Till We Are Vol. 3 Ch.02

Keith obudził się o zwykłej dla siebie porze i z pierwszym głębszym oddechem rozkaszlał się mocno. Przeklinając pod nosem Ethana, bo to w końcu przez niego zaczął ponownie palić, zwlókł się z łóżka i ruszył ku wyjściu z sypialni.
Zasnął dopiero nad ranem, rozmyślając ciągle o śpiącym na dole chłopaku. Co jakiś czas zastanawiał się, czy to wszystko mu się nie przyśniło. Może Ethan, całe bycie z nim, było tylko snem? Ile razy tak myślał już w swoim życiu? Że Jane, że Ethan, że wszystko, co teoretycznie było dobre w jego życiu, było tylko głupim marzeniem?
Zupełnie nie miał pojęcia jak ma reagować na Ethana. Miałby mu wybaczyć? Zapomnieć? Ale chłopak nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo go zranił! Jak bardzo Keith za nim tęsknił, przez tyle czasu, jak bardzo upokarzał się przed Catherine, właśnie dla niego. I gdyby jeszcze coś osiągnął, gdyby dowiedział się czegokolwiek. Ale nie, czuł się jak ostatni kretyn, gdy wspominał rozmowy z matką chłopaka, albo gorsze dni, gdy naprawdę nie był w stanie skupić się na klientach czy pracy w warsztacie.
A teraz Ethan staje w jego drzwiach i co? ‘Chcę być z tobą. Po to wróciłem. Teraz w końcu możemy być razem’. Czy nie to wczoraj od niego usłyszał? Nie zapewnienia o przemianie i zrozumieniu swoich błędów?
Tylko co miało wyniknąć z tych jego wielkich słów? Ethan nie raz wcześniej wiele mówił, a później po prostu łamał dane postanowienia.
Taki już był, jakby wszystko było mu wolno, jakby wszystko dla niego było niczym. Tylko jego potrzeby się liczyły.
Z perspektywy czasu, Keith musiał przyznać, że zbyt łatwo pozwalał chłopakowi sobą manipulować. Robił dla niego niemal wszystko, wierząc że uda mu się wybić z głowy Anthonego, że będą razem szczęśliwi.
Jednak wczoraj, w oczach chłopaka widział tyle dziwnych dla niego emocji. Skrępowanie, czasami jakby niepewność… Czy to była kolejna gra? W końcu Ethan był mistrzem intryg i kłamstw zupełnie, jak jego matka. Oboje byli tacy sami.
Schodząc do salonu, zatrzymał się u dołu schodów, przesuwając wzrokiem po złożonym równo kocu, który mu wczoraj dał i po poduszce, leżącej na wierzchu. Obok kanapy stał plecak chłopaka i Keith aż odetchnął widząc po tym, że Ethan jednak nie zwiał. I w sumie nie wiedział już co byłoby lepsze.
Słysząc jakieś odgłosy z kuchni ruszył w jej kierunku i zatrzymał się w wejściu zaskoczony.
– Co robisz? – zapytał, zakładając ramiona na piersi i marszcząc brwi.
Ethan zerknął na niego znad patelni i uśmiechnął się lekko.
– Dzień dobry. – wyszczerzył się, dyskretnie przesuwając wzrok na jego nagi tors – Robię śniadanie. – odparł zwykłym tonem, wskazując mu głową patelnię z jajecznicą.
Zaraz też przesunął się do stojącej obok szafki i przełożył jedzenie na dwa talerze.
– Przecież ty nie umiesz gotować. – zauważył Keith, darując już sobie cyniczną uwagę o drogich restauracjach.
– Naprawdę dużo się nauczyłem przez te pięć miesięcy. – odparł niezrażony niczym chłopak i posyłając mu uśmiech, postawił naczynia na stole. – Siadaj. – uśmiechnął się do niego i sięgnął jeszcze po widelce.
Keith zamrugał tylko kilka razy i przeszedł do szafki, na której stał dzbanek z wodą i nalał jej sobie trochę do szklanki. Wypił wszystko łapczywie, jak co rano, gdy po powrocie do papierosów budził się z niesmakiem i suchością w ustach.
– Chcesz wody? – zapytał nie odwracając się jeszcze do Ethana.
– Nie, zrobiłem kawę, tobie zresztą też. – odparł chłopak siedząc już przy stole i czekając aż mężczyzna zajmie miejsce naprzeciwko niego.
Keith tylko pokręcił głową i prychnął pod nosem. Przeszedł do lodówki i wyciągnął z niej sok i zaraz postawił na stole szklankę, którą nim wypełnił.
– Nie piję kawy. – powiedział, zerkając na niego krótko i zakręcając karton.
– Nie…? – zapytał zaskoczony Ethan, przygryzając wargę – Coś się zmieniło…?
Keith odetchnął głęboko, czując jak wpada w ironiczny humor.
– Nie, nic się nie zmieniło. – powiedział, starając się nie brzmieć sarkastycznie – Nigdy jej nie piłem. – powiedział znacząco.
Ethan spuścił wzrok na swój talerz i odetchnął płytko.
– Nawet, gdy byliśmy razem…? – zapytał, czując się jak ostatni dupek.
– Nawet. – pokiwał mężczyzna głową – Nigdy nie lubiłem jej zapachu ani smaku. Kojarzy mi się z jakimiś pomyjami. – wyjaśnił, sam nie wiedząc, czemu w głębi ducha taka błahostka sprawiła mu tyle przykrości – Smacznego. – westchnął, sięgając po widelec i zaczynając dziobać w talerzu.
Ethan pokiwał głowa zgaszony, zaraz jednak zaciskając zęby.
Okej, był dupkiem. Byli ze sobą ponad trzy miesiące, a on nie zauważył nawet, że jego kochanek nie pija kawy. Ciekawe ilu jeszcze rzeczy nie wiedział o Keithcie, pomyślał, zerkając na niego. Nagle aż jęknął w duchu, zdając sobie sprawę, że praktycznie nic. Kim byli jego rodzice, czym się interesował, lub jakie książki lubił czytać? Wiedział tylko trochę o Jane i tyle.
Nagle zdał sobie sprawę, że przecież nigdy nie pytał Keitha o jego życie. To rzeźbiarz zasypywał go pytaniami, to on sam zauważał jakie relacje łączą jego i rodziców. Prawdopodobnie, wiedział o nim milion drobnych rzeczy, podczas gdy Ethan, nie wiedział nawet skąd mężczyzna pochodził. Ale to nic, pomyślał zaraz, nadrobi to wszystko, prawda? W końcu miał zacząć od zera, więc i poznawanie Keitha może zacząć na nowo.
– Smakuje ci? – zapytał, unosząc spojrzenie i uśmiechając się lekko.
Keith przełknął to, co miał w buzi i pokiwał głową.
– Tak, smakuje. – odparł, a mając na uwadze jego reakcję, gdy powiedział mu o kawie, nie dodał już, że jajka może przyprawiać nie tylko solą.
– Cieszę się. – wyszczerzył się Ethan i zabrał się za jedzenie.
Bardzo chciał zapunktować u Keitha. Czasami aż łapał się na tym, że gdyby był taki jak dawniej, to właśnie Keith stałby się jego celem. Podobnie jak kiedyś Anthony. Ale był już inny. Teraz był przekonany, że ma inne zalety niż upór, którymi mógłby zapunktować u rzeźbiarza. Był przecież zupełnie inny, dużo lepszy, bardziej cierpliwy, nie aż tak próżny. A w każdym razie miał nadzieję, że udało mu się takim stać.
