Till We Are Vol. 2 Ch.08

Theo odwrócił się z walącym mocno sercem. Wolał nawet nie zgadywać, co zobaczy za sobą, jednak głuchy łomot zalał już jego głowę tysiącem wizji.
– Coś ty zrobił?! – krzyknął w jego stronę Ethan, podbiegając do Anthonego leżącego parę metrów od samochodu, z którego nie wysiadł jeszcze kierowca.
Student pochylił się nad mężczyzną i odwrócił go w swoją stronę.
– Anthony! – zawołał, potrząsając nim lekko i czując, jak po policzkach płyną mu łzy.
Czy ten dzień mógłby być gorszy?
– Anthony! Proszę… – jęknął, lecz po chwili spojrzał srogo na Theo, który przykląkł przy nich z przestraszonym wyrazem twarzy.
– Wynoś się! – krzyknął na niego – To wszystko twoja wina! – warknął, obejmując zachłannie bezwładne ciało mężczyzny.
Theo zacisnął drżące wargi i sięgnął ręką do szyi Anthonego, by sprawdzić mu puls. Ethan jednak odepchnął jego rękę.
– Chcę sprawdzić… – zaczął brunet, przełykając gulę rosnącą w jego gardle. Nie wybaczyłby sobie, gdyby Anthonemu coś się stało.
– Gówno masz do sprawdzania!  Kiedy w końcu zrozumiesz, że wiecznie jesteś tylko problemem?! – krzyknął Ethan, zerkając co chwilę na twarz architekta. Chciał być przy nim. Strasznie się bał, że już więcej nie będzie miał ku temu okazji.
Theo zagryzł mocno wargi. Nie mógł pozwolić, by słowa Ethana go zabolały. Przecież kochał Anthonego i obiecał sobie już dawno temu, że będzie o niego dbał, że dla niego będzie silniejszy.
Powstrzymując łzy, sięgnął drżącą dłonią po telefon do kieszeni. Przez zamglone oczy zaczął wyciskać numer i kilka sekund upłynęło nim mu się to udało.
– Ja… on sam mi wybiegł – usłyszał z boku głos mężczyzny, który otrząsnąwszy się z szoku wysiadł w końcu z auta.
Nie zwracając na niego uwagi, Theo wsłuchiwał się w sygnał w telefonie zaciskając na nim mocno palce. Kiedy w końcu po drugiej stronie odezwała się jakaś kobieta, a on łamiącym się głosem założył zawiadomienie. Musiał być teraz silny. Kiedy kobieta zapewniła go, że karetka jest już w drodze, spojrzał ponownie na twarz swojego mężczyzny. Nie wiedział, dlaczego Ethan teraz postanowił wyznać swoje uczucia mężczyźnie, ale czuł się bardzo zazdrosny o to, że to on trzyma architekta w ramionach.
– Anthony… – jęknął cicho, ujmując jego bezwładną dłoń.
Wiedział, że to nie może się tak skończyć, wierzył w to, że wszystko będzie dobrze.
– Nie powinieneś go ruszać… – szepnął cicho w stronę szatyna.
Co jeżeli wypadek uszkodził kręgosłup blondyna? Ethan mógł mu tylko zaszkodzić, tym jak go do siebie przyciskał. Widząc jego łzy, Theo nie mógł uwierzyć, że sam potrafił być taki twardy.
– Zamknij się już do cholery…! – warknął rozhisteryzowany chłopak. – Mam być obojętny jak ty? Ja go naprawdę kocham! – dodał z goryczą w głosie.
Theo odwrócił od niego spojrzenie i pomasował palcami, trzymaną dłoń. Nie chciał się kłócić z Ethanem, nie teraz.
Po chwili jego wzrok padł na stojącego obok nich mężczyznę, który dreptał w miejscu i oddychał ciężko.
– Niech pan się uspokoi. Zaraz będzie karetka i policja. – powiedział, oddychając głęboko.
Jego ciało ciągle drżało, ale nie mógł teraz pozwolić sobie na panikę. Wiedział, że Anthony byłby dumny, widząc, że potrafi zachować zimną krew.
– Ja… ja go nie zauważyłem… – powtarzał mężczyzna – On sam…
Theo odetchnął ciężko i przymknął oczy.
Po dłużących mu się chwilach, w końcu usłyszał sygnał karetki, poprzez szloch Ethana i rozmowy gapiów, którzy przyglądali się całemu zajściu. Kiedy ambulans był już blisko, odszedł od Anthonego i wyszedł mu naprzeciw. Oddychając ciężko podbiegł do zatrzymującego się samochodu.
– Co się stało? – zawołał lekarz wybiegając z samochodu i ruszając w kierunku miejsca wypadku.
– Potracił go samochód… ja nie wiem, jest nieprzytomny… – odparł chłopak idąc za mężczyzną w kierunku Anthonego.  Za nimi, dwaj pozostali ratownicy  przyciągnęli z samochodu nosze.
– Proszę się odsunąć. – zawołał lekarz do Ethana.
Chłopak nie ustępował, nie chciał zostawiać Anthonego samego.
– Zabierz go! – krzyknął lekarz do Theo i już po chwili, chłopak odciągnął szatyna od ciała architekta.
– Ethan…! Do cholery, daj mu pomóc! – warknął na niego szarpiąc się z chłopakiem.
– To wszytko twoja wina! – zawołał student – Gdyby nie ty, nic złego by mu się nie przydarzyło! – krzyczał i po chwili rzucił się z pięściami na bruneta.
Theo nie zdążył zasłonić się rękoma i już po chwili poczuł silne uderzenia odkładające jego twarz.
– Prze… przestań! – krzyknął, starając się zasłonić, jednak wściekły chłopak był nie do zatrzymania.
Dopiero po chwili rozdzielili ich dwaj policjanci, którzy dotarli na miejsce.
Theo nawet nie zauważył, kiedy sanitariusze wstawili nosze do ambulansu. Dopiero, gdy usłyszał sygnał, zwrócił uwagę na to, że karetka odjeżdża. Kiedy policjanci spisali ich zeznania, nie czekał już na nic. Zatrzymał przejeżdżającą taksówkę i ruszył do najbliższego szpitala.

