Till We Are Vol. 3 Ch.18

Anthony przebudził się słysząc poruszenie w sypialni. Uchylił jedną powiekę, a gdy zdał sobie sprawę z braku kochanka obok siebie, uniósł się na łokciach i rozejrzał po pomieszczeniu.
Gdy jego wzrok padł na uchylone drzwi od garderoby skrzywił się lekko i opadł zaraz na łóżko z cichym westchnieniem. Szybko jednak przetarł oczy pięściami i ziewnął przeciągle, napinając nieco plecy, po czym przewrócił się na brzuch. Gdy zerknął na zegar stojący na nocnej szafce skrzywił się jeszcze mocniej i wtulił się w poduszkę, która ciągle pachniała włosami Theo.
Dopiero po kilku chwilach usłyszał jak kochanek wychodzi po cichu z garderoby.
– Mmm… – zamruczał z krzywym uśmiechem – Nie powiesz mi chyba, że przesunęli wam zajęcia… – rzucił starając się by w jego głosie nie było czuć aż takiego wyrzutu. Naprawdę nie podobało mu się, że Theo nadal miał na głowie tyle spraw, ale nieważne ile razy z nim o tym rozmawiał lub ile razy się o to kłócili, ten wydawał się być tak niemożliwie uparty, że chyba musiałby zdarzyć się cud, by nieco przystopował.
Architekt usłyszał tylko ciche westchnienie i uniósł się do siadu, po czym wbił wzrok w ubierającego się chłopaka.
Theo w pierwszej chwili jęknął w duchu, bo naprawdę liczył, że zdoła wymknąć się z domu wcześniej i nawet nie dać się przyłapać blondynowi. Nie raz już mu się to udawało i wtedy zazwyczaj mężczyzna spał do późna, a jemu udawało się wcale nie wzbudzać jego podejrzeń.
Czując na sobie jego świdrujący wzrok pokręcił głową i westchnął ponownie.
– Nie, nie przesunęli. – powiedział półgłosem, bo w sypialni nadal panował lekki półmrok, który wydawało mu się, może zburzyć każdy głośniejszy ton – Po prostu obiecałem Margaret, że przyjdę jeszcze z rana i jej trochę pomogę. Sara jest na zwolnieniu, a ona sama sobie ze wszystkim nie poradzi. – powiedział wzruszając ramionami i zapinając pasek.
Blondyn zerknął na jego ręce i zmrużył aż oczy, widząc, że bolec od klamry przeskakuje kolejną dziurkę, zaciskając się ciaśniej niż jeszcze jakiś czas temu. Naprawdę był może przeczulony, ale w jego oczach Theo mizerniał z dnia na dzień, co zawsze wyjątkowo go niepokoiło. Nadal przecież pamiętał jak wychudzony był gdy się poznali i za wszelką cenę nie chciał przeżywać powtórki z rozrywki.
– Na którą masz być? – zapytał nieco chłodno i pokręcił głową, zdając sobie sprawę z tego, że kolejne wyrzuty i tak nic nie zmienią. Ani tym bardziej prośby.
– Na szóstą. – odparł cicho brunet – Ale ty śpij, nie ma powodu byś zrywał się tak wcześnie.
Architekt pokręcił tylko głową i uniósł się z łóżka. Bez słowa już wciągnął leżące na ziemi bokserki i ruszył do kuchni. Bo co innego mu pozostawało? Przecież nawet jeżeli był zły, bardzo zły, nie mógł wypuścić go z domu bez śniadania.
Wchodząc do kuchni włączył światło i szybko przeszedł do szafki, z której wyciągnął patelnię. W kilku ruchach nakroił nieco szynki, którą zaraz podsmażył, a w oddzielnej misce wytrzepał i doprawił jajka. Nie zdawał sobie nawet sprawy z ruchów, które nie do końca były spokojne, a on trzaskał drzwiczkami szafek i ze zmarszczonymi brwiami kręcił głową, przygotowując śniadanie.
Theo, który tylko się skrzywił widząc jak kochanek wyparowuje z sypialni, dokończył ubieranie się w nieco wolniejszym tempie i przeszedł do łazienki. Naprawdę spodziewał się kolejnej bury za to wyjście i o ile mógł, wolał się nie pokazywać blondynowi na oczy nim ten nie przestanie chociaż tak walić drzwiczkami. Z doświadczenia wiedział już, że przeszkadzanie mu skończy się tylko kolejną awanturą i wyrzucaniem mu, żeby z czegoś zrezygnował.
Ale on nie chciał rezygnować. Nie mógł zrezygnować, gdy czuł, że w końcu wszystko zaczyna się prostować. Naprawdę nie chciał być głupkiem, który nawet nie skończył szkoły i wierzył, że jest na dobrej drodze by nadrobić zaległości. Nie chciał też ciągle być zależnym od architekta lub co gorsza nie chciał, by Anthony musiał się go wstydzić. Może to było głupie myślenie, ale dawało mu tyle motywacji jak nic innego. Fakt, że gdy skończy szkołę i studia będzie bardziej ‚godzien’ blondyna, będzie zarabiał więcej, będzie mógł dorzucać się chociażby do rachunków, dawał mu niezłego kopniaka. Poza tym w pewien sposób chciał doścignąć Anthonego, który w jego oczach był naprawdę kimś. Autorytetem, za którym chciał gonić.