– Co zamierzasz dzisiaj robić? – zapytał w końcu Keith, czując się dziwnie, gdy chłopak uśmiechał się do niego w taki ciepły sposób.
– Nie wiem… Pojadę do mieszkania… w zasadzie myślałem o tym, żeby je sprzedać, taki samochód też nie jest mi potrzebny. – powiedział, przyglądając mu się znad talerza.
– Chcesz zamieszkać u rodziców? – zapytał zaskoczony rzeźbiarz, odkładając widelec na pusty talerz.
– Chyba byśmy się pozabijali. – zaśmiał się chłopak i zaraz odetchnął, popijając z kubka kilka łyków kawy – Myślałem… – zaczął przygryzając wargę – Myślałem, że będzie inaczej… między nami. – dodał, pocierając się po nosie – Że zamieszkalibyśmy razem… może. – dodał, czując jak zaczyna mu walić serce.
Keith wstał od stołu, by ukryć swoje zaskoczenie jego słowami i przestawił talerz do zlewu. Ręce zaczynały mu drżeć, ale nie chcąc tego po sobie pokazać, sięgnął po papierosy, leżące przy kuchence i zapalił jednego.
Nie wiedział co mógłby mu powiedzieć, więc zaciągnął się mocno, opierając się tyłem o zlewozmywak.
– A teraz to, nie wiem… wynajmę coś sobie taniego. – powiedział Ethan i zaraz uniósł na niego spojrzenie – Coś czego czynsz nie będzie kosztował majątek. Muszę też znaleźć pracę, no, a jak już stanę na swoim to zacznę studia. Ale nie na finansach. – zaśmiał się chcąc ukryć zmieszanie.
Keith oblizał wargi powoli i założył ramiona na piersi.
– Może najpierw znajdź pracę, a później sprzedaj kawalerkę. – zauważył – Nikt ci nic nie wynajmie bez zapłaty chociażby odstępnego i wiedząc, że jesteś bezrobotny. – dodał łapiąc spojrzenie Ethana.
Wszystko co usłyszał dziwnie brzmiało w ustach chłopaka. Zbyt poważnie, jakby Ethan zaczynał interesować się prawdziwym życiem, jakby naprawdę się zmienił. Poczynił jakieś plany na przyszłość, chciał coś zmienić.
Chłopak skrzywił się, przygryzając wargę i zdając sobie sprawę z tego, że tak naprawdę nic nie wie o zwykłym życiu. W końcu do tej pory nie musiał martwić się o rachunki, bo zawsze na koncie miał pieniądze.
– Pewnie masz rację…
– Mam. Poza tym mieszkanie jest twoje, więc nie rozumiem czemu nie mógłbyś w nim zostać. – zapytał zaraz Keith.
– No tak, ale utrzymanie go też trochę kosztuje, a ja jestem spłukany do zera – wyjaśnił chłopak – Nawet nie mam na rachunki za ten miesiąc.
Rzeźbiarz odetchnął, kręcąc głową z niedowierzaniem. Że niby Ethan się zmienił? Przecież to było cholernie nieodpowiedzialne. Myślał, że wróci i co? I wszystko będzie tu na niego czekało?
– Mogę ci pożyczyć na ten miesiąc. – powiedział w końcu, strzepując popiół do zlewu – Wystawisz mieszkanie na sprzedaż, a gdy znajdą się kupcy i wpłacą zaliczkę, będziesz miał kilka dni na przeprowadzkę. – powiedział, układając to wszystko w głowie – W międzyczasie rozglądaj się po prostu za czymś dla siebie, a gdybyś jednak nie znalazł, możesz się wtedy wprowadzić do mnie na kilka dni. – dodał, przyglądając się chłopakowi.
Gdy tylko to powiedział, już był na siebie zły.
Znowu mu ulegał, znowu chciał go zbawiać i mu pomagać. I pewnie znowu skończy tak, jak ostatnim razem.
– Super… – powiedział chłopak wstając i podchodząc do niego – Nie chciałbym pożyczać nic od rodziców. W zasadzie chciałem ci udowodnić, że jestem taki samodzielny i odpowiedzialny, a okazuje się, że… no. – uśmiechnął się krzywo, zagryzając wargę i przesuwając spojrzeniem po jego ustach – Że nie poradzę sobie znowu bez twojej pomocy. – dodał, oblizując wargi.
Keith wzdrygnął się czując jego obecność i odwrócił się lekko, by zagasić papieros w zlewie. Wyrzucił go do kosza stojącego w szafce i zadrżał aż odwracając się ponownie do chłopaka.
Ethan stał zbyt blisko. Tak, że blondyn czuł już jego zapach, widział jak pojedyncze kosmyki włosów wpadają mu do oka i zacisnął mocniej dłoń na krawędzi zlewu, by nie wyciągnąć jej do jego twarzy i nie odgarnąć ich tak, jak zawsze robił. Przed oczyma widział już, jak zsuwa dłoń na jego kark i przyciąga jego wargi do swoich ust.
– Pomogę ci, ale to jest ostatni raz, Ethan. – zaznaczył, oddychając ciężej – Dziękuję za śniadanie. A teraz jedź już proszę, do siebie. – powiedział chłodno i przeszedł do salonu. – Muszę zacząć pracę.
Ethan skrzywił się lekko i odetchnął. Rozpalone spojrzenie, którym Keith przesuwał po jego twarzy było bardzo jednoznaczne i chłopak mógłby dać głowę uciąć, że myśli mężczyzny błądzą w tych samych rejonach co jego. By dotknąć, pocałować, rozebrać… Czując falę ekscytacji podążył za nim.
Rzeźbiarz ruszył do drzwi przy których, na półce, leżał jego portfel.
– To powinno ci wystarczył na taksówkę i jakieś małe zakupy. – powiedział wracając do niego i wręczając mu kilka banknotów – Pieniądze na rachunki i nie wiem… agenta nieruchomości… wyślę ci na konto, tylko zapisz mi numer. – powiedział, przechodząc do komódki i wyciągając z niej notes.
– Nie mam przy sobie… nie znam go na pamięć.
Keith oblizał usta chcąc, by chłopak w końcu wyszedł. Czuł, że jeszcze chwila i sam się na niego rzuci. Bo naprawdę chciał go pocałować, dotykać go. Nie był z nikim innym, odkąd chłopak wyjechał, poza tym jego ciało, zapach, nadal go podniecały.
– Dobrze, jak zajedziesz do domu wyślij mi smsem, mailem, czy zadzwoń, okej? – zapytał retorycznie i uniósł z podłogi jego plecak – Idź już. Muszę iść do warsztatu. – westchnął, czując jak serce głośno dudni w jego piersi.
Ethan spojrzał na niego zgaszony i schował pieniądze do kieszeni spodni.
– Dobrze. Dzięki. – odparł.
Keith odprowadził go do drzwi i uśmiechnął się krzywo.
– Gdyby ci zbrakło na cokolwiek, to zadzwoń. – dodał, przesuwając rozbieganym spojrzeniem po jego twarzy – Pożyczę ci ile będziesz potrzebował.
– Dzięki…
– Do widzenia. – rzucił Keith i spojrzał na niego wyczekująco.
W końcu chłopak odszedł od drzwi, a on zamknął je i odetchnął ciężko.
Ethan ruszył powoli w kierunku centrum. Z tego wszystkiego nie zadzwonili nawet po taksówkę, ale może to i lepiej? Spacer dobrze mu zrobi.

