Till We Are Vol. 1 Ch.02

Theo szedł brudnymi ulicami swoistych slumsów. Zimny wiatr telepał nim na wszystkie strony, najbardziej jednak pchał go w kierunku obskurnej, jednopiętrowej kamienicy starego Prestona, u którego wynajmował pokój.
Co to było dzisiaj w szpitalu? Powtórka z rozrywki czy jak? Był bardzo zdenerwowany. Był wściekły. Co ten blond goguś sobie wyobrażał? Śmiał go pouczać? Chciał zabronić kontaktów z Dorothy!? Pedał. Pedał. Pedał. Głupi sukinsyn.
Aż zacisnął pieści i szedł jak burza gradowa przed siebie,
Po dłuższej chwili jego nastrój uległ zmianie. Bo miał do cholery rację! Sam nie był lepszy. Był nikim. Hipokrytą, zerem…
Theo odetchnął głęboko. Miał ochotę zdechnąć. Chyba cudem tylko nie rzucił prowokującego spojrzenia stojącym w bramie osiłkom. Już nie raz od nich dostał, ale miał to w dupie. Mogli go lać. Nie zależało mu.
Kiedy wszedł w końcu do obdrapanego budynku już na korytarzu jak zwykle spotkał Prestona.
Małe mieszkanko mężczyzny znajdowało się zaraz na początku korytarza po prawej stronie, wystarczyło tylko wejść po kilku stopniach. Preston był właścicielem kamienicy, a  jednym z jego ulubionych zajęć było przesiadywanie na korytarzu, przed wejściem do mieszkania. W ten sposób miał na oku wszystko co się działo na korytarzu i wszystkich, którzy wchodzili do budynku. Zazwyczaj jednak nie wchodził tutaj nikt oprócz mieszkańców. No, nie licząc klientów tej małej dziwki spod dziesiątki, której alfons odpalał grubasowi małą działkę za wynajmowanie lokalu.
Theo naprawdę nie lubił Prestona. Stary, łysawy, gruby, spocony… Na jego widok aż wywracało się w chłopaku.  Ale nie chodziło tylko o jego aparycje, o to, że  śmierdział  jak wszystko tutaj zresztą, i że ciągle chodził z wielkimi plamami potu na ciemnozielonej koszulce. Był po prostu złośliwy, ciekawski i nachalny. Starał się do niego zagadywać jak do kumpla i często przychodził do jego pokoju z piwem  na męskie pogaduchy.
Theo wbiegł po schodkach, a Preston jak zwykle wpatrywał się w niego przenikliwie małymi, świńskimi oczkami. Chłopak skinął mu tylko głową i przeszedł szybko korytarzem do swojego pokoju.
Nie miał do niego  klucza. Zresztą nawet gdyby ktoś się włamał nie miałby czego zabrać, chyba, że szukałby kilku ciuchów, starej, porysowanej gitary akustycznej i kilku starych powieści grozy, bo to było niewątpliwie najcenniejsze. Chociaż gdyby wynieśli metalowe łóżko, stojące przy brudnej ścianie na pewno sporo zarobili by na złomie. Mogli tez porąbać drewniany stolik i szafkę, było mieć drewno na opał.
Była to beznadziejna nora, ale  w obliczu nadchodzącej zimy lepsza taka niż żadna.
Theo rozejrzał się krótko po niewielkim pokoju. Rzuciwszy plecak na stolik i  zdjąwszy kurtkę ułożył się na łóżku. Nie zapalał światła, bo goła żarówka wisząca na haku zbyt drażniła jego oczy. Powoli zdjął gumkę z włosów i przeczesał je dłońmi.  Miał świadomość, że w dużej mierze przez nie lgnęły do niego te wszystkie cioty, ale nie obchodziło go to. Nie miał zamiaru ich ścinać.
Przesunął dłońmi po pościeli. Była szorstka, ale przynajmniej w miarę czysta.
Z resztą. To i tak się nie liczyło. Mógł tak żyć, bo i tak nie był wart niczego lepszego… Albo nie. Mógłby zdechnąć. Ale oczywiście nic na siłę.
Tępo wpatrywał się  w światła z ulicy padające na sufit i uderzał rytmicznie pięścią w materac. Nie myślał o niczym, bo i ile można? Prawda była jedna. Niczego nie da się zmienić. Ile tak leżał? Godzinę? Dwie? Dzień? Miesiąc…? To też było nieważne, nie spieszył się nigdzie. Nie zwracał uwagi na odgłosy bójki z ulicy, czy kłótni za ścianą. Miał w dupie to, co działo się wokół niego.
Nagle z letargu wyrwało go ciche pukanie do drzwi. Spojrzał na nie obojętnie i nic nie odpowiedział.
