, że chłopak jest bezczelnym gówniarzem  bez zahamowań i jak się okazuje homofobem. W duchu roześmiał się, że zafascynował się takim heterykiem, ale musiał uczciwe przyznać, że jego aparycja była nazbyt kusząca. Andy był jak słodkie, czerwone jabłko gnijące od środka.
Westchnął cicho otwierając usta.
– Marzenia nic nie kosztują. – powiedział – A ty… Myślisz, że jesteś lepszy ode mnie?
Andy rozchylił szerzej powieki i usta. Jego ciało wyraźnie zadrżało na słowa mężczyzny. Trwał tak przez chwilę w osłupieniu, jakby chciał coś powiedzieć.  Ale nie dodał już nic, tylko zacisnął dłoń na szelkach plecaka i odwrócił się od mężczyzny.
– Niewątpliwie masz rację. – wycedził, po czym odszedł korytarzem w kierunku wyjścia.
Anthony zdziwiony jego reakcją popatrzył za nim chwilę lecz słysząc odgłos zbliżających się kroków, wrócił do pokoju.
Maya drzemała spokojnie w nogach dziewczynki, która siedziała ze smutną miną na łóżku. Słyszała.
Mężczyzna westchnął ciężko, w końcu zdejmując płaszcz i siadając na zajmowanym wcześniej przez Andy’ego krześle.
– Wujciu… – zaczęła – On jest naprawdę fajny.
Anthony zmarszczył brwi i pochylił się do dziewczynki.
– Jak na razie w stosunku do mnie był bardzo niemiły. – dodał spokojnie – Ale nie ważne, jak ty się czujesz, hm? – zapytał z troską.
Dorothy pokiwała główką.
– Dobrze, dobrze… – zawołała, poprawiając się na łóżku i sięgając dłońmi do sierści Mai. – Może następnym razem jak go spotkasz to się polubicie. Ja go lubię. I Maya. I mama z tatą. – rozkaszlała się na chwilę.
– Tak? A skąd go znasz? – dopytał Anthony, czuł się w obowiązku dowiedzenia się więcej o chłopaku, w końcu zależało mu na bezpieczeństwie siostrzenicy.
– Z parku gdzie wyprowadzam Mayę. – odpowiedziała blondyneczka, masując psa po grzbiecie.
Anthony jęknął i zgarbił się nieco. Czy to nie było typowe? Poznała go w parku! Też coś! Co prawda mężczyzna był przekonany, że razem z Dorothy, psa wyprowadzała albo Amber, albo Georg, ojciec małej. Ciekawe czy wiedzieli o tej całej znajomości. Chociaż  z drugiej strony, dzisiejsze zachowanie Andy’ego w stosunku do Dorothy, ciągle ją głaskał i dotykał.
Anthony wzdrygnął się aż na samą myśl i już miał coś dodać lecz nagle do pokoju wpadła Amber.
Była jak zwykle urocza i bardzo elegancka, jednak tym co przyciągało na nią spojrzenie był uśmiech, który nie schodził jej z ust prawie nigdy. Błyszczące włosy miała upięte w wysoki kok, z którego jednak jak zwykle wysunęło się kilka kosmyków, co nadawało jej jeszcze więcej uroku.
– Już jestem skarbie! – podeszła do łóżka i ucałowała córeczkę.  – Cześć braciszku.
Ucałowała Anthonego w policzek i położyła przyniesioną ze sobą siatkę na szpitalnej szafce. Kiedy rozebrała się i przygładziła dłońmi włosy, usiadła na łóżku chorej.
– Jak się czujesz? – zapytała od razu.
– Bardzo dobrze, mamo. – Dorothy uśmiechnęła się blado.
Anthony zaczął poważnie zastanawiać się nad rozmową z Amber o tym całym Andy’m. Mimo zapewnień chłopaka, bał się o siostrzenicę. A z resztą, na jakiej podstawie miał mu niby wierzyć…?
Kiedy otwierał usta, kobieta zmarszczyła brwi i spojrzała na nich uważnie.
– Idąc tutaj, minął mnie roztrzęsiony Theo. – powiedziała – Był tutaj? Coś się stało?
Anthony zamrugał zaskoczony. Theo?
– Tak, tak! – odpowiedziała dziewczynka – Przyszedł mnie odwiedzić.
– On ma na imię Theo? – zapytał Anthony.
Nie mógł uwierzyć, że dzieciak go okłamał i nawet nie wnikał czemu go to aż tak bardzo denerwuje.
Amber przeniosła na niego spojrzenie niebieskich oczu.
– Mhm. – przytaknęła – To bardzo miły chłopak. Myszka poznała go w parku. Nawet był u nas na obiedzie już kilka razy…
Anthony był bardzo zaskoczony, ale odetchnął z ulgą. Skoro Amber go znała i pozawalała małej się z nim  spotykać, musiała chyba wiedzieć co robi. Zaskoczyło go jednak to, że Dorothy nigdy mu o nim specjalnie nie mówiła.  Często nocowała u niego i zazwyczaj buzia jej się nie zamykała. Całymi godzinami mogła opowiadać o szkole czy znajomych.