Kiedy wszedł głównym wejściem i podszedł do recepcji, czuł, jakby miał zwymiotować. Dopiero teraz, gdy wiedział już, że nic nie zależy od niego, lęk ogarnął jego myśli.
Na drżących nogach podszedł do recepcji i zaczerpnął powietrza.
– An… Anthony Russel… został przywieziony z wypadku… – powiedział cicho do pielęgniarki siedzącej za biurkiem.
Kobieta spojrzała na niego uważnie.
– Niech pan usiądzie, zaraz zawołam lekarza. – poleciła i odeszła szybko od stanowiska.
Theo oparł się o nie i otarł rękawem nos. Dopiero teraz zauważył, że ma twarz prawie całą umazaną w zastygłej krwi. Widocznie Ethan musiał mu rozwalić nos, który teraz zaczynał pulsować tępym bólem.
– Theo! – usłyszał nagle i odwrócił się w stronę nadchodzącego mężczyzny.
– George? – zapytał zaskoczony chłopak – Wiesz co z Anthonym? Gdzie go zabrali?
Mężczyzna w białym fartuchu, otoczył go ramieniem i poprowadził  korytarzem.
– Najpierw zajmiemy się twoim nosem. – powiedział spokojnym głosem.
– Nie, George, proszę… – jęknął Theo, odsuwając się od mężczyzny – Wracaj do pracy, tylko powiedz mi, gdzie on jest…
– Jestem już po pracy. – uspokoił go George, wprowadzając do jednego z gabinetów –  Wszystko zaraz ci powiem.
Usadził chłopaka na kozetce i już po chwili zaczął obmywać mu twarz wacikiem.
Theo nie protestował licząc na to, że w końcu czegoś się dowie. Po kilku minutach nie wytrzymał jednak i odsunął się od rąk mężczyzny.
– George…?
Mężczyzna odetchnął.
– Zaraz pójdziemy na oddział… Ma prześwietlenia i  jeszcze nie znam wyników. Prawdopodobnie ma wybity bark i połamaną rękę. – powiedział w końcu, wsadzając chłopakowi do nosa tampon – Możemy iść. – dodał wstając.
– Będzie musiał być operowany? – zapytał Theo idąc za mężczyzną.
– Wszystko zależy od wyników prześwietlenia.  – wytłumaczył lekarz, zmierzając w kierunku wind – Co się tak właściwie stało, hm? – zapytał.
– Nic… znaczy… potracił go samochód…. – wyjąkał Theo, opuszczając ręce po sobie – Będziesz go operował? – zapytał zaraz.
– Nie… Nie powinniśmy operować bliskich nam osób. – wyjaśnił mu George i wszedł do windy, gdy ta się otworzyła.
Po kilkunastu sekundach jazdy winda zatrzymała się na piętrze. Na korytarzu, w który weszli było dużo spokojniej niż na dole, na izbie przyjęć. George ruszył przed siebie, a Theo, zdenerwowany podążał zaraz za nim. Dziwił się trochę, że George był taki spokojny, jednak wiedział, że jako lekarz powinien umieć zachować zimną krew. Z drugiej strony też, jego opanowanie, uspokajało chłopaka, gdyby nie to, Theo już prawdopodobnie by się rozkleił.
Kiedy doszli do dużych białych drzwi, George zatrzymał się i wskazał chłopakowi jedno z krzesełek, ustawionych pod ścianą, sam oparł się o przeciwległą ścianę i założył ręce na piersi.  Theo schował twarz w dłonie, starając się odepchnąć złe myśli.
– Amber powinna zaraz być… – powiedział po chwili George, na co chłopak podniósł wzrok.
Zupełnie zapomniał o tym, by ją powiadomić.
– To dobrze… – westchnął drżąco – Długo będziemy musieli czekać? – zapytał zerkając na drzwi.
– Nie wiem, Theo… Spokojnie, wszystko będzie dobrze. – odparł George.
Przez kilka minut siedzieli w ciszy, która zdawała się dzwonić im w uszach. Przerwały ją dopiero szybkie kroki, które usłyszeli zza załomu korytarza. Obaj podnieśli wzrok, i Theo z lekkim rozczarowaniem dostrzegł, że była to Amber.
– Co z nim? – zapytała zmartwiona, podchodząc do Theo.
– Jeszcze nie wiadomo. Usiądź. – polecił jej George.
Amber usiadła przy Theo i od razu przytuliła go do siebie.
– Boże… Theo… – jęknęła cicho.
Bardzo się bała, chociaż mąż uspokajał ją już przez telefon.
Chłopak oddał lekki uścisk i odsunął się od niej delikatnie, znowu chowając twarz w dłonie. Po kolei analizował wydarzenia z dzisiejszego wieczoru, zastanawiając się, co mógłby zrobić, żeby zapobiec temu wypadkowi. Gdyby tylko został wtedy w budynku, nic by się nie stało. Nawet nie wiedział, że Anthony z Ethanem go zauważyli, że poszli za nim. Dopiero ten pisk opon wyrwał go z rozmyślań i sprawił, że się zatrzymał, oglądając  za siebie.
Sekundy wlekły się niemiłosiernie, a on co raz zerkał na drzwi, czując jak oczy zaczynają go piec.