–  Andy… – dobiegł go zachrypnięty głos Prestona. – Chciałem ci powiedzieć, że czynsz wzrósł o pięćdziesiąt baksów.
Chłopak uniósł się na łokciach, na dźwięk fałszywego imienia, którym zwykł się posługiwać. Z doświadczenia wiedział, że lepiej je zmieniać co jakiś czas, a najlepiej w każdym mieście posługiwać się innym. W zasadzie i tak w żadnym z tych miast nic szczególnego go nie trzymało. Nie miał żadnych bliskich przyjaciół, którzy mogliby go szukać. Tylko tutaj jakoś tak się wszystko zaczęło zmieniać.
– Przecież wiesz, że nie mam kasy. – odparł bezbarwnym głosem.
Preston zamknął drzwi i podszedł o krok.
– Wisisz mi już z trzysta… – sapnął gniewnie.
Theo prychnął i opadł na poduszkę. Nie chciało mu się o tym myśleć.
– Będę musiał iść z tym na policję… – dodał mężczyzna.
Chłopak nie odpowiedział. Bo z resztą nie miał co. Chce iść niech idzie, nie to nie.
Zresztą i tak do czasu jakby się tutaj zjawili, on po prostu by zniknął.
– Może ta twoja krewna ci pożyczy? – zapytał Preston.
– Krewna? – zapytał rozbawiony Theo nie patrząc na właściciela.
– Ta elegancka blondynka. Widziałem was w parku. – wytłumaczył  mężczyzna.
Theo uniósł się nieco zdenerwowany. Na pewno chodziło o Amber.
– Tak pójdę do niej. Mieszka przy Locester Street? – powiedział Preston, widząc zmieszanie chłopka – Na pewno ci pomoże. – powiedział kładąc rękę na klamce.
Sporo kosztowało go śledzenie najpierw chłopka, później tej kobiety, ale po jego reakcji widział, że się opłacało.
– Czego chcesz? –  usłyszał za sobą podenerwowany głos chłopaka i uśmiechnął się szeroko.
Podszedł pewnie do łóżka.
Theo był zaskoczony, że ten facet wie cokolwiek o Amber, ale rodzina Dorothy nie mogła być w to zamieszana, tego był pewien. Miał wywalone na cały świat, ale nie chciał by wiedzieli w jak tragicznej jest sytuacji. Wstydził się tego kim jest, a oni byli z zupełnie innego świata. Co by o nim pomyśleli?
Preston przysiadł na łóżku i przesunął spoconą dłonią po udzie chłopaka.
– Jesteś taki śliczny… – powiedział, zaciskając palce. – Jak myślisz, czego chcę?
Theo ledwo dostrzegalnie skinął głową, że wie. Zatrząsł się cały wbijając w niego rozedrgane spojrzenie. Nie chciał tego. Boże, tak bardzo nie chciał znowu tego czuć. Cholernie się bał i nawet jeżeli jeszcze chwilę temu mógł wydusić z siebie cokolwiek, w momencie, gdy Preston przesunął rękę na jego krocze, strach zacisnął mu krtań.
– Możesz mi to dać? – wyszeptał mu prosto w twarz nieświeżym oddechem.
Theo chciał się odsunąć, krzyknąć, uderzyć go i uciekać, ale jego ciało było sparaliżowane. Wszystkie uczucia sprzed sześciu lat zalały ponownie jego umysł. Wiedział co ma robić i jaki być, by aż tak nie bolało.
Przede wszystkim musi być cicho.
Nie wydał żadnego dźwięku, gdy mężczyzna zbliżył usta do jego szyi i zaczął go całować, trzymając mu spocone ręce na włosach. Czuł na skórze jego język zostawiający mokry ślad śliny i zęby boleśnie zaciskające się na jego wrażliwej skórze. Mężczyzna sapnął z podniecenia wsuwając ręce pod bokserkę, w którą był ubrany. Przesunął łapczywie pulchnymi palcami po jego bokach, po czym złapał nimi sutki wykręcając je boleśnie.
Chłopak zmarszczył brwi i zdusił w sobie jęk, oddychał ciężko przez uchylone usta.
Czuł, że pieką go oczy, którymi bezradnie wpatrywał się w Prestona, podwijającego mu koszulkę. Theo automatycznie uniósł ręce do góry, a mężczyzna korzystając z tego, odrzucił ją na bok. Chłopaka przejął chłód pokrywając jego ciało gęsią skórką. Preston ponownie wpił się w jego ciało, liżąc go językiem po żebrach po czym gryząc  w te same miejsca.
– Andy… Andy…  – wydyszał w jego brzuch sięgając do zapięcia jego spodni.
Posłał mu rozpalone spojrzenie rozpinając pasek i rozporek.
Chłopak zadrżał i zaskamlał cicho. Dlaczego teraz, gdy chce, ręce odmawiają mu posłuszeństwa? Jeszcze przed chwilą trzymał je w górze, a teraz ponownie podpierał się nimi o kołdrę leżącą na łóżku i poddając się bez żadnego oporu.
