Till We Are Vol. 3 Ch.13

Po zejściu z bloku operacyjnego, pierwszym co zrobił było sprawdzenie telefonu.
Nie widząc jednak ani jednego sygnału ze strony Jake’a usiadł ciężko na krześle i przetarł twarz ręką.
Cholera, tak bardzo za nim tęsknił, jednak kochanek od dwóch już dni milczał jak zaklęty.
Dan nie posunął się jeszcze do tego, by pojechać do niego osobiście, ale o ile się nie mylił, dzisiaj Jake miał nockę w klubie, więc po prostu tam pojedzie. Nie pozwoli mu od tak sobie się od niego odciąć, w końcu kochał go tak bardzo. O ile jeszcze wczoraj, dał mu dzień na ochłonięcie, uważając, że będzie to dobrym wyjściem, dzisiaj od rana nagrał mu już kilka wiadomości, wysłał parę smsów, nawet już nie zwracając uwagi na to, że może być w ten sposób męczący.
Trąc ręka swędzącego siniaka na policzku, którym wzbudził ogólną sensację na oddziale, ponownie z zawodem spojrzał na wyświetlacz telefonu, na którym oczywiście widniało ich zdjęcie. Przecież zrobił je sam Jake i jeszcze strasznie się upierał, by Dan miał je na tapecie. Czy to nie znaczyło… czegoś? Że mu zależało, że chciał by byli tylko ze sobą i dla siebie? Owszem Jake był zaborczy i porywczy, ale przecież mówił mu, że go kocha. A jego słów lekarz był pewien, bo czuł całym sobą, że były prawdziwe. Nie tak, jak słowa Aarona, który wypowiadał je tylko wtedy, gdy między nimi coś nie grało, gdy chciał go jakoś udobruchać.
Jake był zupełnie inny i z nim czuł się zawsze tak wspaniale. A nieporozumienia w końcu były normalne. Analizując wczorajszy wieczór coraz bardziej się przekonywał, że mógł jednak bardziej wpłynąć na kochanka. Mógł go wciągnąć do auta, mógł zatrzymać gdy wracał do klubu. Ale jak zwykle, nauczony doświadczeniem odpuścił, mając nadzieję, że to jakoś się rozejdzie. W końcu z jego byłym zawsze tak było. Jakoś wszystko się rozchodziło po kościach.
Uśmiechając się gorzko, Danny pokręcił głową. Nawet nie sądził, że to całe bycie z Aaronem tak go skrzywiło. W końcu wcześniej był chyba bardziej waleczny, bardziej zależało mu by było tak jak powinno, a nie by było… jakoś.
Po kilku chwilach wahania, szybko wybrał numer kochanka.
– Cześć tu Jake, nie mogę teraz odebrać. Próbuj szczęścia później lub zostaw wiadomość. – usłyszał z automatu i odetchnął ciszej, na dźwięk jego głosu. Kiedy usłyszał sygnał nabrał dużo powietrza w płuca i zacisnął dłoń na słuchawce.
– Hej, to znowu ja, Dan… – zaczął na wydechu i przecierając oczy, skrzywił się lekko – Nie wiem co się dzieje, ale oddzwoń, proszę. Zależy mi na tobie, musimy porozmawiać. – dodał ciszej – Po dyżurze będę w Asylumie, mam nadzieję, że w końcu wszystko sobie wyjaśnimy… Kocham cię. – dodał po kilku sekundach wahania i w końcu rozłączył połączenie.
Przekręcając w palcach telefon, odrzucił go w końcu na rozłożone na biurku papiery i zgarbił się nieco.
– Och, cześć! – usłyszał nagle i aż poderwał się do góry. Uśmiechnął się krzywo do Georga i zaraz wyprostował się łapiąc za długopis.
– Hej. – powiedział cicho – I jak obchód? – dopytał, by odwrócić od siebie jego przenikliwe spojrzenie.
George podchodząc do ekspresu z kawą nalał jej sobie do filiżanki i usiadł ciężko na kanapie.
– Okej. Wszystko w porządku, tylko ten pacjent, którego wczoraj operowałem ciągle narzeka, że go boli. – wzruszył ramionami i rozłożył się na kanapie – Mam nadzieję, że to będzie jednak spokojna noc.
Dan skinął głową. On na szczęście za jakieś dwie godziny będzie mógł już pójść.