Kiedy umył zęby, przeczesał szybko włosy i splótł je w luźny warkocz, zaczerpnął głęboko powietrza i wyszedł z łazienki. Gdy wszedł do kuchni na stole stał już talerz z o wiele za dużą porcją jajecznicy, tostami, a obok kubek z gorącym kakao. Brunet zerknął zaniepokojony na zegar przy mikrofalówce chcąc się upewnić czy zdąży na autobus i skrzywił się w duchu szybko wszystko planując w głowie.
Widząc jednak, jak Anthony nadal z widoczną złością w gestach robi mu kanapki, osunął się powoli na krzesło i ujął w dłoń widelec.
– Mmm… nie musiałeś… – rzucił niemal jak zawsze, lecz architekt tylko prychnął i pokręcił ponownie głową, nie zaszczycając go najkrótszym nawet spojrzeniem.
Theo strapił się tylko i spojrzał na swój talerz po czym pogrzebał w nim widelcem.
– Nie gniewaj się… – dodał jeszcze i zerknął prosząco na jego szerokie plecy.
Anthony zacisnął tylko zęby pakując mu kanapki do pudełka i zamykając je z trzaskiem. W końcu odwrócił się do chłopaka i spojrzał na niego karcąco.
– Cholera, Theo… – rzucił z naganą w głosie i odstawił pudełko na stół przed nim. Oparł się tyłem o blat szafki i przez kilka chwil wpatrywał się w niego uparcie, a w końcu ponownie pokręcił głową i odwrócił się by opłukać pod bieżącą wodą deskę i noże, i pochować produkty do lodówki i szafek.
– Jedz już, bo się spóźnisz.
Theo skinął tylko głową wiedząc, że jeżeli nie zje wszystkiego nagrabi sobie jeszcze bardziej. Szybko więc zaczął wpychać w siebie duże kawałki jajecznicy, nie gryząc ich nawet dokładnie. Kiedy kończył szybko popił z kubka parząc sobie język. W końcu jednak uniósł się z miejsca i po chwili wahania stanął przed kochankiem.
– Anthony… – westchnął miękko i sięgnął do jego ramienia – Tyle razy już o tym mówiliśmy… przecież wiesz…
Blondyn zmarszczył tylko brwi i spojrzał na niego oskarżająco.
– Tak, wiem. – powiedział sztywno i pokręcił znowu głową – Ale co z tego, jeżeli w ogóle nie interesuje cię moje zdanie? Zresztą zupełnie nie bierzesz go pod uwagę. – dodał, a chłopak szybko pokręcił głową.
– Nie… znaczy, przecież wiesz, że twoja opinia jest dla mnie ważna. Bardzo.
– Tak, widzę właśnie. – rzucił ironicznie mężczyzna, a Theo od razu zabrał rękę z jego ramienia – Dobra… – uniósł ręce w geście poddania – Tylko wiesz… cholera, mogłeś mi chociaż powiedzieć, że wstajesz tak wcześnie to już nie zmuszałbym ciebie do seksu w nocy, gdy skończyłeś naukę. – powiedział czując autentyczne wyrzuty sumienia.
Naprawdę ostatnio i tak kochali się od wielkiego dzwonu, a wczoraj już nie mogąc wytrzymać, zaciągnął go do łóżka. Widział, że chłopak był zmęczony po całym dniu i wieczorze nauki, ale oczywiście nie mógł się powstrzymać, przez co brunet w rezultacie spał nie więcej niż jakieś trzy godziny.
Theo ignorując rumieniec zalewający jego twarz pokręcił głową.
– Przecież chciałem. – powiedział wpatrując się w niego niemal rozpaczliwie – Przecież wszystko jest w porządku. – powiedział zdając sobie jednak sprawę z tego, że ostatnio niemal stale się kłócą, a w porządku jest tylko wtedy, gdy są oddzielnie.
– Nie jest, Theo… – jęknął Anthony i położył mu ręce na ramionach – Martwię się o ciebie, nie rozumiesz? – dodał i pogłaskał go po głowie – Wykończysz się w ten sposób.
– Nie wykończę, dobrze się przecież czuję. – powiedział nieco naginając fakty – Mam wrażenie, że to ty mnie nie rozumiesz. Nie rozumiesz, że chcę skończyć szkołę, chcę pracować, a nie polegać wiecznie na tobie? – powiedział i odwrócił spojrzenie.
– Ale co w tym złego? Jesteśmy razem, kochamy się, możesz na mnie polegać. Wrócisz do pracy, gdy skończysz naukę. – powtórzył jak zawsze i spojrzał mu prosząco w oczy.
– Nic nie rozumiesz… – westchnął Theo i przetarł rękoma twarz.
Anthony zmarszczył mocno brwi i zabrał ręce z jego barków.
– Okej… wiesz, masz rację, nie rozumiem. – przyznał w końcu i wyszedł do przedpokoju by wyciągnąć z kieszeni płaszcza kluczyki do auta.
Nie rozumiał tego, że Theo nie chce mieć wolnych chwil, by poświęcić je jemu, nie rozumiał, że nie zależało mu na tym by mogli być razem i za wszelką cenę chciał być taki samodzielny. Może gdzieś w podświadomości blondyn bał się, że gdy już chłopak taki się stanie przestanie go potrzebować. Będzie mógł sam zarobić sobie na mieszkanie, na jedzenie, na wszystko, czego by tylko potrzebował, automatycznie przestając potrzebować jego. A przecież zawsze był od niego zależny i samemu architektowi taki stan rzeczy bardzo odpowiadał. Jakby miał dodatkową pewność, że chłopak przy nim zostanie, że wie, że przy nim ma wszystko zapewnione.
