Till We Are Vol. 2 Ch.15

Jake  nie czując żadnego oporu ze strony lekarza, popchnął go do tyłu na stojącą między kanapą, a drzwiami szafkę zawaloną segregatorami.
Nie chciał, by Danny zaczął się wahać, by znowu mu się opierał. Przecież jego reakcje, reakcje jego ciała dobitnie świadczyły o tym, że go pragnie.  Poza tym on sam czuł podobnie. Od pierwszego ich spotkania, pierwszej rozmowy.
Całując jego szyję, zamknął do końca drzwi i przekręcił zamontowany pod klamką kluczyk.
– Teraz nikt nam nie przeszkodzi… – szepnął w jego szyję i po chwili zaczął dobierać się do jego rozporka.
Wiedział, że w każdej chwili ktoś może wezwać Danny’ego na oddział i nie mogą pozwolić sobie na długi, gorący seks, jakiego chciał.  Jednak czując, jak z  każdą chwilą lekarz  drży bardziej i tylko resztkami silnej woli powstrzymuje się przed objęciem go i wcałowaniem w  jego usta, nie chciał dać tej szansie odejść.
Danny jęknął, czując na szyi zęby barmana i nawet jeżeli do tej pory miał jakiekolwiek wątpliwości, teraz zupełnie o nich zapomniał. Jake szybko poradził sobie z jego rozporkiem, zsunął spodnie z jego bioder i  pomasował  mocno przez materiał bokserek.
– Och… Jake… – jęknął głośno lekarz i przycisnął jego usta do swoich.
Pocałował go mocno,  całkowicie oddając się chwili.
Był to gorący i wilgotny pocałunek. Mięsiste wargi Latynosa zachłannie pochłaniały jego usta, a ręce coraz śmielej wsuwały się w bieliznę.  Danny miał wrażenie, że aż paruje z podniecenia. Czuł się jak nigdy w życiu, a jedyne o czym myślał to to, by szybciej posunęli się dalej.
– Dotknij mojego kutasa, Danny… – zamruczał nisko barman, przygryzając jego wargę.
Danny sapnął podniecony i szybko skierował ręce do jego rozporka. Po chwili wyciągnął na wierzch grubego, twardego penisa i zacisnął na nim  dłoń. Od krocza mężczyzny buchało gorącem.
– Tak… Uch… – jęknął Jake, nabijając się faliście na jego rękę.
Lekarz przesunął pieszczotliwie ręką po twardym jak skała członku mężczyzny. Odetchnął ciężej, wyczuwając pod palcami grube żyły. Oderwał usta od warg Jake’a i zerknął w dół.
– Ochhh… – westchnął przeciągle, na widok ciemnego członka, wysupłanego z rozporka Latynosa.
– Podoba ci się…? – zamruczał barman, odsuwając się od niego  lekko i biorąc go we własną dłoń.
– Tak. – usłyszał szept mężczyzny.
Zaraz też przyłożył rękę do jego krocza i zacisnął na nim dłoń.
– Pokaż swojego… – zaśmiał się i od razu upadł przed nim na kolana.  Oblizał się przy tym łapczywie i zdarł z niego ubranie, spuszczając je do kostek. – Idealny… – mruknął pochłaniając wzrokiem sztywnego penisa lekarza.
Od razu przesunął  paznokciami po jego udach, zostawiając na nich czerwone ślady i załapał między wargi główkę penisa.
Danny zasyczał przez zęby i zacisnął dłoń na jego włosach. Oddychając ciężko patrzył, jak Latynos powoli bawi się z jego ciałem. Jak powoli, przeciągle liże go wzdłuż członka, odchyla go do góry i zasysa na jądrach.
– Ach… Szybciej… – warknął niemal, widząc że nie mogą siebie pozwolić na długie pieszczoty. W końcu był w pracy, a świadomość tego jeszcze bardziej go podniecała.
Jake tylko zaśmiał się i odsunął od niego. Zaczął masturbować się szybko, patrząc w górę na lekarza. Chciał go sprowokować, by sam wziął to czego chce. Uwielbiał ostry, agresywny seks i był niemal pewien, że Danny ma podobnie.
Polizał go drażniąco, tylko po to, by zaraz ponownie się od niego odsunąć. Po kilku sekundach znowu zatopił twarz w jego kroczu tym razem liżąc go po pachwinie. Jego zapach sprawiał, że sam niemal od razu strzelił na podłogę i buty kochanka. Był idealny.
– Jake! – warknął lekarz, niemal błagalnie a widząc jego prowokujące spojrzenie, złapał go za głowę i wepchnął swojego penisa do ust. Jake zassał się na nim mocno, oddychając ciężko przez nos.
– Tego chciałeś… ? – jęknął Danny, wychodząc z jego ust i przesuwając mokrym członkiem po jego policzku.
Jake zaśmiał się i złapał go za uda.
– To ty tego chciałeś. – szepnął, przekręcając się i opierając o półki za sobą – Chcesz żebym dławił się twoim chujem… – dodał, przesuwając po nim ręką i spoglądając w górę – Mylę się? – zapytał masturbując się powoli, by nie skończyć zbyt szybko.
Oblizał się i zaśmiał pod nosem.
– Doskonale wiem czego chcesz, bo chcę tego samego. – jęknął,  zaciskając mocniej rękę na własnym kutasie – Więc nie marnuj już czasu i wsadź tego grubego chuja do moje…
Danny nie czekając aż mężczyzna skończy, wdarł się do jego ust i zaczął poruszać biodrami.
Jake spojrzał w górę posyłając mu wilgotne spojrzenie.
Lekarz nie chciał być mimo wszystko zbyt brutalny, by nie skrzywdzić Latynosa, lecz to Jake po chwili sięgnął ręką między jego pośladki i nacisnął na jego dziurkę.
– Ahnnn… – jęknął Danny, wyrzucając biodra do przodu, aż wciskając głowę barmana w rządek stojących na półce segregatorów. –  Dobszz….. – syknął, zaciskając powieki.
Już po chwili wbijał się w usta Jake’a w narzucanym przez Latynosa rytmie. Nawet nie zastanawiał się już nad tym czy mógłby go w ten sposób skrzywdzić. Gardło barmana było bardzo głębokie i ciasne, a sam mężczyzna rzadko odrywał się od jego kutasa, by zaczerpnąć powietrza. Danny nawet nie myślał, skąd Jake ma w tym aż takie doświadczenie.
Po kilku pchnięciach wysunął się z jego ust.
– Smakuje? – zapytał chrapliwie, głaszcząc go po głowie.
Jake masturbując się szybko, spojrzał na niego mokrym spojrzeniem.
– Jak… Jak cholera… – jęknął, łapiąc spazmatyczne oddechy – Daj mi go… – syknął, odrzucając głowę do tyłu i przyśpieszając ruchy ręki na własnym kroczu.
Danny zapatrzył się na drżącego mężczyznę i na chwilę zapomniał o własnym podnieceniu.
Jake, klęcząc między jego nogami, wcisnął się w szafkę za sobą i oddychając ciężko spuścił się na podłogę przed sobą.
– Kurwa… Tak… – westchnął, oddychając głęboko.