Kiedy był już we własnym mieszkaniu zupełnie nie mógł się w nim odnaleźć. Kawalerka nigdy nie była zbyt duża, jednak dla niego teraz okazała się być zbyt wielka. Przez ostatnie kilka miesięcy spał w pokoju wspólnym z innymi wolontariuszami, każdy z nich na wąskiej, twardej pryczy. A tu? Ogromne łóżko, zasłane gładką pościelą, duże czyste wnętrze, tak bardzo przypominało mu o jego dawnym charakterze. Nadal było ładne i gdyby chłopak miał je urządzać ponownie, urządziłby tak samo, ale każdy jego fragment, przypominał mu jakie świństwa kiedyś robił. Nie chciał tu być. Tym bardziej, że to ONI kupili mu to mieszkanie, za ich pieniądze wstawił tu każdy mebel, ciesząc się z tego jaki jest dorosły i samodzielny.
W drodze do centrum, Ethan postanowił już dzisiaj pojechać do rodziców. Wyjaśnić wszystko i w końcu mieć od nich spokój. Kiedy ubrał się w swoje dawne ubrania, które zakładał na wizyty u matki czuł się jak przebieraniec. Wszystko tak dziwnie go drapało i krępowało jego ruchy, że końcu przebrał się w sprane spodnie i bokserkę, w których przyszedł. Przeszukując jeszcze papiery znalazł numer konta i zadzwonił do Keitha.
Nawet nie chodziło o pieniądze, których jednak bardzo potrzebował, a o to by go usłyszeć. Jego niski głos, który wywoływał dreszcze na jego ciele, działał jak najlepszy afrodyzjak. Żałował tylko, że rozmowa była bardzo krótka i rzeczowa, a on nie miał nawet pomysłu, jak ją przedłużyć.
Może faktycznie był naiwny sądząc, że wszystko ułoży się według jego myśli? Wyjeżdżając wiedział, że wróci i że właśnie do Keitha, a zrobił mu chyba największe świństwo jakie tylko mógł. Ponownie chciał mu pokazać się z tej lepszej strony, a tylko go zranił.
Po dłuższej chwili namysłu, Ethan sięgnął po telefon i wybrał numer.
Jednak nie był gotowy na spotkanie z matką, wiedział, że musiał być naprawdę twardy w konfrontacji z nią, jednak po spotkaniu z Keithem zupełnie zgasł.
– Ethan? – usłyszał dobrze mu znany głos i uśmiechnął się lekko na jego dźwięk.
– Cześć Anthony… – powiedział półgłosem i oblizał usta – Moglibyśmy się spotkać? – zapytał.
Mężczyzna po drugiej stronie słuchawki zamilkł na chwilę, a chłopak już wyobrażał sobie o czym może myśleć, jakie scenariusze mu przychodzą do głowy.
– Może wpadnę później? Jak wrócisz z pracy? Nadal jesteś z Theo? – zapytał, czując suchość w ustach.
– Tak, nadal. – odparł od razu architekt – Ale… Ethan, czego chcesz tym razem? – zapytał, a szatyn aż jęknął w duchu. Domyślał się, że nie zostawił po sobie zbyt miłego wspomnienia, co nie zmienia faktu, że to zwykłe pytanie trochę go zabolało. Ale przecież zasłużył.
– Chcę was przeprosić. – westchnął do słuchawki zaciskając pięść na włosach z tyłu głowy – Nie zrobię nic głupiego, uwierz mi. – dodał, chcąc uspokoić mężczyznę.
Anthony odetchnął po drugiej stronie słuchawki.
– Jasne, przyjdź… – powiedział w końcu, a w jego głosie było wyraźnie słychać zaskoczenie – Theo kończy po piątej, więc bądź tak około szóstej, okej?
– Okej, to do zobaczenia. – dodał jeszcze szatyn i poczekawszy, aż mężczyzna się rozłączy, sam wyłączył telefon.
Nie oczekiwał żadnych kwiatów na powitanie, ale to jak wszyscy na niego reagowali nie było zbyt miłe, chociaż doskonale wiedział, że sam solidnie na to zapracował.

