Till We Are Vol. 3 Ch.19

Kiedy powietrze przeciął ostatni huk wystrzału wszyscy zdawali się odetchnąć z ulgą. Już po chwili na komendę jednego z żołnierzy, flaga przykrywająca ciemną trumnę została zdjęta z jej wieka i tuż po tym rozległa się smutna melodia wygrywana przez trębacza.
Theo wsłuchując się w nią zerknął na siedzącego tuż obok Anthonego, który uparcie zaciskając usta wpatrywał się w wieko trumny, jakby naprawdę starał się sobie wmówić, że pod nim wcale nie spoczywa jego ojciec, a wszystko co się przed nimi się rozgrywało zupełnie nie było prawdą.
Brunet zacisnął mocno dłoń na palcach kochanka i schował mokre od łez oczy w jego ramieniu. W zasadzie też nie mógł w to uwierzyć. W końcu jeszcze nie tak dawno byli tutaj, a Patrick zabrał go na kolejną z przejażdżek po lesie i jak zwykle opowiadał mu o swojej rodzinie. Nie o służbie, którą mógłby się przecież chwalić, a o rodzinie, jakby to ona, a nie odznaczenia, była w jego życiu najważniejsza.
Wzdychając cicho, Theo uniósł spojrzenie na Anthonego i pogłaskał go kciukiem po wierzchu dłoni.
Miał wrażenie, że zupełnie nie mógł do niego dotrzeć, a przez te kilka dni mężczyzna skutecznie udawał, że wszystko jest dobrze, co przecież było oczywistym kłamstwem. Sam załatwił wszystko odnośnie ceremonii, zaproszenia gości i przedstawicieli armii i jednostki, w której służył ojciec. Chłopak mógł zrozumieć, że nie chciał wszystkim obarczać matki, ale tak jak on martwił się o Mary, Theo martwił się o niego. A gdy mężczyzna był taki, to zupełnie nie było łatwe.
Posyłając mu czułe spojrzenie, chociaż to nie zostało odwzajemnione, Theo przeniósł wzrok na żołnierzy, którzy teraz składali flagę. Gdy tylko to zrobili jeden z nich podszedł do Mary i wręczył jej ją ze słowami wdzięczności na ustach. Kobieta pokiwała głową i odetchnęła drżąco, przyciskając ją do siebie.
Theo spuścił powoli wzrok na dłonie jego i Anthonego splecione na kolanach architekta i przymknął oczy.
Zupełnie nie wierzył, że to koniec. Powstrzymując szloch, który ponownie tego dnia dusił go w gardle, starał się skupić na dalszej części ceremonii.

Anthony odetchnął głębiej i zmarszczył brwi przełykając ciężej ślinę. Przez ostatnie dni naprawdę starał się być dzielny i jakoś się trzymać, co czasami naprawdę nie było łatwe, a dzisiejszy dzień był tym najgorszym, w końcu dzisiaj muszą już naprawdę się pożegnać. Tak na zawsze.
Nie miał pojęcia jak udało mu się zapanować na wszystkimi sprawami dotyczącymi pogrzebu i całej ceremonii, zresztą miał wrażenie, że połowy z tego, co robił przez ostatnie dni naprawdę nie pamiętał. Za wszelką cenę też starał się skupić na wszystkim byle nie na rozmyślaniu, chociaż to dopadało go również, gdy już leżał przy Theo na strychu, przed zaśnięciem. Wtedy było chyba najgorzej i chociaż wiedział, że naprawdę ulżyłoby mu, gdyby pozwolił sobie na łzy na ramieniu kochanka, nie chciał sobie na nie pozwolić.