Po kilku sekundach, zaśmiał się i złapał w usta prężącego się przed jego twarzą penisa. Palec mokry od spermy  wsunął między pośladki lekarza i wepchnął go w dziurkę.
Danny jęknął głośno i ponownie wsunął kutasa głęboko w gardło mężczyzny.
Już po chwili opadł ramionami na szafkę i zacisnął dłonie na jednej z półek, tym samym ponownie wciskając głowę kochanka w stojące na niej przedmioty. Niewiele brakowało mu do końca, a biodra same narzucały mu szybki rytm, tylko  czasami hamowane przez ręce barmana.  Po kilkunastu sekundach  zalał usta Jake’ a dawką spermy.
– Mmmnn….Jake… – jęknął przeciągle, dobijając się na tyle ile mógł, w gardło mężczyzny.
W głowie mu szumiało i  aż oparł się z głębokim westchnieniem o regał. Było mu cudownie,  gdy czuł jak mężczyzna pod nim zasysa się na członku, jak dokładnie go wylizuje. Jego dłonie nadal masowały jego pośladki, a palce przesuwały się drażniąco między nimi.
– Jake… – westchnął ponownie, przymykając oczy i poruszając drżącymi wciąż biodrami.
Po chwili poczuł jak Latynos unosi się spomiędzy jego nóg i wsuwa się pomiędzy  niego a szafkę. Barman objął go i pocałował namiętnie, wzdychając w jego usta.
– Danny… – szepnął, obcałowując jego twarz.
Czuł się naprawdę spełniony, a to co przed chwilą między nimi zaszło, tylko upewniło go w tym, że Danny pragnął go nie mniej niż on jego. Dźwięk jego głosu, gdy jęczał jego imię był wprost obłędny.
Lekarz oddał pocałunek, który dopiero po kilku sekundach zaczął smakować strasznie gorzko.
Co prawda z Aaronem przez kilkanaście miesięcy nie czuł się tak, jak z Jake’m przez te ostatnie kilkanaście minut lecz to wcale go nie usprawiedliwiało.
Przesunął wzrokiem po rozgrzanej twarzy mężczyzny i po chwili odsunął się od niego. Podciągnął spodnie i przeszedł do biurka, skąd wziął chusteczkę, by wytrzeć z podłogi nasienie Latynosa.
Jake bacznie obserwował lekarza, który bez słowa wyrzucił chusteczkę do kosza i w końcu zwrócił ku niemu spojrzenie.
– Żałujesz? – zapytał w końcu, nadal opierając się o regał.
Danny przetarł twarz dłonią i przeszedł do biurka. Siadając na nim i przesuwając uprzednio rzeczy chciał zyskać nieco na czasie, bo nie widział co miał powiedzieć.
– Nie powinniśmy byli tego robić….- szepnął w końcu – Mam kogoś…
– Zerwij z nim. – szepnął Jake, podchodząc do niego – Zerwij Danny. Bądź ze mną… – dodał, próbując objąć go ramionami.
Lekarz odtrącił jego ręce i zmarszczył brwi.
– Też to czułeś, prawda? – zapytał Latynos, zaciskając pięści.
– Co takiego…? – szepnął Dan, odwracając spojrzenie.  Doskonale wiedział, co barman ma na myśli.
– Co? – prychnął Jake – Jakby… jakbyśmy idealnie się uzupełniali… Byli dla siebie stworzeni. – dodał jakby z emfazą w głosie – Czego jeszcze potrzebujesz, by w to uwierzyć? Chcę codziennie tak się z tobą kochać… – szepnął.
Danny spojrzał na niego szybko. Też to czuł, ale jaką miał pewność co do barmana? W końcu Jake zdradził już kogoś, więc jaką miał pewność, że nie zdradzi jego? Nim zdążył dokończyć  tę myśl, dotarło do niego, że też właśnie zdradził Aarona. Zrobiło mu się niedobrze. Jak mógł to zrobić?
– Nie kochasz go… – podsunął Latynos, gładząc go po ramieniu.
– Przestań już, Jake… – jęknął lekarz.
– Czasami pewne uczucia się wypalają…
– Ale to nie jest powód do zdrady! – warknął w końcu Danny – Czuję się teraz jak ostatni chuj… Aaron nigdy by mi tego nie zrobił… Już dawno powinniśmy byli że sobą zerwać. – jęknął, wstając z biurka i podchodząc do drzwi.
Jake podszedł do niego i spojrzał  jakby smutnym spojrzeniem.
– Ale… Powiedz, że było ci dobrze… Że chcesz się jeszcze spotkać. – szepnął schrypniętym głosem i ujął go za rękę – Bo ja nie pozwolę ci tak po prostu odejść. – dodał już mocniejszym głosem.
Danny zadrżał na te słowa. Przecież zawsze chciał coś takiego usłyszeć. I co zabawniejsze w końcu powiedział mu to facet, którego spotyka trzeci raz w życiu, a nie mężczyzna z którym spędził rok.
Boże, tak bardzo go pragnął, że już teraz chciał zrobić to jeszcze raz. Chciał, by Jake wszedł w  niego głęboko, by całował go, gryzł tak, jak przed chwilą. Był niemal pewien, że jutro całą szyję będzie miał pokrytą licznymi śladami.
Zmarszczył brwi i jęknął cicho, zaciskając rękę na palcach barmana.
Czuł, że nawet jeżeli miałby się na tym sparzyć, to Jake jest facetem jego życia. Mógłby nim być. Mogliby zacząć się umawiać, poznawać.
– Jutro zerwę z Aaronem. – powiedział, zagryzając wargi – Tak chyba faktycznie będzie lepiej. – dodał.
Jake uśmiechnął się krzywo i objął go za szyję.
– I będziesz tylko mój… – zamruczał w jego szyję, przesuwając ręką po jego boku.
Lekarz odetchnął i również go objął. Dziwił się, że w jego ramionach czuł się tak, jakby ta zdrada nie była czymś do końca złym, a raczej czymś właściwym. Czymś lepszym niż zmuszanie się do bycia z Aaronem i udawaniem, że wszystko jest okay, chociaż tak naprawdę  było.
– To dziwne… – szepnął.
– Co takiego? – dopytał barman wtulając się w jego ciało.
Danny musnął jego usta krótkim pocałunkiem i odetchnął głęboko.
– To było okropne, ta zdrada, ale… Nie żałuję… Gdy tu jesteś… – westchnął.
Jake spojrzał na niego poważnie i odsunął lekko. To zaskoczyło nieco Danny’ego. Może zabrzmiał za poważnie?
– Czasami potrzeba impulsu, by  podjąć decyzję… – powiedział półgłosem – Boisz się zostać sam? – zaśmiał, cmokając go w usta.
Danny westchnął  pod nosem.
– Chyba tak… Znowu zacznę myśleć…
– Chcesz, zostanę z tobą… – zaproponował od razu Latynos, odkluczając drzwi i ruszając w stronę kanapy. Zaraz rozsiadł się na niej i zerknął wyczekująco na Danny’ego.
– Nie musisz… wygłupiam się tylko… – rzucił lekarz, zaskoczony jego postanowieniem.
– Ale nie chcę żebyś zadręczał się całą noc. W dodatku sam. – uśmiechnął się, ściągając w końcu kurtkę z ramion – No chodź… – szepnął, patrząc na niego pożądliwym wzrokiem i wyciągając w  jego kierunku rękę.
Dan, z chwilą, gdy ujął gorącą dłoń, przestał mieć wątpliwości. Zerwie z Aaronem.