Przez to jak się nakręcał stawał się bardzo rozdrażniony i raczej z wiecznie zadowolonego faceta stawał się ponurakiem.
Kiedy znalazł kluczyki stanął w wejściu do kuchni i splótł ramiona na torsie.
– Nie wiem, co musi się stać, byś chociaż na kilka dni wziął urlop i poświęcił mi trochę uwagi. – dodał starając się ponownie by nie brzmieć oskarżycielsko.
Theo pakujący kanapki do torby skrzywił się nieznacznie na te słowa i zaraz podszedł do mężczyzny.
– Wiem, że… nie jest tak jak dawniej ale, gdy tylko skończę szkołę… – westchnął, jednak zamilkł od razu widząc sceptyczne spojrzenie Anthonego. Może mężczyzna miał rację – zszedł na dalszy tor i był nieco przez niego zaniedbywany. A i on sam pewnie za bardzo przyzwyczaił się, że zawsze może na nim polegać, niezależnie od sytuacji.
– Pojedziemy w weekend do rodziców? – zapytał jeszcze Anthony – Dawno u nich razem nie byliśmy…
– Wiem… – westchnął chłopak i przygryzł wargę – Postaram się, dobrze? – zapewnił, a architekt tylko uśmiechnął się krzywo.
– Dobrze. – wzruszył ramionami pewien, że i w tym tygodniu pojedzie do domu sam. Wręczył kochankowi kluczyki i od razu zdenerwował się bardziej, gdy ten pokręcił głową.
– Ale naprawdę…
– Wezmę taksówkę. – powiedział twardo Anthony i niemal siłą wepchnął mu je w dłoń. Tym razem nawet nie pochylił się do jego ust tylko od razu odwrócił się by ruszyć w stronę sypialni.
– Kocham cię… – rzucił za nim Theo, a on przygryzł tylko wargę i skinął lekko głową. Zaraz usłyszał jak drzwi za brunetem się zamykają.
Naprawdę był zły. Zupełnie nie tak miało być.
Oczywiście jak przypuszczał nie zasnął już później tylko przez kilka godzin rozmyślał nad Theo i ich związkiem.
Na pewno nie było tak, że którykolwiek z nich chciał się rozstać. Uczuć Theo był pewien, ale nie mógł nie myśleć o tym, że w pewien sposób oddalili się od siebie. Anthony miał wrażenie, że teraz tylko sypiają przy sobie lub czasami ze sobą, jeżeli panował między nimi lepszy nastrój. Przez pozostałą część dnia Theo albo był w szkole, albo w pracy, albo uczył się w drugiej sypialni, gdzie czasami zasypiał nad książkami.
Blondyn, który do tej pory był centrum świata chłopaka, nagle czuł się zupełnie zepchnięty na boczny tor. Nie wiedział też nic o ludziach, z którymi spotykał się jego kochanek chociażby w szkole i nagle gdy czuł, że traci nad nim kontrolę, przekonywał się jak bardzo lubi ją posiadać. Jak bardzo chce by Theo nadal był od niego zależny.
Nie czuł się z tym zbyt dobrze, bo przecież powinien wspierać Theo w jego decyzjach, pomagać mu ze wszystkim, a teraz nie umiał się na to zdobyć. Gdyby jeszcze sam chłopak wykazał nim jakiekolwiek większe zainteresowanie, a nie po prostu decyzje o swojej karierze podejmował tak zupełnie sam. Anthony rozumiał przecież, że to jego życie i jego przyszłość.
A właściwie nie rozumiał tego, bo przecież ta przyszłość i to życie było teraz ich wspólne. I nawet jeżeli chłopak był czegoś absolutnie pewien mógł się go poradzić, zapytać o zdanie, a nie tak po prostu go o tym informować. Dłuższe zajęcia, nadgodziny – Theo tylko stawiał go przed podjętą decyzją oczekując chyba, że on potulnie pokiwa na to głową i jeszcze będzie dumny. I na Boga, w pewien sposób był, ale w inny nie mógł udawać, że nie czuje żalu do kochanka. Chciał, by było tak jak dawniej, na początku gdy najważniejsze było to, by mogli być razem. Przy sobie, ze sobą, w sobie. A nie obok siebie.
Kiedy zadzwonił budzik, Anthony uniósł się do siadu i skopał kołdrę do nóg łóżka. Spojrzał w dół swojego niemal nagiego ciała i odetchnął ciężej. To było aż śmieszne, że teraz mając kochanka częściej masturbował się niż uprawiał z nim seks. I naprawdę gdy pomyślał o wczoraj aż się w nim gotowało. Widział jak był Theo zmęczony, a mimo tego był tak natarczywy aż chłopak się zgodził. Zresztą za każdym razem gdy się kochali, a on na drugi dzień musiał oglądać jego podkrążone oczy miał ogromne wyrzuty sumienia. Ale za każdym razem, gdy znowu był tak cholernie napalony zupełnie o nich zapominał i, miał wrażenie, zmuszał Theo do seksu.
Architekt zniechęcony wstał z łóżka i ruszył do łazienki by wziąć szybki prysznic, a później zacząć się zbierać do pracy.