Przecież zawsze to on był dla niego podporą i nadal chciał nią być. Bardzo chciał, by Theo widział w nim silnego mężczyznę, na którym może polegać zawsze. Poza tym naprawdę dość miał łez. Nie mógł już ich znieść, chociaż doskonale wiedział, że przy tej okazji każdy ma do nich prawo – matka, rodzeństwo, Theo, nawet on, ale miał dziwne wrażenie, że to na jego barkach teraz spoczywa to, by wszystko przebiegło zgodnie z planem, z tradycją i to właśnie on musi doprowadzić tę sprawę do końca, odpychając otumaniające go emocje na bok.
Kiedy po pogrzebie wszyscy udali się na obiad do domu, zupełnie już stracił poczucie rzeczywistości. Szybko wbił się w rytm – przyjmował kondolencje, zagadywał gości, dziękował im za przybycie. Nawet nie wiedział, w którym momencie zapadł zmierzch a goście, prócz najbliżej rodziny rozjechali się do domu. Cały czas miał przed oczyma trumnę przykrytą flagą, a w głowie siedziały mu słowa pożegnań, które wygłosili niektórzy z gości i on sam. I naprawdę czuł, że nie da rady szybko wrócić do pracy, do życia jakie prowadził przedtem, bo zresztą jak mógłby?
W momencie, w którym zdał sobie sprawę z tego, że są już sami, rozejrzał się po salonie i pozostałych w nim osobach. Bracia zresztą szybko wyszli na zewnątrz by zapalić, a ich małżonki siedzące jeszcze przy stole, rozmawiały o czymś półtonem.
– Wszystko dobrze? – poczuł dłoń na ramieniu i odwrócił się napotykając przenikliwie spojrzenie Geogra. Pokiwał tylko głową i wzruszył ramionami, nawet nie wiedząc co odpowiedzieć. Tak? Nie? Sam już nie wiedział. Było po prostu pusto, bez ojca, który w tym momencie tubalnym głosem, żartowałby z czegoś, nawet z tego, że podczas pogrzebu wuj Emmett niemal zasnął na swoim krześle, a mały Sam salutował tuż za żołnierzami.
– Tak… dobrze… – wydusił w końcu i uśmiechnął się nieco krzywo.
George poklepał go mocniej po ramieniu i zaraz poszedł na górę by sprawdzić czy dzieci posnęły. Już po chwili Amber z Theo zaczęli sprzątać ze stołu, a on przyglądał się temu przez chwilę. To było aż dziwne, że robili w tym momencie tak zwyczajną rzecz jak sprzątanie.
– Anthony… – usłyszał łagodny głos i odwrócił się w kierunku kanapy stojącej naprzeciw kominka, w którym wcześniej rozpalił Olivier. Kiedy jego wzrok padł na matkę, patrzącą na niego wyczekująco odetchnął głęboko i szybko do niej podszedł.
– Usiądź przy mnie. – poprosiła kobieta poklepując miejsce tuż obok siebie.
Kiedy blondyn je zajął, szybko przytuliła się do jego ramienia i oparła o nie głowę.
– Ładną mieliśmy dzisiaj pogodę. – powiedziała cicho biorąc go za rękę i ściskając ją mocno – I ładną ceremonię. Nie umiałabym sama tego załatwić. – dodała, a on tylko pokręcił głową.
– Przecież… ja załatwiłem. – powiedział Anthony i objął ją drugim ramieniem.
– Mhm… dziękuję… – westchnęła Mary i przytuliła się do niego.
Przez kilka minut trwali w takim uścisku, aż w końcu matka odsunęła się lekko od niego i spojrzała mu poważnie w oczy.
– Byłeś bardzo dzielny. Ojciec byłby dumny. – powiedziała, a on przełknął gulę rosnącą mu w gardle, wpatrując się w złożoną na stoliku flagę.
– Dziękuję. – wydusił – Wiesz mamo, jeżeli chcesz, zostanę z tobą tutaj. – powiedział w końcu, głaszcząc ją lekko po ramieniu.
– A twoja praca? Szkoła Theo? – dopytała, a on pokręcił tylko głową.
– Bez problemu dostanę wolne, a Theo najwyżej wróci sam do Denver. To nie jest problem – powiedział jakby z automatu.