Ethan wbiegł do szpitala. Był wściekły. Wszystko, co go spowalniało, bardzo go irytowało. Najpierw ci policjanci, teraz pielęgniarka, która ociągała się chyba najbardziej jak to było możliwe z podaniem mu, gdzie znajdzie Anthonego. Kiedy w końcu łaskawe podała mu informacje, ruszył długim korytarzem w kierunku wind.
W dodatku ciągle dzwoniący telefon w jego kieszeni doprowadzał go do pasji. Szybko wyciągnął go i odebrał zniecierpliwiony.
– Gdzie, do cholery, jesteś? – warknął na niego rozzłoszczony rzeźbiarz – Miałeś zaraz wrócić. – dodał twardo. Liczył na to, że Ethan ochłonie, lecz jego nieobecność sprawiała, że sam denerwował się coraz bardziej.
– W szpitalu. Anthony miał wypadek. – wyjaśnił krótko chłopak, podchodząc do wind i naciskając parokrotnie przyciski od wind.
– Co…? – Keith odetchnął tylko ciężej.
Naprawdę starał się zrozumieć, że Ethan kochał się w tym facecie, ale kiedy do cholery w końcu mu to przejdzie? I dlaczego znowu do niego poleciał, dlaczego zawsze ten facet stawał mu na drodze?
– Jaki wypadek? – dopytał, starając się okazać zainteresowanie, bo w końcu dla Ethana to było ważne. – Jak się czujesz?
Nie był pozbawionym uczuć i współczucia sukinsynem, ale to Ethan interesował go w tej chwili najbardziej.
– Okropnie. – wyznał chłopak – To przez tego Theo! – dodał z pogardą – To wszystko przez niego! – rzucił wchodząc do windy i wciskając numer piętra – Boże Keith, ja nie wiem co mu zrobię, jak Anthony… jak on… – jęknął, opierając się ciężko o ścianę za sobą.
– Spokojnie… Ethan… W którym szpitalu jesteś? – zapytał.
– Nie wiem… Boże… Centrum Medyczne… na Bannock Street… – Ethan podał mu adres nim doszedł do wniosku, że wcale nie potrzebuje tutaj rzeźbiarza.
– Okej… zaraz tam będę… nigdzie się nie ruszaj… – zawołał jeszcze mężczyzna nim się rozłączył.
Chłopak przymknął oczy. Nie miał siły się kłócić z Keithem, zresztą nie miał głowy  teraz w ogóle o nim myśleć.
Kiedy w końcu wysiadł z windy, ruszył szybkim krokiem we wskazanym przez nią kierunku.
Zwolnił jednak widząc Theo w towarzystwie jakiegoś lekarza i kobiety. Szybko domyślił się, że to pewnie siostra architekta i o ile pamiętał jej mąż był lekarzem. Odetchnął ciężko i  podszedł do nich szybko.
– Co z nim? – zapytał pewnym siebie głosem, nie patrząc nawet na chłopaka.
George spojrzał na niego zaskoczonym spojrzeniem, podobnie jak Amber.
– Kim jesteś? – zapytał lekarz, marszcząc brwi.
– Jestem jego przyjacielem. – odparł butnie chłopak, sprawiając wrażenie wyraźnie zniecierpliwionego.
– Jeszcze nie wiemy. Usiądź.
Ethan prychnął pod nosem i ruszył w kierunku drzwi. George złapał go szybko za ramię.
– Tam nie wolno wchodzić. Usiądź i poczekaj. – dodał stanowczym głosem.
– Nie chcę czekać! – warknął student – Chcę wiedzieć co się z nim dzieje. Może powinno się go zawieźć do lepszej kliniki, skoro tutaj tyle to trwa! – dodał, wyrywając się mężczyźnie.
Był tak rozjuszony! Jak oni mogli tutaj tak siedzieć i czekać? Wszyscy byli żałośni i za wszelką cenę chcieli go odseparować od blondyna.
Rzucił lekarzowi złe spojrzenie i sięgnął do kieszeni po paczkę papierosów. Musiał się uspokoić, zapalić i w końcu odetchnąć. Ale jak mógł ochłonąć, wiedząc, że architekt leży gdzieś tam i być może… Może już więcej się nie zobaczą…?
Szarpiąc się z kieszeniami kurtki wyciągnął w końcu papierosy i nim zdołał wyciągnąć chociażby jednego, lekarz stojący obok upomniał go srogim tonem:
– Tutaj nie wolno palić. Jesteśmy w szpitalu
Ethan spojrzał na niego przelotnie i zmełł w ustach przekleństwo, chowając paczkę ponownie do kieszeni.
– Jestem Amber, – przedstawiła się blondynka, na którą od razu zwrócił spojrzenie – jestem siostrą Tony’ego. A George to mój mąż… – dodała wskazując lekarza  – Z Theo pewnie się znacie. Usiądź, razem zaczekamy na wiadomości. – powiedziała przyjaznym tonem, który jeszcze bardziej rozzłościł chłopaka.
– Ethan… – wypluł z siebie z niemiłym grymasem na ustach i odszedł kilka kroków do tyłu.
Przecież nie potrzebował ich przyjaźni. Widział jak Amber  gładzi Theo po plecach, na pewno im dopinguje, na pewno. Wszyscy tak nad nim skaczą, jakby był jakimś pieprzonym, ósmym cudem świata. A to przecież jego wina!  Dlaczego, zasługuje na pocieszenie, skoro to przez niego Anthony wpadł pod samochód? Czy nikt nie widział tego co on? Że ta znajda rujnuje życie architekta, że go wykorzystuje? Ten cały Theo, stawał mu już ością w gardle, nienawidził go z całego serca. Gdyby to brunet wpadł pod ten samochód, gdyby tylko to był on, pomyślał Ethan, wbijając spojrzenie w skulonego na beżowym  krześle chłopaka. Życzył mu jak najgorzej, chciał go zniszczyć, sprawić, żeby zniknął.
– Co z małą? – zapytał nagle Theo, spoglądając na kobietę.
– Poprosiłam sąsiada, by posiedział u nas nim  wrócimy… – wytłumaczyła Amber i posłała chłopakowi pełne otuchy spojrzenie.
– Mówiłaś jej coś? – zapytał lekarz, chowając dłonie w kieszenie fartucha.
– Tylko tyle, że wujek jest w szpitalu… – westchnęła blondynka – Oczywiście od razu postanowiła mu narysować obrazek… – uśmiechnęła się blado.