Po kilku zebraniach i spotkaniach w końcu mógł sobie pozwolić na późny lunch. Oczywiście nie chciało mu się wychodzić z firmy, więc wyrwał Melindę zza biurka i zaciągnął siłą do bufetu. Kobieta była bardzo energiczna i lubiła plotkować, więc nawet nie zauważył jak szybko minął mu czas podczas wsłuchiwania się w jej opowieści. I nawet udawało mu się nie myśleć, co robi teraz Theo. A w każdym razie nie aż tak często, chociaż kilka razy został kopnięty w kostkę przez Melindę, co mogło oznaczać, że po prostu się wyłączał. Zazwyczaj rzucał kobiecie przepraszające spojrzenie, wiedząc jak bardzo ta lubiła być w centrum uwagi.
Kiedy wracali windą na górę do biura z lekkim uśmiechem wsłuchiwał się w jej paplanie o jakichś cudownych wyprzedażach w jednym z drogich butików i w końcu pokręcił głową śmiejąc się głośniej.
– Naprawdę myślisz, że skoro jestem gejem fascynują mnie twoje ‚modowe’ wojaże? – zaśmiał się kręcąc głową na co Melinda tylko zmrużyła oczy i wzruszyła ramionami.
– Nigdy ci nie przeszkadzało, gdy o nich mówiłam. – dodała zerkając na niego podejrzliwie – Ale zresztą… wszyscy uważają, że zrobiłeś się ostatnio zrzędliwy, więc mów sobie zdrów, kochaneczku. – prychnęła kobieta posyłając mu całusa.
Anthony zerknął na nią zaskoczony i puścił ją pierwszą z windy.
– To był żart, jej… nie musisz się obrażać, jak mały dzieciak. – dodał i machnął na nią ręką – Poza tym nie jestem zrzędliwy. – dopowiedział jeszcze idąc przy niej korytarzem w kierunku swojego biura.
– Jasne. – zakpiła blondynka – Może nie zrzędliwy, ale na pewno niedopieszczony. – dodała jeszcze pewnym siebie tonem – Czyżby twój słodki Theo dał ci szlaban na seks, że ostatnio chodzisz taki struty?
Anthony zatrzymał się przy biurku i przyjrzał się jak Melinda odkłada torebkę na fotel po czym zajmuje w nim miejsce.
– To chyba ty masz dzisiaj jakiś zły dzień. – rzucił oskarżycielsko i pokręcił głową.
– Miałabym lepszy, gdybyś nie ignorował mnie przez cały lunch. Po co w ogóle mnie zapraszałeś? – dodała zła, że przez niego odwołała obiad z narzeczonym. Po chwili jednak sięgnęła do torebki i wyciągnęła z niej małą kopertę. – Zresztą nieważne. – machnęła ręką – Też jestem wściekła, bo nagle okazało się, że nasze wizje ślubu zupełnie się różnią. I to w momencie w którym wszystko jest już niemal dopięte na ostatni guzik. – dodała robiąc niezadowoloną minkę – Ale nie obchodzi mnie to. Ten ślub będzie tak czy siak, choćbym miała go wziąć sama ze sobą! – rzuciła zawzięcie, a Anthony tylko skinął głową. – Mam dla was zaproszenie na ślub, przyjdziecie? – zapytała podając mu kopertę i uśmiechnęła się wymuszenie.
Anthony przyjął kopertę i wyjął z niej skromne zaproszenie. Uśmiechnął się lekko i skinął głową.
– Porozmawiam z Theo. – powiedział – Ale jakbym mógł nie stawić się na tak ważnym dniu mojej ulubionej sekretarki? – dodał jeszcze i spojrzał na nią cieplej.
Melinda wyszczerzyła się tylko i opadła na fotel.
– Chyba oboje mamy dzisiaj kiepski dzień, mmm? – rzuciła, a mężczyzna tylko skinął głową.
– Mhm… ale wydaje mi się, że gorszy już być nie może. – odparł blondyn i puścił do kobiety oczko – Przy jedzeniu paplałaś tak, że nawet się nie zorientowałem.
Melinda zachichotała włączając komputer i pokręciła głową.
– Zorientowałbyś się gdybyś nie bujał w obłokach. Ale to u ciebie jest normą, odkąd masz faceta. – wzruszyła ramionami i zaraz spojrzała na niego przeciągle – A co, pokłóciliście się? – zapytała wklepując hasło.
Anthony przygryzł wargę i oparł się bardziej o biurko sekretarki.
– Trochę tak. – przyznał – Ale cóż, zawsze chyba po takich miodowych miesiącach przychodzi coś w stylu… – zamyślił się marszcząc brwi.
– Rozczarowania? – podsunęła kobieta, a on aż spojrzał na nią żywiej.
– Nie! – zaprzeczył szybko i pokręcił głową. Zupełnie nie chciał myśleć, że jest rozczarowany swoim związkiem z Theo. Przecież był z nim tak bardzo szczęśliwy.
Melinda wzruszyła tylko ramionami i zrobiła zabawną minę.
– Wiesz, zaproszenie nie jest wypisane na Theo, tylko na ciebie z osobą towarzyszącą, zawsze możesz wziąć kogoś innego. – powiedziała, a Anthony aż wyprostował się bardziej.
– Och Mel, nie masz pojęcia o czym mówisz. – wydusił i pokręcił głową.
– Mówię tylko, że nie jesteś skazany na jednego Theo. Jak jesteś nim rozczarowany to… po co dalej to ciągnąc? Tego kwiatu pół światu. – dodała bawiąc się długopisem.
Anthony spojrzał na nią niemal z politowaniem.
– To czemu ty nie zerwiesz ze swoim facetem, skoro widocznie cię rozczarował tą całą wizją ślubu? – dopytał pewien, że tym ukróci przemądrzały wywód sekretarki.
– Jak to dlaczego? Wszystko jest już gotowe. – wyjaśniła – No i kochamy się. Jedno rozczarowanie w tę czy w tamtą nie zrobi już różnicy. Za późno żeby się wycofać.
Blondyn pokręcił głowa i zaśmiał się głośniej, na co Melinda tylko wzruszyła ramionami robiąc pewną minę.
– A wy? Nie jesteście ze sobą na zawsze związani. – dodała, co szybko pozbawiło Anthonego wesołości.
– Narzeczeństwa i małżeństwa też nie są na zawsze. – powiedział powoli i odetchnął płycej – A my jesteśmy ze sobą związani. – powiedział architekt i rzucił kobiecie ostrzejsze spojrzenie niż zamierzał, po czym pokręcił głową. – Dobrze, wracajmy już do pracy. Dzięki. – dodał wskazując na kopertę i zniknął w drzwiach swojego gabinetu.
W kilku krokach znalazł się za swoim biurkiem i opadł na fotel. Odchylając się w nim przymknął na chwilę oczy i poluzował krawat.
Przecież nie był rozczarowany. To zupełnie nie było tak. Był po prostu zazdrosny, że nagle coś innego jest priorytetem Theo, a nie on i możliwość bycia z nim. Tylko tyle. I przecież nie zostawi go tylko dlatego. Nie po tym co razem przeszli.
Nie był dzieckiem wiedział, że różnie może być w życiu. Że może być tak, że za kilka lat staną się tak inni niż teraz i różni od siebie, że być może rozstanie będzie wtedy jedynym wyjściem, ale jak na razie taka opcja wydawała się mu być jedynie jakimś abstrakcyjnym, fantastycznym scenariuszem. Nie było różowo, ale to nie zmieniało faktu, że poza Theo nie widział świata. I naprawdę czuł, że kieruje nim tylko to, że był zazdrosny. Że był zaborczy, bo chciał go mieć tylko dla siebie.
Wzdychając cicho, Anthony uniósł się w fotelu i sięgnął po kolejną teczkę i długopis. Zerknął na zegarek, by upewnić się jak długo może jeszcze być w biurze by zająć się czymś innym niż tęsknieniem za kochankiem. Albo chociaż udawać, że się tym zajmuje.