Preston pomasował go po kroczu przez spodnie, po czym uniósł jego biodra, by zsunąć ubranie. Chłopak drżał na sam widok jego poczynań, a powieki jak na złość również nie chciały opaść. Widział jak jego zwalista klatka piersiowa unosi się w rytm przyspieszonego oddechu, prawie łysa głowa lśni od potu, a na t-shircie widnieją ciemne plamy.
Mężczyzna rozebrał go do naga po czym złapał za kolana i dość brutalnie rozszerzył mu nogi. Wgramolił się głębiej na łóżko. Było mu niesamowicie gorąco, czuł ucisk w spodniach i oddychał ciężko. Tak dawno nie miał nikogo, że odczuwał wszystko tak bardzo intensywnie. Czuł  zimne krople potu spływające po jego rozgrzanych skroniach i szyi.
Natychmiast posłał brunetowi złe spojrzenie na widok oklapniętego penisa, który zamiast rosnąc zdawał się kurczyć jeszcze bardziej, jakby chciał schować się głębiej miedzy nogi chłopaka.
Theo patrzył panicznie na reakcję mężczyzny. I co teraz?
Preston po chwili przesunął dłońmi po udach chłopaka, pokrytych delikatnymi włoskami.
Andy tak strasznie mu się podobał, jego szczupłe ciało, piękna twarz i włosy. Ujął w ręce jego penisa zaczynając go pieścić palcami, przybliżył się twarzą by musnąć go ustami, jednak ten ani drgnął. Zdenerwowany mężczyzna przesunął po nim językiem po czym wziął w usta. Próbował jakoś go pobudzić, lecz nie czując żadnej reakcji uniósł się szybko.
Jego cała czerwona i mokra twarz wykrzywiła się okropnie.
– Tego chcesz, kurwa? – syknął, schodząc z łóżka.
Spuścił spodnie razem z bielizną do kolan, odsłaniając tym samym niedużego, sztywnego penisa otoczonego kłaczkami rudych, poskręcanych włosów. Natychmiast też pochylił się i załapał Theo za ramię. Zacisnął na nim mocno palce i pociągnął do brzegu łóżka.
Theo bezwolnie poddał się temu dziwiąc się, że mężczyzna miał w sobie tyle siły.
A może to on był tak osłabiony?
Kiedy Preston puścił jego ramię, złapał za włosy i przycisnął jego twarz do krocza.
Chłopak syknął z bólu, lecz po chwili do jego nozdrzy doleciał odpychający zapach mężczyzny, zmieszany z potem, jakby wieki nie zmieniał bielizny, ani się nie mył.
– Tak… masz jęczeć. – zawarczał mężczyzna podniecony.
Odsunął nieco jego głowę, a drugą ręką sięgnął do swojego kutasa. Przesunął po nim dłonią i nakierował na usta chłopaka.
– Podoba ci się? – zapytał.
Sam niewiele widział prócz czoła chłopaka zakrytego wzburzonymi włosami. Czuł jednak gorący, płytki oddech na członku i widział przed sobą piękne ciało Theo. Zadrżał i nie mogąc dłużej się powstrzymywać pchnął mocno biodrami.
Gdyby nie stalowy ucisk na głowie, Theo poleciałby do tyłu. Tak jednak poczuł wdzierającego się do jego buzi penisa. Zachłysnął się nim i zaczął kaszleć, gdy Preston od razu wsadzał go głęboko, niemalże do gardła. Czuł jak szklą mu się oczy, a ślina wypływająca wraz z wysuwanym penisem cieknie po brodzie. Mężczyzna nad nim nie zwracał na to uwagi. Jęczał posuwając go tak kilka minut.
Nagle Preston zaśmiał się i jęknął ciężej wyjmując chuja z ust Theo.
Przez swoją tuszę, szybko się męczył. Długi celibat, skracał mu drogę do orgazmu, a chciał spuścić się w głęboko w dupie tego chłopaka. Koszulka,  w którą był ubrany, była już niemal cała mokra od potu, jednak nie miał głowy do tego by ją teraz zdjąć.
– Odwróć się i wypnij tyłek. – rozkazał sapiąc.
Ciało Theo automatycznie wypełniło rozkaz mężczyzny, w wyniku czego klęczał na kolanach, tyłkiem w jego stronę.
Preston zacisnął mocno ręce na jego pośladkach i westchnął głośno. Patrzyłby na nie dłużej gdyby nie nieodparta chęć wbicia się między nie. Przesunął jeszcze kciukiem po otworku chłopaka, łapiąc w rękę penisa błyszczącego od śliny. Jednym brutalnym ruchem wepchnął go do zaciśniętej  szparki, mocno łapiąc go za biodra rękoma.
