Till We Are Vol. 1 Ch.07

– Denerwujesz się? – zapytał Anthony, gdy wysiadali przed domem Amber.
Theo rzucił mu krótkie spojrzenie i pokręcił przecząco głową.
Co prawda niby się trochę denerwował, ale przecież był już wiele razy u Amber. Anthony zresztą zapewnił go, że Amber nie jest zła, więc nie mogło być tak tragicznie jak sobie wyobrażał.
Chłopak  poprawił jeszcze kołnierz kurtki i poczekał aż to Anthony pierwszy ruszy do drzwi.
Nim blondyn zdążył nacisnąć dzwonek, drzwi się otworzyły i wyskoczyła z nich mała Dorothy, za którą wiernie podążała Maya.
– Theo!  – krzyknęła wesoło i przylgnęła do nóg chłopaka.
– Cześć mała! – odparł brunet równie wesoło i przykucnął, by przytulić dziewczynkę i poklepać szczekająca sukę po głowie.
W tym samym czasie w drzwiach stanął George, wysoki, krótko ścięty brunet, który był mężem Amber.
– W końcu jesteście. – rzucił niskim głosem, i zaraz złapał za obrożę psa ciągnąc go z powrotem do środka  – No wchodźcie do środka.
– Chyba się nie spóźniliśmy, hm? – zapytał Anthony przyjaźnie.
– Nie, nie… – odparł szybko George – Dorothy, przeziębisz się…
– Oj tatku… – jęknęła dziewczynka, ciągnąc Theo za rękę do mieszkania, gdzie obaj mężczyźni mogli się rozebrać.
Zaraz też w przedpokoju pojawiła się Amber.
– Theo, jesteś. – ucieszyła się podchodząc do chłopaka i przytulając go ciepło.
Kobieta ubrana w elegancką, szmaragdową sukienkę wyglądała naprawdę ładnie.
– Tak dawno się nie widzieliśmy, wszystko w porządku? – dopytywała.
Theo uśmiechnął się lekko, jak zwykle zażenowany bezpośredniością kobiety. Poprawił jeszcze rękawy kardigana  i górę t-shirtu, by upewnić się, że nie widać spod nich żadnych zasinień.
– Tak, okay… – odparł.
– No chodźcie, chodźcie. – rzuciła szybko blondynka, głaszcząc Theo po włosach. – Kolacja już na stole, opowiesz nam przy niej. – dodała przekładając długi warkocz chłopaka do przodu i podobnie jak wcześniej Dorothy, ciągnąc go za rękę do jadalni.
– Ale ja siedzę przy Theo! – krzyknęła jeszcze dziewczynka biegnąc przodem wraz z Mayą..
– Czuję się chyba zazdrosny – zaśmiał się Anthony do męża siostry, który został z nim w przedpokoju.
– Tak, ja też. – zaśmiał się George. – A jak z nim? W porządku? – zapytał jeszcze, kiwając głową w głąb korytarza, za którym znajdowała się jadalnia.
– Fizycznie tak… – westchnął Anthony.
George był chirurgiem w miejscowym szpitalu, w którym Theo robił ostatnio badania.
– A psychicznie? – dopytał brunet.
Lubił tego chłopaka, zresztą jak cała jego rodzina. Podobało mu się jego nastawienie do Dorothy i to, jak mała dobrze się przy nim czuła.
– Cóż… chyba po raz pierwszy widzę go tak zrelaksowanego i uśmiechniętego. – odparł blondyn – Tak na co dzień… po powrocie ze schroniska zamyka się w pokoju i tyle… więc chyba nie jest najlepiej, hm?
– Myślałeś o jakimś psychologu? – dopytał George, zakładając ręce na piersiach i marszcząc brwi.
– Cały czas o tym myślę… Tylko.. ech nie wiem… zobaczymy, co będzie po dzisiejszej kolacji.. może mała coś zdziała…? – dodał zrezygnowany mężczyzna nagle zdając sobie sprawę w jak dziwnej znalazł się sytuacji.
Nigdy nie był żadnym dupkiem, ale tez nigdy dotąd nikim się tak nie opiekował jak teraz opiekuje się Theo. Mieszkanie, badania, a teraz psycholog? I najzabawniejsze było to, że on faktycznie się przejmował chłopakiem, naprawdę chciał by mu się polepszyło. Ale jaką miał pewność, że nie chodzi mu tylko o to jak bardzo chłopak go pociąga? Nie, przecież gdyby chodziło tu tylko o seks, wziąłby go już dawno. Na przykład wtedy, gdy wrócili z kamienicy. Poza tym, przecież nie był TAKI.
Nawet ciężko było mu przyznać samemu przed sobą, jak bardzo ucieszył się gdy po ostatnim, wypadzie do Jake’a zastał chłopaka śpiącego w salonie. To chyba oznaczało, że na niego czekał, hm? Że zaczęło mu na czymś zależeć…? No, na pewno nie na Anthonym, ale może się zmartwił… No cokolwiek byleby zaczął w końcu coś czuć.
– Nie wiem no… U nas zawsze zachowuje się właśnie tak… – odpowiedział brunet. – A ten facet? Nie odzywał się? – zapytał jeszcze. Doskonale znał historię chłopaka i ciężko było mu uwierzyć, że ten Theo, który przychodząc do nich zawsze był taki roześmiany,  mógł wplątać się w coś takiego.