Ethan przewrócił oczyma. Przez chwilę poczuł się jak intruz, lecz szybko zdławił to uczucie. Przecież to nic nie znaczyło, nie musiał należeć do tej rodziny. Zależało mu tylko na Anthonym.
– Powinniśmy… powinniśmy zadzwonić do rodziców…? – zapytał Theo.
– Powinniśmy. – przytaknął od razu George.
– Ale może już jutro? Jest już późno, wolałabym by  nie jechali o tej porze… – zauważyła zaraz kobieta – Jak przyjadą będzie już ciemna noc…
– Sądzę, że lepiej zawiadomić ich od razu… Pomyśl, czy sama chciałabyś czekać…
– Może zadzwońmy, jak będziemy już wiedzieć coś o jego stanie? – podsunął chłopak.
– Chyba masz rację, Theo… – zgodziła się kobieta i zerknęła pytająco na męża, który zaraz pokiwał twierdząco głową.
Student zacisnął mocno pięści i zęby. Emocje rozrywały go od środka i czuł, że jeszcze chwila, a znowu rzuci się na chłopaka. Tak jak przedtem, na ulicy. Jak on w ogóle śmiał odciągać go od Anthonego, jak mógł dotykać go tymi swoimi zapchlonymi rękoma, pomyślał z odrazą. Tak bardzo gardził tym człowiekiem, że miał  ochotę rozerwać go na strzępy. Gdy na niego patrzył, miał ochotę wyć i po prostu wytargać go za te jebane kudły, zniszczyć tę porcelanowo bladą  twarzyczkę. Z satysfakcją dostrzegł, że szpeci ją teraz napuchnięty, czerwony nos, który mu osobiście rozkwasił. Niepewność i obawa o życie Anthonego, nakręcała coraz bardziej jego wyobraźnię i złość, rosnącą w nim z sekundy na sekundę.
I jeszcze ta atmosfera, jaka panowała na korytarzu. Jakby chłopak był naprawdę częścią rodziny Anthonego, jakby jego zdanie naprawdę się liczyło. Ta krótka rozmowa sprawiła, ze Ethan poczuł się gorszy od chłopaka, a przecież wcale tak nie było. Przecież był milion razy lepszy i Anthony byłby z nim dużo szczęśliwszy.
Gdy patrzył tak na niego miał ochotę nim potrzasnąć. Chociaż sam czuł się zrozpaczony tym wypadkiem,  nie mógł znieść przejętego wyrazu twarzy Theo. Tego, jak zerka co chwilę na drzwi, jak pociera policzki dłońmi, przygryza wargi czy nerwowo poprawia włosy. Chciał  na niego krzyknąć, żeby przestał udawać, przestał zachowywać się jakby naprawdę się przejmował. W końcu i tak na pewno zależało mu tylko na pieniądzach architekta. Już otwierał usta, by to zrobić, gdy nagle poczuł przy sobie czyjąś obecność.
– Dobry wieczór… – przywitał się Keith kiwając głową do obecnych pod drzwiami osób, zaraz jednak stanął naprzeciwko Ethana i położył mu ręce na ramionach. – Jak się czujesz? – zapytał szeptem.
Ethan zmarszczył brwi i zerknął za mężczyznę, wspinając się na palce. Nie chciał przegapić momentu, w którym wyjdzie lekarz z informacjami o stanie Anthonego.
– Zostaw mnie. – jęknął, czując powracającą do niego złość na rzeźbiarza.
Keith jednak trzymał jego ramiona w stalowym uścisku.
– Wiadomo już coś? – zapytał, pochłaniając spojrzeniem twarz chłopaka.
– Nie, nic nie wiem. – odparł chłopak, starając się wyrwać z jego uścisku.
– Powiesz mi co się stało? Po co w ogóle do niego poszedłeś? – dopytał, odciągając go dalej od drzwi, by mieć pewność, że pozostali nie będą ich słyszeć.
Chłopak przewrócił oczyma i posłał mężczyźnie zniecierpliwione spojrzenie.
– Jak to po co…? – warknął – Tylko on nigdy mnie nie oszukał. – powiedział znacząco – Chciałem… mu powiedzieć, że go kocham.
Keith sapnął przez nos.
– Ile razy mam ci powtarzać, że to, co mówi twoja matka to kłamstwo? – szepnął z wyrzutem – Nie ważne. Jak to się stało? – zapytał, kiwając głową w kierunku drzwi.
Chłopak odetchnął głęboko.
– Poszedłem do niego i… i mu powiedziałem… pocałowałem go i on mnie przytulił. – powiedział powoli Ethan, czując jak, palce rzeźbiarza boleśnie zaciskają się na jego ramionach.
– A później? – dopytał mężczyzna, czując jak cały sztywnieje, na myśl, że mogło dojść między nimi do czegoś więcej.
– Później…? On… – wypluł Ethan, patrząc krótko w kierunku Theo – On nas widział. I Anthony pobiegł za nim. Wołał go, ale on oczywiście się nie zatrzymał, więc wbiegł na ulicę i… i potrącił go samochód. – powiedział cicho Ethan, przymykając oczy na samo wspomnienie.
Był niemal pewien, że serce mu wtedy stanęło na kilka sekund. Nieświadomie zacisnął pięści na połach płaszcza Keitha i oparł się czołem o tors mężczyzny. Przymknął aż oczy i odetchnął ciężko.
Nim Keith zdołał objąć go ramionami,  chłopak szybko oderwał się od niego, ruszając w kierunku stojącego pod drzwiami lekarza.
– A pan coś wie…? Cokolwiek…? – zapytał.
– Niewiele… – odpowiedział mężczyzna –  Tylko tyle, że prawdopodobnie ma wybity bark i złamaną rękę.
– Ale wyjdzie  z tego, prawda? – zapytał Ethan z nadzieją w głosie.
– Tak… na pewno… – odparł spokojnie mężczyzna, marszcząc brwi w zastanowieniu.  – Jeżeli to tylko tyle – dodał ciszej, analizując w głowie wszystkie przypadki potraceń, jakie miał okazje widzieć.
Nie wszystkie kończyły się dobrze.
– Wyglądasz, jakby coś było nie tak. – zaczęła Amber, lecz lekarz zaraz posłał jej twarde spojrzenie.
– Poczekajmy na lekarza. – uciął, zakładając ramiona na piersi i przymykając oczy.
– Kiedy będę mógł go zobaczyć? – zapytał zaraz Ethan, zwracając swoją uwagę.
– Myślę, że teraz zajmują się tomografią, nastawianiem kości, więc będziemy musieli jeszcze poczekać. – wytłumaczył cierpliwie George.