– Zmęczony? – zapytał pochylając się bardziej nad zaległymi raportami.
George ziewnął ponownie i skinął głową.
– Ach, daj spokój. – westchnął i przetarł oczy – Żona w delegacji, córka mi znowu choruje i całą ubiegłą noc nie spałem.
Danny spojrzał na niego żywiej.
– Mmm… zostawiłeś ją samą? – zapytał bezmyślnie i dopiero żywsze spojrzenie kolegi nieco go otrzeźwiło.
– Nie… – zaśmiał się mężczyzna – Zadzwoniłem po szwagra. Ostatnio narzekał, że mu się nudzi, bo jego chłopak ma dużo na głowie to w końcu będzie miał zajęcie. – dodał.
Dan pokiwał szybko głową i uśmiechnął się lekko.
– To ten, który był u nas kilka miesięcy temu? – dopytał wciągając się w rozmowę.
– Mhm. Ten sam. – powiedział George i przymknął lekko oczy.
– I jak jego bark?
– Wszystko dobrze, ale wiesz jak to jest z takimi złamaniami. Czasami się odzywają.
– No tak… – westchnął Danny i spuścił wzrok na papiery.
Pamiętał ich dokładnie, przecież był bardzo poruszony zachowaniem tamtego chłopaka i tym jak wytrwale walczył z nim o noclegi w szpitalu. Nagle aż wyprostował się na krześle. Właśnie.
Przecież Jake też jest chory. Jego agresja i bark opanowania na pewno nie wzięła się znikąd, prawda? Coś musi to powodować, a on tak po prostu zostawił go samemu sobie. Skoro go kocha, powinien być przy nim zawsze, nie tylko jak jest miło i spokojnie.
– A jak nowy na asyście? – usłyszał po chwili i skupił wzrok na Georgu.
– Całkiem w porządku, tylko ręce mu drżą. – zaśmiał się cicho i odchylił na oparciu – Ale to jego pierwsza asysta więc mogę mu wybaczyć.
– Dan, nie zaczynaj… – rzucił od razu drugi lekarz i aż uchylił powiekę, by spojrzeć na niego z błyskiem w oku. – Wiesz, że ordynator i tak jest na ciebie zły. – dodał, przybierając udawany poważny ton.
Danny pokręcił tylko głową i postukał długopisem w blat biurka.
– A powinien być wdzięczny. Taka selekcja podnosi renomę.
– Podnosi, ale ostatnio wywaliłeś z sali jego siostrzeńca, przypominam. – zaśmiał się George.- I co z tego, jak był do niczego to przepraszam, miałem mu pozwolić kroić człowieka, bo jego wujaszek jest ordynatorem? – zapytał lekkim tonem i wzruszył ramionami – Zresztą proszę cię, ani mnie, ani ciebie prędko stąd nie wypuszczą, więc możemy mieć swoje fanaberie. – dodał posyłając koledze szeroki uśmiech.
George zaśmiał się głośno i dopił kawę do końca.
– Tak, ale jak przypomnę sobie jak ten chłopak się pieklił. – zachichotał, odstawiając filiżankę na podłogę i kładąc się na kanapie. – Niesamowity widok.
Dan zaśmiał się zgodnie i pokręcił aż głową.
– Sam też byś go wywalił. – powiedział, a George pokiwał głową.
Nie był aż tak rygorystyczny jak Danny i faktycznie przymykał oko na więcej niż on spraw.
– A to limo pod okiem? – zapytał po kilku chwilach i spojrzał na niego czujniej. – Co się stało?
– Oberwałem przez przypadek w sumie. – wyjaśnił szybko – To nic wielkiego. – uśmiechnął się krzywo i zaraz wstał z miejsca. – Wiesz… może prześpij się jeszcze te dwie godziny, a jak będę wychodził to cię zbudzę, dobrze?
George ugodowo skinął głową i spojrzał na niego wdzięcznością.
– Ratujesz mi życie. – zaśmiał się.
– Jasne, jasne. – zbył go Dan i przeciągając się lekko podszedł do ekspresu. Pochylając się nad nim odetchnął głęboko i nalał sobie pełną filiżankę kawy. Kiedy wrócił do biurka, usiadł za nim ponownie, ale już nawet nie udawał, że robi coś z raportami, bo George zasnął niemal natychmiast, a on od razu pogrążył się w rozmyślaniu o kochanku.