Następnego dnia siedział w samochodzie na parkingu przed kawiarnią, w której umówił się z Aaronem. Był już spóźniony piętnaście minut, chociaż przyjechał jeszcze nim w kawiarni zjawił się blondyn.
Widział go, jak szedł chodnikiem ze znajdującej się niedaleko restauracji, w której pracował. Jak wiatr wyrywa mu zarzucony na szyję granatowy szalik, który dostał od niego na urodziny.
Kiedy Aaron wszedł do lokalu, zajął miejsce przy oknie, dokładnie ten sam stolik co zwykłe. I nie po to by obserwować ulicę, czy przechodniów. Kucharz miał w zwyczaju wbijanie wzroku w przeciwległą ścianę, na której  wymalowano roślinne ornamenty. Danny nigdy nie mógł zgadnąć, co mężczyzna w nich widzi i nawet gdy o to pytał, kochanek tylko wzruszał ramionami, i uśmiechał się jakby w skrępowaniu.
Siedzący w samochodzie lekarz nie mógł więc zostać zauważony przez blondyna i obserwował, jak ten zamawia kawę, oczywiście bez mleka i cukru, i po chwili, otrzymawszy ją, upija pierwszy łyk. Niemal słyszał jego lekkie westchnienie i czuł zapach napoju.
Dopiero po kilku minutach wyszedł z auta i ruszył do kawiarni.
Czuł się okropnie.
Wczorajszy wieczór, wizyta Jake’a odarła go że wszystkich złudzeń. Uświadomiła mu też jak słabym był człowiekiem. Naprawdę myślał, że jest inny, że nie jest facetem, mającym mózg między nogami?  Barman uświadomił go, że tak nie jest. Nie umiał oprzeć się pożądaniu. Czuł to wczoraj całym drżącym ciałem i penisem,  który zanurzał się w głębokim gardle Latynosa. Całą noc, którą spędził na rozmowie z Jake’m nie przejmował się dzisiejszym spotkaniem. Dopiero gdy się z nim rozstał, zaczął naprawdę żałować i stresować.
Wątpił w to czy powinien zakańczać związek z Aaronem. W końcu tak długo byli ze sobą, znali się na wylot. Dan wiedział co lubi Aaron, co go irytuje, czym się interesuje. Może mogliby wszystko naprawić? W końcu kucharz niczym nie zasłużył sobie na zerwanie, nie zrobił nic złego.
Ale nie mógł zapomnieć wczorajszych uczuć. Ust Jake’a, które wyniosły go na poziom rozkoszy, którego do tej pory nie osiągnął z nikim. Mógł tylko przypuszczać co czułby, gdyby kochali się dłużej, gdyby Latynos wziął  go całego. Z jednej strony chciał to poczuć.
Kiedy wszedł do kawiarenki, otuliła go przyjemna atmosfera i unoszący się zapach kawy. W pomieszczeniu było sporo osób, które przychodziły tu na lunch. Ich stłumione rozmowy  zlewały się w jedno z cichą muzyką.
Mężczyzna szybko przeszedł do stolika partnera i stanął przed nim. Pochylił się by pocałować go na przywitanie, jednak mim Aaron się odsunął, zrobił to sam. Jak mógł w ogóle chcieć to zrobić? W końcu jego usta nie należały już do kucharza. Tak właściwie nic z niego nie było już Aarona.
– Cześć… – powiedział cicho siadając na prostopadłym do niego miejscu.
Kucharz uśmiechnął się lekko.
– W końcu jesteś… – szepnął  czując ogromną ulgę. Danny nigdy nie spóźniał się na ich spotkania i bał się, że został wystawiony. – Zamówić ci coś? – zapytał, unosząc się z miejsca.
Danny złapał go za rękę.
– Zostań… – jęknął, pociągając go w dół.
Czuł, że bardzo potrzebuje czyjejś bliskości. Kiedy Aaron usiadł na miejsce, spróbował wziąć go za rękę, którą mężczyzna szybko zabrał, rozglądając się na boki.
To doprowadziło lekarza niemal do łez. Czy on naprawdę nic nie widział? Czy nie mógł przestać się rozglądać na innych? Nie rozumiał, że teraz to od niego wszytko zleży? Przecież jeszcze kilka minut i nie będzie już czego ratować.
– Aaron… poznałem kogoś… – powiedział półgłosem, pochylając się w jego kierunku.
Blondyn spojrzał na niego zaskoczony, jednak poza zaskoczeniem, Danny nie wyczytał nic z jego twarzy. Jak zwykle.
Tak naprawdę Aaron poczuł się strasznie mdło, jakby miał zaraz zwymiotować. Co to znaczyło?
Rzucił kochankowi pytając spojrzenie, bo tylko na tyle było go stać.
– Poznałem kogoś… – usłyszał jeszcze raz.
Od razu pomyślał, że to już koniec. W końcu jak niby mógł sprawić, by Danny chciał być z nim dłużej? Doskonale wiedział, że niemal nic sobą nie reprezentował, że było miliony lepszych mężczyzn od niego.
Przełknął ciężko ślinę.
– Zrobiłem coś ohydnego, Aaron…  zdradziłem cię… – jęknął jeszcze Danny, błądząc rozbieganym spojrzeniem po jego twarzy – Ale nie wiem… nie umiałem inaczej. – dodał, czując drżenie nóg.  Spojrzał na kochanka, który patrzył na niego bez wyrazu. – Między nami i tak się nie układało… – szepnął, odchylając się na krześle.
Jeżeli miał jakiekolwiek złudzenia, że Aaron zechce go zatrzymać, pozbył się ich natychmiast, patrząc na jego twarz.
– Miedzy nami to koniec. Teraz już naprawdę. – dodał półgłosem – Przepraszam.
Aaron odetchnął w duchu. Czuł narastającą w nim panikę, która paraliżowała wszystkie jego mięśnie. Próbował się  w sobie zebrać, chciał go zatrzymać. Przecież wybaczyłby mu zdradę, wybaczyłby mu chyba wszystko, byleby go nie zostawiał. Przecież naprawdę go kochał.
Danny tym razem nie czekał już, aż kucharz go zatrzyma. Wiedział doskonale, że byłoby to tylko problemem, kolejną dawką wątpliwości jak ta, która zalała go, gdy wchodził do kawiarni. Poza tym nie oszukiwał się już, przecież Aaron nigdy by go nie zatrzymał, nawet gdyby spędzili ze sobą  pół życia, pewnie i tak, traktowałby go jak teraz. Jak coś co jest fajne, gdy jest, ale można się bez tego obejść.
Tyle razy mówił mu, że go kocha, że mu go brakuje, a teraz? Wcześniej przecież też było tak samo. Tylko słowa, puste, głupie słowa, które nigdy nic nie znaczyły, to właśnie mu dawał przez cały ich związek.  ‘Kocham cię’, ‘brakuje mi ciebie’, ‘postaram się’, ‘poradzimy sobie z tym razem’… Widocznie nie poradzili. Może nigdy nie powinni być razem…?
Wyszedł przed kawiarnię i ruszył do samochodu.
– Danny! – usłyszał , gdy sięgał już do klamki i stanął jak wryty.
Po krótkiej chwili Aaron doszedł do niego i stanął blisko.
– Proszę cię… – szepnął że zmarszczonymi brwiami.
Po chwili wahania ujął go za rękę
– Zacznijmy od nowa… – dodał blondyn, zaciskając mocno palce na jego dłoni – Kocham cię.
Lekarz spojrzał w jego pełne bólu oczy.
– Powiedz mi tylko, co zrobiłem źle, czemu mnie zdradziłeś…? Tym razem będzie inaczej. Przysięgam. – dodał kucharz, zaglądając mu szczerze w oczy.
Aż dziwne, że nie zaczął rozglądać się na boki, że stał tak blisko niego. Przecież zawsze był tak bardzo zdystansowany, tak bardzo skrępowany.
I Aaron faktycznie czuł się, jakby wszyscy się na niego gapili. Ale tym razem już nie mógł tylko próbować. Czuł to. Czuł, że to ostatnia chwila, by cokolwiek zrobić.
– Ale ja… ja ciebie już nie kocham, Aaron… – wyznał Danny i odsunął od niego. – Wybacz mi. Pa.