– Ile?
– Nie wiem… gdy skończą, na pewno nas poinformują.  – odparł wymijająco lekarz.
Chłopak zacisnął wargi  zdenerwowany.
– Możesz mi po prostu odpowiedzieć? – warknął na mężczyznę – Czy wszyscy lekarze w tym szpitalu są tak niewykwalifikowani jak ty? – niemal krzyknął.
– Spokojn…
– Nie będziesz mnie uspokajał! – krzyknął wyprowadzony z równowagi student.
Czy tylko on naprawdę przejmował się stanem Anthonego?
– Ani ty, ani ta przybłęda!  Tym bardziej, że ten wypadek to jego, kurwa, wina…! – warknął pogardliwie w stronę Theo, który uniósł ku niemu wilgotne, lecz twarde spojrzenie
Nim zdążył zareagować, do szatyna podszedł Keith i złapał go mocno za ramię.
– Dosyć tego. – syknął mu  do ucha – Przepraszam was bardzo, Ethan czasami zachowuje się jak rozpieszczony bachor. – powiedział  twardo, unieruchamiając chłopaka silnym uściskiem – Nie będziemy państwa dłużej niepokoić. Byłbym wdzięczny, gdyby dał pan znać, jeżeli coś się wyjaśni ze stanem Anthonego. – dodał, wyciągając z wewnętrznej kieszeni płaszcza wizytówkę i podając ją lekarzowi.
George przyjął ją i z zaskoczeniem na twarzy zerknął na żonę, która siedziała obok Theo. Oboje odprowadzili wzrokiem białowłosego mężczyznę, który ciągnął za sobą rozjuszonego chłopaka.
– Kto to był? – Amber zwróciła się do Theo, gdy tylko obaj zniknęli im z zasięgu wzroku.
– Ethan i Keith. – wyjaśnił cicho Theo, chowając ponownie twarz w dłonie.
Starał się nie myśleć o tym ile racji miał Ethan, bo jednak z każdą minutą oczekiwania przekonywał się, że coraz więcej.
– Bardzo… impulsywny ten Ethan… – zaczęła powoli Amber, spoglądając na chłopaka uważnie.
– Chyba tak… nie wiem… – westchnął Theo.
– A co miał na myśli mówiąc, że to twoja wina? – drążyła blondynka, kładąc rękę na ramieniu chłopaka.
Theo jednak uniósł się z miejsca i stanął pod ścianą obok Georga.
– Po prostu, Anthony wbiegł za mną na ulicę. Nie słyszałem jak mnie woła. Tyle. – uciął, odwracając wzrok i czując się coraz bardziej winnym.
Zaraz jednak usiadł z powrotem na krześle obok kobiety.  Cisza, która zapadła sprawiała, że słyszał niemal bicie swojego serca.
Po kilkunastu minutach, Amber wstała i spojrzała po nich.
– Nie mogę już tak siedzieć… – jęknęła – Przynieść wam kawę? – zapytała, zaciskając palce na pasku torebki.
– Ja poproszę… – odparł od razu George, rozmasowując ręką kark – Musisz zjechać windą na parter, jest tam dobra kawa w bufecie.
– Jasne… przecież wiem… – westchnęła kobieta – Nie ruszajcie się nigdzie beze mnie. – dodała cicho po czym ruszyła do wind.
Może to było teraz daremne, ale tak bardzo było jej żal tego, że pokłóciła się  z bratem i oskarżyła go o zabawę Theo. Jak w ogóle mogła mu wtedy tak nagadać?  Z drugiej strony nie chciała przed nim teraz tak stawać, gdy się już obudzi, jakby to przez ten wypadek postanowiła go przeprosić. Ale może faktycznie tak było? Do tej pory przecież była za bardzo urażona, by przyznać Anthonemu rację i go przeprosić. Zagryzając wargę i garbiąc się stanęła przed windą.
Było jej tak okrutnie wstyd.
I jeszcze rodzice. Jak ona im w ogóle to powie? Przecież ojciec od razu dostanie zawału, już i tak miał problemy z sercem, a matka zapłacze się chyba na śmierć. Anthony zawsze był ich oczkiem w głowie, więc jak teraz dowiedzą się, że miał ten wypadek to zupełnie się załamią.
Powoli weszła do windy i odetchnęła ciężko. Tak bardzo chciałaby, aby mężczyzna szybko wrócił do siebie, żeby dzwoniąc do rodziców nie musiała im mówić, że jest nieprzytomny, albo co gorsza…
Amber przycisnęła dłoń do ust, a drugą ręką sięgnęła do panelu, wybierając numer piętra, na które chciała zjechać.
Czy naprawdę zasugerowała wtedy bratu to wszystko? Nazywała go puszczalską ciotą? Przecież jej brat nigdy nią nie był. Zawsze był silny, ambitny i dobry, tak, jak prawdziwy facet. Więc czemu, do cholery, mu wtedy to powiedziała? Przecież nigdy tak o nim nie myślała, zawsze też uważała, że jest  z niego dumna, bo nie wypiera się swojej orientacji, bo tyle w życiu osiągnął. I to też nie chodziło o to, że uważała go za jakiegoś bohatera, który pomimo swojej ułomności, jaką miał być homoseksualizm, doszedł w życiu tak daleko, bo to zupełnie nie o to chodziło. Nie dlatego podziwiała Anthonego. Był po prostu takim uczciwym i dojrzałym mężczyzną, który zawsze jej imponował, o którego często była zazdrosna przed rodzicami, czasami nawet przed Dorothy, która za nim wprost szalała. Zawsze w dzieciństwie się nim opiekowała, więc czemu teraz zachowała się jak małolata? Czemu dopiero ten wypadek uświadomił jej, że postąpiła jak zazdrosna smarkula? Może to ona traktowała Theo jak zabawkę? Skrzywdzonego przez los pluszaka, którym mogłaby się opiekować?
Tak bardzo chciałaby przeprosić Anthonego. Ale co, jeżeli nie będzie już między nimi tak, jak wcześniej? Jeżeli już za późno, by odnowić ich relacje? W końcu była wtedy taka zimna i okrutna.
I dzisiaj z rana też, gdy dzwoniła do Theo, a to architekt odebrał telefon, była tak bardzo opryskliwa.
Szybko przełknęła łzy i zaczęła się po cichutku modlić w myślach, by Anthony wyzdrowiał i przyjął jej przeprosiny.