Jake przebudził się przed północą, po kilku godzinach snu i zamrugał kilkakrotnie. Nie lubił budzić się bez Dana. Zawsze miał wrażenie, że bez niego w kawalerce jest zimniej, a łóżko jest za wielkie dla niego samego.
Kiedy uniósł się do siadu, spojrzał zblazowanym wzrokiem na szarą ścianę naprzeciwko i podrapał się po głowie.
Kilka dni urlopu powinno mu się dobrze przysłużyć, chociaż gdy nie miał Dana ani pracy, nagle jego życie stawało się tak cholernie, beznadziejnie monotonne. A przecież dopiero od wczoraj miał wolne. Oczywiście ubiegły dzień niemal cały przespał, podobnie jak dzisiejszy, wyłączając poranną wizytę u terapeuty. W końcu się do tego przełamał i cóż… pierwsza od dawna rozmowa nie należała do najgorszych.
Podciągając kolana do klatki piersiowej, Jake objął je ramionami i oparł na nich brodę.
Tak cholernie za nim tęsknił! Ale z drugiej strony był takim cholernym tchórzem. Bał się z nim spotkać, bał się widoku jego twarzy i tego przeklętego siniaka, który pewnie jeszcze bardziej był dzisiaj widoczny. Nie miał pojęcia jak to się stało, ale nie chciał go takim widzieć. W końcu to wszystko było jego winą, to on go uderzył. Jak w ogóle mógł…? Co miałby mu powiedzieć? Zupełnie nie wiedział. Wiedział tylko, że jest ostatnim chujem, i że cholernie chce go mieć przy sobie.
Po kilku minutach wgapiania się w przestrzeń wychylił się za krawędź łóżka i podniósł z ziemi spodnie, a z nich wyciągnął telefon.
Już po chwili, przełykając gulę stojącą w gardle odebrał wiadomość od kochanka. Dostał ich już kilka i z każdą nachodziły go coraz większe wyrzuty sumienia. Jak do kurwy nędzy, mógł go uderzyć?! I czemu do cholery, zamiast do niego biec i prosić o przebaczenia leży w łóżku i śpi?
Po raz kolejny z jękiem przetarł twarz, po czym rozmasował kark.
Kiedy leżący na kołdrze telefon zapiszczał oświadczając nadejście wiadomości złapał za niego i odczytał kolejnego smsa od Danny’ego.
Po kilku kolejnych chwilach podniósł się szybko z łóżka i wciągnął na siebie leżące na ziemi ubrania. Kiedy tylko się ubrał szybkim krokiem skierował się do drzwi i od razu gdy za nie wyszedł sięgnął po papierosa. Paląc powoli, zszedł do garażu i wsiadł do auta.
Chyba nie powinien czekać już na nic jeżeli nie chce go tym razem stracić.
Po kilkunastu minutach jazdy dojechał do szpitala i zatrzymał się jeszcze przed wejściem by wypalić kolejnego papierosa. Zerkając na zegarek zadreptał w miejscu. Dan niedługo powinien kończyć, ale chyba zwariowałby gdyby musiał tyle czekać pod drzwiami. Szybko więc zagasił spalonego do połowy papierosa na koszu na śmieci i przeczesując poplątane włosy ręką, ruszył do środka.
Znajomą trasą przeszedł do wind i gdy wjechał już na piętro, na którym powinien znaleźć Dana z lekkim wahaniem z niej wysiadł.
Oblizując zeschnięte wargi ruszył powoli pustym o tej porze korytarzem.
Już po kilku krokach dostrzegł jak z jednej z sal wychodzi nie kto inny jak Dan. Mężczyzna nie dostrzegł go, bo w towarzystwie pielęgniarki ruszył w tym samym co Jake kierunku, pochylając się do niej i wskazując coś na trzymanych dokumentach.
Barman w pierwszej chwili zatrzymał się jak sparaliżowany. Po ostatnim naprawdę się wahał czy do niego podejść i chociaż sam Dan nalegał na spotkanie to on po prostu się go bał.
Czasami zresztą już sam siebie nie rozumiał. Wydawało mu się, że sam to wszystko jeszcze bardziej komplikuje.
W końcu jednak z walącym mocno sercem ruszył w jego kierunku.
Kiedy zbliżył się do niego na wyciągnięcie ręki, po chwili wahania dotknął jego ramienia.
– Dan…? – powiedział nieco ochrypłym zdenerwowania głosem.
Danny zastygł słysząc znajomy głos, a czując na ramieniu rękę, odwrócił się szybko. Odetchnął głęboko napotykając ciemne oczy kochanka.
– Porozmawiamy o tym później… – rzucił do stojącej pielęgniarki, a ta tylko skinęła głową i szybko ruszyła w kierunku pokoju pielęgniarek.
Dan oblizał usta i wbił wzrok w oczy kochanka.
– Jake… – powiedział cicho – Martwiłem się o ciebie… Nie dawałeś żadnego znaku życia…
Latynos zacisnął wargi i skinął głową, spuszczając spojrzenie na limo pod okiem kochanka. Nie prezentowało się najlepiej i widząc je poczuł jeszcze większy żal.
– Co się dzieje, Jake? – dopytał miękko lekarz i wyciągnął dłoń by pogłaskać go po ramieniu. W zasadzie jeszcze nigdy nie widział go tak zgaszonym.