*

Siedzący na kanapie Anthony patrzył z rozczuleniem na Theo, który razem z Dorothy i Mayą przewalał się po podłodze salonu.
Kilka dni temu był na zdjęciu gipsu, lecz nadal owinięty bandażem elastycznym nie mógł sobie pozwolić na zbytnie szaleństwa. Co prawda powinien się ruszać i  sam również rehabilitować rękę, ale żebra nadal odzywały się przy gwałtowniejszym ruchu  czy oddechu. Podobnie jak bark.
– No Dorothy, pora chyba spać. – zauważył już po raz trzeci tego wieczora.
Dziewczynka uniosła na niego spojrzenie i po chwili wskoczyła na kanapę rzucając się na niego.
–  Oho ho… – jęknął Anthony próbując zamaskować ból śmiechem.
– Jeszcze pięć minut… – poprosiła Dorothy całując go w policzek.
Mężczyzna przytulił ją lekko i zerknął na Theo.
– Nie ma mowy. Mama mówiła, byś była w łóżku już godzinę temu. – powiedział stanowczym głosem.
I w zasadzie była. Przebrana w pidżamkę, po bajce, tylko nagle po prostu zjawiała się z Mayą na dywanie w salonie.
Dziewczynka jednak obejrzała się za siebie na podnoszącego się z podłogi Theo.
– A jak Theo poprosi? Zgodzisz się? – zapytała szybko.
Blondyn zaśmiał się tylko i połaskotał ją pod żebrami.
– Nie ma mowy. – powtórzył – Już oboje wykorzystacie swoje szanse.
Theo westchnął rozbawiony i podszedł do kanapy.
– No chodź, zaniosę cię do łóżka. – powiedział po czym odczekawszy, aż wycałuje na dobranoc Anthonego  przerzucił ją sobie przez ramię.
– Theoooo! – zapiszczała dziewczynka, łapiąc go za sweter na plecach.
– No cooo? – zaśmiał się chłopak wychodząc z salonu i wołając Mayę.
W kilka kroków przeszedł korytarz i znalazł się w sypialni, w której nocowała Dorothy.
– Spaaać! – powiedział, rzucając ją na łóżko.
– Wujek chyba źle się czuje… – zauważyła  po chwili ze smutną minką – Boli go chyba. – dodała wchodząc pod kołdrę.
Theo poprawił pościel i przysiadł na łóżku.
– Trochę boli, ale nie przejmuj się tym. – dodał głaszcząc ją po głowie. – Niedługo będzie zdrowy. –  dodał, pochylając się i całując ją w czoło. – Śpij dobrze.
– Dobranoc. – odparła Dorothy, a Theo wstał z łóżka. Poklepał jeszcze leżąca na nim sukę i wyszedł z pokoju zamykając drzwi.
Anthony  nadal siedział na kanapie więc podszedł do niego od tyłu i przytulił go delikatnie.
– Rozbieraj się. – szepnął, czując jak płoną mu policzki.
– To propozycja? – zaśmiał się Anthony, zerkając na niego i całując jego dłoń, leżącą mu na ramieniu.
Theo tylko się roześmiał i przeszedł do kuchni po maść, którą smarował żebra mężczyzny. Kiedy wrócił, Anthony nie miał  już na sobie koszulki, więc usiadł obok niego i zaczął odwijać bandaż z tego torsu.
– Zauważyłem coś… – odezwał się nagle  Anthony.
– Mmm? Co takiego? – zapytał, posyłając mu ciepłe spojrzenie i otwierając tubkę z żelem.
– Wcześniej myślałem, że mi się wydawało, ale dzisiaj jestem już pewien. – dodał patrząc w dół, jak Theo delikatnie smaruje jego ciało. – Ostatnio jesteś jakiś… zgaszony, gdy spotykamy się z małą. I po spotkaniach też. O co chodzi? – zapytał.
Theo rzucił mu szybkie spojrzenie i zaraz je spuścił zaczynając owijać ciało blondyna bandażem. W duchu aż zarobiło mu się goręcej. Kochanek znał go na wylot.
Anthony uniósł jego twarz ku sobie.
– Theo, co się dzieje? – powtórzył pytanie.
Brunet odwrócił wzrok.
–  Powiedz, inaczej dojdę do wniosku, mam nadzieję błędnego, że chcesz mnie zostawić dla jakiejś panny, z którą mógłbyś mieć dzieci. – westchnął architekt.
Co śmieszniejsze, ostatnio miewał takie myśli chociaż wiedział, że są absurdalne, bo Theo naprawdę go kochał. Zajmował się nim tak troskliwie przez ten czas, gdy był w gipsie. Nawet coraz częściej mu to powtarzał, nadal jednak płonął na twarzy, jak na początku.
Tak, jak przypuszczał, chłopak roześmiał się cicho i pokręcił głową.
– Co też wymyślasz… – szepnął – Poza tym byłbym kiepskim ojcem… – dodał zaraz, sprawnie bandażując jego ciało.
– Ja myślę, że byłbyś świetny. – odparł twardo Anthony.
Doskonale widział jak odnosi się do jego siostrzenicy i jak sama mała go kocha. Był pewien, że Theo sprawdziłby się w tej roli doskonale. Był pełen miłości i ciepła, i na pewno dałby wszystko swojemu dziecku.
Nagle mężczyzna pomyślał, że może to faktycznie o to chodzi? Zrobiło mu się aż ciężko na sercu, bo przecież nie dałby rady mu tego zapewnić.
Chłopak delikatnie zapiął mu bandaż i pogłaskał delikatnie po boku.
– Więc to jednak o to chodzi? – zapytał Anthony, próbując zajrzeć mu w oczy.
Theo pokręcił przecząco głową i odetchnął, odkładając żel na stolik. Zaraz też spojrzał na blondyna ze zmarszczonymi brwiami.