– Powiesz  kim tak naprawdę jest ten Ethan? – zapytał lekarz, zwracając spojrzenie ku Theo, gdy tylko usłyszał dźwięk zamykanej windy.
Theo wyprostował się i spojrzał na mężczyznę uważnie.
– Jest przyjacielem Anthonego. – powtórzył, lecz w oczach Georga od razu dostrzegł niedowierzanie.
– A nie waszym przyjacielem? – zapytał – Jego zachowanie było dosyć dwuznaczne, nie sądzisz? – zapytał jeszcze.
On doskonale wiedział o co pokłóciła się Amber z bratem i chociaż na początku zupełnie śmiał się z jej wizji, że Anthony mógłby zdradzić chłopaka, teraz wszystko nie było już takie jasne. To, że Anthony wybiegł za Theo, mogło oznaczać, że chłopak nakrył go z tym Ethanem. A sam Ethan sprawiał wrażenie bardzo zaangażowanego w sprawy architekta i pałał widoczną niechęcią do jego chłopaka.
A może popada już w paranoję? Cały ten stres związany z wypadkiem i zmęczenie po całym dniu pracy, musiały robić swoje.
– Nie, jest przyjacielem Anthonego, nie moim. – odparł Theo, prostując się na krześle – A jego zachowanie było raczej jednoznaczne, bo on po prostu… kocha się w Anthonym. – powiedział zaciskając wargi.
Lekarz spojrzał na chłopaka i zmarszczył brwi.
– Co to znaczy…? Czy oni…? – zapytał.
– Nie! – rzucił szybko Theo – Nie mieli żadnego romansu. – dodał już spokojniej – On, znaczy Ethan, przyszedł dzisiaj do nas, jak byłem w pracy i… no powiedział to Anthonemu. Anthony oczywiście powiedział mu, że jest ze mną, ale później chyba mnie zobaczyli i poszli za mną.  A ja…  – jęknął – No, chciałem poczekać, aż Ethan sobie pójdzie i nie słyszałem jak Anthony mnie wołał. I wtedy on wbiegł na ulicę i to się stało… – wyrzucił z siebie chłopak, wzdychając ciężko. – Gdybym tylko został w budynku…
George podszedł do chłopaka i położył mu rękę na ramieniu.
– Ale wiesz, że to zwykły wypadek… – powiedział stanowczo – To nie jest twoja wina.
Theo odwrócił spojrzenie.
– Nikt nie będzie cię obwiniał, Theo. – powtórzył mężczyzna – Ethan jest po prostu bardzo zazdrosny. Dlatego to wszystko powiedział.
– Wiem… – jęknął Theo – Ale jak Anthonemu… jak on… to ja nie wiem, co zrobię… – szepnął płaczliwie pociągając nosem i ocierając pierwsze łzy, który zakręciły się w kącikach jego oczu.
– Theo… niewiele wiem… ale jako lekarz widziałem już dużo takich sytuacji, wypadków i nie zawsze wszystko kończyło się dobrze. – zaczął powoli George – Ale myślę… że chyba nie po to Anthony cię ratował z  łap tamtego faceta, żeby teraz po prostu umrzeć. – powiedział, zastanawiając się głęboko nad tym co mówił.
– A co to zmieni…? Że go kocham? – zapytał chłopak ocierając oczy – Przecież, jak uderzenie uszkodziło mu mózg, moja miłość niewiele tu pomoże. – dodał, pociągając głośno nosem.
– Chyba masz rację…. – westchnął mężczyzna, zajmując miejsce na krzesełku obok chłopaka – Ale czy nie powinieneś wierzyć, że wszystko będzie dobrze?
Theo spojrzał na niego płaczliwie.
– Nigdy nie było. – powiedział cicho – Czemu teraz miałoby być? – zapytał, znowu wracając do swojej przeszłości. – Czemu wszystko, co mam, co kocham, musi zawsze się rozpadać? – jęknął, ocierając ponownie oczy – Czemu teraz miałoby być inaczej? Czemu przynoszę ludziom takiego cholernego pecha? Przecież Anthony na to nie zasłużył…
George zamilkł na chwilę. Domyślał się, że nie wie wszystkiego o przeszłości chłopaka i mógł tylko snuć domysły, jak trafił na ulicę.
– Gdybyśmy tylko się nigdy nie spotkali… – dodał Theo zaciskając drżące wargi.
– Naprawdę tego byś chciał? Nigdy go nie poznać? – podsunął mu siedzący obok lekarz.
– Nie! – rzucił od razu chłopak, zerkając na niego panicznie – Ja po prostu tak się boję… – powiedział zaraz, chowając twarz  w dłonie – Boję się, że już mnie nie… przytuli, nie powie mi, że mnie kocha… że ja mu tego już nie powiem… wiesz, że nigdy mu tego nie powiedziałem? – zapytał, zerkając na niego – Teraz tak bardzo tego żałuję. Może gdyby wiedział… – zająknął się brunet.
Naprawdę bardzo tego żałował. Gdyby tylko wiedział, codziennie by mu to powtarzał, tak jak Anthony jemu. Nie zmarnowałby ani chwili, którą razem spędzili. I chociaż nigdy nie uważał, by jakąkolwiek zmarnowali, teraz wydawało mu się, że robili to nagminnie. Że spędzili ze sobą tak mało czasu. Za mało rozmawiali, za mało całowali. Za mało się kochali. Może gdyby wyznał swoje uczucie Anthonemu, mężczyzna miałby większą siłę, by walczyć? W końcu tyle się mówi o takich sprawach, że jeżeli chorzy mają motywację i wolę do życia, to szybciej dobrzeją? A teraz? Przecież nie może być tak, że już jest za późno, że wszytko przepadło.
Tylko ta obawa była tak realna. Theo nie wiedział w jakim stanie jest mężczyzna, a ostatnie co pamiętał to jego bezwładne ciało leżące na środku ulicy. Nie jego pogodna twarz i ciepłe spojrzenie, a obdarty o asfalt policzek, nabiegający krwią. Cała niepewność, którą czuł, była tak paraliżująca, że razem z nią tracił już całą nadzieję.
Ale przecież miał być silny. Chciałby taki być, jak wtedy na ulicy. Całkiem opanowany i zdeterminowany. By podejść, zadzwonić po karetkę, umożliwić pomoc lekarzowi. Nie tak jak teraz – słaby i bezradny.  Jedyne co mógł robić to wpatrywać się w białe drzwi, w nadziei na dobre wiadomości.
– Myślisz, że nie wie…? – zapytał George, wyrywając go z zadumy – Nie zawsze wszystko trzeba powiedzieć prosto…
– A czy nie jest przypadkiem tak… – szepnął chłopak – Że nie jest ważne jak mocno się coś czuje, nie znaczy to nic, dopóki się tego komuś nie wyzna…?
– Nie wiem… – westchnął mężczyzna i podparł łokcie na kolanach – Więc musisz mu to powiedzieć od razu jak się obudzi. – zauważył zerkając na niego krótko i odwracając zaraz wzrok na ścianę przed sobą.
– Tak… tak zrobię. – potaknął chłopak, pociągając ponownie nosem – Gdy tylko się obudzi, George. – dodał ocierając oczy pięściami i oddychając głęboko.
– Trzeba być dobrej myśli. – powtórzył lekarz i wstał, zajmując miejsce przy ścianie – Anthony jest silnym facetem.
Theo pokiwał głową twierdząco.
Wiedział doskonale, że nie poradzi sobie bez Anthonego. Nie będzie już sobą, jeśli mężczyzna umrze, nie będzie potrafił bez niego żyć normalnie. W końcu to on jest jego ostatnią deską ratunku, ostatnią szansą. Przecież obiecał mu, że zawsze będą razem.
Stuk pantofli ponownie wyrwał go z rozmyślań i uniósł głowę, ku nadchodzącej ku nim Amber.
– Theo… kupiłam ci kakao… chyba lubisz… – powiedziała, podchodząc i podając papierowy kubek chłopakowi.
Ten przyjął go do rąk i ponownie poczuł jak pieką go oczy, gdy zapach napoju doleciał jego nozdrzy.
– Kochanie, kawa dla ciebie… – dodała blondynka, podchodząc do męża.
– Dziękuję, Amber… – szepnął lekarz – Kocham cię, wiesz?
Theo spuścił spojrzenie na podłogę i przełknął gulę stojącą mu w gardle.
Dlaczego on nie potrafił tego tak po prostu wyznać Anthonemu?