Barman odetchnął i po chwili sięgnął do kieszeni. Szybko wyjął z niej portfel, a niego biały kartonik i podając do Danny’emu spojrzał w jego oczy.
– To jest wizytówka mojego terapeuty… – powiedział i spuścił wzrok – Znowu zacząłem chodzić do niego na terapię i… wiem, że możesz mi nie wierzyć, dlatego ci ją dałem. Możesz zadzwonić i zapytać go. Byłem dzisiaj z rana. – wyjaśnił szybko – Tylko nie zostawiaj mnie… nie teraz… – westchnął i spojrzał na niego prosząco.
Dan przypatrujący się wizytówce, szybko uniósł na niego oczy i pokręcił głową. Chociaż nic nie rozumiał, to spojrzenie kochanka nie pozwalało mu zrobić nic innego, jak tylko zaprzeczyć.
– Nie zostawię. – zapewnił go szybko i zbliżył się jeszcze bardziej, wpychając kartonik do kieszeni fartucha  – Nawet przez chwilę o tym nie pomyślałem. – powiedział zgodnie z prawdą – Ale nie rozumiem co się dzieje i chciałbym byś mi w końcu wszystko wyjaśnił… – powiedział łagodnym tonem.
Jake pokiwał szybko głową i odetchnął.
– Powiem ci wszystko…
Lekarz zerknął mu w oczy, a widząc, że te są tak niecodziennie zmęczone, szybko przysunął się do niego i objął go ramionami.
– Nie zostawię cię. – zapewnił ponownie – Razem z tym sobie poradzimy. – powiedział cicho, ściskając go mocno za szyję.
Jake przytulił go do siebie, wciskając twarz w jego skórę i oddychając ciężej.
Przez chwilę trwali w tym uścisku lecz w końcu, Dan odsunął się od niego.
– Pójdę na chwilę do pokoju i powiem Georgowi, że już znikam, dobrze? – zapytał przyglądając mu się uważnie – Już i tak miałem kończyć i jechać do ciebie.
Barman pokiwał szybko głową i opuścił ręce po sobie.
Danny przyjrzał mu się baczniej i po chwili wahania, wychylił się do jego ust. Musnął je delikatnie swoimi wargami i pogłaskał mężczyznę po ramieniu. Nie czas było na to, by się przejmować, że ktoś ich zobaczy.
– Zaraz wrócę. – zapewnił i z trudem odsunął się od niego, ruszając szybkim krokiem w stronę pokoju.
Naprawdę jeszcze nigdy nie widział go takiego. Jake zawsze był taki pogodny i optymistyczny, że zarażał go takim właśnie podejściem. Zawsze rozpogadzał jego dzień tym szerokim, pięknym uśmiechem i sprawiał, że sam nawet gdy był zmęczony, dostawał dużego powera. Bywał też czasami zły czy zupełnie wściekły, jak ostatnio, ale nigdy nie tak zgaszony.
Kiedy po kilkunastu dłużących się minutach, dokończył wszystkie sprawy, złożył kilka podpisów i obudził Georga, złapał swoje rzeczy i wyszedł szybko z pokoju.
Widział przygarbioną sylwetkę kochanka, który siedząc na jednym z krzeseł ustawionych pod ścianą zdawał się być zupełnie nie sobą. Sprawiał wrażenie, jakby walczył z czymś bądź zbierał się w sobie.
Kiedy stanął przed nim, Dan, postarał się o lekki uśmiech.
– Możemy iść? – zapytał i wyciągnął do niego rękę – Zajdziemy jeszcze do szatni, muszę się przebrać.
– Pewnie. – rzucił nieco rozkojarzony barman i uniósł się szybko. Łapiąc go za dłoń, ruszył z nim pustym korytarzem w kierunku szatni. Doszli do niej po kilku minutach i minięciu paru drzwi.
Danny co chwilę zerkał na kochanka lecz bez słowa otworzył szafkę i wyciągnął z niej ubranie.
Latynos siadając na ławce odetchnął ciężko, nawet na niego nie patrząc i schował twarz w dłoniach.
– Jestem jakiś głupi… – powiedział cicho i skrzywił się gdy te słowa zabrzęczały w pustym pomieszczeniu.
– Głupi? – dopytał Danny i odkładając ubrania na ławkę, podszedł do niego – Dlaczego? – szepnął, kucając przed nim i wsuwając ręce na jego uda.
– Nie wiem sam… – jęknął Jake – Wszystko było okej, a znowu nie jest… To męczące. – szepnął.
Kochanek spojrzał na niego cierpliwie i pogłaskał po udzie.
– Co się stało? – zapytał, a Jake spojrzał na niego nieco bezradnym wzrokiem.
– Nic takiego…. Zresztą o to chodzi. – powiedział szybko barman – Nic się nie stało, a ja… – wydusił z widocznym trudem.
Nie lubił rozmawiać w ten sposób. Wolał te momenty, gdy czuł się tak bardzo dobrze, gdy miał wrażenie, że może zrobić wszystko, a nie gdy chciał wszystko zostawić, mając wrażenie, że to i tak jest do niczego. Nie lubił, gdy sam nie wiedział o co mu chodzi, ale całym sobą czuł, że coś nie jest tak jak powinno.
– To nic… – powiedział cicho Danny, chociaż nadal nic nie rozumiał.