Po kilku godzinach pracy, brutalnie wyrwał go ze stanu skupienia dzwonek telefonu. Anthony przekręcił się lekko by sięgnąć do kieszeni marynarki przewieszonej przez oparcie fotela i uśmiechnął się zerkając na wyświetlacz.
– No hej, mamo. – rzucił ciepłym głosem i wyszczerzył się do siebie – Tak wiem, wiem. Będziemy w niedzielę. – zapewnił ze śmiechem domyślając się, że jak często bywało pierwsze co usłyszy z ust kobiety to nagana za to, że tak rzadko u nich bywają.
Kiedy jednak nie usłyszał niemal nic po drugiej stronie słuchawki zmarszczył lekko brwi.
– Mamo? – dopytał – Jesteś tam? Halo? – rzucił i odejmując telefon od głowy zerknął na jego wyświetlacz po czym ponownie, przyłożył do ucha – Halo, mówi się. – zaśmiał się lekko nasłuchując uważniej.
– A… Anthony… – usłyszał po chwili i zmarszczył brwi – Ja… nie wiem… nie wiem co robić… – jęknęła kobieta po drugiej stronie, a architekt zastygł w jednym momencie słysząc zmieniony głos matki.
– Mamo? Co się dzieje? – dopytał nieco niecierpliwie i uniósł się z miejsca, czując jak od samego tylko zduszonego głosu po drugiej stronie słuchawki trzęsą mu się nogi – Mamo… odezwij się… – wydusił i oblizał wargi.
– Ja… jestem w szpitalu, Anthony – wydusiła płaczliwie kobieta i pociągnęła głośno nosem – I nie wiem… nie wiem gdzie pójść… – dodała i zamilkła na kilka chwil.
Anthony zadrżał i przełknął ciężej ślinę.
– Co z ojcem? – zapytał szybko czując jak serce mu przyspiesza i wali nieprzyjemnie – Mamo, proszę, mów do mnie…
Mary zachlipała do słuchawki i odetchnęła drżąco, a blondyn miał przed oczyma jej obraz, gdy jak zawsze najpierw przeciera usta ręką, po czym odchyla głowę do tyłu by zaczerpnąć powietrza. Jak zawsze gdy płakała, chociaż nieczęsto to robiła. Bardzo nieczęsto.
– Mamo… – powtórzył chrapliwie opierając się ciężko ręką o blat.
– Nnnn… nie wiem co… co robić, Tony… – zaszlochała kobieta – On… o-ojciec… Patrick.. Rano… De-Demon się spłoszył i… i to zawał… – zaczynała kilka razy lecz Anthony już zacisnął mocniej wargi, starając się odepchnąć od siebie myśli o najgorszym – On… nie żyje… nie żyje, rozumiesz? – wydusiła Mary nim na dobre rozpłakała mu się do słuchawki.
Anthony jęknął cicho i drżąc opadł na fotel.
Przez kilka chwil wsłuchiwał się w szloch matki, nie mogąc nawet wydusić słowa, przez zaciśnięte gardło. Niczego nie żałował tak bardzo jak tego, że nie było go przy niej. Że nie mógł jej objąć i chociaż sam nie miał pojęcia co mógłby powiedzieć, gdzie ją zabrać, co robić, chciał być przy niej. Ale mimo tego, nie umiał wstać z fotela i pędem ruszyć na dół, bo wszystkie jego myśli krążyły wokół jednej wiadomości, która paraliżowała go całego.
– Tony… – jęknęła w końcu kobieta – Tony… jesteś? – wydusiła, a on pokiwał głową, jakby Mary mogła to zobaczyć – Co ja mam robić…? – zapytała go płaczliwie – Co mam teraz zrobić, kochanie…? – dodała, a blondyn zacisnął drżące wargi i pokręcił głową.
– Wróć do domu, mamo… – powiedział chrapliwie gdy udało mu się przełknąć gulę stojącą w gardle – Do domu. Ja już jadę, zadzwonię do Amber, do Oliviera, do Jamesa… Zajmę się wszystkim. – powiedział dziwiąc się sobie, że w ogóle jest zdolny by mówić – Będę niebawem. Już wyjeżdżam. – pokiwał głową.
Mary rozpłakała się do słuchawki głośniej i dopiero po kilku chwilach pociągnęła nosem, a Anthony usłyszał jak nabiera w płuca powietrza.
– Ale jak…? Jak mam go… tutaj zostawić…? – jęknęła, a Anthony przymknął powieki walcząc ze łzami – Nie mogę…
Architekt pokiwał tylko głową i zacisnął mocno oczy.
– To zostań. – wydusił – Przyjadę po ciebie do szpitala, dobrze? – zapytał i zadrżał słysząc kolejny wybuch płaczu – Zabiorę cię do domu, niedługo będę. – obiecywał – Nie płacz, mamo… – szepnął jeszcze i przetarł twarz – Ojciec…
– … nie lubił… – szepnęła drżąco kobieta, a Anthony skinął powoli głową – Jedź ostrożnie… błagam, Anthony… – wyszlochała jeszcze Mary, a mężczyzna słyszał jak nieudolnie próbowała walczyć ze łzami.
– Niedługo będę… – zapewnił jeszcze raz i odetchnął głęboko – Rozłączam się, dobrze? – szepnął jeszcze.
– Mmm… mhm… dobrze… – jęknęła kobieta i już po chwili chociaż nadal słyszał jej płacz, połączenie zostało przerwane.
Kiedy Anthony odłożył na biurko telefon wpatrywał się w niego szklistym spojrzeniem. Tak zupełnie nie miał pojęcia co robić. Zupełnie nie mógł uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszał.
Przecież jego ojciec, tak silny mężczyzna, nie mógł nie żyć.
Drżącą dłonią uniósł telefon i wszedł w ostatnie połączenia. Dopiero gdy upewnił się, że ostatnim przychodzącym było to od matki, schował twarz w dłonie i odetchnął drżąco. Po kilku chwilach, na miękkich nogach uniósł się z fotela i sięgnął po marynarkę. Od razu założył ją na siebie, a do aktówki w kilku ruchach spakował swoje rzeczy, pozostawiając na blacie tylko firmowe papiery.
Gdy był już gotów wyszedł z gabinetu.
– Za… – zaczął chrapliwie zatrzymując się przed Melindą lecz zupełnie jej nie widząc – Zamów mi taksówkę na już i złóż dokumenty leżące na biurku. – polecił i jak w amoku ruszył w kierunku gabinetu wspólnika.
Po poinformowaniu Daniela nadal nie mając pojęcia co się wokół niego dzieje, ruszył na dół. Nie mógł w to uwierzyć, a kondolencje które otrzymał od wspólnika wydawały mu się być jakimś wyjątkowo kiepskim żartem. Nie miał pojęcia ani jak na nie reagować, ani co z nimi zrobić.