– Och, i zostawiłbyś go dla mnie? – dodał lekkim tonem kobieta, na co on pokręcił tylko głową.
– Nie chcę byś była sama. Tylko tyle. – westchnął cicho i przymknął oczy.
Mary pokiwała głową i pogłaskała go po policzku.
– Dobry z ciebie dzieciak. – powiedziała, po czym ponownie wtuliła się w jego ramię.
Kiedy po kilku minutach ponownie wszyscy zebrali się w salonie, Mary odsunęła się od Anthonego i spojrzała po wszystkich.
– Wiecie co… – zaczęła cicho i uśmiechnęła się smutno – Ja… mam dla was propozycję. – powiedziała – Przez ostatnie dni podjęłam już decyzję i chciałabym, aby ktoś z was tu zamieszkał. Ja chyba przeniosę się do Emmy, do miasta. – dodała i przegarniała na bok niedługie włosy – Nie chcę tu być sama. – westchnęła i spuściła wzrok na dłonie zaplecione na kolanach.
Wszyscy spojrzeli po sobie i pokręcili głowami, ale nikt absolutnie nie powiedział ani słowa.
– No…? Ktoś chętny? – zaśmiała się nerwowo i spojrzała z nadzieją po swoich dzieciach – W sumie James myślałam, że może ty? Trzecie dziecko w drodze… przyda się wam dom. Większy dom… – zaczęła, ale mężczyzna tylko przygryzł wargę i zerknął niepewnie na małżonkę. Wymienił z nią dłuższe spojrzenie i spojrzał przepraszająco na matkę.
– Wiesz mamo, niedawno się przeprowadziliśmy, poza tym… mamy prace, dzieci szkołę, znajomych… – powiedział, a Amber poklepała Georga po kolanie i szybko pokiwała głową.
– Ale my tak samo. – powiedziała – Poza tym och… George ma dobrą posadę w szpitalu i… no sama rozumiesz… – dodała ciszej.
Mary spojrzała na nich nieco smutno, ale pokiwała głową.
– Olivier? – zapytała, lecz szybko tylko skinęła głową – No tak zajmujecie się przecież matką Nory… – westchnęła, a kobieta podeszła do kanapy i przykucnęła przy matce.
– No tak… przykro mi, ale na razie to zupełnie…
– Tak, tak. Rozumiem dziecko. – westchnęła Mary i przetarła oczy dłońmi – Chodzi o to, że… ja strasznie nie chcę być tu sama. – wydusiła i zaraz wtuliła się w ramiona synowej, a Anthony szybko pogładził ją po plecach – Już jak wyszliście z domu, to… nie było zbyt wesoło, ale z Patrickiem… jakoś się tu odnaleźliśmy, a teraz…? – jęknęła i pociągnęła nosem uśmiechając się krzywo – Zawsze chcieliśmy, żeby któreś z was tu zamieszkało. Ten dom przecież jest stworzony do tego by biegały po nim dzieci. – wydusiła i przez kilka chwil usilnie starała się powstrzymać łzy – No ale… też wpadłam na pomysł. Przecież macie już swoje życia. Stara jestem i głupia, ot co. – dodała.
– Mamo… – westchnął Anthony i przytulił ją bardziej – Co też opowiadasz…
– A może wy, Anthony? – podsunęła zaraz Amber, a on spojrzał na nią marszcząc brwi.
– Wiesz… nie mam pojęcia po co dwójce gejów tak wielki dom. – dodał i pokręcił głową, głaszcząc matkę po plecach.
Nora uniosła się z miejsca i wróciła do Oliviera, po czym wzruszyła ramionami.
– No tak, ale z drugiej strony… tylko ty możesz sobie pozwolić na większy luksus, bo jesteś szefem swojej firmy, a… co więcej was trzyma w Denver, mmm?