Dorothy potwierdzała słowa matki skinięciami blond główki.
– To co się stało? – spojrzała na nich wyczekująco. – Wołałam za nim, ale nawet się nie odwrócił. Zdziwiłam się, że mnie zignorował… ale widocznie miał powody…
Zastanowiła się nad tym chwilę. Ani Anthony, ani dziewczynka nie spieszyli się z wyjaśnieniami.
Dorothy skubała sierść Mai, a mężczyzna jakoś nie miał ochoty się by chwalić się tym jak to napadł na chłopaka, bo nie podobał mu się sposób w jaki na niego patrzył. Co prawda nie pokłócili się chyba aż tak bardzo, by Andy.. Theo, miał jakiekolwiek powody by być jakoś szczególnie roztrzęsionym.
– Ciekawe… Ale wiesz co braciszku? – zwróciła się do mężczyzny z przebiegłym uśmieszkiem na twarzy.
Blondyn znał go aż zbyt dobrze.
– Nie sądzisz, że to bardzo przystojny młodzieniec? – zapytała patrząc na niego przenikliwie
Anthony przełknął ślinę nerwowo i starając się przybrać obojętny wyraz twarzy, spojrzał na starszą siostrę.
– Całkiem, całkiem… – odparł powoli.
Amber zachichotała jak nastolatka.
Tak, ona to potrafiła. Z całej trójki rodzeństwa, tylko ona umiała rozgryźć Anthonego. Wystarczyło jedno jej pytanko, jedna odpowiedź i już wszystko wiedziała. A w odkrywaniu jego tajemnic był mistrzynią.
Mężczyzna zmarszczył szerokie brwi i spojrzał pytająco.
– No co? – zapytał lakonicznie.
Kobieta uśmiechnęła się do niego niewinnie.
– Czy ja coś mówię? – tak, teraz udawała głupią, zdenerwował się Anthony.
Czy ona musiała się tak nad nim pastwić? Zawsze tak było. On był najmłodszy i nie raz kłócił się ze starszymi braćmi, a Amber zawsze brała jego stronę. Jednak jeżeli chodziło tylko o ich dwójkę, lubiła mieć nad nim przewagę i droczyć się z nim używając tych nieczystych psychologicznych zagrywek.
– Po prostu pomyślałam, że powinieneś go bliżej poznać.  Polubilibyście się. – dodała z szerokim uśmiechem.
Architekt tylko westchnął, na te słowa, które w ustach Amber brzmiały bardziej jak: on jest dla ciebie, bierz się mały, świetna będzie z was para.
Nim jednak zdążył cokolwiek odpowiedzieć, Amber poderwała się z łóżka.
– Och… – zawołała nagle bardzo teatralnym głosem  – Miałam iść do doktora Millera, ma dzisiaj dyżur. – powiedziała po czym ucałowawszy małą wyszła z sali zostawiając w niej poirytowanego mężczyznę.
– Wiesz wujciu…? – zaczęła Dorothy po czym rozkaszlała się przez chwilę. – Chciałabym, żebyś zaprzyjaźnił się z Theo. On jest taki wspaniały. Tylko wiesz… chciałabym, żeby się naprawdę uśmiechał, a nie tak jak teraz..
Anthony spojrzał na nią uważnie. Przyjaźnić się z Theo. Czy tylko on uważał, że to jest absolutnie niemożliwe? I nawet nie zależało to od niego, tylko od postawy samego chłopaka.
– Jest taki smutny. I chyba dużo płacze, bo często ma takie czerwone oczy – kontynuowała blondyneczka – A gdybyś był jego przyjacielem, mógłbyś go obronić przed tymi łobuzami..
– Jakimi łobuzami? – zapytał natychmiastowo, głaszcząc ją po głowie.
– To przez nich ma te ślady na plecach… – pokiwała głową z przekonaniem – Wujciu… – spojrzała na niego błagalnie.
– Skąd o tym wiesz? – dopytał.–  Widziałam. Pod koszulką w której dzisiaj był.
Anthony sam nie wiedział już co myśleć o tym chłopaku.  Był wobec niego chamski i arogancki, że pomijając fizyczną fascynację jego osobą nie miał wcale ochoty się do niego zbliżać. Z kolei Amber i Dorothy przedstawiają go w taki sposób, jakby mówiły o kimś zupełnie innym. W dodatku okłamał go, podając mu fałszywe imię. Po co? I to co teraz mówiła mała…
Westchnął cicho i uśmiechnął do dziewczynki.
Szczerze wątpił, by się jeszcze kiedykolwiek spotkał z chłopakiem, ale w zasadzie ze swojej strony mógł obiecać, że będzie dla niego miły. W końcu czego nie zrobiłby dla tej małej, patrzącej na niego błagalnym wzrokiem dziewczynki.
–  Zobaczę co da się zrobić, okay? – rzucił dyplomatycznie sięgając po książeczkę.
Dorothy zachichotała i wsunęła się pod kołdrę. Stopy oczywiście wysunęła na wierzch za zatopić paluszki w sierści Mai.
Kochany był ten jej wujcio.