Kiedy po kilku godzinach stał w apartamentowcu, w którym mieszkali Anthony i Theo, czuł jak serce podchodzi mu do gardła. Ale czy to nie znaczyło, że się zmienił? Zależało mu na tym, by obaj przyjęli jego przeprosiny, szczególnie Theo, którego zawsze traktował jak śmiecia, jak kogoś gorszego. Ale co miał mu teraz powiedzieć? ‘Ej, sorry byłem chujem, bądźmy przyjaciółmi’? W zasadzie nie liczył na przyjaźń, ale ktoś w końcu mógłby ucieszyć się na jego widok. Wiedział, jednak, że to na pewno nie będą oni, skoro nawet Keith tego nie zrobił.
Czekając na windę, zastanawiał się, jak będzie przebiegała ich rozmowa, ale pomimo tego, że przez cały dzień układał ją w myślach, nadal nie był pewien jakich słów powinien użyć.
Kiedy wsiadał już do windy, w ostatniej chwili zatrzymał ją nikt inny jak sam Theo i wszedł do niej pewnym krokiem.
– Ooo… Ethan. – zatrzymał się w wejściu i spojrzał na niego zaskoczony. Poprawił w końcu torbę na ramieniu i wszedł do środka stając obok – Jesteś…
Ethan odwrócił się do niego i odetchnął ciężko. Już na pierwszy rzut oka Theo wydawał się być inny niż go zapamiętał. Pewniejszy siebie, spokojniejszy i szczęśliwszy.
– Zmieniłeś się… – wydusił w końcu z siebie i przełknął ciężko ślinę.
– Nie tylko ja. – zauważył chłopak z lekkim uśmiechem i przygryzł policzek – Skoro chcesz nas przepraszać, jak twierdzi Anthony, to naprawdę wiele musiało zdarzyć się w twoim życiu. – dodał, opierając się o ściankę windy i zerkając na niego.
Ethan przełknął ślinę i pokiwał głową, czując jak winda rusza ku górze.
– Właśnie… przepraszam, za tamto. Byłem chujem. – westchnął, pierwsze co mu przyszło na myśl.
Theo uniósł brew i pokiwał głową.
– Trochę byłeś… – westchnął brunet i uśmiechnął się lekko – Wiesz, czasami zastanawiałem się jakbym ja zachował się w twojej sytuacji, więc… No, w pewnym stopniu cię rozumiem. – dodał – Wiem, że kochałeś się w Anthonym no… a to nie musiało być łatwe, gdy ja się zjawiłem i… też trochę namieszałem.
Ethan zamrugał zaskoczony. Nie spodziewał się aż takiego potoku słów z ust chłopaka, a już w ogóle o takiej treści. Sam pewnie by zaczął się rzucać, albo kazał z wyższością się przed sobą korzyć.
– Po raz kolejny, czuję się jakbym był od ciebie gorszy… – westchnął w końcu, odwracając od niego wzrok na panel, który wskazywał na którym piętrze się znajdują.
– Gorszy?
– Tak.. wyobrażam sobie, jak ja bym teraz zareagował na twoim miejscu i… cóż. To chyba dlatego Anthony wybrał ciebie. – powiedział.
– Nie… – zaśmiał się lekko brunet – To na pewno nie dlatego. To z litości. – dodał, spoglądając na niego rozbawiony. – Ty też się zmieniłeś. – zauważył, dostrzegając jego niepewność – I nie denerwuj się tak. Ani Anthony, ani ja, tak naprawdę nie jesteśmy na ciebie za nic źli… Co prawda Anthony może być nieco surowy w pierwszym momencie, ale to bardziej dla zasady. Skoro już się zapowiedziałeś z przeprosinami… – wyjaśnił, gdy winda zatrzymywała się na ich piętrze.
Wyszedł z niej i obejrzał się na chłopaka.
– No chodź. – rzucił do niego, wyciągając klucze z kieszeni.
Ethan ruszył za chłopakiem i uśmiechnął się krzywo. Może nie będzie tak źle, jak mu się wcześniej wydawało?
Theo otworzył drzwi i wpuścił go do środka.
– Jestem! – rzucił w głąb mieszkania.
– No w końcu, miałeś być godzinę temu… – rzucił Anthony z gabinetu i już po chwili wszedł do przedpokoju – Och… Cześć, Ethan… – dodał podchodząc do nich i całując bruneta w policzek. Wyciągnął do Ethana rękę i uścisnął ją mocno – Dawno się nie widzieliśmy. – zauważył, przybierając poważną minę.
Szatyn wyprostował się jeszcze bardziej zdenerwowany. Anthony nadal wyglądał świetnie, ale on z ulgą doszedł do wniosku, że zdenerwowanie jakie odczuwał było reakcją na całą sytuację, a nie na mężczyznę. Dawniej pewnie byłby niezdrowo podekscytowany w jego obecności, a dotyk jego dłoni, postawiłby mu na ciele wszystkie włoski. Teraz tak nie było. Teraz tak czuł się przy Keithcie.
Theo zdejmując buty, rzucił Ethanowi znaczące spojrzenie i uśmiechnął lekko.
– No… idźcie do salonu. – powiedział – Zrobić wam kawę? Ethan?
– Jeżeli możesz. – powiedział zestresowany szatyn.
Kiedy wszedł za blondynem do pokou, uśmiechnął się lekko widząc, że nic się w nim nie zmieniło. Zajął miejsce w fotelu i spojrzał na siedzącego na kanapie architekta.
Mężczyzna przyglądał mu się przez chwilę, w końcu odchylił się na oparcie i uśmiechnął krzywo.
– No… więc jesteś… – powiedział powoli – Kiedy wróciłeś do Denver? – zapytał.
Ethan spojrzał na niego zaskoczony.