Tym razem Theo aż krzyknął z bólu, widząc gwiazdki przed oczyma. Ostatni raz pieprzył się… a w zasadzie jego pieprzono sześć lat temu. Ból jaki odczuwał, zdawał się rwać go od środka, jakby miał zaraz wyciągnąć na wierzch wszystkie jego organy.
Jednak zadowolony jego reakcją Preston, uderzył go otwartą dłonią w pośladek i zaczął go pieprzyć, wydając z siebie głośne jęki.
– Tak…! Kurwa! Ciasna dupa z ciebie…. Andy…!
Plecy Theo oblał zimny pot. Ręce drżały, ale o dziwno nie ugięły się. Zwiesił głowę i wpatrywał mokrymi oczami w szarą kołdrę, jęcząc boleśnie zza zaciśniętych zębów.
Przez jakiś czas do jego uszu dochodziły dźwięki obijającego się o jego tyłek ciała i  charczenie posuwającego go faceta. Czuł jak fałdy jego brzucha leżą mu na lędźwiach, a palce boleśnie ściskają biodra.
Kiedy Preston zaczął wbijać się w niego z dziką furią , wiedząc, że zaraz skończy, nie czuł już nic. Nie słyszał jego błogiego westchnienia, gdy docisnął jego biodra do siebie i wystrzelił głęboko w jego wnętrzu. Nie czuł spazmatycznie przesuwanych po jego bokach rąk, ani spermy, która spłynęła mu po udach, gdy mężczyzna z niego wyszedł.
– A mogło ci być tak dobrze. – powiedział zaspokojony Preston, schodząc z łóżka i podciągając wiszące w kostkach spodnie.
Spojrzał na bruneta i klepnął po wypiętym tyłku, po czym wyszedł z pokoju zamykając drzwi.
Theo jeszcze przez kilka chwil stał oparty na rękach w pozycji w jakiej go zostawił mężczyzna.
Nie zauważył nawet momentu, w którym ręce i uda w końcu się pod nim rozjechały. Upadł na brudną, śmierdzącą pościel i niemo wpatrywał się w przestrzeń przed nim. Szeroko rozwarte źrenice nie rejestrowały żadnego obrazu, a z oczu ciekły gorące łzy.
Po kilku minutach odzyskał świadomość swojego ciała, które było jednym wielkim, tępo pulsującym bólem. Mrowienie w zdrętwiałych rękach i pieczenie zdartego przez zęby Prestona naskórka, było niczym w porównaniu do bólu, który rozchodził się z jego wnętrza.
Kiedy tylko go poczuł wydał z siebie przeciągły, głuchy jęk.
Zaraz po tym poczuł chłód. Drżącą ręką przesunął po lepkiej pościeli, a to uświadomiło mu, że cały się lepi od potu, śliny i nasienia. Kolejnym zmysłem, który powrócił był węch. Gdy tylko wciągnął powietrze do płuc, poczuł woń potu i seksu, który sprawił, że jego żołądek wywrócił się na drugą stronę. Po chwili to samo poczuł w ustach, i ledwie zdążył wychylić głowę za krawędź łóżka, by nie zarzygać pościeli.
Zwrócił całe zjedzone śniadanie, ale jego ciało długo rzucało się w spazmach, jakby miał zaraz wyrzygać sam siebie. Później z odrazą przesunął ustami po kołdrze, by je trochę otrzeć ze śliny.
Na końcu wróciło najgorsze: przeszłość.
Chciał zerwać się z łóżka i biec do szpitala. Przy Dorothy zawsze zapominał kim jest. Sperma, ślina i pot Prestona zdawały się wsiąkać w jego skórę, wypalając na niej przesłanie, że takie gówno jak on nie powinno do niej się zbliżać. Kolejną myślą była ta o śmierci, którą prowokowała agonia jego ciała. Ten sam ból jednak uświadomił mu, że nie ma czym ani jak się zabić.
Na końcu zalała go fala apatii. Starej i dobrze już mu znanej obojętności.
Przesunął zimnymi dłońmi po pościeli. Była szorstka, śmierdząca i wilgotna.
Zresztą… To i tak się nie liczyło. Mógł tak żyć, bo i tak nie był wart niczego lepszego… Albo nie. Mógłby zdechnąć. Ale oczywiście nic na siłę.
Tępo wpatrywał się  w światło księżyca padające na ścianę, wsłuchany w miarowe bicie swojego serca. Nie myślał o niczym, bo i ile można? Prawda była jedna i dowodziło jej powoli gasnący ból w jego tyłku i powoli wypływająca z niego sperma.. Niczego nie da się zmienić.
Ile tak leżał? Godzinę? Dwie? Dzień? Miesiąc…?
To też było nieważne, nie spieszył się nigdzie.