– Może dlatego, że jestem jej współwłaścicielem, jestem tam potrzebny? – mruknął tylko i spojrzał na nią dłużej. Od razu poczuł, że niemal wszyscy patrzą na niego wymownym wzrokiem, który już teraz wzbudzał w nim poczucie winy. Pokręcił tylko głową i spojrzał na siedzącego na dywanie Theo.
Może i faktycznie było tak, że oni mogli łatwiej niż pozostali przenieść się tutaj, bo nie mieli ani dzieci, ani poza pracą innych zobowiązań. Mężczyzna skrzywił się nieznacznie chowając twarz w łopatce matki. Ponownie poczuł się bardzo obarczony odpowiedzialnością. Za bardzo. Bo przecież wszyscy już wydawali się stwierdzić, że to taki doskonały pomysł, że to on powinien zająć się teraz domem, tym co pozostało tu po ojcu no i przede wszystkim matką. I cholera kochał ją, mógł się nią zająć, ale przez ostatnie dni uświadomił sobie, że nie jest aż tak dojrzały. Że nienawidzi podejmować decyzji, nienawidzi dorosłego życia i wydawało mu się, że chociaż do tej pory żył na własną rękę, współprowadził firmę, to tak naprawdę nie zna zupełnie życia. I nie chciał go takiego znać. Gdy wszystko tak zupełnie zależało od niego, wszystko spoczywało na nim, a on musiał się męczyć i udawać, że tak doskonale sobie z tym wszystkim radzi. Przecież nie radził! Czy nikt z nich tego nie widział?
Mary uniosła głowę i spojrzała płaczliwie na Anthonego.
– No, ale Theo ma przecież szkołę… – westchnęła tylko i pogładziła syna po policzku. – Uch… tylko was zmartwiłam znowu…
– Mmm… no, to tylko kilka godzin drogi stąd. – rzuciła Amber – My mieszkamy najbliżej, więc Theo zawsze mógłby dojeżdżać. Wracać tu na weekendy, dopóki by nie skończył szkoły. – powiedziała, a wszyscy nagle pokiwali głową.
Anthony rzucił siostrze nieco ostre spojrzenie. Zupełnie nie podobało mu się to, że zaczyna już im planować przyszłość. Mary, która chyba wyczuła to jak ten się spiął poklepała go po ramieniu i uśmiechała się nieco wymuszenie.
– No… mamy jeszcze czas by to przemyśleć. – powiedziała i po chwili zaśmiała się smutno – Nie moglibyście być normalnymi dziećmi i się kłócić o dom? – zażartowała nieco ponuro i uniosła się z miejsca. – No, a teraz do łóżek. Już późno. – westchnęła i ruszyła w stronę schodów. – Dobranoc dzieci. – pożegnała się i gdy wszyscy odwzajemnili pożegnanie od razu skupili wzrok na Anthonym.
– Och, przestańcie już, co? – niemal warknął – Nie sądzicie, że matka ma rację? Po co mnie i Theo ten dom? – rzucił – I cholera Amber, może nie zauważyłaś, że jestem już dorosły i nie musisz mi już układać życia. – dodał rozdrażniony i spojrzał ze złością na siostrę.
Blondynka spojrzała na niego nieco zaczerwienionymi od wcześniejszych łez oczyma i wzruszyła ramionami.
– To tylko pomysł. – westchnęła i uniosła się z miejsca – Nie musisz się tak złościć. Wyobraź sobie, że każdy z nas stracił ojca. Nie tylko ty. – dodała i zaraz z Georgiem ruszyła na górę.
Anthony zarumienił się aż ze złości i opadł na oparcie kanapy. Kiedy po kilku chwilach w salonie został tylko Theo powoli uniósł się z miejsca i usiadł obok kochanka. Widział, że Anthony jest zły. Nawet jeżeli powód był według nieco błahy, domyślał się, że przez ostatnie dni, gdy stale tłumił emocje w środku zupełnie trudno jest mu myśleć trzeźwiej.