Reklamy

16 thoughts on “Till We Are Vol. 2 Ch.08

  1. Witam,
    ale się porobiło, Ethan to mnie bardzo wkurza, zrozum w końcu, że Anthony cię nie kocha, dla niego liczy się tylko Theo…
    Dużo weny życzę Tobie…
    Pozdrawiam serdecznie

  2. jak. mnie. wkurza. Ethan. no kurdę, facet odczep się! XD

    a wzięłam się za to opko, bo w końcu ktoś, kto słucha Sakurai’a musi mieć dobry gust ;D brnę dalej, ale po prostu musiałam wylać swoja frustrację.

    1. Och, Hoshii! Wylewaj jak najczęściej. C:
      Mam nadzieję, że Cię nie zawiodłam. QuQ
      Grzechem byłoby nie słuchać, w końcu on jest taki (tu wkleić wypowiedź typowego fangirla), idealny~! <3 Nie, no daruję sobie pean na jego cześć, ale uwierz, że mogłabym, a sama myśl o takim wywodzie na temat jego majestatu budzi motyle w brzuchu~~~xDDD W skrócie uwielbiam głos tego faceta i jeżeli o nim mowa, bez wstydu i zażenowania przyznaję, że mogłabym skandować jego imię i wyklejać mu laurki. Och i że gdy schodzimy na temat muzyków, których lubię zamieniam się w bezmózgą papkę, potrafiąca tylko wydawać z siebie nieartykułowane dźwięki… i… och… miałam sobie darować, tak…? . ;A;
      Jeeeju~~ ^///^
      Wracając do mojej pisaniny… Będzie mi miło jak napiszesz co myślisz… Ale nie jedź za bardzo~~ xDD

  3. Czytając komentarze, mam wrażenie, że tylko ja nie przepadam za wątkiem Ethana i Keitha. Szczerze, to akceptuję obecność Ethana, tylko dlatego, że jest osobą która wzbudza zazdrość i uczucie niepewności w Theo. Uwielbiam momenty kiedy jest zazdrosny o Anthonego. A co do wypadku miałam nadzieję, że to właśnie będzie Tony, wiec jest ok. xD
    Chyba jestem okropną osobą, ale cóż..tak to już bywa.
    Siedziałam dziś w kościele i wymyślałam scenariusze dalszego życia Anthonego i Theo. xd Jestem jednak pewna, że Ty zrobisz to lepiej i następny rozdział będzie tak samo świetny jak pozostałe.
    Ps.
    Wczoraj znalazłam Twojego bloga i poszłam spać o 3:24. Czytałabym dalej gdyby telefon mi się nie rozładował…

    1. Witaj jessel!
      No, a przynajmniej jesteś pierwszą osobą, która się ujawniła z tą niechęcią. C: I fajnie! Dzięki, że piszesz! C:
      Ha ha ha! Nie jesteś okropna, w końcu śmierci mu nie życzyłaś, a takie małe ‚zawirowanie’ jak wypadek, jest chyba mile widziane w opowiadaniu. Show must go on. xD
      Oooo… ciekawe co tam fajnego wymyśliłaś… C:
      Ale mi schlebiasz, dziękuję. Wiem, ze się powtarzam, ale motywacja do pisania mi podskoczyła. Z każdym takim miłym komentarzem podskakuje! xD

      Nieeee… To ja jestem okropna, bo odczuwam dziką satysfakcję, jak ktoś pisze, że zarwał nockę nad moim opowiadaniem. xDD
      Pozdrawiam gorąco! C:

  4. I doczekałam się. Z jednej strony czuję ulgę, że to nie był Ethan, a z drugiej… nie będę kończyć, bo dostanę naganę za hejtowanie biednego, sponiewieranego przez los Theo :D Ale ja nic nie poradzę, że Ethan jest od niego sto razy lepszy, ciekawszy i wgl tamten mu do pięt nie dorasta. Ten rozdział był krótszy od poprzednich czy mi tak szybko zleciało? Już się nie mogę doczekać kolejnego. Widziałam co pisałaś Dammianowi i już się nakręciłam, że kolejny rozdział będzie o Ethanie i Keithcie. Kłótnia, wyznanie miłości i na koniec ostry seks? Tak to widzę! :D

    Pozdrawiam :)

    1. Ha ha ha! Nieeee… za hejtowanie nie ma kary. xD Przecież nie musisz wszystkich lubić. A Theo jest pod wieloma względami różny od Ethana, więc nie dziwię się, że skoro tego drugiego lubisz, za pierwszym nie przepadasz. ^^
      Ten rozdział był właśnie o pół strony dłuży od poprzednich, więc raczej tak szybko Ci zleciało. C:
      Ha ha ha! No kolejną wieszczkę mamy, ale kto wie? Może masz rację… może nie. xD
      Tak czy inaczej, zapraszam w kolejny piątek, abyś mogła się przekonać. xD
      Życzę miłego tygodnia i pozdrawiam gorąco! C:

  5. Och, a jednak Anthony. Byłam pewna, że to Teo wpadnie pod samochód.
    No cóż… Ethana nadal lubię, ale myślę, że ktoś [Keith] powinien doprowadzić go do porządku. Mam dziwną wizję przed oczyma, jak Ethan krzyczy na Keitha i histeryzuje, co często mu się zdarza i dostaje w twarz, co go uspokaja od razu. Może zasłużył? Bo zachowuje się totalnie nieracjonalnie. Nie powinien w ogóle dotykać architekta po wypadku… Theo o dziwo zachował powagę i spokój. Tak, Anthony na pewno byłby dumny. Mam nadzieję, że facet się wybudzi… Zresztą, jeśli nie to co dalej z opkiem by było xD
    Nadal pamiętam z poprzedniego rozdziału tekst Keitha, gdzie mówił, żeby nawet Ethan się nie ważył przespać z jakimś facetem, gdy ten wybiegał z domu do Anthony`ego. Lubię tę stronę Keitha. Ethan potrzebuje właśnie kogoś takiego. Nie super opiekuńczego i wyrozumiałego Anthony`ego tylko właśnie kogoś, kto sobie nie da pogrywać…

    Dobra, czas kończyć. Mam gości ;_;
    Pozdrawiam :)

    1. No, chociaż Ciebie udało mi się zaskoczyć… C:
      Tak, Ethan zachowuje się jak rozpuszczony gnojek, jakby w ogóle stracił poczucie rzeczywistości. Co z tego wyniknie, aż boję się zgadywać. Ale fakt faktem, że rzeźbiarz nie da sobą pomiatać i raczej nie będzie potulny. C:
      No i zauważyłaś, że Theo okazał nieco opanowania i charakteru w tym rozdziale, w kryzysowej sytuacji. Cieszę się~! Jak się porówna jego z pierwszych rozdziałów, a tego z tych ostatnich, chyba widać dużą różnicę, mmm? Fajnie, że ktoś to zauważa. C:

      O jej… to powodzenia z nimi, nie daj się im zagryźć!
      Pozdrawiam gorąco!