Kiedy odebrał płaszcz z portierni i wyszedł na zewnątrz od razu wsiadł do taksówki. Droga do schroniska upłynęła mu w mgnieniu oka. Co chwilę łapał się na tym, że nie ma pojęcia co dalej. Musi zająć się pogrzebem – tylko tego był pewien, ale na wszystkie świętości! Trumna, miejsce na cmentarzu, ceremonia… Jak on miałby to ogarnąć? Nigdy w życiu nie musiał podejmować takich wyborów. Ani przekazywać takich informacji. Jak ma zadzwonić do Amber, do braci i powiedzieć im TO? No jak? Skoro sam w to zupełnie nie wierzył.
Zatrzymawszy się przed schroniskiem zapłacił kierowcy i skulił się wpatrując w bramkę w ogrodzeniu. Kilka razy przełknął ciężej, otarł twarz dłonią i przyciskając ją do ust stłumił szloch, uparcie z nim walcząc.
W końcu jednak ruszył w stronę wejścia i po kilki chwilach znalazł się za ogrodzeniem. Od niego tylko kilkanaście metrów dzieliło go od drzwi budynku. Gdy wszedł do środka i minął przedsionek od razu znalazł się w pomieszczeniu głównym, gdzie za ladą urzędowała Margaret, którą poznał z opisu kochanka.
– Dzień dobry. – skłonił się jej sztywno i uśmiechnął się krzywo.
Kobieta uśmiechnęła się natychmiast szeroko i skinęła głową.
– Dzień dobry. W czym mogę pomóc? – dopytała ciepłym głosem, a Anthony wzruszył lekko ramionami.
– Theo jest w pracy? – zapytał na pozór normalnym głosem – Mógłbym się z nim zobaczyć? – dodał – To bardzo pilne.
Margaret zmarszczyła brwi i zaśmiała się lekko.
– Och… pan jest tym Anthonym? – rzuciła od razu i pokiwała szybko głową – Theo ciągle o panu opowiada! – zaśmiała się głośno – Zaraz go zawołam, niech pan siada.
Anthony przełknął ciężko ślinę nie mając nawet siły rozglądać się po pomieszczeniu.
– Nie, ja muszę z nim pilnie porozmawiać. Gdzie go znajdę? – dopytał patrząc na Margaret błagalnie.
– Cóż… jest na wybiegu. Prosto tym korytarzem. – wskazała mu dłonią drzwi, a architekt podziękował jej krótko i ruszył we wskazanym kierunku.
Kiedy dotarł do wyjścia na wybieg niemal od razu usłyszał śmiech chłopaka. Brunet na środku placu zbijał jakąś budę, a wokół niego biegał nieduży pies co chwilę zaczepiający jego nogawki i poszczekujący wesoło.
Gdy tylko architekt zbliżył się bardziej, psy podniosły rwetes i zaczęły szczekać i piszczeć skrobiąc o drzwiczki klatek.
Theo zaintrygowany podniósł spojrzenie na wyjście i uśmiechnął się szerzej widząc kochanka.
– Anthony! – pomachał mu ręką i odganiając się ze śmiechem od szczeniaka ruszył w kierunku mężczyzny – Co tu robisz? – zaśmiał się głośno i gdy doszedł do niego pocałował go w policzek, i ujął go po ramię by poprowadzić z powrotem w kierunku drzwi – Nie mały, ty zostajesz! – rzucił do psiaka i wypchnął go za drzwi po czym zamknął je na głucho i wsadził młotek to kieszeni czerwonych spodni na szelkach.
– Anthony? – dopytał widząc minę blondyna i położył mu rękę na ramieniu – Po co przyjechałeś? – dopytał i zmarszczył brwi widząc jego minę. Z każdą sekundą gdy kochanek milczał jego ciało zaczynało się robić bardziej niespokojne.
– Hej… – szepnął podchodząc do niego i zaglądając mu w oczy – Anthony…?
Architekt pokręcił głową i drżąco wciągnął powietrze w płuca.
– Theo… – zaczął chrapliwie i uniósł w końcu na niego – Ojciec… miał zawał i… nie żyje. – powiedział wpatrując mu się rozpaczliwie w oczy. Widział szok, który odmalował się na jego jasnej twarzy.
– Nie… – westchnął Theo i szybko przycisnął dłonie do ust – Anthony… – jęknął i pokręcił głową oddychając głęboko. Owszem, Anthony wspomniał mu nie raz, że Patrick miał problemy ze zdrowiem, ale przecież nie mógł umrzeć.
Theo szybko dopadł do Anthonego i zacisnął ręce na jego ramionach, wpatrując się w niego uparcie i zaciskając drżące wargi.
– Anthony… – jęknął. Chciał powiedzieć jak mu przykro, zrobić cokolwiek co powinien w takiej sytuacji. Szybko przytulił go mocno i pogłaskał po łopatce – Och, Anthony… – westchnął przymykając załzawione oczy.
Anthony pokiwał tylko głową i skrzywił się lekko. Czuł, że jeszcze chwila takiej bliskości i naprawdę się rozklei, a przecież teraz nie czas był na to. W końcu to na jego barkach wszystko spoczywało.
– Nie płacz, Theo… – westchnął tylko i pogłaskał chłopaka po głowie po czym odsunął go od siebie – Musimy jechać do domu, spakować się i pojechać do matki. – powiedział zerkając mu prosząco i nieco niepewnie w oczy, jakby się bał, że i tym razem wszystko inne okaże się ważniejsze.
Brunet otarł szybko łzy z oczy i pokiwał żywo głową.
– Już… – jęknął trzęsąc się lekko – Za chwilę… – westchnął ponownie próbując wtulić się w ciało kochanka.
Anthony jednak powstrzymał go szybko i zajrzał mu w oczy.
– Proszę cię… – szepnął – Muszę zadzwonić do rodzeństwa, a ty załatw to z właścicielką. – powiedział półtonem i drżącą dłonią sięgnął po telefon. Ten oczywiście wypadł z jego ręki i odbił się od posadzki.
Theo szybko pochylił się do niego i uniósł go nie mniej drżąc.
– Dobrze. – szepnął tylko przełykając łzy.
– Wszystko będzie dobrze… – usłyszał po chwili i z ulgą poczuł jak Anthony głaszcze go po policzku. Kiedy jednak sam chciał dotknąć mężczyzny, ten ponownie odsunął się od niego.
– Zaczekam przy aucie. – powiedział tylko i już zmierzał w kierunku wyjścia.
Theo spojrzał za nim przygryzając wargę i ocierając mokre policzki po czym rozejrzał się po ciemnym korytarzu i westchnął ciężko.