– Nie… na szczęście nie. Zresztą skąd miałby wiedzieć, gdzie jest teraz Theo. – rzucił szybko Anthony. – Ale nie mówiłeś Amber? – zapytał jeszcze, ruszając wzdłuż jasnego korytarza.
Nie chciał żeby siostra o tym wiedziała.  A właściwie był przekonany, że sam Theo nie chciałby by ktokolwiek o tym wiedział. Georgowi musiał powiedzieć, by polecił mu odpowiednich lekarzy w szpitalu i troszkę się za nim wstawił by mogli uniknąć kolejek, ale Amber nie musiała wiedzieć.
– Nie, tak jak się umawialiśmy. – zapewnił mężczyzna prowadząc szwagra do jadalni, gdzie pozostali siedzieli już przy stole słuchając opowieści małej Dorothy.
– I ona powiedziała, że jej mama mówiła, że to nie są bajki dla dzieci. Ale to nie prawda, co nie Theo? – dopytywała się o coś patrząc chłopakowi szczerze w oczy, a stopą gładząc grzbiet psa, lżącego jej pod nogami.
Theo uśmiechnął się lekko i pogłaskał ją po główce.
– Oczywiście, że to nie jest prawda! – zawołał chłopak z uśmiechem na ustach.
Anthony zapatrzył się na chwilę na niego. I to był ten sam Theo, który od jakiegoś czasu z nim mieszkał? Ten sam chłopak, który jak cień snuł się po mieszkaniu i prawie nie wychodził z pokoju?
– Siadaj braciszku. – zawołała Amber wskazując mu miejsce tuż przy sobie, a naprzeciw Theo i Dorothy.
– O ho ho! Siostrzyczko, same pyszności widzę. – zaśmiał się blondyn przekomarzając z Amber.
– Tak mój drogi, pieczeń z kurczaka, twoja ulubiona. – odpowiedział kobieta przesłodzonym głosem i złapała brata za policzek. – Mam nadzieję Theo, że lubisz? – zapytała szybko odwracając się w  stronę chłopaka.
Theo oderwał się  na chwilę od rozmowy z Dorothy i uśmiechnął się do Amber.
– Tak, oczywiście. – odpowiedział od razu.
– No to smacznego. – rzucił jeszcze George, siedzący u szczytu stołu i sam zabrał się za nałożenie jedzenia córce.
– A mama powiedziała, że jak nie będzie ci smakować,  Theo, to przestanie mam gotować. – rzuciła jeszcze Dorothy patrząc na dłonie Georga, które sprawnie rozkroiły kurczaka.
– Nieee… – zaśmiała się Amber nieco zawstydzona. To naprawdę było takie dziwne, że jej zależało?
– Powiedziałaś,  powiedziałaś kochanie… –  potwierdził słowa Dorothy George i zaczął nakładać pieczeń na talerze. – I jeszcze dodałaś, że po tak sromotnej klęsce oddasz swój medal wzorowej gospodyni domowej i przeniesiesz się na Alaskę…
Anthony roześmiał się szczerze zerkając z ukosa na siostrę.
– Doprawdy? – pogłaskał siostrę po głowie ze śmiechem i uniósł swój talerz by Georg mógł tradycyjnie nałożyć mu posiłek.
– Och, przestańcie już pleść… – zawołała Amber udając  oburzenie i odtrącając dłoń brata.
– Ale ja nie plotę mamo, ja jem. – odparła natychmiast Dorothy wpychając sobie palcami kawałki kurczaka do ust.
Amber zmarszczyła się tylko nieco i wydęła policzek w zabawny sposób, widząc tłuszcz spływający po brodzie dziewczynki.
– Och, może faktycznie wymsknęło mi się coś takiego… – zaśmiała się zbywczo,  postanawiając nie besztać już małej za sposób jedzenia. – No ale Theo, spróbuj…
– I wiesz, chciałbym by moja ukochana żona nie opuściła nas zbyt szybko. – dodał ciszej George i mrugnął porozumiewawczo do chłopaka siadając na swoim miejscu i biorąc do rąk sztućce.
– Mój drogi, jesteś złośliwy. – uśmiechnęła się do niego Amber, na co mężczyzna tylko się zaśmiał i wychylił się by pocałować żonę w policzek.
Theo spojrzał na ten gest i przygryzł od środka policzek. Uwielbiał atmosferę panującą w tym domu. Było tu tak ciepło i rodzinnie. I nawet to żartobliwe dogryzanie przepełnione było miłością. Zazdrościł im. Zazdrościł Dorothy, jej rodziców, zazdrościł Amber  i Georgowi, że mają siebie, i Anthonemu, że ma taką wspaniałą rodzinę.
Kiedy przeniósł spojrzenie na mężczyznę, napotkał jego wzrok. Zazdrościł mu.
– No próbuj Theo. – zaśmiał się Anthony, siłą odrywając spojrzenie od szmaragdowych oczu chłopaka.
– Już, już… – mruknął  brunet i złapał za widelec. W jednym momencie zdawało mu się, że wszyscy obecni skupili na nim spojrzenia i wstrzymali oddechy.