– Skąd wiedziesz…?
– Kilka dni po wypadku był w szpitalu Keith. Pytał mnie czy nie wiem dokąd mogłeś pojechać. – wyjaśnił mężczyzna – Nie wyglądał na zbyt szczęśliwego. – zauważył jeszcze.
– Wróciłem wczoraj. – powiedział Ethan odwracając od niego wzrok, nie nawiązując już do dalszych słów architekta.
– A gdzie byłeś? – zapytał Theo, wchodząc do pomieszczenia z filiżankami i cukiernicą – Mmm… czekaj, ta jest twoja. – zwrócił się półgłosem do Anthonego, podstawiając mu jedną filiżankę – Nie mam pojęcia ile słodzisz Ethan, więc tu masz cukier. – dodał, odstawiając tacę na komódkę i siadając obok Anthonego.
Był już nieco zmęczony po całym dniu pracy i odetchnął lekko czując obok siebie obecność kochanka.
Ethan za to uśmiechnął się lekko i posłodził sobie nieszczęsną kawę.
– Byłem na Haiti. – powiedział, wracając do tematu – No, ale przyszedłem was przeprosić, a nie się zwierzać. – dodał zaraz, zerkając na nich poważnie – Słuchajcie… naprawdę mi głupio i wstyd… – powiedział w końcu – I ten wypadek, i to wszystko co o tobie mówiłem, Theo… – dodał marszcząc brwi – Naprawdę was przepraszam.
Anthony zerknął na niego zaskoczony i zaraz przeniósł wzrok na bruneta.
– Według mnie w porządku… – wzruszył ramionami i spojrzał na kochanka, który także pokiwał głową.
Blondyn uśmiechnął się do Ethana i pogładził Theo po ramieniu. W sumie trochę go zaskoczyło tamto zachowanie chłopaka, ale mógł to zrozumieć, w końcu był zakochany, prawda? Nie było to oczywiście wymówką, ale wiele tłumaczyło.
– A jak się czujesz? Wszystko okej? – zapytał jeszcze szatyn, zwracając ku niemu spojrzenie.
– Tak, wszystko się zrosło i jest dobrze. – zaśmiał się architekt – A hm… wiesz… byłeś u Keitha? – zapytał jeszcze sięgając po filiżankę – Wiesz, wydawał się być bardzo przejęty twoim wyjazdem.
– Tak, byłem… – westchnął chłopak – Z nim chyba nie pójdzie mi tak łatwo jak z wami. – zauważył, przygryzając wargę.
– No też bym był wściekły na jego miejscu.
– Bardziej dla zasady niż faktycznie. – zaśmiał się Theo, klepiąc go po kolanie – Nie oszukujmy się Anthony, nie potrafisz się na nikogo długo gniewać.
– No nie… ale pięciomiesięczna nieobecność… Mam nadzieję, że napisałeś do niego w końcu gdzie jesteś…? – rzucił do Ethana, a widząc jego minę sam skrzywił się nieznacznie. – W ogóle, ja cały czas myślałem, że wy jesteście razem…
– Bo w pewnym sensie byliśmy. – wyjaśnił Ethan zrezygnowanym tonem – No, ale dopiero teraz wiem, że to było nie fair w stosunku do niego. A teraz mogę się jedynie postarać odzyskać jego zaufanie. Może mi się uda.
Anthony przygryzł wargę i przyjrzał się chłopakowi.
Może nieznacznie, ale wydawało mu się, że szatyn jest jakiś spięty i zgaszony. A przecież zawsze był pewny siebie, stanowczy i lubił używać życia.
– Mam dziwne wrażenie, że się zmieniłeś… – powiedział po kilku chwilach, a Theo aż zaśmiał się pod nosem, zwracając na siebie jego uwagę – Co…?
– Nic, nic… – odparł chłopak, uśmiechając się do niego szeroko.
Anthony uniósł brew i powtrzymał się przed pocałowaniem go. Jak zwykle Theo zdawał się widzieć więcej niż on.
– Bo się zmieniłem, tylko… – powiedział stanowczo Ethan i zaraz ponownie zamilkł zaciskając usta.
Czuł się niezręcznie. Był im wdzięczny, że nie robili jakiejś wielkiej sprawy z jego przeprosin, ale z drugiej strony nie wiedzieli przecież wszystkiego. Zwłaszcza Anthony, przed którym zawsze grał takiego idealnego, by mu się przypodobać. Nie wiedzieli więc, jakie znaczenie dla niego miały te przeprosiny, to, że w ogóle się na nie odważył.
– Tylko? – dopytał Anthony.
Ethan uniósł się z miejsca.
– Nie, no. Przyszedłem tu was przeprosić, a nie… – powtórzył – Pójdę już lepiej.
Anthony przyjrzał mu się dokładniej i uniósł się, by podejść do barku. Wyciągnął butelkę whisky i trzy szklanki, i postawił je na stole.
– Siadaj i opowiadaj. – rzucił, rozlewając alkohol do szklanek – Co robiłeś na Haiti, i co zamierzasz zrobić by odzyskać Keitha… – dodał oblizując usta i unosząc naczynie.
Spojrzał znacząco na Theo, który również sięgnął po szklankę, rozbawiony.
Ethan po chwili namysłu ponownie zajął swoje miejsce. Również sięgnął po alkohol i aż pokręcił głową uśmiechając się lekko. Może i to będzie śmieszne, i gdyby był dawnym sobą, uznałby to za upokarzające, ale on potrzebował przyjaciół. Zwłaszcza tu, w Denver.
– Czyli mnie upijecie i wyciągniecie wszystkie zeznania? – zapytał, zagryzając mocno wargę, by stłumić uśmiech.
– Na to wygląda. – skinął głową Theo i uśmiechnął się porozumiewawczo do kochanka.