Po chwili wahania wsunął dłoń na jego udo i pogłaskał go lekko. Widząc, że ten go nie odtrącił w końcu przytulił się do jego ramienia i przymknął zmęczone oczy. Architekt zajęty swoimi myślami nie odwzajemnił czułości, ale i tak w porównaniu do ostatnich dni, gdy unikał bliskości z niemal każdym poza matką, Theo uznał to za duży sukces. Kilka minut minęło nim podniósł na niego spojrzenie i odważył się otworzyć usta.
– Wiesz… – zaczął cicho – Rozumiem twoją mamę, na pewno trudno byłoby jej być tu teraz samej, ale z drugiej strony na pewno też nie chce sprzedawać domu, albo zostawić to wszystko na zmarnowanie. Przecież Patrick całe życie o to dbał. – odważył się dodać, a Anthony spojrzał na niego żywiej.
– Tak? – dopytał neutralnym tonem.
Theo skinął głową i spojrzał mu poważnie w oczy.
– Tak i może… gdyby udało się ci coś wymyślić z pracą, ja faktycznie mógłbym dojeżdżać? Amber… – zaczął z wahaniem.
Anthony spojrzał na niego ostrzej i zmrużył oczy. Zaraz jednak zacisnął wargi, chociaż na usta cisnęły mu się ostre słowa. W końcu przecież Theo miałby od niego spokój. Mógłby pracować do woli, bo w domu nikt by na niego nie czekał z pretensjami. A na weekendy tez by pewnie przyjeżdżał tylko na początku, bo przecież wszystko inne z czasem znowu by stało się ważniejsze niż on. A wtedy to on sam będzie tu siedział. Już zupełnie sam a nie jak do tej pory w Denver gdy kochanek chociaż czasami się pojawiał w jego życiu.
– Albo… albo zamieniłbym szkołę na weekendową, mm? – dorzucił jeszcze Theo i spojrzał na niego zaciekawiony.
Anthony odsunął się od niego i zmarszczył się mocno.
– Daruj sobie. – niemal warknął – Wracaj do tego swojego pieprzonego Denver! Na pewno tylko czekasz aż będziesz mógł, prawda? – dodał, a Theo aż otworzył szerzej oczy.
– Anthony… – wydusił wpatrując się w niego.
– Pewnie gdyby nie to, że ojciec… umarł, nadal miałbyś nas, mnie, zupełnie gdzieś. Więc cholera, daruj już sobie i wracaj! – dodał unosząc się i patrząc na niego ze złością.
– Anthony… co ty w ogóle mówisz…? – jęknął Theo wstając za nim i sięgając do jego ramienia.
– Prawdę? – zakpił architekt odtrącając jego rękę – W końcu to ono jest dla ciebie najważniejsze, nie ja! – dodał podnosząc głos – Myślisz, że przyjechałeś tu ze mną, potrzymałeś mnie za rękę i nasze wcześniejsze problemy ot tak zniknęły? – dodał patrząc na niego ze złością.
Theo spojrzał na niego niemal płaczliwie i pokręcił głową.
– Nie pozwalasz mi nawet zrobić nic więcej, więc co innego mógłbym? – zapytał siląc się na spokojny ton.
Naprawdę starał się nie brać aż tak do serca tego spojrzenia i słów Anthonego, w końcu stracił naprawdę ważną osobę i do tej pory zupełnie nie miał okazji by jakkolwiek odreagować.
– Jakbyś w ogóle chciał! – rzucił gorzko mężczyzna – Kiedy ja chciałem tu z tobą przyjechać, miałeś ważniejsze sprawy, a teraz litujesz się nade mną, bo biedny Tony stracił tatusia, tak? – dodał wpatrując się w niego jak w amoku – A tak cię prosiłem w ubiegły weekend. – dodał gorzko – Może gdybym… – zaczął, a Theo aż zesztywniał cały.