– Nie… – powiedział powoli – Wiesz… Jak na nią patrzę ostatnio, myślę o Sue i jej dziecku. – wyznał, zaczynając drżeć – Może oboje nadal żyją…? Może mam gdzieś tam, w Wirginii, młodszą siostrę…? Może nadal mam tam rodzinę…? Tak sobie myślę…
Anthony spojrzał na niego zaskoczony.
– Chcesz ich odnaleźć…? – zapytał, ujmując jego dłoń.
Z jednej strony Theo go zaskoczył, że chciał wrócić do przeszłości, do miejsca gdzie wszystko się zaczęło. Jednak czy mógł się dziwić, że chłopak chce widzieć, co dzieje się z jego rodziną?
– Chyba powinienem… – dodał Theo, biorąc architekta za rękę – Chciałbym. Sue być może już nie żyje, ale ojciec… pewnie nadal mieszka w Hampton.
Anthony ścisnął jego dłoń.
– Myślisz, że to dobra decyzja…? – zapytał chłopak patrząc mu z nadzieją w oczy.
Mężczyzna odetchnął i po chwili dopiero uśmiechnął się lekko.
Tak naprawdę, pierwsze o czym pomyślał to stan Theo, w jakim go znalazł, a także powracające mu wyobrażenia chłopaka katowanego przez ojczyma. Na pierwszą chwilę miał dużo wątpliwości. Rozumiał, że Theo chciał dowiedzieć się czegoś o rodzinie, ale czy nie miał jej tutaj? W końcu w Wirginii została tylko przeszłość. Zła przeszłość.
Anthony pociągnął go do siebie i przytulił
– Jasne… – zapewnił go, głaszcząc po głowie – To bardzo dojrzała decyzja.
Theo rozpromienił się.
– Polecę, jak tylko poczujesz się lepiej. Już dwie wypłaty na to odłożyłem. Powinno starczyć na samolot i na jakiś motel. – dodał szybko, drżąc cały.
Po chwili odetchnął i odsunął się od mężczyzny.
– Pójdę pod prysznic. Ty też już się kładź. – dodał i zabierając ze sobą tubkę ze stolika, wyszedł  z salonu.
Anthony dopiero po chwili ruszył się z miejsca.
Nie chciał gasić Theo, ale im więcej myślał o jego podróży tym bardziej zaczynał wątpić w słuszność tego pomysłu. Może po prostu był tchórzem? Ale bał się tego, co może tam się przydarzyć. Co jeżeli stanie się tam coś złego? Jeżeli Theo nikogo już tam nie zastanie? Albo wręcz przeciwnie, jeżeli nagle wszystko się zmieni i zechce tam zostać? I przede wszystkim, skoro myślał o tym już od tak dawna, czemu dopiero teraz mu o tym mówi? Czemu zachowuje się, jakby chciał sam tam pojechać?
Mężczyzna wziął ze sobą koszulkę i przeszedł do sypialni. Chyba zaczynał już wariować od siedzenia w domu i wymyślania przedziwnych scenariuszy. W jego wyobrażeniach mieli w wakacje pojechać gdzieś nad ocean, może do Kalifornii albo na Florydę, za jakiś miesiąc mogliby pojechać na kilka dni do jego rodziców. Nie podejrzewał, że Theo mógłby wpaść na taki pomysł. Z jednej strony cieszył się, że chłopak podjął tak dojrzałą decyzję, ale z drugiej sam się jej bał.
Kładąc się do łóżka postanowił z nim szczerze porozmawiać. A tak naprawdę jakoś na niego wpłynąć, by nie jechał sam. Anthony by go nawet nie puścił.
Po kilku minutach Theo wszedł do sypialni i podszedł z drugiej strony łóżka.
– Pojedziesz ze mną…? – szepnął, stając nad nim z ręcznikiem zarzuconym na głowę. Anthony półleżący na swoim miejscu, poklepał pościel obok siebie.
– Chyba nie myślałeś, że pojedziesz tam sam… – dodał, patrząc jak chłopak siada na łóżko i przysuwa do niego.
Zaraz tez uniósł się i zaczął wycierać mu włosy – Przyznaję, że zaskoczyłeś mnie tym i nie jestem pewien co nas tam czeka… Co tam zastaniesz…
– Wiem… – przerwał mu od razu Theo, a on aż zatrzymał się w połowie ruchu – Wiem, Anthony… – szepnął chłopak, łapiąc go za rękę i ściągając z głowy ręcznik – Ale chciałbym już raz na zawsze zamknąć  ten rozdział… Wtedy po prostu uciekłem. – dodał, spoglądając na niego spod wzburzonych włosów – Czuję, że muszę tam wrócić.
Anthony spojrzał na niego i odetchnął.
– Nie o to chodzi… – westchnął – Po prostu nie wiem, czego się spodziewasz po tym wyjeździe…
Brunet strapił się i przeczesał ręką włosy.
– Nie wiem… – wzruszył ramionami – Nie nastawiam się na nic dobrego, na żaden cud…
Theo posłał siedzącemu naprzeciw mężczyźnie zmartwione spojrzenie.
Naprawdę się bał. Ale chciał tam pojechać, sprawdzić, co jeszcze pozostało w Hampton z jego dawnego życia. O ile to możliwe, chciał jeszcze odnaleźć ojca, chociaż też nadal żywił do niego żal.
A może po prostu chciał udowodnić, że pomimo tego co się stało, on nie skończył jak śmieć na ulicy?
Chciał być ponad Hampton i ponad przeszłość.
– Dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej o tym pomyśle? – zapytał architekt.
– Teraz jeszcze się waham, a na początku… to była jakaś abstrakcja… Później ten wypadek, byłeś nieprzytomny i przestałem o tym myśleć na jakiś czas… Ale wiesz…
Theo zamilkł.