Kiedy wyjaśnił wszystko Margeret i zapowiedział, że na kilka dni bierze wolne szybko ruszył do szatni. Tam szybko się przebrał i zabrał swoje rzeczy po czym opuścił schronisko.
Anthonego zastał przy samochodzie rozmawiającego jeszcze z którym z braci. Blondyn opierał się ciężko ramieniem o dach samochodu i za wszelką cenę starał się brzmieć normalnie. Ale przecież Theo go znał i widział doskonale z jakim trudem wypowiada poszczególne słowa.
Sam chłopak przez te kilka minut zdążył nieco ochłonąć i teraz zdeterminowany podszedł do samochodu. Przez kilka chwil stał przy kochanku póki ten nie skończył rozmowy.
– Anthony, – zaczął podchodząc do niego i kładąc mu dłoń na ramieniu – Ja…
Architekt szybko pokręcił głową. Zupełnie nie chciał tego słuchać. Zresztą spodziewał się co usłyszy z ust Theo. Że mu przykro, że wszystko będzie dobrze, że sobie poradzą. Ale wiedział, że gdy tylko dozna choć odrobinę czułości lub współczucia, takiego jakie chciał mu przekazać Theo, szybko przestanie się jakoś trzymać. A przecież miał jeszcze tyle rzeczy do zrobienia, a i tak na żadnej z nich nie mógł na dłużej skupić myśli.
– Jedźmy już. – powiedział nieco roztrzęsionym głosem i odwrócił spojrzenie.
Theo zmarszczył brwi i wpatrywał się przez chwilę w mężczyznę, po czym skinął głową.
– Dobrze, ja poprowadzę. – postanowił widząc w jakim stanie jest blondyn i otwierając pilotem drzwi.
Architekt obszedł auto i wsiadł do niego po czym wpatrzył się przed siebie, co chwilę łapiąc głębokie uspokajające oddechy.
Kiedy Theo wrzucił na tył torbę, zajął miejsce za kierownicą i ruszył z parkingu. Podczas drogi co chwilę zerkał na siedzącego obok blondyna zaczynając coraz bardziej się niepokoić. Po kilku chwilach wsunął mu dłoń na udo, na którym spoczywała jego dłoń. Chciał ją ścisnąć mocno i skoro Anthony nie chciał słyszeć żadnych słów, to w ten sposób pokazać mu, że jest przy nim. Nie zdążył jednak dotknąć jego ręki, a blondyn znowu się odsunął. Theo pomasował go więc lekko po nodze i zaraz przeniósł dłoń na kierownicę.
– Jestem przy tobie… – powiedział zatrzymując się na światłach i zerkając ku niemu – Pomogę ci ze wszystkim. – zapewnił jeszcze, a Anthony szybko schował twarz w dłonie i zacisnął zęby.
– Muszę… zająć się pogrzebem – wydusił po chwili – Mama jest zupełnie rozbita… – dodał oddychając głęboko, a Theo tylko skinął głową.
– Dobrze, zajedziemy do Greeley i dowiemy się co i jak. – zapewnił spokojnym głosem. Chociaż czuł ogromny żal i może poniekąd bezradność, wiedział, że teraz powinien zmobilizować się do pomocy Anthonemu. Nawet jeżeli on nie chciał jego słów, ani fizycznej bliskości w oczywisty sposób. Niepokoiło to Theo, ale co mógł innego zrobić?
Po kilku minutach jazdy w ciszy, Anthony uspokoił się nieco.
– To nic… – szepnął – Takie rzeczy… się zdarzają… – dodał, a chłopak aż zadrżał spoglądając na niego w szoku. Widząc jednak jego twarde spojrzenie skinął lekko głową, chociaż zupełnie nie zgadzał się z jego słowami.
I naprawdę wolałby by Anthony po prostu się wypłakał niż w ten rozpaczliwy sposób starał się wmówić sobie i jemu, że jest okej.