– Dan… – zaczął ponownie Jake – Czuję się po prostu źle, wiesz…? Tak ciężko… Jak zupełnie nie ja… – westchnął – Musisz… znaczy gdybyś dał mi chwilę, doszedłbym z tym do ładu i byłoby tak, jak dawniej. – dodał i spojrzał na niego żywiej – Nie wiem… Chciałbyś? – zapytał z wahaniem w głosie.
Lekarz pokiwał głową.
– Chciałbym. – zapewnił szybko – Ale chciałbym też, żebyś mi powiedział co jest nie tak. – westchnął – Wiesz, ja nie będę z tobą tylko wtedy, gdy jest tak cudownie… ale i wtedy, gdy masz jakieś problemy. Kocham cię i nie przestanę ot tak. – powiedział, starając się złapać jego spojrzenie.
Jake zagryzł wargę.
– Tylko, że ja… nie umiem ci tego wyjaśnić. – jęknął Jake – Wiem tylko, że niedługo wszystko będzie okej…
Danny skinął głową i zastanowił się chwilę.
– A ten terapeuta? – zapytał po kilku chwilach – Co mówi?
Jake odetchnął tylko i przygryzł wargę.
– Wiesz… Chodziłem do niego, bo było to częścią wyroku za tamto pobicie. – powiedział cicho – Ale gdy odbębniłem wszystkie godziny i czułem się okej, stwierdziłem, że mi to niepotrzebne i… tyle… A teraz znowu sobie nie radzę… – zaśmiał się gorzko i pokręcił głową – Nie wiem Dan… Nie umiem sobie radzić z życiem…
Danny szybko zaprzeczył ruchami głowy i złapał go za ręce.
– Nie, Jake. – powiedział mocnym głosem – Najważniejsze żebyś tym razem się nie poddał. Jeżeli mi pozwolisz porozmawiam z tym lekarzem, postaram się ciebie zrozumieć i możemy nawet razem chodzić do niego… Żebyśmy mogli rozwiązać twoje problemy, lepiej się zrozumieć… Dobrze? – zerknął z nadzieją w jego oczy i pogładził go po policzku.
Latynos spojrzał na niego dziwnym wzrokiem i skinął głową.
– Nie wiem… – szepnął – Nie myślisz o mnie źle…? Nie boisz się? – dopytał, przesuwając wzrokiem po siniaku.
– Nie, nie Jake. Nie boję się. – powiedział lekarz twardo i wsunął się między jego uda, przytulając go mocno.
Barman sztywno pokiwał głową.
– Wiesz… – zaczął cicho – Czasami… to ja się boję, że… jesteś ze mną, upierasz się przy tym tylko dlatego, by udowodnić sobie, że to, że zostawiłeś dla mnie Aarona było słuszne… Że skoro go zdradziłeś chcesz to w jakiś sposób wymazać? Nie wiem… udowodnić, że to nie było błędem, że ja nim nie jestem. – mówił, a Dan sztywniał z każdą chwilą czując napływającą gorycz. – Przecież czemu miałbyś chcieć być ze mną dłużej…?
– Bo cię kocham. – wtrącił szybko Dan, a widząc krzywy uśmiech kochanka zacisnął mocniej dłonie na jego palcach. – To było złe. – przyznał – I nie jest mi łatwo gdy wypominasz mi to, gdy się kłócimy, ale gdybym był z tobą nieszczęśliwy, rozstalibyśmy się.
– Z nim byłeś chociaż od dłuższego czasu wam się nie układało.
– Tak, dlatego, że go kochałem i miałem nadzieję, że uda się tamto uratować. – powiedział łagodnie Danny – Ale się nie udało i nie żałuję, bo poznałem ciebie i czuję się tak, jak nigdy z nikim, Jake… – szepnął, nie zwracając uwagi na to czy brzmi patetycznie czy też nie. Przy Jake’u nigdy nie wstydził się wielkich słów, które tak idealnie odzwierciedlały jego uczucia. Przy nim mógł być naprawdę sobą, nawet gdy to ja bywało tak ckliwe jak w tej chwili.
– Mhm, szczególnie teraz… – rzucił ironicznie barman.
– Tak, nawet teraz. – powiedział Dan cierpliwym tonem – Bycie z kimś to nie tylko piękne chwile, bez problemów, ale też trwanie w tych złych momentach. – dodał i uśmiechnął się lekko.
Widział, że jego słowa nie do końca trafiają do mężczyzny ale nie dziwiło go to ze względu na fakt w jakim ten był stanie.
– Nie zostawię cię tak po prostu. – dodał i pocałował go czule w usta.
Kiedy się od nich odsunął uśmiechnął się pokrzepiająco do kochanka.
Jake odwracając wzrok skinął tylko głową i po chwili z ulgą dla lekarza, ścisnął lekko jego dłonie.
– Tak bardzo chcę ci wierzyć, Dan… – westchnął, po raz kolejny czując do siebie żal o takie zachowanie.
Wiedział jednak, że tym razem nie może tego zrobić. Nie może go zdradzić, ani zostawić tylko dlatego, że gorzej się czuje. Zawsze to robił, a przecież z Danem miało być inaczej. I jeżeli on sam deklarował pomoc, jeżeli i jemu zależało, to nie mógł się poddać.
– Wracamy do domu? – zapytał cicho po kilku minutach studiowania jego twarzy.
Lekarz pokiwał głową i wychylił się do jego ust. Zaraz też podniósł się i sięgnął po ubrania by się w końcu przebrać. Gdy schował fartuch do szafki i spakował torbę, zamknął ją i ponownie wyciągnął do kochanka rękę.