Keith wyłączył szlifierkę, mając wrażenie, że ktoś dobija się do jego drzwi. Spojrzał na zegarek wiszący nad blatem i pokręcił głową. Było w pół do jedenastej, więc nie mógł być to nikt inny jak Ethan. A przynajmniej miał takie przeczucie. Słysząc głośniejsze walenie do drzwi frontowych od domu, pokręcił głową zrezygnowany i wyszedł z warsztatu.
Przybierając poważną minę otworzył chłopakowi i jęknął aż zaskoczony widząc pijanego chłopaka i stojącego za nim Theo.
Ethan roześmiał się na jego widok i wyciągnął do niego ramiona, rzucając mu się na szyję.
– Cześć… – rzucił Theo i uśmiechnął się krzywo – Najpierw to strasznie cię przepraszam za tak późne najście, ale cóż… Ethan uparł się, że tu jest jego dom i nie chciał podać mi swojego adresu. A zostać u nas też nie chciał.
Keith skinął tylko głową, podtrzymując chłopaka, który zaczął wtulać twarz w jego szyję, mamrocząc coś pod nosem.
– Anthony za to twierdził, że powinniście porozmawiać, więc też mi go nie podał, a że sam nie mógł prowadzić… – zaczął z czającym mu się kąciku ust uśmiechem – No, jak to problem to mogę go zabrać z powrotem. Niedługo powinien przestać się opierać. – dodał, starając się zapanować nad rozbawieniem.
– Nie, w porządku. – odparł od razu Keith – W ogóle przepraszam was za kłopot.
Theo zaśmiał się chowając ręce w kieszenie bluzy.
– Coś ty… to żaden problem, tym bardziej, że to niestety Anthony wpadł na genialny pomysł by go hmm… rozluźnić, więc to ja przepraszam. – wyjaśnił – W każdym razie, do pewnego momentu Ethan wydawał się być zadowolony, że może się komuś wygadać, a później już zaczął mówić ciągle o tym, że jest chujem i chce do domu.
– Wygadać? – dopytał Keith, czując na skórze wilgotne usta szatyna i aż zadrżał, zdając sobie sprawę z dreszczy podniecenia wspinających mu się po plecach.
Theo pokiwał żywo głową.
– Wiesz, każdy czasami potrzebuje. – uśmiechnął się do niego delikatnie.
– I co wam powiedział ciekawego? – zapytał Keith, odsuwając nieco od siebie łaszącego się Ethana.
– Wszytko właściwie. – zaśmiał się brunet i spojrzał rozbawiony na mężczyznę przed sobą – No i musze przyznać, że był bardzo nie w porządku, ale może faktycznie się zmienił? Nie chcę go bronić w żadnym wypadku, ale… może zasługuje na drugą szansę? – zapytał ostrożnie.
Keith pokręcił tylko głową i odetchnął ciężej.
– Nie wierzę, że poszedł z tym do was… – westchnął.
– Przyszedł nas przeprosić. – wyjaśnił szybko Theo – A że tak się to wszystko skończyło, to już wina mojego cudownego faceta. – dodał z przekąsem, nadal jednak nie tracąc dobrego humoru.
Stojący naprzeciwko mężczyzna przyjrzał mu się i zastanowił przez chwilę.
– Wiesz ile razy mówił, postanawiał, że będzie inaczej? – rzucił, zaraz jednak żałując wypowiedzianych słów.
Gdyby jeszcze on zaczął zwierzać się Theo, wyszłaby już z tego całkiem głupia telenowela.
– Myślę, że Ethan naprawdę się zmienił, ale w dużej mierze teraz od ciebie zależy, czy uda mu się w tym wytrwać. W końcu dla ciebie to zrobił.
– Dla mnie? – zapytał blondyn, unosząc aż brew w geście zaskoczenia.
– Tak nam powiedział. – przytaknął chłopak – No, ja się już będę zbierał. – uśmiechnął się lekko i uniósł rękę w geście pożegnania – To trzymaj się, dobrej nocy! – dodał, rzucając ostatnie spojrzenie Ethanowi w jego ramionach.
– Dobranoc. Dzięki jeszcze raz. – pożegnał się Keith, a rozbawiony całą tą sytuacją Theo, ruszył w kierunku pozostawionego przy chodniku samochodu.
Rzeźbiarz wciągnął Ethana do mieszkania i zamknął za sobą drzwi.
– Keith… – zamruczał w jego szyję chłopak i zagryzł lekko zęby na jego skórze.
Blondyn, zaciskając wargi doszedł z nim do kanapy i ściągnął z jego ramion bluzę.
– To się doigrałeś, dzieciaku… – warknął pod nosem, rozbierając go sukcesywnie.
– Naprawdę… cięk-kocham Keith… – wyrzucił z siebie na wydechu chłopak, podpierając się rękoma o jego barki, gdy mężczyzna zdejmował mu buty.
– Dlatego poszedłeś znowu do niego? – zapytał blondyn ściągając mu skarpetki i sięgając do zapięcia paska.
– Ale… to tylko… żeby przprosić… – wydusił z siebie chłopak niewyraźnie – Żebyś… mmm… no dumny był… – wyznał jeszcze.
Keith uniósł na niego rozbawione spojrzenie i zsunął spodnie z jego bioder.
– Tak, faktycznie, jak teraz na ciebie patrzę bardzo jestem dumny. – odparł ironicznie i pokręcił aż głową.
– Noooo Keeeith… – jęknął chłopak, a gdy rzeźbiarz sięgnął rękoma do jego koszulki, złapał go za głowę i przyciągnął do niezdarnego pocałunku.
Keith oddał go lekko, zaraz jednak odsuwając się od niego i ściągając z niego ubranie.
– Kładź się już. – rzucił, prostując się i ruszając po koc.
– Ale nie idź… Keeeith… – jęknął Ethan unosząc się zaraz i wstając z kanapy.
Blondyn odetchnął tylko ciężko i poszedł do garderoby. Kiedy wracał, Ethan doszedł aż do wyjścia z salonu i opierał się o framugę, marszcząc się w zastanowieniu nad kolejnym krokiem.
– Mówiłem, żebyś się położył. – powiedział już nieco zniecierpliwionym tonem i ujął go pod ramię.
Ethan oczywiście objął go szybko za szyję i wtulił w niego mocno.
– Ale… kochaaasz mnie, nie? – zapytał stłumionym, niewyraźnym głosem. – Keeith…
Blondyn pociągnął go ponownie w stronę kanapy i położył go na niej, chcąc przykryć go kocem. Chłopak uniósł się znowu i spojrzał na niego rozbieganym wzrokiem.
– Kochaasz? – zapytał, wlepiając w niego wilgotne, czerwone oczy.
Mężczyzna, kucnął przy nim i złapał za ręce sprowadzając ponownie do poziomu.
– Ja ciebie baaardzo … – westchnął chłopak, chcąc unieść się ponownie – A ty?
Keith zniecierpliwiony, położył się obok, przykrywając go nieco swoim ciałem.
– Śpij już, Ethan! – mruknął tylko, czując jak chłopak oplata go ciasno rękoma.
Odetchnął kilka razy i przymknął oczy, czekając aż skończy mamrotać i zaśnie.
Przez cały dzień myślał o jego powrocie, o ich ewentualnej przyszłości. Bo naprawdę za nim tęsknił i nadal go pragnął. Ale tak naprawdę już mu nie ufał. Nie wierzył w ani jedno jego słowo i teraz już chyba tylko czynami Ethan mógłby go przekonać o tym, że jest szczery.
Ale z drugiej strony, jak miałby to zrobić, jeżeli nie dostałby od niego szansy?