Zacisnął pięści i przełknął gulę rosnącą mu w gardle, bo od razu w głowie usłyszał, jak Anthony zarzuca mu, że przez niego nawet nie zdążył pożegnać się z ojcem. Jakby to w ogóle coś zmieniło, gdyby byli tu kilka dni wcześniej. I chociaż było to absurdalne, chłopak szybko poczuł się niemal winien.
– Nie potrzebuję twojej łaski i wiesz… po co to wszystko robisz, co? – zapytał, a chłopak spojrzał na niego nic nierozumiejącym tonem – Bo mnie kochasz? – zakpił – Przecież my praktycznie już ze sobą nie sypiamy, nie… Powiem ci. Po prostu odbiłeś się na mnie i gdy już staniesz na nogi, odejdziesz, prawda? – rzucił, a Theo aż jęknął cicho i szybko pokręcił głową – Tylko o to…
– Anthony! – usłyszeli i szybko przenieśli wzrok na schody u dołu których stała ubrana w koszulę nocną Mary. Wpatrując się w mężczyznę ze złością w oczach pokręciła głową.
Architekt zmełł w ustach kolejne słowa i spuścił wzrok zażenowany. Po chwili też spojrzał na bliskiego łez Theo i szybko wyminął go i ruszył ku drzwiom. Brunet od razu niemal ruszył za nim lecz Mary, która już była przy nim zatrzymała go ruchem ręki.
– Daj spokój Theo… – westchnęła i pogłaskała go po ramieniu – On… jest zły. Przez ostatnie dni wszystko było na jego głowie, to chyba za dużo… – dodała i spojrzała na niego jakby chciała przeprosić za słowa syna.
Theo szybko pokiwał głową i odetchnął drżąco.
– Wiem… – westchnął i spojrzał na nią płaczliwie – Ale ostatnio to… to prawda, nie byłem zbyt dobry dla niego. – powiedział.
Mary rzuciła mu dobrotliwe spojrzenie i pogłaskała po policzku.
– Przecież robisz wszystko co możesz by pozbierać się po… tamtym. – powiedziała, a on tylko wzruszył ramionami.
W końcu tylko dzięki Anthonemu pozbierał się po ‚tamtym’. I mimo że ostatnio wmawiał sobie, że przecież robi to wszystko dla nich obu, to może za bardzo się w tym wszystkim zagalopował.
– Anthony pobędzie trochę sam i mu przejdzie. – dodała Mary – Idź już i się połóż, mmm? – zaproponowała lecz Theo od razu pokręcił głową.
– Nie. Nie zostawię go samego. – powiedział szybko wspominając wyrzuty mężczyzny. Zaraz też nie oglądając się już za siebie ruszył ku wyjściu.
Kiedy był w sionce ubrał się szybko, a dostrzegając, że Anthony nie zabrał swojego płaszcza pokręcił głową i zdjął go z wieszaka. Gdy znalazł się na zewnątrz rozejrzał się tylko i zaraz ruszył za dom, mając nadzieję znaleźć go w ogrodzie. Zatrząsł się lekko gdy przejął go zimny listopadowy wiatr i ruszył dalej przed siebie wypatrując uważnie mężczyzny. Gdy minął sad dostrzegł jego postać zmierzającą w kierunku lasu. Jęknął cicho i przyspieszył wiedząc, że gdy architekt wejdzie między drzewa o wiele trudniej będzie mu go dogonić.
Idąc za nim wytrwale Theo pogrążył się w swoich myślach. Przecież to zupełnie nie było tak, zupełnie! Kochał przecież Anthonego i nie rozumiał jak w ogóle ten mógł go posądzić o to, że chciał go tylko wykorzystać. Rozumiał jego złość i rozczarowanie, i nawet jeżeli przez to padły te słowa, to kochanek musiał kiedykolwiek tak o tym myśleć, skoro dzisiaj to z siebie wyrzucił.
A przecież on tak bardzo się starał. Dla nich, dla ich przyszłości. Czy to było takie złe?