Był pewien, że nie odpuści mu tak łatwo. Nie wiedział dokładnie jak to było z poprzednimi kochankami Latynosa, ale on chciał być inny. Cierpliwy, taki by mężczyzna czuł, że może na nim polegać i mu ufać, by był pewien jego uczuć.
Ściskając mocno jego dłoń, pociągnął go na dół i gdy wyszli na parking podeszli do samochodu barmana. Danny decydując, że jutro do pracy może przyjechać taksówką i po zakończonym dyżurze odebrać własny samochód, przejął kluczyki od mężczyzny i gdy obaj wsiedli do auta, ruszył w kierunku jego kawalerki.
Jake siedząc na miejscu pasażera, zerkał co chwilę na profil kochanka.
Lekarz zawsze go pociągał, od ich pierwszego spotkania, w dodatku jego słowa, to, jaki był dobry zawsze go rozczulało. Szczególnie teraz gdy znowu miał ten gorszy czas. Wszyscy jego byli wiecznie robili mu o to wymówki, kłócili się z nim bardziej lub też zupełnie to ignorowali co jego samego prowokowało by odpuść, by zmusić ich do odejścia lub samemu ich zostawić. Nigdy nie był dobry, szybko nudził się kochankami i w dodatku te jego problemy. Ze sobą, z tym, że z dnia na dzień nagle wszystko się zmieniało. Nie miał pojęcia skąd to się brało, ale i on sam był tym bardzo zirytowany. Nie ufał ludziom, nie wierzył też że mogliby być wobec niego bezinteresowni i wydawało mu się, że widzi w nich to co najgorsze, co było w zasadzie fair, bo ze swojej strony też nigdy nie był w porządku. I jakkolwiek nie byłoby to naiwne Dan wydawał się być taki… inny?
Jake bał się o to pytać, bo już przed oczyma widział jego rozczarowane spojrzenie. A jego nie chciał ranić.
– Myślałem że pracujesz dzisiaj. – usłyszał po chwili i pokręcił szybko głową.
– Przedwczoraj w nocy był szef w klubie więc gdy pojechałeś, poszedłem poprosić go o wolne. – wyjaśnił – Miałem kilka zaległych dni i teraz przez tydzień postaram się w miarę doprowadzić do porządku. – dodał.
Danny pokiwał głową i odetchnął w duchu. Pamiętał jak serce mu waliło, gdy kochanek wrócił się wtedy do klubu.
Po chwili sięgnął ręka do jego kolana i pogładził go po nim.
– Rozumiem. – powiedział i uśmiechnął się do niego delikatnie – Obaj się postaramy. – dodał i przeniósł rękę na gałkę do zmieniania biegów.
Nie miał pojęcia, że Jake miał takie problemy, ale przecież dla niego nie były one przeszkodą, tym bardziej jeżeli kochanek chciał rozpocząć terapię.
– Mogę cię zapytać, – zaczął spokojnym głosem – skąd to się wzięło? Nie wiem… to coś z przeszłości?
Barman zmarszczył lekko brwi i pokręcił głową.
– Nie… znaczy nigdy nie przeżyłem żadnej wielkiej traumy. – powiedział cicho – Po prostu… zawsze żyłem w ten sposób… Nie wiem co ci powiedzieć. Nigdy nie chciałem się do nikogo przywiązywać, wydawało mi się, że to i tak nigdy nie potrwa długo. – dodał – Zawsze wydawało mi się, że tak będę bardziej bezpieczny tym bardziej jeżeli chodzi o facetów?
Lekarz skinął głową. Wypytał kiedyś Jake’a o jego rodzinę i jeżeli kochanek mówił prawdę to rzeczywiście miał normalny, spokojny dom. O swoich byłych też mu nieco opowiadał, ale od strony z której to on był głównym złym. Ale może to tu był główny problem? Zawsze o wszystko siebie obwiniał i może przez to nabawił się kompleksów i depresji?
– Ale to chyba nie do końca tak… – westchnął Latynos i potarł się po policzku.
– Nie do końca. – przyznał Danny – Myślę jednak, że nauczysz się z czasem mi ufać.
– Ufam. – powiedział szybko Jake, co lekarz przyjął z lekkim skinieniem głowy.
– Dobrze. – uśmiechnął się wiedząc, że nie do końca jest to prawdą – Zastanów się czy chcesz, żebyśmy obaj chodzili do tego terapeuty, w porządku? – zapytał i spojrzał na niego krótko.
Był przekonany, że jeżeli kochanek się zdecyduje to doskonale sobie poradzą.
Przez kilka kolejnych minut jechali w ciszy lecz w końcu, Jake spojrzał na niego nieco niepewnie.
– Dan…? – zapytał cicho i gdy lekarz zerknął na niego krótko, lecz czule, uśmiechnął się mimowolnie – Kochasz mnie… naprawdę. – bardziej stwierdził niż zapytał.
Danny zerknął na niego ponownie i z lekkim uśmiechem skinął głową, zwracając spojrzenie ku drodze.
Barman uspokojony oparł się bardziej o fotel i odetchnął głęboko.
– To dobrze… – szepnął i pokiwał do siebie głową.