To było głupie. Nie łudził się, że ojciec przyjmie go z  otwartymi ramionami, że przywitają się jak normalna rodzina, po latach rozłąki. Jak na przykład Anthony ze swoimi rodzicami, po upływie zaledwie kilku tygodni. Starał się nie myśleć w ten sposób, bo wiedział, że jego świat był nadal inny. Nawet jeżeli w jakiś dziwny sposób połączył się ze  światem Anthonego, jego korzenie nadal pozostawały słabe i brudne. I nigdy nie będą takie, jak blondyna.
Widząc jego strapienie, Anthony podniósł jego twarz i spojrzał pytająco.
– Co takiego? – dopytał.
Theo odetchnął głęboko.
– Po prostu, gdy patrzę na twoją rodzinę… Mmmm… Zazdroszczę ci strasznie. I może… może ojciec, może chociaż on… – zaczął, a Anthony aż jęknął w duchu.
Tego się właśnie obawiał. Że Theo narobi sobie nadziei, a później wszystko skończy się na niczym, zostawiając mu tylko kolejne cierpienie.
– Wiem, że wtedy po prostu oddał mnie Sue, że nie pomógł mi, chociaż go o to błagałem… Ale tyle lat już minęło… – kontynuował chłopak – Co myślisz…? – zapytał, zerkając w oczy mężczyzny.
Anthony tylko przełknął ciężko ślinę. Nie chciał gasić jego nadziei, chociaż   nie sądził, by tak faktycznie się stało.
Chłopak widząc jego zrezygnowane spojrzenie, odwrócił wzrok.
– Wiem, jestem głupi i naiwny. – jęknął, odrzucając ręcznik na fotel, stojący niedaleko łóżka i wsuwając się pod kołdrę – Dobranoc, Anthony. – dodał jeszcze i zgasił lampkę.
Anthony westchnął głośno i zaraz przysunął się do niego.
– To normalne, że masz nadzieję. To w końcu twój ojciec. – powiedział cicho, gładząc go po boku – Ja tylko nie chcę, żebyś się rozczarował… – szepnął jeszcze i pocałował go w kark.
Theo po kilku minutach, odwrócił się w jego stronę i wtulił twarz w jego szyję.
– Ja to wiem… Może wywalić nas na zbity pysk. Biorę to pod uwagę. – szepnął odsuwając się od niego, by spojrzeć w jego oczy. – Ale nie będziemy tego wiedzieć póki tam nie pojedziemy. – dodał, obejmując go za kark i gładząc powoli ręką.
– Kiedy chciałbyś pojechać? – zapytał Anthony, pochylając się do niego, i przesuwając nosem jego po policzku.
– Jak najszybciej. Póki się nie rozmyślę… – odparł od razu chłopak, czując jak zaczyna tracić koncentrację, gdy gorące dłonie kochanka gładziły go po żebrach.
– Zarezerwuję bilety na następny tydzień. – powiedział Anthony, czując ból w barku.
Po chwili zmarszczył się i położył obok na plecy, oddychając płycej. Theo zaraz usiadł na posłaniu.
– Przynieść ci tabletki? – zapytał szybko, na co Anthony tylko pokręcił przecząco głową.
W zasadzie był na siebie strasznie zły. Bardzo chciał już normalnie funkcjonować, co jednak nie zawsze mu się udawało. Czasami nagłe ukłucie bólu w barku czy żebrach po prostu odbierało mu dech w piersiach. Wiedział, że niby wszystko powinno być już okay, ale też że złamane kości mają prawo się czasami odezwać.
– Nie… przytul się lepiej. – westchnął, ciągnąc chłopaka za rękę.
Gdy Theo przytulił się do jego boku, objął go i pogłaskał powoli po głowie.
– A wiesz, o czym jeszcze myślałem? – zagadnął chłopak.
– Mmmm?
– O szkole. Powinienem jakąś skończyć, nie sądzisz….?
Anthony roześmiał się cicho.
– Myślę, że to świetny pomysł… – odparł – A zastanawiałeś się nad czymś konkretnym? – dopytał, gładząc go po ramieniu.
Czy tylko on myślał o słodkiej, wspólnej przyszłości, pełnej przytulanek i wyznań miłosnych? No i przede wszystkim o seksie i nagim ciele Theo. W zasadzie przez ten wypadek, przez ten gips i połamane żebra nawet się nie kochali, nie licząc kilku odważniejszych pieszczot.
– Nie, nie myślałem… Ale pomyślę. – zapewnił od razu brunet, przesuwając ręką po torsie Anthonego. – Wygodnie ci?
Anthony pokiwał głową twierdząco i po chwili wahania odchylił jego głowę w swoją stronę. Powoli zaczął go całować, skubiąc jego usta swoimi wargami. Tak, jak przypuszczał, po chwili takiego pocałunku, Theo odsunął się od niego i ponownie złożył głowę na jego torsie.
– Tęsknię za tym… – szepnął do niego Anthony i chłopak spiął się nieznacznie.
Sam nawet nie przypuszczał, że tak bardzo będzie pragnął seksu z jakimkolwiek mężczyzną. Wiedział jednak, że pomimo upływyu tylu tygodni Anthonego nadal bolą żebra i bark. Szczególnie, gdy ruszał się gwałtowniej lub szybciej oddychał.  A przecież podczas seksu nie uda mu się tego nie robić, pomyślał wyobrażając sobie taka scenę.
– Też za tym trochę tęsknię… – odparł brunet, czerwieniejąc na policzkach – Ale poczekajmy jeszcze trochę. Nie chcę żeby cię coś bolało. – szepnął – Kocham cię, dobranoc.
– Też cię kocham. – szepnął, architekt, szczerząc się do siebie i bawiąc się włosami chłopaka.
Nie przypuszczał nawet, że podobnie jak on, Theo pogrąży się w rozmyślaniu o tym, co mogliby robić, gdyby nie śpiąca za ścianą Dorothy i jego połamane żebra.