– I jak? – dopytała się Amber głosem zniecierpliwionej nastolatki.
Theo powoli przełknął i zmarszczył brwi, po czym wziął kolejny kawałek kurczaka do ust i zaczął go przeżuwać z namysłem.
Anthony siedzący na przeciwko chłopaka w zdumieniu się w niego wpatrywał.
– Hm… – mruknął w końcu chłopak ocierając usta serwetką i unosząc do ust szklankę z sokiem.
Posłał przy tym rozbawione spojrzenie Georgowi, po czym skupił wzrok na kobiecie.
– Naprawdę Amber… – zaczął kręcąc głową – Nie wiem jak mogłaś zrobić coś takiego z tym kurczakiem. – ciągnął poważnym głosem i zerknął kątem oka na Dorothy.
Dziewczynka postała mu krótki uśmieszek i korzystając z  tego, że wszyscy dorośli wpatrują się w oczekiwaniu na chłopaka, rzuciła kilka kawałków mięsa leżącej jej pod nogami Mai.
– Bardzo lubię pieczeń z kurczaka, – ciągnął grobowym głosem –  szczególnie jak ma taką chrupiącą skórkę i jest w niej dużo marchewki…
– Fuuuuj… – jęknęła naraz Dorothy, zrzucając ostatni kawałek pod stół, lecz głowę mając odwróconą w stronę przemawiającego chłopaka. – Marchewka jest ohydna.
Theo zmarszczył brwi i przechylił się bokiem do dziewczynki.
– Jest słodka i pyszna! – rzucił weselszym głosem.
– Nie-e jest taka… taka… ble.
Theo przesunął wzrokiem po talerzu dziewczynki i wyprostował się ze śmiechem.
– W każdym razie pieczeń jest przepyszna, pomimo tego, że ze względu na delikatne podniebienie panienki Dorothy nie ma w niej zbyt dużo marchwi. – dokończył szybko chłopak, szczerząc się w kierunku kobiety, a pod stołem wyciągając dłoń, by dziewczynka mogła przybić mu piątkę.
– Tak się cieszę.. – odparła Amber spuszczając wzrok na swój talerz.
– Mogę prosić dokładkę? – zapytała w tym czasie Dorothy i wyciągnęła przed siebie talerz.
– Zjadłaś już? – zapytał zaskoczony Anthony.
Dorothy nigdy nie jadła tak  szybko, w końcu ile razy spóźniali się na zajęcia w szkole, gdy nocowała u niego i to on ją odprowadzał.
– Mhm! – odparła z  zadowolonym uśmiechem na ustach dziewczynka.
– Jasne , jasne… – prychnął George zaglądając pod stół, gdzie Maya właśnie kończyła coś przeżuwać.
– O nie moja droga… Znowu to zrobiliście? – zawołała Amber, prostując się na krześle i posyłając dwójce naprzeciwko srogie spojrzenie. – Prosiłam was tyle razy, żebyście nie karmili Mai w trakcie jedzenia.
– Ale mamooo… jak my jemy, a ona nie to jest jej smutnooo… – zawołała dziewczynka wyginając usta w podkówkę.
– Ale ona już jadła. – odparł Amber – Poza tym brudzisz dywan tłuszczem. Theo no… Prosiłam was…
– Tak… – odparł od razu chłopak przybierając niewinny wyraz twarzy – Ale nie jadła tej pysznej pieczeni, którą dla nas przygotowałaś, tylko suchą karmę. A przecież jest członkiem rodziny, prawda? Nie powinniśmy jej odtrącać i sami delektować się przygotowanym z miłością jedzeniem , a ją trzymać pod stołem.
– Właśnie! – podchwyciła  Dorothy i pokiwała  z zaangażowaniem główką. – Ona jest taka kochana, też mogłaby troszkę zjeść z nami…
Amber odchrząknęła tylko i zakręciła sztućcami trzymanymi w dłoniach.  Doskonale zdawała sobie sprawę, że te ich niewinne spojrzonka i gładkie słówka  mają na celu urobienie jej. No, ale ostatecznie nic się takiego nie stało, prawda…?
– Żeby mi to było ostatni raz. – dodała tylko i wróciła do jedzenia, przy akompaniamencie śmiechu Anthonego i Georga, którzy przestali już się powstrzymywać.
– Kobiety… – zaśmiał się Anthony, patrząc jak George nakłada na talerz dziewczynki kolejną porcję  kurczaka  – Kilka słodkich słówek i już są mięciutkie.
Nie wierzył w to co dzieje się przy tym stole, a przede wszystkim w to jaki jest Theo. Nigdy nie wiedział, by Theo żartował czy zgrywał się w jakikolwiek sposób. A już w ogóle nie podejrzewał go  o to, że wraz z jego siostrzenicą potrafią tak urobić nieugiętą Amber.
– Jedz braciszku. – ucięła szybko kobieta i skupiła ponownie spojrzenie na chłopaku. – Anthony mówił, że chorowałeś. – zaczęła, na co wszyscy mężczyźni spięli się nieznacznie. – To coś poważnego? – zapytała.
Theo rzucił krótkie spojrzenie Anthonemu, który w odpowiedzi pokręcił tylko głową.