*

Po jakimś czasie zwlókł się w końcu z łóżka.
Wszystko go bolało, ale przebywanie w tym śmierdzącym pokoju stawało się nieznośne. Nie mógł już patrzeć na brudną ścianę przed sobą, ale z drugiej strony, dokąd miał pójść?
Zerknął na mały, okrągły zegarek wiszący na ścianie. Piąta trzydzieści. Do dyżuru w schronisku miał jeszcze ponad dwie godziny.
Z obrzydzeniem otulił się brudną, przepoconą kołdrą, zgarnął swoje ubranie, kostkę mydła, pastę i szczoteczkę do zębów, po czym wyszedł cicho z pokoju.  Wolał wszystko trzymać u siebie w pokoju, mniejsze było prawdopodobieństwo, że ktoś poza nim korzystał z jego rzeczy.
Kiedy wszedł do małej łazienki, którą dzielili wszyscy mieszkańcy, natychmiast dopadł do kranu i wypłukał usta zimną wodą. Później, odrzuciwszy na bok kołdrę wszedł pod brudny prysznic i odkręcił wodę, która lodowatym strumieniem padła na jego skórę. Wzdrygnął się, lecz szybko złapał za mydło i zaczął się myć. Pomimo zimnej wody spędził tam dwa razy więcej czasu niż zwykle, szorując się zawzięcie i bardzo dokładnie. Kiedy skończył, wyżął mocno włosy, wyszedł spod prysznica i oparł się o umywalkę. W niewielkim lusterku, które nad nią wisiało widział już zaczerwienienia, pokrywające jego obojczyki. Marszcząc nos spojrzał w dół swojego ciała. Na żebrach i biodrach odznaczały się widoczne malinki.
To było tak obrzydliwe…
Po chwili Theo przykucnął przed umywalką, chowając twarz w zgięcie łokcia.
Wolał nie rozpamiętywać szczegółów  wczorajszej nocy i myślał tylko o tym, by pójść już do schroniska, zabrać pieniądze za przepracowany do tej pory czas i wyjechać z tego miasta.
Chociaż chciałby zostać tu jednak dłużej. Podświadomie jakoś przywiązał się do Dorothy i jej rodziny, która była taką małą namiastką lepszego świata.
Pamiętał dokładnie jak obiecywał siebie, że nie będzie się nigdzie dłużej zatrzymywał, ani przywiązywał do żadnego miejsca. Ale łatwo jest coś takiego obiecać, a trudniej dotrzymać tej obietnicy. Wmawiał sobie, że ma wszystko gdzieś, ale nie było to takie proste.
Chłopak uniósł się szybko i wycisnął na szczoteczkę sporą ilość pasty, po czym tak jak swoje ciało, mył zęby kilka razy, starając się skupić na czymś innym niż śmierdzący chuj Prestona, a i tak po chwili zakrztusił się ostrym, miętowym smakiem pasty i zwymiotował do umywalki.
Kiedy skończył wymiotować przepłukał usta wodą i ponownie umył zęby, tym razem już spokojniej. W między czasie jego ciało obeschło po prysznicu, więc gdy skończył wciągnął na siebie bokserki, spodnie i podkoszulek. Przypominając sobie o tym jak wczoraj zwymiotował, zgarnął jedną ze szmat wiszących na rurach przy zlewie i zamoczył ją w wodzie, zabrał jeszcze swoje rzeczy  i ruszył do pokoju ciągnąc za sobą brudną kołdrę.
Po tej nocy stał się jakoś bardziej obojętny. Nie miał siły roztrząsać tego co się stało, nawet nie pomyślał przez chwilę o samobójstwie. Do tej pory często o tym myślał, ale brakowało mu odwagi. Bo w zasadzie nic go i tak tutaj nie trzymało, tylko że chyba jak każdy miał jeszcze jakaś głupią nadzieję na… coś. Że coś się zmieni.
Ale widocznie czymś na to wszystko zasłużył.
W pokoju, starł już częściowo zaschnięte wymiociny z podłogi i wyrzucił szmatę do stojącego na korytarzu pojemnika. Później zrzucił pościel z łóżka i ściągnął z materaca wyliniały, brązowy koc i zasłał ponownie lóżko brudną pościelą. Do dyżuru miał jeszcze półtorej godziny,  więc  owinął się szorstkim kocem i usiadł w kącie pokoju. Opierając głowę na kolanach, przymknął w końcu oczy, starając się ignorować ból w tyłku i głupie myśli kołaczące się po głowie.
Po półgodzinnej, niespokojnej drzemce, z której wybudzał się co kilka minut, wstał i spakował swoje wszystkie rzeczy do postrzępionego plecaka. Wyciągnął też spod łóżka gitarę zapakowaną w stary, zniszczony pokrowiec i wyszedł z pokoju.
W budynku było jeszcze cicho, bo większość ludzi nie pracowała, żyjąc na garnuszku państwa, a co za tym idzie obijając się całymi dniami.
Theo szedł przez korytarz, chcąc jak najszybciej opuścić to miejsce, jednak gdy minął drzwi do mieszkania Prestona i już sięgał za klamkę do drzwi wyjściowych z budynku, usłyszał za sobą ciche, teatralne westchnienie.
– Och… wyprowadzasz się Andy? – zapytał go uprzejmym tonem Preston.
Theo odwrócił się w kierunku mężczyzny i skrzywił się na jego widok.
– Tak. – mruknął tylko, tracąc wszystkie resztki pewności siebie jaka kiedykolwiek posiadał.
Tego właśnie nienawidził  w sobie najbardziej, tego, że w konfrontacji z innymi mężczyznami nie umiał wykrzesać z siebie żadnej woli walki. Jego ciało automatycznie paraliżował strach, głos wiązł w gardle, a plecy zlewał zimny pot. Nienawidził tego.
– Mam cię szukać? – zapytał Preston z żółtym uśmiechem na ustach.