Reklamy

13 thoughts on “Till We Are Vol. 3 Ch.18

  1. Przejmujący rozdział. Znakomicie oddalas dylematy ludzkie w tym rozdziale. Naprawdę jestem pod wrażeniem. Taka melancholia osiada na każdym słowie. Piękne

    1. Dziękuję! W ogóle mam wrażenie, że tak dawno Cię nie widziałam… heheee…. No nic. Mam nadzieję, że wszystko u Ciebie dobrze.
      Ściskam mocno i do zobaczenia pod kolejnym, ostatnim już rozdziałem Till We Are.
      <3333

      1. Zaglądam do Ciebie codziennie. ;) zwyczajnie nastrój był taki że sił brakowało by dać znac że zyje. Wróciłam już do słów :) ściskam cie mocno :)

  2. Już miałam napisać, że mam ochotę porządnie nakrzyczeć na Theo za to, jak się przemęcza, ale jakoś to zeszło na dalszy plan. Wiadomo z jakiego powodu…
    Strasznie mnie to przybiło. Zupełnie się nie spodziewałam, że Patrick umrze jeszcze podczas trwania fabuły „Till We Are”. Zawsze bardzo go lubiłam; w moich oczach był niesamowitą osobą, choć nie było go za dużo w opowiadaniu. A szkoda :c
    Oby Anthony przestał się zachowywać w tak irracjonalny sposób i dał upust emocjom, bo się biedak zamęczy…
    Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko w porządku i nie musiałaś się zmuszać, by dostarczyć nam nowego rozdziału c:

    Pozdrawiam <3

    1. Uch, wiesz mam wrażenie że jeszcze trochę i on się zamęczy trzymając to wszystko w sobie. Najpierw to z Theo a teraz jeszcze śmierć ojca. Tylko czekać aż wybuchnie. :C

      U mnie okej. Właśnie ten rozdział – o wiele dłuży niż pozostałe – pisało mi się bardzo szybko i w ogóle. Fajnie. Wiem, ze nie raz już to mówiłam, ale… jest dobrze xD
      I pamiętam o Tobie, pamiętam. Mam nadzieję, że nie jesteś bardzo zła, a ja postaram się niebawem wysłać Ci maila. Wybacz!

      Pozdrawiam gorąco!
      <333

  3. Końcówka była… ło, mocna była.
    W pierwszym momencie jak zadzwoniła matka, byłam pewna, że to jakaś pomyłka… nawet przez chwilę się łudziłam, że to chodzi o Demona… Przestałam natomiast, gdy Anthony przyjechał do schroniska… To był pocisk, miałam łzy w oczach i zapewne o to Ci chodziło, gratuluję… =.=
    Zaczęłam od końca więc czas na początek rozdziału. Theo może rzeczywiście za dużo na siebie nałożył, ale wydaje mi się, że praca w schronisku jest dla niego.. pewną odskocznią, w końcu praca przy zwierzętach pozytywnie wpływa na człowieka, ale z drugiej strony, powinien postawić się też w sytuacji Anthonego, gdzie budzi się sam, wraca do pustego domu i kładzie się sam spać.. i tylko gdzieś tam między wierszami pojawia się jego dacet… przygnębiające.
    Naprawdę fajny rozdział. Trzymaj się!
    Pozdrawiam! :)

      1. Mmm… gdybym powiedziała, że… ‚tak o to mi chodziło…’ Hm… Wychodzę na okrutnika, ale cóż, nie gniewaj się. Sama też beczałam prawie. :I <33
        Mhm, Theo kocha pracę w schronisku. Jej… mam nawet taką myśl, że gdyby nie wiedział, że potrzebuje szkoły prędzej by z niej zrezygnował niż z pomocy Margaret.
        A Tosiek, cóż… wariuje. Nie lubi samotności. I teraz jeszcze ta śmierć ojca. :C

        Dziękuję i ściskam ciepło,
        <3333

  4. ,, – Jedz już bo się spóźnisz.” ~ przecinel przed ,,bo”
    ,,– Mam dla was zaproszenie na ślub, przejdziecie? – zapytała podając mu kopertę i uśmiechnęła się wymuszenie.” ~ ,,przyjdziecie?”
    ,, – Nie mały, ty zostajesz! – rzucił do pisaka i wypchnął go za drzwi po czym zamknął je na głucho i wsadził młotek to kieszeni czerwonych spodni na szelkach.” ~ ,,psiaka”
    ,,Widział szok, który odmalował się na jego jasnej twarzy” ~ kropka po ,,twarzy”.
    Szkoda mi Anthonego i jego matki. Patrick byl cudownym czlowiekiem, mam nadzieje, ze szybko o tyn zapomna, bo mysle, ze to najlepsze wyjscie by uniknac cierpienia…
    Theo… Z jednej strony jest za i przeciw jego pracy. Wiadomo tez bym chcial skonczyc szkole, studia, pracowac by moj chlopak byl ze mnie dumny i przede wszystkim pokazac sobie, ze do czegos jednak sie nadaje. Ale jezeli bym mial tak zaniedbywac kogos kogo kocham, i doprowadzic do rozpadu zwiazku to nie wiem czy mialbym taki zapal do tego wszystkiego. Bo przyznajmy – w prawdziwym zyciu na pewno nasz kochanek by nie wytrzymal rozlaki przez ciagle zajecia i zerwalby z nami, no chyba, ze to taka milosc ponad wszystko :p
    I Theo musi troszku przytyc jezeli nie chce, zeby Ant caly czas mu trul glowe slowami ,,jedz, jedz!” tak jak w moim przypadku :p
    Pozdrawiam

    Damiann

    1. No nie wiem czy tak szybko uda się im zapomnieć. Przecież huuu…. jak można szybko zapomnieć o ojcu, albo mężu, z którym spędziło się całe niemal życie? Ciężko.
      Theo się stara. xD Masz rację, ale chłopcy tak się męczą może nieco ponad dwa miesiące i hm… no nie wiem… po takim czasie już sie zrywa? W ‚prawdziwym’ życiu? Myślę, że nie. Że jak się kogoś kocha, to nie zrywa się tak szybko, tym bardziej, że przecież, w pewnym sensie chłopak nie chce niczego złego i Anthony dobrze o tym wie.
      Znaczy… hmm… może jestem staroświecka, albo nie wiem… naiwna, ale dla mnie nie byłby to powód do zerwania, zwłaszcza nie po tak krótkim czasie i nie po czasie, który chłopcy razem spędzili i po tym, co razem przeżyli.

      Dzięki za wyłapanie literówek,
      Pa! C:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s