– Zwykłe… zwykłe przeziębienie. – odparł szybko, spuszczając wzrok na talerz.
– Hm… od sześciu tygodni nie dawałeś znaku życia, martwiłam się. –  kontynuowała  kobieta – Widziałam cię wybiegającego ze szpitala, sprawiłeś wrażenie  jakby stało się coś złego..
Theo zagryzł wargę.
– Przepraszam, nie chciałem was martwić. – odparł grzebiąc w talerzu widelcem.
Niby jeszcze jej nie okłamał, prawda?
– Coś się stało wtedy? – dopytywała kobieta. – Wiesz, jesteś dla nas jak rodzina i możesz nam wszystko powiedzieć.
Theo przełknął gulę rosnącą mu w gardle.
– Nic się nie stało. – posłał kobiecie wymuszony uśmiech.
Chyba dobrze, że nie wiedziała.
Anthony rzucił spojrzenie Georgowi, może on mogły jakoś przerwać serię pytań żony. Mężczyzna milczał jednak, wiedząc,  że Amber i tak nie odpuści, a on przecież oficjalnie nic nie wie.
– Gdzie więc byłeś? Mogłeś chociaż zadzwonić.
– Przepraszam… Moja bezmyślność. – zaśmiał się chłopak, po czym wepchnął do buzi ostatni kawałek kurczaka mając nadzieje, że temat został już wyczerpany.
Dorothy skończywszy jeść zeszła z krzesła i zaczęła ciągać się z Mayą.
– Idź umyj ręce. – rzucił do niej tylko George i wrócił do jedzenia.
– Theo. – rzuciła stanowczo kobieta – Pytałam się o coś.
Theo spojrzał na kobietę poważnie  i odłożył widelec. Wziął jeszcze łyk soku, by zyskać troszkę na czasie.
– Um. Byłem u mojej kuzynki w Chciago. – skłamał gładko patrząc jej w oczy znad szklanki.
– Kuzynki? Nigdy o niej nie mówiłeś.
– Nie ma o czym. To córka ciotecznej siostry matki, Lucy. W sumie to tak nagle wyszło… – zaśmiał  się chłopak.
Amber spojrzała na chłopaka przenikliwie.
– A co się stało z twoim mieszkaniem tutaj, że teraz mieszkasz u Anthonego? – spytał podejrzliwie.
Theo odetchnął tylko i zacisnął palce na widelcu.
– Ta moja kuzynka wpadła tak niespodziewanie do Denver i mnie zgarnęła po prostu. Nie miałem czasu za bardzo pogadać o tym z zarządcą i mnie wywalił z pokoju. – wzruszył ramionami i popił jeszcze trochę soku.
Był chujem.
– No, a później, jakieś dwa tygodnie temu wpadłem na Theo na ulicy jak wracałem z biura. – przejął pałeczkę Anthony –  Wyglądał okropnie i biednie  z tymi walizkami na środku ulicy, więc go zabrałem do siebie, a i tak znowu złapał przeziębienie. Później postanowiliśmy, że pomieszka u mnie dopóki nie znajdzie czegoś dla siebie.
– Tak, to było zaraz po tym jak zarządca mnie wywalił. Miałem szczęście, że Anthony tamtędy przejeżdżał. Ten facet jak tylko mnie zobaczył, wyrzucił mi na ulicę walizki i tyle… Dobrze, że w ogóle przechwał moje rzeczy…
– Ten facet? – dopytała Amber.
– No Preston, właściciel domu. – odparł chłopak zaciskając zęby.
– Ale sam przyznasz, że to było nieodpowiedzialne tak nagle wyjechać… – dodała Amber wracając do jedzenia.
– No tak, przyznaję. – zaśmiał się Theo.
– A jak ci się mieszka z moim kochanym braciszkiem? – zapytała kobieta już lżejszym tonem.
Theo uśmiechnął się lekko i uniósł spojrzenie na mężczyznę.
– Świetnie. – zaśmiał się w odpowiedzi, przytrzymując nieco spojrzenie blondyna – Mam nadzieję tylko, że on nie wyrzuci mnie zbyt prędko. – uśmiechnął się do Anthonego nad stołem.
– Oczywiście.  – odparł szybko mężczyzna zapatrzony w uśmiech chłopaka – Mówiłem, że możesz zostać ile chcesz.
– Jak słodko. – zaśmiała się Amber, a George tylko odchrząknął.
Wiedział już o czym myśli jego ukochana małżonka, w końcu nie raz już radośnie świergotała na temat tego jaką to cudowną parą byłby Theo i Anthony, chociaż nie miała pojęcia czy chłopak też był gejem. W sumie ulżyło mu, że rozmowa zeszła na inne rejony. Z jednej strony rozumiał, że chłopak nie chciał o tym rozmawiać lecz z drugiej głupio mu było, że jest w to wplątany, bo oznaczało to również jego udział w tym całym kłamstwie, a on nie chciał okłamywać  Amber. Ale to nie była jego sprawa, prawda? Przynajmniej nie miał żadnego prawa zdradzać tajemnicy Theo, bez jego pozwolenia. Poza tym chłopak nawet nie był świadomy, że on wie.
Mężczyzna westchnął cicho pod nosem i uniósł spojrzenie z nad talerza i po raz kolejny tego wieczoru złapał Anthonego na wgapianiu się w chłopaka.