Stojący przy drzwiach chłopak przełknął ciężko ślinę. Oczywiście wyczuł ‘delikatną’ aluzję mężczyzny i domyślał się, że szukał go będzie nigdzie indziej jak w domu Amber. Zupełnie zapominał o tym, że ten chuj zna adres kobiety.
Widząc niepewność chłopaka, Preston zbliżył się do niego i złapał go za ramię.
– Wróć grzecznie go pokoju i zostaw tam rzeczy, dopiero wtedy będziesz mógł wyjść do pracy. – powiedział do niego łagodnym głosem i popchnął go w kierunku schodków.
Sparaliżowany chłopak pokiwał tylko głową, modląc się w duchu, by mężczyzna już go puścił, co też po kilku krokach się stało. Gdy odrętwiały zamknął za sobą drzwi od pokoju, upuścił na ziemię futerał od gitary i oparł się o drzwi oddychając głęboko.
Po chwili posłusznie schował gitarę z powrotem pod łóżko, a połowę rzeczy z plecaka zostawił na stoliku.
– Wróć szybko, żebym nie musiał zastanawiać się gdzie jesteś. – rzucił zadowolony Preston,  gdy chłopak wychodził z budynku.
Theo, wypadł na ulicę i zatrząsł się z zimna. Szybko ruszył w kierunku schroniska, w którym znalazł pracę. Nie zarabiał w  nim wiele, ale zawsze miał parę dolarów na jedzenie i inne niezbędne rzeczy.
Po kilku minutach drogi w otępieniu, wrócił myślami do sytuacji  w jakiej się znalazł.
Z jednej strony mógł już nie wracać do kamienicy. Nie zostawił w niej zbyt cennych rzeczy, tylko gitarę, książki i kilka starych, znoszonych łachów. Pozostałe i najpotrzebniejsze rzeczy takie jak szczoteczka do zębów czy mydło, zawsze miał w plecaku, w końcu nigdy nie wiedział kiedy będzie musiał szybko się skądś zwinąć.
Co do Amber i jej rodziny… nie chciał by dowiedzieli się o tym jak żyje. Ale z drugiej strony niby dlaczego? Nie byli mu jakoś specjalnie bliscy, a on im tym bardziej nie, więc gdyby zniknął nic by się nie stało. Zmartwili się gdyby naszedł ich Preston i… W sumie co by im powiedział? Że raz go zerżnął, a później Theo zaginął? Poza tym i tak powiedziałby o nim Andy, więc Amber mogłaby się nie domyślić wcale, że chodzi o niego i wywalić go z mieszkania nim zdążyłby powiedzieć coś więcej.
Mogłoby tak być prawda?
Po niecałych dwudziestu minutach Theo doszedł do schroniska, które znajdowało się na obrzeżach miasta. Już z daleka słychać było poszczekiwania psów i inne odgłosy wydawane przez znajdujące się tam zwierzęta.
Chłopak przeszedł przez bramkę w ogrodzeniu z metalowej siatki i po przejściu kilku metrów wszedł do szarego budynku. Znalazł się w niewielkim pomieszczeniu, które pełniło rolę recepcji, biura, a także stołówki, na której zbierali się pracownicy schroniska na przerwach. W całym schronisku, na wszystkich zmianach pracowało około dziesięciu osób, ale tak szczerze Theo średnio to interesowało,  w zasadzie nie znał nawet imion wszystkich członków personelu.
Wszedłszy do pomieszczenia przywitał się z siedząca na recepcji Margaret, starszą kobietą, która była założycielką schroniska i podszedł do niej by odebrać kluczyk do swojej szafki w szatni.
– Skończysz dzisiaj sprzątać klatki? – zapytała kobieta ciepłym głosem, podając Theo kluczyk.
– Jasne. – odparł roztargniony chłopak i wymusił blady uśmiech w stronę kobiety.
Lubił ją w sumie. Nie była ani zbyt ciekawska, ani nachalna.  Większość czasu w pracy Theo i tak poświęcał zwierzętom, więc nie spędzali razem zbyt dużo czasu. Czasami jednak tak się zdarzało, ale kobieta na szczęście nie należała do tych osób, które musiały bez przerwy coś gadać. Nie wypytywała go o rodzinę, przeszłość czy cokolwiek innego.
– Andy? – zatrzymała go na chwilę kobieta.
Theo odwrócił się do niej i spojrzał pytająco.
Kobieta poprawiła pulchną dłonią, przesuszone, rude włosy i przyjrzała się uważnie twarzy chłopaka.
– Dobrze się czujesz? – zapytała  się przyglądając mu uważnie znad okularów – Jakoś tak blado wyglądasz.
Theo zamrugał i uśmiechnął się do kobiety.
– Kiepsko spałem. – zaśmiał się drapiąc po głowie.
– Pewnie zabalowałeś wczoraj. – bardziej stwierdziła niż zapytała kobieta – No zmykaj do pracy. Jak sprzątniesz klatki, będziesz mógł iść do domu i odespać. – uśmiechnęła się do niego i wróciła do wypełniania dokumentów.
Chłopak odetchnął i przeszedł do szatni znajdującej się za recepcją i szybko przebrał się w stare ciuchy, których używał w pracy. Później ruszył dalej w głąb budynku i już po chwili wyszedł na zadaszony do połowy dziedziniec. Pod zadaszoną częścią znajdowały się klatki z psami. Theo szybko przeszedł do tych, które miał wyczyścić i zabrał się do pracy.
Praca w schronisku odciągała jego myśli pod Prestona i innych nieprzyjemnych spraw. Szło mu sprawnie,  bo w  sumie sama praca nie należała do ciężkich. Nikt mu nie przeszkadzał, bo równolegle na jednym dyżurze w schronisku przebywały tylko dwie osoby.
Kiedy skończył ze sprzątaniem zabrał się za karmienie zwierząt. Pomimo tego, że Margaret pozwoliła mu iść wcześniej, wolał nie zostawiać wszystkiego Sarze. Poza tym lubił je. Miały przyjemną w dotyku sierść i były bardzo ciepłe.