Reklamy

13 thoughts on “Till We Are Vol. 3 Ch.13

  1. Mam wrażenie, że to wszystko jest takie idealne. To znaczy ci faceci. Tacy… niby mają swoje wady ale potrafią to wynagrodzić, tacy genialni. Szkoda, że nieźle trzeba się natrudzić, by spotkać takiego w rzeczywistości… a jak już się takiego spotka, to trzeba się modlić, by nie okazał się gejem :P
    Co do konkretnie Dana i Jake’a, to takie fajne, że potrafią się tak zebrać, otworzyć, gdy trzeba i ponaprawiać, albo przynajmniej starać się naprawiać swoje błędy. Fajnie, że Jake zapisał się na tą terapię, bo co jak co, ale nie ma nic gorszego niż wyparcie się swoich problemów. Jednak na miejscu Dana, nie dałabym tak łatwo odpuścić. A mam tu na myśli to wydzwanianie do niego. Bo byłaby to niezła nauczka dla barmana, bo z całą pewnością trochę stresu, by mu nie zaszkodziło. Odcierpiałby ten policzek lekarza ^^ Ale nie bądźmy sadystami, i nie zmuszajmy Dana do czynów tak… złych, bo w końcu on też się martwił i tak dalej.
    W każdym razie cieszę się, że wszystko się jakoś zaczyna układać:)
    Pozdrawiam! ;)
    PS
    Mam nadzieję, że wszystko ładnie pięknie pozaliczałaś i już masz na razie pokój z nauką. ^^

    1. Heeh… nie wiem czy to źle, czy wręcz przeciwnie. C: Hmmm… Poza tym, nie wiem, ja takiego nie spotkałam jeszcze w realu. xD
      Heh, chłopcy dopiero teraz się zebrali, a konkretnie Jake się w końcu zmobilizował. I całe szczęście.
      Myślę, że Dan taki już jest, że woli od razu wszystko wyjaśnić, niż dawać komukolwiek jakiekolwiek nauczki. Zresztą, po tamtym związku z Aaronem i wiecznych niedomówieniach, to ja mu się wcale nie dziwię. Bo z jednej strony jest taki trochę zdziwaczały, bo przyzwyczaił sie, że wszystko jakoś się rozchodzi po kościach, a z drugiej wie, ze nie o to chodzi i ze powinien sie starać. W ogóle każdy z nich powinien…
      Uch.,. nie wiem czy to co piszę ma jeszcze jakikolwiek sens.,..
      Ach. wiesz… obawiam się, ze w tym roku ta sesja nigdy się nie skończy. :I Jestem wykończona… @_@