Reklamy

15 thoughts on “Till We Are Vol. 2 Ch.15

  1. Witam,
    och smutno mi na słowa Dannego, że jutro zerwie z Aaronem, a sam Aaron czół, że to spotkanie nie będzie wcale takie miłe dla niego, ruszył się w końcu Aaron, ale niestety za późno, i jeszcze te słowa Dannego, że on już go nie kocha… Theo och taki radosny, ale widać, że zaczyna myśleć też i o sobie… chce dowiedzieć się co z Sue i z dzieckiem, a nawet myśli o pójściu do szkoły… może Aaron będzie chciał walczyć jeszcze o Dannego…
    Dużo weny życzę Tobie…
    Pozdrawiam serdecznie

  2. Yes ! kibicowalam Jakeowi i Danniemu od kiedy Danny pierwszy raz poszedl do klubu. Rozumiem Danniego jak sie musial czuc tak ukrywajac :/ teraz napewno bedzie mu lepiej. I mysle ze jezeli Susan bedzie zyla to ucieszy sie z przyjazdu Theo bo jesli dobrze pamietam to Ona zabila swojego faceta aby uratowac syna :) powinien jej wybaczyc ta bezradnosc. z niecieepliwoscia czekam na kolejny rozdzial :D

    1. Witaj Shin97. Ocho, kolejna osoba która nie ma ochoty zamordować Danny’ego. C:
      Masz rację. Ale jak to wszystko wyjdzie? Zobaczymy. Oby nie skończyło się źle. C:

      Pozdrawiam~! <3

  3. Zastanawiam się, czy Aaron postanowi zaszaleć i coś jeszcze zrobić, żeby odzyskać Danny’ego. I ciekawe, jak się będzie układało lekarzowi z Jake’iem.
    I teraz się nie będę mogła doczekać, kiedy oni tam pojadą i dowiedzą się co i jak. Mam nadzieję, że to będzie w następnym rozdziale.

    1. Myślę, że wymagałoby to od niego napraaawdę wieeele wieeele samozaparcia.
      Och, mam nadzieję, ze następny rozdział chociaż trochę zaspokoi Twoją ciekawość.
      <333

  4. A ja, w przeciwieństwie to powyższych komentarzy, jestem pozytywnie nastawiona to Jake’a i Danny’ego. Gdyby Aaron naprawdę zrozumiał, przełamał się, to jak najbardziej, natomiast w takim stanie.. to naprawdę uciążliwe i raniące, w niektórych momentach.
    Przewiduję jednak, że z Latynosem i tak długo nie pobędą, a do akcji wkroczy NewAaron ^^ Ale to już zależy od Autorki ;)
    Pozdrawiam i życzę weny! ;)

  5. Nie to, że się nie spodziewałam, że tak to się skończy… Ale… Jak on mógł, no… Szkoda mi Aarona, naprawdę. Tak jak się spodziewałam, to co okazuje to tylko maska pod którą kryje się mnóstwo emocji, których boi się okazać. Naprawdę zasługuje na kogoś, kto go będzie kochał, a nie zmuszał się do tego, żeby z nim być (ja bym nie chciała, żeby ktoś był ze mną na siłę), bo serio tak to wyglądało. Inaczej Danny by nie poszedł na to wszystko z Jake’m. Może ta cała sytuacja przełamała coś w Aaronie, skoro odważył się na wyznanie poza domem, ale niestety zrobił to za późno. Ale może w przyszłości, jeśli mu się poszczęści i kogoś sobie znajdzie (a strasznie mu kibicuję i trzymam kciuki, żeby znalazł sobie jakiegoś przystojniaka… albo żeby przystojniak znalazł jego… wszystko jedno. Ma być szczęśliwy, bo w tej chwili mi go strasznie szkoda…) to nie będzie się aż tak bardzo bał okazywać emocji, bo będzie wiedział, jak to się może skończyć. W końcu każdemu potrzebne jest zapewnienie, że drugiej stronie na nim zależy.
    Mam ochotę udusić Danny’ego za to co zrobił, a jednocześnie nie potrafię się na niego długo gniewać, bo to było takie dobre. Mam mieszane uczucia. Bo mimo że jest ta chemia między nim a Jake’m, to powinien najpierw zerwać z Aaronem. Samo zerwanie mimo wszystko boli mniej niż zerwanie poprzedzone zdradą. Mimo tej zdrady i zranionych uczuć Aarona mam nadzieję, że Danny będzie szczęśliwy z Jake’m. Wydają się bardziej do siebie pasować niż Danny i Aaron.
    Niech ktoś pocieszy Aarona, bo mi go tak strasznie szkoda.Daj mu jakiegoś księcia, który sprawi, że się otworzy choć trochę i nie zdradzi go jak Danny i będzie go kochać i będą żyli długo i szczęśliwie.
    Dopiero jak się pojawił Anthony i Theo, zdałam sobie sprawę, jak się za nimi stęskniłam. Ciekawa jestem jak się uda ten cały wyjazd. Czy odnajdzie któregoś ze swoich rodziców? Czy Sue i jej dziecko żyją? Jak go przyjmą, jeśli ich odnajdzie? Tyle pytań i trzeba czekać na odpowiedź nie wiadomo ile. Mam nadzieję, że nie tak długo, jak na powrót Ethana. A tak BTW Ethan, Wróóóóóć!!!!!! Wracając do Theo, mam nadzieję, że się nie zawiedzie i chociaż jednego z rodziców odnajdzie. Albo swoją siostrę/ brata. No i że nie odeślą go z kwitkiem, jeśli ich odnajdzie. To by było bolesne. No i mam nadzieję, że Anthony szybko dojdzie do siebie, bo długo nie wytrzymają tego ciśnienia. XD
    A Dorothy to taki słodki dzieciak jest :)
    Powiem to jeszcze raz. ETHAN WRÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓĆ!!!
    Przemówiłam.
    A teraz literówki:
    „- Teraz nikt mam nie przeszkodzi…”- „nam”.
    „- Mmmnn….Jake… – jęknął przeciągle, dobijając się a tyle ile mógł, w gardło mężczyzny.”- „na” a nie „a”.
    „Doskonale wiedział, co barman ma mną myśli.”- „ma”.
    „- I będziesz tylko mój… – zamruczał w jego szyję, przesuwając ręka po jego boku.”- „ręką”.
    „- Chcesz zostanę z tobą…”- przecinka chyba brakuje.
    „Co prawda powinien się ruszać i w sam również rehabilitować rękę, ale żebra nadal odzywały się przy gwałtowniejszym ruchu czy oddechu.”- to „w ” chyba niepotrzebne.
    „Mężczyzna przytulił ją lekko z zerknął na Theo.”- „i” nie „z”
    „Dziewczynka jednak obejrzała się za sobie na podnoszącego się z podłogi Theo.”- „siebie”.
    „- No chodź, zniosę cię do łóżka.”- a nie „zaniosę”?
    „Theo rzucił mu szybkie spojrzenie i zaraz je spuścił zaczynać owijać ciało blondyna bandażem.”- a nie „zaczynając”?
    „Anthony uniósł tego twarz ku sobie.”- a nie „jego”?
    „Tak, jak przypuszczał chłopak roześmiał się cicho i pokręcił głową.”- tu jest przecinek potrzebny przed „chłopak”.
    „Wiedział jednak, że po mimo upływy tylu tygodni Anthonego nadal bolą żebra i bark.”- „pomimo upływu”.