Reklamy

11 thoughts on “Till We Are Vol. 3 Ch.02

  1. ,,Kiedy wszedł za blondynem do pokou, uśmiechnął się lekko widząc, że nic się w nim nie zmieniło.”~ ,,do pokoju”
    ,,Ethan spojrzał na niego zaskoczony.
    – Skąd wiedziesz…?” ~ a nie ,,ska wiesz?”
    ,,Blondyn pociągnął go ponownie w stronę kanapy i położył go na niej, chcąc przykryć go kocem.” Wg mnie za duzo ,,go”.
    Theo jest tak cholernie pewny siebie :/
    Biednego Ethana wszyscy traktuja jak smiecia, nikt nie wie, ze biedak mial ciezkie zycie. Bo mial! Przeciez robil wszystko co mu mamusia kazala. Stara jedza.
    Ja ide czytac dalej. Przez brak internetu npmam zaleglosci-
    Pozdrawiam

    Damiann

  2. Póki co Keith dzielnie opiera się Ethanowi. Ciekawe jak długo? ~
    Bardzo mnie zaskoczyła zmiana panicza Linwooda. Gorąco mu kibicuje, żeby nie wrócił do starych nawyków i szybko zdobył zaufanie rzeźbiarza, bo Keith jak nikt inny zasługuje na szczęście. ~