– Pewnie się trochę nudzisz z moim bratem, – świergotała Amber – on zawsze był takim odludkiem. Zamykał się u nas na strychu i rysował. – zaśmiała się, klepiąc brata po ramieniu.
Anthony odetchnął tylko i uśmiechnął się.
– Tak, a teraz jestem już duży i nie mieszkam z moją wredną siostrą, więc nie muszę się nigdzie chować. – odciął się blondyn.
– No wiesz! – zawołała Amber, szturchając go lekko.
– Nie nudzę się. – odparł z uśmiechem chłopak. – Anthony to wymarzony współlokator, jeżeli mogę tak powiedzieć. – dodał unosząc się od stołu. – Przepraszam, skoczę tylko do łazienki.
– Jasne. – Amber skinęła głową i odprowadziła chłopaka spojrzeniem.
Kiedy chłopak wyszedł z pomieszczenia odwróciła się w stronę brata.
– Anthony, to prawda? – zapytała poważnym, surowym głosem.
Anthony uśmiechnął się do siostry i pogłaskał ją po głowie uspokajająco.
– Tak, a przynajmniej mi mówił to samo o tej kuzynce… – zaśmiał się, i nie mogąc sobie przypomnieć imienia dziewczyny dodał szybko. –  Co ty tam już wymyślasz siostrzyczko, hm?
Amber zmroziła go spojrzeniem i otarła usta serwetką.
– On kłamie, Anthony. – rzuciła odkładając serwetkę i wstając by zacząć sprzątać ze stołu.
Mężczyzna rzucił szybkie spojrzenie Georgowi, jednak ten równolegle z żoną uniósł się i zaczął sprzątać ze stołu.
– Niby skąd taki wniosek? – zbył ją i wstał zbierając ze stołu szklanki.
– To przecież oczywiste! – warknęła kobieta – I albo jesteś ślepy, albo kłamiesz razem z nim!
– Kochanie przestań. – zaczął George – Nie wydaje mi się by kłamał. – dorzucił.
Anthony podziękował mu w duchu.
– Właśnie, przestań ciągle wymyślać jakieś intrygi.
– Ja wymyślam intrygi?! – zapytała oburzona kobieta. – Przecież on ewidentnie zachowuje się inaczej…
Anthony wypuścił głośno powietrze z płuc.
– Jest pewnie trochę zmęczony. – odparł mężczyzna, układając szklanki w zmywarce – Teraz w zimie, mają dużo pracy w schronisku… – zawołał z kuchni.
– Jasne… – syknęła blondynka, przenosząc  stertę talerzy do otwartej na jadalnię kuchni.
– Tak, w zimie jest stosunkowo więcej pracy w schroniskach. Więcej zmarzniętych, chorych zwierząt, pomyśl logicznie skarbie… – zawołał za nią Georg.
Amber wróciwszy do stołu założyła włosy za ucho.
– Nie wiem… może obaj macie rację… – odparła na wydechu opuszczając po sobie ręce. – Ale ja tak się o niego martwię…
Anthony podszedł do kobiety i przytulił ją od tyłu.
– Nie martw się, pilnuję go cały czas. – dodał zgodnie z prawdą, obejmując ją  ramionami.
Amber uśmiechnęła się tylko i złapała go za dłonie.
– A jak w domu jest? – dopytała marszcząc brwi i przekręcając głowę by spojrzeć bratu w oczy. – Jak się zachowuje w domu?
– Normalnie, jak każdy dzieciak w jego wieku. – odparł Anthony szybko i pocałował ją w policzek – Przecież nie okłamałbym mojej kochanej siostrzyczki, hm? – rzucił jeszcze, czując się coraz bardziej winny.
– Dzieciak? – zaśmiała się Amber i pstryknęła blondyna w nos – Przyznaj, że ci się podoba.
Anthony zaśmiał się zadowolony ze zmiany tematu i odkleił się w końcu od siostry.
– George, skarbie, – zaśmiała się kobieta – też jesteś zdania, że nasz mały Theo podoba się Tony’emu?
George, który zajął się w między czasie parzeniem kawy, odwrócił się od ekspresu.
– No…- pokiwał z rozbawieniem głową. – Raczej się podoba. – zaśmiał się, przytakując żonie.
– Widzisz? – wykrzyknęła tryumfalnie Amber i stuknęła Anthonego w mostek. – Nie masz co się wypierać.
– Ależ nie śmiałbym kochana siostrzyczko… – odparł Anthony krótko.
Theo wszedł do łazienki i oparł się o drzwi.
Czuł się okropnie. Nakłamał Amber i Georgowi,  i w dodatku wciągnął w to Anthonego.
I jeszcze jak się uśmiechał, jak żartował… to było takie żałosne.
Całe życie udawał, ale teraz postanowił być szczery. Szczery w stosunku do Amber, Dorothy, Georga i Anthonego.  Byli w końcu dla niego tacy dobrzy, a on im się właśnie tak odwdzięczał.