  6. Smutaśny ten rozdział :c
    Ja mam taką obsesję, że zawsze, gdy się z kimś żegnam (nawet jeżeli zobaczymy się jutro w szkole albo tylko idę spać, i gdy rano się obudzę znowu zobaczę moją siostrę i mamę) dbam o to, żeby moje ostatnie słowa tego dnia były miłe. „Miłego dnia”, „Słodkich snów” czy właśnie „Kocham cię”. Nie mam zamiaru umierać ani nic, ale nigdy nie wiadomo. Z tego samego powodu zawsze staram się załagodzić wszystkie spory zanim pójdę spać. Dzięki temu jestem spokojniejsza.

  7. No i wykrakałam… Biedny Anthony. Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Jak to kurcze jest, że człowieka musi samochód trzepnąć albo coś innego stać, żeby stworzyć impuls do wyznania miłości albo dajmy na to, żeby przeprosić… Amber przejrzała na oczy, zobaczyła swój błąd, swoją winę, ale czy Anthony’emu musiało się coś stać, żeby na to wpadła? I kto by pomyślał, że chodziło o zwykłą zazdrość? Jak to brzydkie uczucie potrafi zniszczyć relacje z bliskimi nam ludźmi.
    Ethan… ach ten Ethan. Trochę pojechał po Theo, ale czy nie przyszło mu do głowy, że on też ma w tym swoją winę? Może i Theo wybiegł z mieszkania, ale gdyby Ethanowi się nie zebrało na wyznania, to nie byłoby całej sytuacji. Jego wina jest taka sama jak Theo. A Anthony też mógł się rozejrzeć, zanim wszedł na ulicę, więc w pewnym sensie też jest trochę winny. Jednym słowem zbiór przypadków, zwykły wypadek.
    Keith się chyba robi porządnie zazdrosny… Ciekawe czy myśli nad tym, jak raz na zawsze wybić studentowi z głowy architekta. Może jakby powiedział by mu, że go kocha, to Ethan by się otrząsnął? Może chodzi mu tylko o to, żeby ktoś go pokochał? Żeby był dla kogoś ważny? Jakby tylko dostrzegł starania rzeźbiarza, a nie dawał się manipulować matce, to może zdałby sobie sprawę, że nie tylko jeden Anthony jest na świecie, a jest ktoś komu na nim zależy… Odpuściłby sobie w końcu niedostępnego architekta i spróbował stworzyć coś poważniejszego z Keithem, któremu wyraźnie zależy. Szczerze, to trochę mi go żal. Że Ethan nie widzi, jak ten się stara, że nadal ma jakąś niepojętą nadzieję, że Anthony odwzajemni jego uczucia.
    No i mam nadzieję, że Anthony nie będzie miał jakiejś amnezji, bo biedny Theo się chyba załamie. Jak już w końcu zdecydował się, żeby wyznać architektowi miłość, a tu taki bum „kim jesteś?”. To by było straszne…
    Ok, kończę układać te moje teorie, bo się jeszcze sprawdzą… Oby nie…

    „Boże Keith, ja nie wiem co mu zrobię, jak Anthony… jak on… – jęknął – opierając się ciężko o ścianę za sobą.”- zamiast tego drugiego myślnika chyba powinien być przecinek?
    „Rzucił lekarzowi złe spojrzenie i sięgając do kieszeni po paczkę papierosów.”- „i sięgnął” albo „, sięgając”.
    „- ile razy mam ci powtarzać, że to, co mówi twoja matka to kłamstwo?”- a tutaj powinno być z dużej litery, bo się zdanie zaczyna.
    „Po kilkunastu minutach, Amber wstała i spojrzał po nich.”- „spojrzała”.

    Pozdrawiam i życzę dużo weny :)

    1. Mmmm… no bo takie wypadki zazwyczaj nasuwają takie refleksje i mijającym czasie i tak dalej. Co zrobisz, ludzie tacy są. Rzadko kiedy doceniają czas jaki mają, dopóki nie poczują zagrożenia, że nagle mogą go zupełnie stracić.
      Mmmm… Amber chyba dostała też niezłą nauczkę. I miejmy nadzieję, że się pogodzą z Anthonym, jeżeli mężczyzna wydobrzeje…
      Ach Ethan to Ethan. Tak ogólnie jest zajebistym kolesiem, ale przy Theo np wychodzi z niego ta jego dziwna cecha – czuje się tak cholernie lepszy niż Theo i niestety uważa chyba, że świat powinien mu paść do stóp… Ale nie wiem też czy wypadek był czyjąś winą. Tak jak napisałaś: to po prostu splot różnych zdarzeń, niestety z tragicznym skutkiem. Ale czy można było to przewidzieć? Może tak, może nie. Ale nie oszukujmy się, nie myślimy na co dzień o tym, że jak wybiegniemy z domu to od razu wpadniemy pod koła.
      Keith na pewno jest jest upartym człowiekiem. Tylko czy aż tak, by czekać aż Ethan się opamięta? Naprawdę mi go szkoda, bo Ethan… ech, okej, Kończę. Nic nie zdradzam. xD

      Dziękuję~! Coś ostatnio chyba mniej tych literówek. xD
      Pozdrawiam gorąco~!

  8. Hmmm..
    Rozdzial dobry, ale brakowalo mi tutaj takiego mocnego rozwoju akcji. Caly czas bylismt w szpitalu. Szkoda, ze nie wyszedl lekarz i nie powoedzial co sie stalo z Anthonym.
    Ale i tak najbardziej szkoda mi Ethana i Keith’a :(

    Damiann

    1. Wysłał się, wysłał. c:
      Um… czy ja Was za bardzo nie rozpuściłam? xD W każdym rozdziale pościgi, strzelaniny, a tu raptem jeden taki refleksyjny i o~! xDD
      Nie no, oczywiście żartuję sobie. Sama zauważyłam, że ten rozdział jest spokojniejszy, ale to chyba nie jest aż takie złe? xD
      Ethana tez mi jest szkoda, bo jest taki zaślepiony i w ogóle… Ech…
      Ale następny rozdział powinien Ci się spodobać i mam wielką nadzieję, że tak też się stanie, Damiannie. c:

      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam gorąco! <3

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s