      Huuuu,
      Trzymaj się cieplutko!
      <333

  2. To było takie kochane. Nareszcie Jake wziął się za siebie. No i wyjaśniło się, po co się wracał. Może to wolne dobrze mu zrobi. Cieszę się, że wszystko się zaczyna między nimi układać, bo ich uwielbiam. I trochę szkoda, że to ostatni rozdział z nimi. Będę tęsknić za tą parką. Ale teraz powinno być już wszystko dobrze między nimi, więc innym parom też się przyda trochę uwagi. Zwłaszcza, że już trochę ich nie było. Szczególnie Ethana i Keitha, za którymi się okropnie stęskniłam.
    Liczę na jakiś bonusik w przyszłości z Jake’m i Danem po tym, jak się już opko skończy. Z innymi parkami też by mógł być, czemu nie, nie pogardzę, ale ich było najmniej i mam niemały niedosyt :)
    Trochę smutam, że opko się kończy, ale myśl, że na jego miejsce wskoczy inne trochę łagodzi smutek.

    „Trąc ręka swędzącego siniaka na policzku, którym wzbudził ogólną sensację na oddziale, ponownie z zawodem spojrzał na wyświetlacz telefonu, na którym oczywiście widniało ich zdjęcie.” – „ręką”.
    „- Podnosi, ale ostatnio wywaliłeś z sali jego siostrzeńca, przypominam. – zaśmiał się George.- I co z tego, jak był do niczego to przepraszam, miałem mu pozwolić kroić człowieka, bo jego wujaszek jest ordynatorem?” – tu Ci się dwie wypowiedzi złączyły.
    „- Dan…? – powiedział nieco ochrypłym zdenerwowania głosem.” – a nie „ze zdenerwowania”?
    „Szybko wyjął z niej portfel, a niego biały kartonik i podając do Danny’emu spojrzał w jego oczy.” – „z niego” i „go”.

    Pozdrawiam i życzę dużo weny :)

    1. hehe…. co prawda czasami mi się marzy, żeby napisać kiedyś kilka rozdziałów z ich życia po kilku/ kilkunastu latach. Szczególnie mam parcie na Tośka i Theo. Heh. C:
      Nim opowiadanie się skończy każda para dostanie czas żeby się z nami pożegnać, więc trzeba się uzbroić w cierpliwość.
      Niezmiennie dziękuję za wyłapanie błędów.
      <33

  3. ,,Jego agresja i bark opanowania na pewno nie wzięła się znikąd, prawda?” ~ ,,brak”
    ,,Wszyscy jego byli wiecznie robili mu o to wymówki, kłócili się z nim bardziej lub też zupełnie to ignorowali co jego samego prowokowało by odpuść, by…” ~ ,,by odpuścić”
    ,,Po chwili sięgnął ręka do jego kolana i pogładził go po nim.” ~ ,,ręką”
    ,,Nawet nie sądził, że to całe bycie z Aaronem tak go skrzywiło. W końcu wcześniej był chyba bardziej waleczny, bardziej zależało mu by było tak jak powinno, a nie by było… jakoś.” ~ ,,skrzywiło”? To zdanie jest strasznie nie logiczne, moze to przez to, ze gdzies nie ma przecinka..?
    Pozdrawiam

    Damiann

  4. I chyba właśnie takiego rozdziału potrzebowałam, by choć trochę zrozumieć Jake’a. A przede wszystkim zacząć go akceptować :)
    Jakoś nie mam weny na komentarz, ale mam nadzieję, że wybaczysz mi, jeśli zakończę na tym, że rozdział bardzo mi się podobał i czekam na kolejny ^.^

    Pozdrawiam i życzę weny :3

    1. Uch, cieszę się, że chociaż na koniec jakoś poprawił o sobie opinię. C:
      Nic się nie stało, miło, że się odezwałaś. :)
      Trzymaj się cieplutko i do kolejnego rozdziału. C:

  5. ostatni rozdział z nimi? no jak to tak?… ;(
    Jake’a w pewnym momencie miałam ochotę pogłasiać po główce i przytulić. całą jego pewność siebie szlag trafił i przypominał takiego zagubionego kociaczka. potraktowałaś ich bardzo po macoszemu. jednak mimo wszystko to wciąż moja ulubiona para, ta dzikość Jake’a… szkoda, że skończyłaś wątek z nimi, ale wierzę, że pozostałe mi to wynagrodzą:3

    1. A no tak. Niestety TWA nieubłaganie zbliża się ku końcowi i trzeba się powoli żegnać z panami. Nie tylko z Jake’m i Danem.
      W ogóle kiedyś na pewno się wezmę i zedytuję TWA, żeby popoprawiać błędy i tak dalej i może natchnie mnie na jakiegoś bonusika z nimi? Kto wie. C:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s