    1. Oj myślę, że długo. Keith jest straszny pod tym względem.. :I
      Mmm… czyli jednak inny Ethan nie jest taki zły? C: Cieszę się. I mam nadzieję, że jednak nadal jest tym Ethanem, którego wielu z Was polubiło. No… tylko w nieco ulepszonej wersji. C:

  3. o ja nie mogę… z panicza Linwooda. wstawiony mówi całkiem sensownie (w końcu z jego ust padło „kocham Cię”) i jeszcze się tak słodko łasi do Keitha, że czuje, jakby mi miód rozlano na serce :D od początku kibicuję tej dwójce i jestem zdania, że powinni się szybko pogodzić, skonsumować swój nowy związek i żyć długo & szczęśliwie :)

  4. Boooooooski rozdział! <3
    Ethan jest teraz taki kochany… a i po pijaku wypadł nie najgorzej :D
    Cieszę się, że w końcu dotarło do niego, że to Keitha kocha. Szkoda tylko, że póki co, rzeźbiarz niezbyt mu ufa i traktuje go tak oschle… Mimo iż nie chcę, żeby się tak szybko pogodzili to jednak fajnie byłoby, jakby doszło do jakiegoś zbliżenia między nimi czy coś ^^
    No, ale żeby nie było tak cukierkowo, to wielki minus dla mojego Ethana za to, że poszedł się zwierzać tej przybłędzie i architektowi. Już bym wolała, żeby się z rodzicami pogodził i to u nich znalazł wsparcie. Ale… kto wie co nam Autorka szykuje. Może i państwo Linwoodowie się zmienią, na lepsze? Oby.

    Pozdrawiam i życzę weny :)

    ETHAN JEST NAJLEPSZY!!!!!!!!!!!!!!!!!!

  5. Aww, jakie to urocze… :3
    Dziwnie mi się czyta rozdziały, kiedy Ethan jest taki… inny o.O Ale to dobrze, teraz nie mam już najmniejszych wątpliwości co do jego przemiany ^^
    Zakończenie przesłodkie, aż szkoda, że jest zakończeniem c;
    Liczę, że za tydzień będzie jeszcze lepiej ^.^

    Pozdrawiam <3

    1. Tak, mi się nieco dziwnie pisze i czasami jego złośliwości nadal mi się wpychają. xD Tak, myślę, że gdyby się nie zmienił, to uch… byłoby z nim kiepsko.
      Postaram się Ciebie nie zawieść! xD

      Trzymaj się ciepło! C:

  6. Ja nie mogę. Pijany Ethan jest taki… słodki XD Nie umiem znaleźć innego określenia i mam nadzieję, że się za nie nie obrazi. Keith się zaczyna łamać, choć widać, że trudno mu drugi raz zaufać. Zaufanie buduje się latami, a można go stracić w ciągu sekundy. Drugi raz jest naprawdę trudno zaufać, chociażby ze strachu, że znowu się zawiedziemy na tej osobie… Ale widać, że Ethan się zmienił. Nawet Theo i Anthony to zauważyli, więc może Keith też uwierzy w tą przemianę i da mu drugą szansę? Ja jestem jak najbardziej za i mocno trzymam kciuki za tą parkę, bo ich uwielbiam.
    Co do Theo i jego przemiany… Podoba mi się to, że jest bardziej pewny siebie itp… Chociaż nie podobało mi się to „z litości”. On naprawdę uważa, że Anthony go wybrał z litości? Jakby Anthony to usłyszał, to by mu chyba powiedział do słuchu. „Z litości”, też coś. Nie można się zakochać z litości. Nawet jak na początku czułby tą litość, to przecież nie musiał się w nim zakochiwać. Dobra, bo się czepiam słówka i może niepotrzebnie… W każdym razie fajnie, że Ethan przeprosił Theo i Anthony’ego, no i w ogóle się im zwierzył. Widać, że rozumie błędy, które popełnił i chce je naprawić.
    A to „kocham cię” w wydaniu pijanego Ethana jest taaaakie urocze <3 "Naprawdę… cięk-kocham Keith…"- musiałam to zacytować. To było takie cute. W ogóle te wszystkie jego wypowiedzi tego wieczoru. Ciekawe czy na trzeźwo by się odważył na takie wyznanie i czy na następny dzień będzie pamiętać.
    Nie mogę się doczekać następnego rozdziału.

    "Anthony nadal wyglądał świetnie, ale on z ulgą doszedł do wniosku, że zdenerwowanie jakie odczuwał było reakcją na cała sytuację, a nie na mężczyznę."- "całą".

    Pozdrawiam i życzę weny :)

    1. Ha ha ha… mnie taki Ethan też rozczula. xD
      Myślę, że pomimo tego, że Keith się ‚łamie’ to dużo czasu minie nim mu ponownie zaufa. Jest raczej tego typu człowiekiem i już… No, ale skoro go kochał i tak bardzo za nim tęsknił, może nie wszystko jeszcze stracone…? C:
      He he… myślę, a nawet jestem pewna, że to ‚z litości’ było bardzo żartobliwym stwierdzeniem. xD Czasy gdy Theo był zaszczuty w sobie i niepewny uczuć Anthonego, już dawno minęły. I Anthony już się o to postarał, by Theo był świadomy jego uczuć. xDD
      Cóż…czy będzie cokolwiek pamiętał przekonamy się pewno już niebawem xD
      Zapraszam, zapraszam xDD

      Ojejejejjej~~ Tylko jedna literówka? wehehehhe~~ <333
      OhJunie! <333

      Dziękuję i również pozdrawiam. xD

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s