Chłopak przetarł twarz dłońmi i rozejrzał się po luksusowo wyposażonym pomieszczeniu. Wszystko tak piękne, jak z jakiegoś pisma meblowego, jasne i błyszczące czystością. Duża, biała wanna z metaliczną baterią, zajmowała prawie pół pomieszczenia,  a Theo mógł tylko sobie wyobrażać  jak jest wygodna. Przy wannie stała szafka, w której osadzona była umywalka, a nad nią wisiało duże lustro.
Właśnie, Theo nawet nie potrafiłby teraz na siebie spojrzeć. Miał dość swojego zakłamanego życia.
Ale co? Miał iść tam do jadalni i im powiedzieć ? Że był dziwką tego obrzydliwego grubasa? Że nie przychodził do nich bo był tak rżnięty i bity przez niego, że jego ciało było jednym wielkim sińcem? Że często po wszystkim nie miał nawet siły wstać i się umyć z potu, śliny i spermy tego skurwiela, a co dopiero by ubrać się i łazić po mieście?
Theo czując mdłości zacisnął tylko powieki i przykucnął przy drzwiach.
Co on tutaj robił…?
Po kilku głębszych wdechach uśmiechnął się jednak do siebie i wyszedł z łazienki.
Wszystkich zastał już w salonie, gdzie siedzieli pijąc kawę i żartując. Na podłodze między stolikiem i jasnymi kanapami, a telewizorem, po podłodze tarzała się Dorothy z Mayą. Do nich też podszedł chłopak i po chwili zanurzył ręce w miękkiej sierści psa.
– Połaskocz ją Theo! Połaskocz! – zawołała dziewczynka.
– A co się stanie jak połaskoczę? – zapytał chłopak. – Będzie się śmiała?
– Mhm! I tak zabawnie ruszała nogaaami!
Theo zaśmiał się i poczochrał Mayę przez chwilę, po czym uniósł się  i przeszedł w kierunku kanapy, na której siedział Anthony.
– Tu twoja kawa Theo. – Amber siedząca w objęciach męża, wskazała mu dłonią kubek i posłała ciepły uśmiech.
– O i nawet jest słodkie. – zaśmiał się brunet na widok talerzyka babeczek czekoladowych.
– Jak mogłoby nie być twoich ulubionych babeczek? – zaśmiała się kobieta. – Wtedy to już naprawdę wyjechałabym na Alaskę.
Wszyscy roześmiali się zgodnie.
Przecież wszystko było okay.
Droga jak zwykle upłynęła im w milczeniu. Dopiero gdy weszli do mieszkania Anthonego i rozebrali się, Theo zdobył się na odwagę by przeprosić mężczyznę.
– Przepraszam, nie chciałem, żebyś musiał ich okłamywać. – rzucił Theo patrząc jak mężczyzna powoli zdejmuje buty.
Anthony spojrzał na niego z dołu i odchrząknął.
– Nie musiałem. Jestem dorosłym mężczyzną i potrafię sam zdecydować co powinienem robić, tak? – rzucił retorycznie i przeszedł do kuchni by napić się wody.
Jeszcze nigdy nie był na takim spotkaniu z Amber. Atmosfera była napięta i męcząca. No i głupio się czuł kłamiąc siostrze. Ale co mógł innego zrobić?
– Powiem jej, obiecuję. – rzucił szybko chłopak opierając się o futrynę wejścia do kuchni.
Nie chciał tego. Anthony wydawał być się dziwnie chłodny w stosunku to niego. Theo nie chciał tego, ani tego by mężczyzna był na niego zły.
Anthony ostawił szklankę i podszedł do chłopaka.
– Co chcesz jej powiedzieć? – zapytał, kładąc mu ręce na ramionach – A przede wszystkim po co, hm? – zapytał i nim chłopak zdążył odpowiedzieć, dodał – Teraz wszystko będzie już dobrze, nie ma sensu do tego wracać, rozumiesz? – zapytał, ujmując twarz chłopaka  w dłonie.
Theo wpatrzył się w szare oczy mężczyzny i pokiwał głową.
– Dobrze będzie jeżeli i ty postarasz się o tym zapomnieć, i zaczniesz nowe życie. Pomogę ci. – powiedział uśmiechając się nieco krzywo.
– Nic nie wiesz… – westchnął chłopak, łapiąc go za przód koszuli.
– Niezależnie od tego co się stało, musisz zacząć nowe życie, rozumiesz? – przerwał mu dobitnie mężczyzna.  – Możesz mi powiedzieć, możesz nie, ale przestań w końcu traktować siebie jak…
– Jak cierpiętnika? – rzucił z przekąsem chłopak.
Wiedział, że tak się często zachowuje, a przynajmniej tak o sobie myślał. Drobnym szczegółem było to, że czasami miał wrażenie jakby nadal swędziały go gojące się zadrapania po zębach tamtego chuja, a one przecież pierwsze się zagoiły. Albo to, że gdy leżał już w łóżku czuł jakby palce Prestona przesuwały się w górę jego uda , a on słyszał nad sobą jego chrapliwy oddech… Zapewne to było zwykłe wariactwo, i on, Theo, doskonale wiedział, że musi coś z tym zrobić. Ale nie miał ani motywacji, ani siły by zacząć o siebie walczyć. Inni od razu stanęliby na nogi, prawda? Mieliby siłę. A on? Wolał chyba pławić się w tym stanie…?