Kiedy skończył i wrócił do recepcji było już trochę po dziesiątej. W pomieszczeniu zastał właścicielkę i Sarę, która  także przyszła na przerwę. Dziewczyna, szczupła mulatka, trzymała na kolanach kota i głaskała go powoli, sącząc herbatę z dużego kubka.
– Andy! – dziewczyna uśmiechnęła się na widok chłopaka. – Cześć!
Theo skinął dziewczynie głową i przeszedł do łazienki, by szybko umyć ręce, po czym wrócił do recepcji i usiadł na starym, wiklinowym krześle.
– A co ty taki? – zaśmiała się dziewczyna unosząc na niego żywe spojrzenie brązowych oczu.
– Jaki?
– Bardziej zgaszony i blady niż zwykle.
Chłopak westchnął cicho i  podparł głowę na dłoniach.
– Nic. Źle spałem. – odpowiedział krótko i z wdzięcznością wymalowaną w oczach odebrał od Margaret  kubek z gorzką herbatą, która w zasadzie była jego śniadaniem.
– Przyznaj się, pewnie się zakochałeś. – zaśmiała się dziewiętnastolatka.
Theo przewrócił tylko oczyma i ogrzał ręce na kubku.
Sara była typową nastolatką, której w głowie były tylko romanse i intrygi. Często przychodziła do niego ze swojej części i zalewała  go falą monologów o ludziach, których imion nawet nie pamiętał. Zapamiętał tylko tyle, że jej ojciec zginał w jakimś tam wypadku,  a ona sama rzuciła szkołę, by pójść do pracy i pomóc tym matce. A tak poza tym nie pamiętał nic. Czasami tylko przytakiwał jej cicho, by nie pomyślała, że całkowicie ją olewa.
– No przyznaj się. – zawołała dziewczyna, a stojąca przy biurku Margaret tylko roześmiała się pod nosem.
Lubiła gdy zmianę miała ta dwójka dzieciaków. Uważała, że takie połączenie jest niezwykle zabawne: wiecznie roześmiana i rozgadana Sara, i cichy, zamyślony Andy udający, że jej słucha.
– Nie mam do czego. – westchnął chłopak osuwając się na krześle i zasłaniając  kubkiem.
Myślami ponownie powrócił do własnej sytuacji. Nie wiedział już czy wracać do kamienicy, i czy w ogóle zależy mu na Dorothy. Bo w tym mieście czuł się tak trochę jakby miał własne miejsce, jakby ktoś się nim trochę interesował.
Poza tym, jak wczoraj ten cały Anthony zasugerował mu, że powinien przestać spotykać się z Dorothy był naprawdę zły. Pamiętał to dobrze, bo o dziwo potrafił mu się jakoś postawić i odpyskować. Szkoda, że nie umie tego zrobić w stosunku do tego chuja Prestona..
– … po tym jak zrobił dziecko mojej koleżance?! Wyobrażacie sobie!? – wykrzyknęła wzburzona Sara, a kot z jej kolan aż uciekł z sykiem i wskoczył na kolana Theo.
Theo zamrugał i pogłaskał kota uspokajająco.
Był to ten sam kocur z naderwanym uchem, który w drugi dzień jego pracy przylazł za nim do schroniska. Miał swoje miejsce w schronisku, a dokładniej w tym pokoju, bo został tak jakby ich maskotką, miał swoją miskę, ale jak to kot, włóczył się nie wiadomo gdzie, co jakiś czas zaszczycając schronisko swoją obecnością. W sumie nawet jeszcze nie miał imienia.
– Sara… Sara! – zawołała Margaret chcąc jej przerwać.
Gdy dziewczyna zamilkła, kobieta uśmiechnęła się do niej przepraszająco.
– Wróć proszę do pracy. Trzeba wyczesać Blinka i Grace, a później odpchlimy te nowe psiaki, które przywiózł rano Tim.
– Och.. okay.. – jęknęła dziewczyna, niezadowolona, że musi już skończyć rozmowę. – Późnej wam dokończę.
Wstała i przeciągnęła się z ziewnięciem, po czym ruszyła w kierunku drzwi.
Margaret pożegnała ją serdecznym pokręceniem głową i po chwili skierowała przenikliwe spojrzenie na Theo.
– Andy, nie chcesz już iść? – zapytała.
Chłopak uniósł na nią zamyślone spojrzenie.Nie chciał wracać. Gdy przypominał sobie słowa jakimi pożegnał go Preston, aż się wzdrygnął. Dlaczego nie umiał mu się postawić jak wczoraj temu wujkowi Dorothy?
Dorothy… obiecał, że ją odwiedzi. Agrh!
Theo nie umiał podjąć słusznej decyzji i wzruszył ramionami do swoich myśli.
– Widać, że jesteś zmęczony. –  stwierdził kobieta, sadząc, że wzruszenie ramion było odpowiedzią chłopaka –  Idź do domu i prześpij się.
– Nie chcę… – westchnął w końcu chłopak. – Jak myślisz, mógłbym dostać pieniądze za pracę już dzisiaj? Chyba muszę już wyjechać. – dodał cicho.
Margaret zmarszczyła brwi i założyła ramiona na piersi.
– Hm… – zastanowiła się kobieta – Co to znaczy chyba?
Nie chciała, żeby chłopak odchodził  pracy. Był punktualny, a często nawet  zostawał po dyżurze, robił wszystko co mu poleciła, a przede wszystkim zwierzaki mu ufały.
Starała się nie wnikać w przeszłość swoich pracowników, ale wiedziała, że każdy  z nich skrywa w sobie jakieś złe wspomnienia. Niektórzy, tak jak Sara, musieli się wygadać, inni, jak Theo, nie mówili nic. Czasami śmiała się sama do siebie, że oprócz schroniska dla zwierząt prowadzi schronisko dla zagubionych ludzi. Przeważnie tacy trafiali do niej do pracy: bez szkoły, bez rodzin, rozpaczliwie poszukujący pieniędzy, by mieć chociaż za co kupić jedzenie. Za pieniądze, które mogła im wypłacać, nie pracowałby żaden człowiek, który nie był do tego zmuszony. Starała się na nich nie naciskać i postępować wyrozumiale, bo mimo wszystko była taka sama. To współpracownicy i zwierzęta byli jedyną jej rodziną.
Spojrzała wyczekująco na chłopaka i nie doczekawszy się odpowiedzi, dodała:
– Nie ukrywam, że to mi trochę nie na rękę. Jesteś dobrym pracownikiem.
Theo uniósł na nią spojrzenie. Czy to znaczyło, że był tutaj potrzebny?
–  Myślisz więc, że powinienem zostać? – zapytał, zaciskając rękę na kubku.
– To zależy od ciebie, jeżeli musisz jechać to jedź, nie zatrzymam cię siłą. – odpowiedziała kobieta, obserwując chłopaka.
Był stanowczo dziwniejszy niż zwykle.
– Co się stało, Andy? – zapytała w końcu.
Chłopak pokręcił tylko głową i zapadł się głębiej w fotel.
– Chciałabym żebyś został. – powiedziała w końcu Margaret – To jak? Szykować pieniądze za te dwa tygodnie? – zapytała po chwili ciszy.
Theo bił się z myślami. Tak bardzo chcę zostać, pomyślał i w jednej chwili zaskoczył się, że w końcu na czymś mu zaczęło zależeć. No i ktoś go może troszkę potrzebował.
Po chwili wstał, zsuwając uprzednio kota na podłogę.
– Może pomogę wam odpchlić te kundle, hm? – zapytał podchodząc do kobiety i patrząc na jej pełną, piegowatą twarz.
Margaret poklepała go po ramieniu.
– A nie zasłabniesz mi  w trakcie? – zapytała z uśmiechem.
Nie wiedziała co się stało z  chłopakiem, ale miała wrażenie, że jakoś mu pomogła. Andy był dobrym dzieciakiem.
– Nie… – zaprzeczył szybko chłopak – Zostanę do końca zmiany. – dodał z lekkim uśmiechem, starając się nie myśleć o tym co się stanie jak wróci do swojego tak zwanego domu.