Reklamy

13 thoughts on “Till We Are Vol. 1 Ch.01

  1. Witam,
    bardzo interesująco się zapowiada to opowiadanie, bardzo nie miło potraktował Anthoniego, a po prostu mu się spodobał i tak podał jeszcze inne imię…
    Dużo weny życzę Tobie…
    Pozdrawiam serdecznie

  2. Witam,
    baqrdzo interesująco się zapowiada to opowiadanie, bardzo nie miło potraktował Anthoniego, a po prostu mu się spodobał i tak podał jeszcze inne imię…
    Dużo weny życzę Tobie…
    Pozdrawiam serdecznie

  3. Początek zapowiada się naprawdę bajecznie. Postać Anthony’ego bardzo-bardzo przypadła mi do gustu! W sumie, Theo też, taki wyszczekany, domyślam się, że sprawy między nimi będą toczyć się naprawdę ciekawie~

    1. Witam ciepło na blogu. Mam nadzieję, że TWA zgodnie z prognozami będzie warte poświęconego nań czasu. I że później koniecznie sięgniesz po inne opowiadania. Bo są lepsze. :I 8D
      xDDD Miłego czytania i ślicznie dziękuję, że komentujesz. C:

  4. Ujął mnie klimat tego opowiadania, bardzo fajnie wprowadzasz czytelników w swój świat. Awantura, nieznośny pies, kontra jego wkurzony, przybrany pan, wyszła ci zabawnie. Widać, ze znasz zwyczaje tych zwierzaków.
    Pierwsze spotkanie mężczyzn było zwyczajne i naturalne. Niestety chyba zupełnie się nie zrozumieli i mylnie odczytali swoje emocje.
    Anthony paskudnie sobie pogrywa z kobietami. Wykorzystuje je wprost bezwstydnie, głupio się tłumacząc, że to ich wina, bo źle go zrozumiały. Należałaby mu się nauczka.
    Theo to dziwny, bardzo tajemniczy chłopak. Zareagował zbyt agresywnie na zwykły podziw dla jego wyglądu, chyba ma jakieś poważne problemy. Świadczy o tym i wygląd i zachowanie.
    Jednym słowem obaj panowie się nie popisali i najwyraźniej niezbyt polubili.
    Co do błędów, to jest sporo, ale nie będę ci ich tu wyliczać. Na pewno potrzebujesz bety, bo z boku lepiej widać wszystkie potknięcia.