– Jak śmiecia… – dokończył Anthony. – Przecież widzę co się  z tobą dzieje, Theo! Jesteś jak przedmiot i pozwalasz się ludziom ustawiać tak, jak tego chcą…!
Theo odwrócił spojrzenie w  bok. Czuł się taki bezsilny. Wiedział, że to wszystko prawda, przecież wiedział do cholery!
– Chciałbym, żebyś w końcu zaczął żyć normalnie.. – kontynuował architekt. – Pomyślałem, że może zapiszemy cię do jakiegoś psychologa, hm?
Jasne, pomyślał Theo. Psycholog, kolejna fura kasy za jakieś pieprzone sesje, które i tak nic mu nie dadzą.
Pokręcił przecząco głową.
– Nie chcesz? – zapytał blondyn.
– Nie… jest coraz lepiej. – skłamał szybko chłopak wymuszając na ustach lekki uśmiech.
Nie było lepiej.
No może po dzisiejszym spotkaniu… Czuł się na nim naprawdę szczęśliwy. Dopóki nie zaczął kłamać.
Anthony pogłaskał go po głowie.
– Nie kłam, Theo… – jęknął cicho – Chociaż dla mnie nie kłam. Przecież ja i tak wszystko wiem, i widzę co się dzieje…
Widział jak chłopak kłamie. Zawsze się przy tym uśmiechał blado szukając poparcia dla swoich słów w oczach rozmówcy. Tak, jak u Amber.
– Może powinienem się już wyprowadzić…? – zapytał cicho chłopak, odwracając wzrok.
Anthony zesztywniał. Nie mógł pozwolić by chłopak się wyprowadził. Dokąd z resztą by poszedł?
Ale z kolei miał go nie zatrzymywać, gdy ten stanie na nogi. Problem w tym, że z brunetem nadal było źle.
– Nie… nie musisz… – odparł czując jak coś staje mu w gardle.
– Nie chcę być dla ciebie problemem. – dodał cicho chłopak.
Anthony zmarszczył brwi.
– Nie jesteś! – zaprzeczył szybko, zaciskając aż palce na ramionach Theo i wpatrując się ze strachem w oczy chłopaka. – Nie jesteś, Theo… – dodał już miękko – Nie myśl tak nawet…
Theo zacisnął powieki i po chwili opadł lekko w stronę mężczyzny, chowając  twarz w jego koszuli.
– Anthony… – szepnął zdławionym głosem – Ja mam już tego wszystkiego tak dość… Jestem już zmęczony. – dodał, starając się przełknąć łzy.
Tak, miał dwadzieścia jeden lat, a czuł się jak co najmniej sześćdziesięciolatek. To naprawdę było takie dziwne?
– Nie myśl tak… – westchnął mężczyzna przytulając do siebie  bruneta i gładząc go po głowie. – Naprawimy wszystko, dobrze? Zaufaj mi. – dodał odsuwając się trochę by spojrzeć chłopakowi w oczy.
Theo wbił w niego wyczekujące spojrzenie.
Ufał mu, ufał mu, ufał…
– Pomożesz mi…? – zapytał cicho.
Anthony uśmiechnął się i pogłaskał go po policzku.
– We wszystkim ci pomogę. Nie jesteś już sam. – dodał ciepło i przesunął wzrokiem po twarzy Theo.
– Chyba trochę zepsułem nam wieczór… – powiedział chłopak.
– Nie myśl już o tym. – odparł mężczyzna odrywając spojrzenie od jego delikatnych ust i skupiając je ponownie na oczach chłopaka. – Teraz już wszystko będzie dobrze. Obiecuję.
Jakieś trzydzieści centymetrów.
Tylko tyle dzieliło jego usta od ust Theo. Ust które na pewno były bardzo, bardzo miękkie i słodkie, pomyślał blondyn przesuwając kciuk na podbródek chłopaka. Jeszcze jakiś centymetr i przekona się czy na pewno są takie miękkie na jakie wyglądają. Tylko dotknie ich opuszkiem palca, nic się nie stanie przecież.
Kiedy najechał kciukiem na dolną wargę Theo, aż wstrzymał oddech. Poczuł na palcu gorące powietrze wydychane przez chłopaka. Drugą  ręką, która wciąż spoczywała na szyi chłopaka czuł szybkie tętno, z jakim serce pompowało krew w tym kuszącym go wiecznie ciele. Chciał go…
Pochylił się nieznacznie w kierunku przyciągających go ust i oblizał spierzchnięte wargi. Uniósł  spojrzenie z ust na oczy chłopaka, które wpatrywały się w niego w… przerażeniu? Zaskoczeniu?
Anthony uśmiechnął się do oczu chłopaka.
– To był męczący dzień. – zaśmiał się i pogłaskał go po głowie. – Leć już spać. I nie myśl za dużo przed snem, żeby nie śniły ci się żadne koszmarki. – dodał jak do małego dziecka i odsunął od chłopaka, pragnąc jak najszybciej znaleźć się w swoim pokoju.
Co on chciał zrobić?
Około dwudziestu centymetrów, pomyślał Theo, opierając się ciężko o futrynę i łapiąc się za szyję w miejscach, gdzie niedawno spoczywały ciepłe dłonie Anthonego.
Może wszystko byłoby okay?