Reklamy

6 thoughts on “Till We Are Vol. 1 Ch.02

  1. Witam,
    Theo to ja bym najchętniej całego wyściskała… Peterson i jego ton…, biednyTheo, a moze Anthony mu pomoże…
    Dużo weny życzę Tobie…
    Pozdrawiam serdecznie

  2. Wiedziałam, że będzie ciężko. Jeżeli chłopak ma za sobą jakieś przejścia typu gwałt itp. to nie dziwię się ,że tak ostro reagował na Anthoniego, który jakby nie patrzeć, myślał o nim w dość zbereźny sposób i było to widać.
    Theo jest taką osobą, którą najchętniej wzięłabym do domu i wyściskała…
    A ten Preston… Uh, zabić gnoja… Dlatego cieszę się, że piszę opowiadanie sci-fi, jak mi się coś nie podoba, zawsze mogę gościa zamordować i to bardzo brutalnie xD Głowy wszędzie, flaki wszędzie, co to będzie, co to będzie…? Hah xD

    1. A tu pech, bo Theo raczej niezbyt jest ufny i pewnie by stał jak kłoda, gdybyś go tuliła.

      Ha ha ha! Padłam. Teoretycznie mogę zrobić z któregoś z chłopaków mordercę (a raczej mogłabym, gdybym już nie napisała tego opowiadania xD). No na przykład Anthony mści się na Prestonie za Theo, albo sam chłopak już nie wytrzymuje i takie tam….

      No ja czekam i czekam na te flaki wszędzie a ich ani widu, ani czuć~~~xD

      1. Ja mam podobnie, bo jak jakaś głupia dziewucha z klasy chce mnie przytulić na powitanie to stoję jakby mnie zamurowali żywcem xD
        Ty masz dobrze, bo skończyłaś już, a ja mam… 10 rozdziałów? Czy 11. Dlatego będę dodawać co miesiąc xD Przewiduję, że od 1 września zacznę dodawać, ale to te pewne nie jest…

        1. Ja ma teraz tak w pracy, którą znalazłam na wakacje. Sami niepoważni ludzie. Brrr~~~~ Nie jestem chyba aż taka sztywna i tak dalej,a le cienię sobie swoją przestrzeń osobistą i bardzo, bardzo mnie to deprymuje i drażni czasami. No ale nic, staram się przyzwyczaić. C:

          Nie, coś Ty. Piszę drugą część, powoli betuję pierwszą (około dwudziesty rozdziałów) by móc ją wstawić. Zresztą opowiadanie raczej nie będzie długie. Nie wiem nawet, czy dobije do pięćdziesięciu rozdziałów. Może, może… Z resztą zobaczy się jak to wyjdzie. C:

          Fajnie, wiem już mniej więcej kiedy się spodziewać czegoś od Ciebie. : )

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s