    1. Pierwszy rozdział chyba ma ich najwięcej, ale kiedyś się zabiorę za to i poprawię świeższym okiem. C:
      Fajnie, fajnie… Udało mi się włożyć trochę serca w opko, skoro odczuwalny jest jakiś klimat. C:
      Szczerze, sama mam nadzieję, ze Anthonego kiedyś coś trafi za to wykorzystywanie i flirtowanie~~ c:

  5. Błędy jakieś były, owszem, ale kto ich nie robi? xD Też jestem początkująca i niedoświadczona i szczerze mówiąc myślę, że piszesz lepiej ode mnie, więc luz :) Masz dość bogate słownictwo, co mi imponuje i widać, że masz pomysł na to opowiadanie :D Lubię takie klimaty, Czuję, że Til we are będzie dość trudne, ale to dobrze.
    Podobają mi się postacie, chociaż ja na przykład wolę gdy opisy wyglądu są dokładniejsze. Wiem, że w Galerii są rysunki i opisy, jednak ja lubię mieć to w tekście. Chociaż postacie Stephena Kinga też nie są prawie nigdy opisywane z wyglądu za bardzo, a to „Mistrz” xD Tylko u niego większość zwykle ginie…
    Fajna siostrzenica :P Chociaż ja bym dała jej 9 lat, mój brat jest w jej wieku i wydaje się dojrzalszy o wiele. A może to kwestia wychowania?
    Napisz w Galerii, że mogą być spoilery, bo przez to, że tam zaglądałam, wiem jakiej orientacji jest kochany Teo xD Ale to nic, mogłam się tego domyślić ;p
    Nie będę przedłużać na razie, długie komentarze zostawię sobie na rozdziały, gdzie zacznie się coś więcej wyjaśniać (a potrafię pisać naprawdę dłuuugie komentarze),
    Weeenyyyy! Może mi też się udzieli wreszcie xD

    1. Ojejejej~~ Miło mi, miło się robi. Cieszę się, że wpasowałam się w Twoje gusta moim opowiadaniem! C:
      Co do opisów, może kiedyś wrócę do tego tekstu i w końcu wyłapię wszystkie błędy i uzupełnię opisy. Mam nadzieję, że za jakiś czas będę w stanie to zrobić. C:
      Ha ha ha! No i u Kinga, dużo bardziej są rozbudowane opisy przestrzeni i ogólnie~~~ Ech, raczej nie do doścignięcia xD

      Oh, wydaje mi się, że w bardzo dużej mierze to zależy od wychowania. U mnie w rodzinie mamy dwie dziewczynki w tym samym, przedszkolnym wieku. I naprawdę jest między nimi duża przepaść i różnice w zachowaniu, doborze słów. Naprawdę.

      Może najlepiej będzie jak skasuję informacje dotyczące orientacji seksualnej. W końcu jest to opowiadanie homoerotyczne, więc chyba z góry każdy zakłada, ze są gejami. A jak okaże się inaczej, to będzie to niespodzianka. ;p

      Oj tam, i tak długi komentarz Ci wyszedł. Krótki, czy długi, każdy jest mile widziany. : )

      Dzięki i wzajemnie: weeeeeeeeeeeny! Czekam na jakieś notki od Ciebie. C:

  6. Zabrałam się za czytanie i chciałam skomentować dopiero jak dojdę do ostatniego opublikowanego rozdziału, ale uznałam, że do tego czasu dawno zapomnę co chciałam napisać.
    Zacznę od tego, że chociaż sama bywam z interpunkcją i gramatyką i w ogóle na bakier to znalazłam całkiem sporo błędów. Polecam przeczytać rozdział jeszcze raz, albo coś w tym rodzaju. Albo znaleźć kogoś kto będzie betował ci rozdziały, ponieważ doskonale zdaję sobie sprawę, że często ciężko jest znaleźć własne błędy i dopiero ktoś je zauważy.
    Czasami wstawiasz przecinki tam gdzie nie trzeba, a czasami (cóż, dosyć często) brakuje ich w istotnych miejscach. Zdarza ci się też zapominać wielkiej litery, albo budować za długie zdania, które z łatwością można by rozbić na kilka krótszych. I chwilami trochę nadużywasz wielokropków. Rozumiem co chcesz tym osiągnąć, bo to jest błąd, który sama popełniałam nagminnie, ale naprawdę, zazwyczaj jest to zupełnie niepotrzebne.
    Zauważyłam też kilka takich głupotek, które, mimo wszystko, zasługują na miano błędu, np.: bardziej szczuplejszy. Nie mówimy tak, mówi się szczuplejszy.
    Przepraszam, że nie poparłam moich „oskarżeń” żadnymi przykładami, ale chcąc, nie chcąc musisz mi wybaczyć moje lenistwo.
    Ale ogólnie rzecz biorąc myślę, że masz potencjał i widać, że również i chęci. Dlatego pisz i czytaj jak najwięcej, bo w końcu ćwiczenie czyni mistrza. A kiedy zniwelujesz te, czyście techniczne, błędy opowiadanie może być naprawdę dobre, chociaż zaczyna się dość banalnie.
    Tak poza tym na początku trochę się pogubiłam z tym Andym i Anthonym… bo byłam przekonana, że to jedna osoba i poczułam się… cóż, lekko skonfundowana xD Dlatego w sumie to się cieszę, że Andy to jednak nie Andy xD