Reklamy

8 thoughts on “Till We Are Vol. 1 Ch.07

  1. Witam,
    niech w końcu zacznie żyć Theo, Anthony chce się nim zaopiekować, no i w domu Amber to zupełnie inaczej się zachowywał…
    Dużo weny życzę Tobie…
    Pozdrawiam serdecznie

  2. Co jak co, ale potrafisz trzymać czytelnika w napięciu~!

    Jak tak dalej pójdzie to zacznę z frustracji po ścianach chodzić xD

    popieram jednak zdanie Coke, to by było iście urocze, jakby Theo pierwszy krok zrobił, miłość by mnie rozniosła~

    1. Och, ciesze się, ze mi się udaje! xD A rozdział już niedługo, więc spokojnie.
      Och, uwielbiam takie komentarze. Z jednej strony Anthony powinien być wyrozumiały i tak dalej, bo w końcu nie jest napaloną bestia, ale z drugiej mógłby przespać się z barmanem z klubu, bo w końcu jest człowiekiem i ma swoje potrzeby. xD
      Współczuję mu, sama nie wiem co bym zrobiła na jego miejscu. xD

  3. Ah, jakiż Theo jest uroczy. To było naprawdę kochane kiedy przytulił się do Anthonego, ale osobiście twierdzę, że Anthony nie powinien go całować i cieszę się, że skończyło się bez niepotrzebnej wymiany śliny.
    Bo w sumie ja to bym chyba wolała żeby pierwszy krok zrobił Theo, bo kiedy myślę, ze mógłby to być Anthony to wydaje mi się, ze… No cóż, w moich oczach Pan Seksownyarchitekt stałby się Panem Napalonympedałem xD

    Przepraszam za kolejny niekonstruktywny komentarz, pozdrawiam xD

    1. ha ha ha! Ale przecież Anthony jest cholernie napalony na chłopaka, co wydaje mi się oczywiste jak się czyta rozdziały. xD
      A niekonstruktywne komentarze są równie miłe jak konstruktywne. xD

      1. Ja wiem, że jeest. I niech sobie będzie, niech sobie go później zerżnie jak dzikiego prosiaka, ale rzecz w tym, że no… Żeby nie wyszedł na napalonego pajaca, nawet jeśli nim jest xD

  4. Jeny, tak blisko a tak daleko *,* To jest dopiero straszne…
    Heh, dziwnie czytało się o Theo na kolacji. Tzn. to było takie inne. Tak jak było w tekście zresztą, Theo u Anthoniego zachowywał się jak cień, trup normalnie. A tutaj nagle ożył. Uśmiechał się, nawet żartował.
    No i ma racje, marchewka jest pyszna!
    Theo mięknie w oczach co widać było najbardziej na końcu rozdziału. No i w łazience. Zastanawia mnie jak opiszesz przebieg jakiegoś większego kontaktu fizycznego między chłopakami. Przytulanie to już coś, chociaż to było bardziej oparcie się o kogoś niż wtulanie się, chyba… Mam nadzieje, że nie będzie tu po prostu opisu jak po jakimś czasie zaczynają się całować i uprawiać seks, tylko… No nie wiem, chcę żeby było opisane jakie to dla Theo ciężkie. A że opisujesz emocje dobrze, to pewnie będzie to wzruszające.
    No bo dla kogoś po gwałcie, pierwszy kontakt na pewno jest ciężki. Sama nie mam z tym doświadczenia, ale czytałam trochę. Zamykasz oczy podczas seksu i widzisz tego gwałciciela. Albo ciągle porównujesz, kojarzy ci się to tylko z bólem i czymś ohydnym… Ale Anthony jest bardzo delikatnym i cierpliwym człowiekiem. Chociaż sam już powoli pęka.
    Uh, ciekawe też co dalej się stanie… Bo mówisz, że będzie druga część, więc musi dziać się coś jeszcze. Jakiś zwrot akcji, coś przełomowego? Bo chyba nie opis cukierkowego, pięknego przyszłego życia Theo z Anthonym. Nie, to by nie było w stylu tego opowiadania.
    Siostra Anthoniego jest fajna, jednak ja bym z nią długo nie wytrzymała… xD Bo bardzo drąży i dopytuje. Ja zazwyczaj odpuszczam nie chcąc być wścibską.
    Ale jednak jest fajna, niech nie wyjeżdża na Alaskę xD
    Szkoda,że rozdziały nie są codziennie xD Z drugiej strony dla Ciebie to dobrze;p Jakoś wytrzymam, mam jeszcze FDTS. I sama muszę znaleźć czas na pisanie xD
    Życzę weny i pozdrawiam ;)

    1. Tak, Theo to dziwny człowiek i na pewno bardzo poturbowany przez los.
      Pisząc TWA starałam się by wszytko przebiegało w tempie, które dałoby bohaterom możliwość poukładania swoich uczuć i dojścia z nimi do jakiegoś ładu.
      Ofiary gwałtu różnie reagują na takie przejścia, więc nie wiadomo jak zareaguje chłopak, który niejedno niestety przeszedł. Sama nawet teraz zaglądam do rozdziałów wcześniej przed wstawieniem, żeby je po raz setny przemyśleć i w ogóle… Czasami wydaje mi się, że jest okej, a czasami… mam jednak nadzieję, że nie wyszło mi z tego opowiadania coś sztucznego. No nic.
      Amber jest kochana, wiedzą to wszyscy,ale niebawem… oj, niebawem~~
      Starałam się i nadal się staram, aby w każdym rozdziale było coś znaczącego dla bohaterów i dla fabuły, więc mam wrażanie, że w każdym bywa coś przełomowego.
      Pierwsza część opowiadania dotyczy raczej prób pogodzenia się chłopaka ze sobą i teraźniejszością, Nauczenia się życia.
      Druga będzie pogodzeniem się z przeszłością. Mam nadzieję, że to nie jest zbyt duży spoiler, a raczej mała intrygująca marchewka. C:
      O tak. ja sama nie mogę się doczekać, aż wstawię następny rozdział i w ogóle~~ xD~A Ty pisz pisz, swoje. c:
      To już za prawie dwa dni. Środa już niedługo~~

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s