    Pozdrawiam i życzę weny :)

    1. Ojejej… ciesze się, że w końcu jest ktoś kto nie jedzie po Danny’m tak strasznie, Też uważam, że obaj panowie przyczynili się do tego, jak sie ten związek zakończył… Niestety nie zawsze wszystko jest pięknie ładnie i do końca świata… Nie pochwalam, zdrady, ale cóż… to chyba musiało się stać, bo inaczej panowie do końca by sie tak męczyli, bo żaden z nich nie miałby odwago zerwać… A kto wie, może Aaron znajdzie kogoś lepszego, kogoś kto będzie do niego bardziej pasował. Może to, że nie mógł się dogadać z Danny’m wynika z tego, że w gruncie rzeczy obaj są podobni – raczej spokojni, mało spontaniczni i potrzebują kogoś kto ich wyciągnie do ludzi, tak po prostu, bez pytań, bez wątpliwości…
      Myślę, że na pytania odnoście rodziny Theo już niebawem ukażą się odpowiedzi.
      Widzę Ethan na dobre zagrzał sobie miejsce bez niego byłoby źle~~~C:

      Dziękuję za literówki~! <3
      Już poprawiam.
      Pozdrawiam gorąco~! C:

  6. NIE! Ja się nie zgadzam! Danny miał być z Aaronem! Mieli się pogodzić i zacząć od początku, no ej… .__.
    Błagam, powiedz, że jeszcze nie jest za późno ; – ; Jeszcze się zejdą, prawda?
    Jejku, biedny Aaron… :< Będę teraz rozpaczać nad jego losem :c

    Ten pomysł Theo mi się nie podoba. Czuję, że z tego będą problemy. Duże problemy o.o

    Moi znajomi już wystarczająco nasłuchali się o tym jak Ethan ma wrócić, oszczędź im już tego cierpienia xD

    Pozdrowienia i wen ^^

    1. Teoretycznie nic nie jest niemożliwe… Może się jeszcze kiedyś zejdą? xDD Kto wie… xD

      Co do pomysłu Theo, na pewno kosztowało go to wiele samozaparcia… Ale czy było warto? Już niedługo się dowiemy xDD

      Obawiam się, że jeszcze trochę pocierpią… QuQ
      Jeeeeju? Serio? Opowiadasz znajomym o losach bohaterów TWA? Och… to takie słodkie, jak mi się miło zrobiło~~~^///^
      Ochohoho~~~*tula*

      Dziękuję! DO zobaczenia pod następnym rozdziałem~! C:

  7. No nie! Jaka świnia z tego lekarza. Brak słów. Zamiast głową to myśli kutasem. A ten Jake? Totalna pomyłka. Nie znoszę takich facetów. A ich nie toleruję. Fuuuuj. Szkoda mi trochę Aaron’a, ale chyba lepiej dla niego, że już nie jest z tym śmieciem, niżby miał się męczyć, a ten go zdradzać na prawo i lewo. Może spotka jakiegoś fajnego faceta i będzie szczęśliwy. Widać, że ten lekarzyna to nie facet dla niego. Niby tyle ze sobą są, a nie potrafił go otworzyć na świat. Zrobi to ktoś inny. Ktoś lepszy! *.*

    Tęskno mi za Ethan’em… Kiedy on wróci? Dość już się tam nasiedział… :(

    Pozdrawiam :)

    1. Oi, biedny Danny… Obrywa z każdym kolejnym komentarzem, ale cóż… Życie. xD
      Myślę jednak, że Aaron tez nie był taki idealny, skoro nie potrafił uszczęśliwić Danny’ego, i że lekarz aż szukał pocieszenia i zaangażowania w ramionach barmana. W końcu gdyby był szczęśliwy z Aaronem, na pewno by tego nie zrobił. Może obaj do siebie nie pasowali.

      Ech, Ethan… Myślę, że Keith też już z siebie wyłazi… o ile jeszcze pamięta o studencie~~

      Trzymaj się cieplutko~! <3

  8. Jestes okropna, okrutna, zla, niedobra, bezlitosna, wredna!
    Jak moglas mi to zrobic?! Przeciez Danny mial byc z Aaronem. Jak on moze sadzic w ogole, ze zdrada to nic zlego?! Przeciez kucharz tak bardzo sie postaral, pierwszy raz go zatrzymal ;(
    Theo zboczeniec. Mysli tylko o jednym,
    Ale nie. Nie wybacze ci tego co zrobilas z moja ulubiona para. Z latynosem. Pff kto to wgl jest..

    Damiann

    1. Ojejej~~~No może az tak zła nie jestem~~ xDD
      ‚Kucharz pierwszy raz go zatrzymał’ jej…. Wiesz, jak to jest, jedna jaskółka wiosny nie czyni. Może Aaron się nieco spóźnił, nie sadzisz? Miał tyle czasu i okazji by okazać Danny’emy jak mu na nim zależy. Nie zrobił tego. Koniec.
      Chyba~~

      Oj, Damiannie, wybaczysz, wybaczysz~~~
      Mam nadzieję xDD

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s