    P.S. Jeszcze taka drobna rada – wyjustuj tekst. O wiele lepiej to wygląda i, przynajmniej mnie, lepiej się czyta :>

    1. Dziękuję za tak długi i wnikliwy komentarz!
      Rany, „bardziej szczuplejszy” mnie dobiło, ale nie znalazłam tego błędu w tekście, wiec gdybyś mogła mi wskazać, byłabym wdzięczna.. Pomimo wielu błędów jakie robię, trudno mi uwierzyć, że mogłam tak napisać. xD Osobiście, wolę dłuższe zdanie niż kilka krótkich, które rozpraszają moją uwagę przy czytaniu.
      Co to bety… Wiesz, nawiązałam już kontakt z trzema osobami, które zaoferowały mi swoją pomoc. Niestety, pomimo tego że wysyłałam im rozdziały, żadna z nich ani jednego nie sprawdziła. Rozumiem i nie mam tego za złe, bo wiem, że takie betowanie jest męczące i wymaga dużo czasu. Sama staram się sprawdzać i wierz, że czytam rozdziały po wiele, wiele razy. No ale swoje błędy trudno jest wyłapać. Brzmi to jak tania wymówka, ale taka jest prawda. Postanowiłam,że nie będę już nikomu zawracała tym głowy i po prostu dam z siebie wszystko i zrobię to sama. Może za jakiś dłuższy czas będzie mi łatwiej betować moje bazgroły? Nie wiem, mam nadzieję.
      I nawet jeżeli znam zasady pisowni, to niestety gdy piszę, potrafię zobić mega głupie byki, chociażby wstawianie p zamiast b i takie tam… nie wiem od czego to zależy, pewnie od mojego roztrzepania. Q///Q
      Bardzo Ci dziękuję!

      1. Nie ma za co xD zazwyczaj nie trudzę się z komentowaniem w ogóle, ale uznałam, że jednak :>
        Nie „bardziej szczuplejszy”, tylko „bardziej szczupły, mój błąd”, przepraszam. Ale tak czy inaczej tak nie mówimy…
        „Chłopak pogładził Mayę po głowie, po czym wstał stając naprzeciwko mężczyzny. Był prawie tak wysoki jak on, lecz bardziej szczupły, co od razu rzucało się w oczy”
        Długie zdanie gto jedno, ale za długie to co innego. Czasami jeśli zdanie jeswt za długie traci się jego sens. Ja też wolę długie zdania, ale lepiej nie przesadzać :>
        Doskonale cię rozumiem, bo sama robię często idiotyczne błędy (przykład: napisałam bułka przez „ó”). I wiem, że własne teksty ciężko się poprawia. Myślę, że zdecydowanie później będzie ci łatwe, bo w końcu początki są najlepsze.
        Gdzieś kiedyś słyszałam pewną radę i myślę, że ma to całkiem sens, żeby po napisaniu rozdziału i wstępnym go poprawieniu, odstawić go na jakiś czas. Po, załóżmy tygodniu, wróć do rozdziału i popraw go jeszcze raz. Wtedy łatwiej doszukać się błędów, bo nie pamiętasz do końca co napisałaś :>

        1. Oj, w moim przypadku nawet długa przerwa chyba niewiele zmienia, bo pierwszy rozdział pisałam już daaawno. no ale nic, dzięki ludziom dobrego serca takim jak Ty, będę mogła stopniowo poprawiać błędy. Dzięki bardzo~!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s