Owszem zaniedbał Anthonego i był tego świadom, ale naprawdę liczył na to, że mężczyzna go zrozumie, że zechce się odrobinę jeszcze dla niego poświęcić. Przecież sam Theo też uwielbiał się z nim kochać i spędzać czas, nawet gdy był zmęczony po całym dniu zajęć. A może zwłaszcza wtedy, gdy w końcu po całym męczącym dniu mógł się odprężyć w jego ramionach.
I ostatnio przecież tak bardzo chciał być przy nim. Czuł, że musi być obok zwłaszcza w ostatnich dniach, ale to sam blondyn się od niego odsuwał. I co z tego, że może faktycznie w końcu stał się ten ‚cud’ który zmusił go by wziął wolne w pracy i od szkoły, ale przecież tego wymagała od niego sytuacja. A teraz wychodziło na to, że mężczyzna nawet o to ma do niego żal.
Theo nie chciał się na niego złościć, bo przecież to nie o to teraz chodziło. I może dobrze, że ze względu na ostatnie dni Anthony nie udawał, że jest z nimi wszystko dobrze, ale czy aż tak bardzo miał go dość za to wszystko, że nawet nie chciał przy nim być? Wypłakać się chociażby na jego ramieniu? Przecież on od tego miedzy innymi był. Do tej pory przecież gdy to on przeżywał ciężkie momenty, mężczyzna był przy nim zawsze i Theo mógł na niego liczyć mimo wszystko. I teraz też on chciał mu udowodnić, że mimo wszystko, że nawet gdy jest źle nadal jest przy nim.
Wzdychając pod nosem Theo zacisnął ramiona na jego płaszczu i uniósł głowę. Przyspieszył gdy zobaczył, że mężczyzna już wchodzi do lasu, nie chcąc stracić go z oczu.
Kiedy jednak stanął przy pierwszych drzewach jęknął żałośnie widząc, że między nimi panuje już zupełny mrok. Zawahał się nim wszedł dalej. Przecież nie chciał się jeszcze zgubić. Był jednak zdeterminowany by odnaleźć Anthonego i tym razem nawet jeżeli zostanie odepchnięty, albo jeżeli jeszcze raz będzie musiał słuchać samych przykrych słów będzie przy nim.
Po kilku krokach rozejrzał się niepewnie i odwrócił w kierunku, z którego dobiegł do odgłos łamanej gałązki. Mimo wszystko przeszedł go dreszcz i obejrzał się niespokojnie. Gdy był tu sam las wyglądał zupełnie inaczej. Nadal się rozglądając szedł jednak dalej, co chwilę jednak odwracając się za siebie by zyskać pewność, że nadal widzi niebo nad łąką.
– Anthony? – zawołał w końcu licząc na to, że mężczyzna go nie zignoruje – Hej… proszę cię…! – zawołał jeszcze krzywiąc się lekko.
Po kilkunastu krokach odwrócił się za siebie i jęknął cicho nie widząc niemal nic prócz ciemności. A przecież wcale nie odszedł zbyt daleko. Szybko stanął w poprzedniej pozycji by mieć pewność i zaraz odwrócił się ponownie na pięcie i już szybszym krokiem ruszył przed siebie. Mając nadzieję, że naprawdę niedługo znajdzie się na łące. Z każdą jednak minutą napełniało go niespokojne przeczucie, że wcale a wcale nie zbliża się do wyjścia z lasu, a jeszcze bardziej się w nim zagłębia.
Nie chcąc poddać się panice zatrzymał się na chwilę i odetchnął kilka razy głęboko. Nie mógł się przecież zgubić! Chciał odnaleźć ukochanego, zapewnić go, że jest przy nim, a nie sprawiać jeszcze więcej zmartwień. Zwłaszcza teraz. Szybko postanowił wrócić się w poprzednim kierunku, więc okręcił się napięcie i zaciskając zęby ruszył przed siebie.
Zupełnie nagle zewsząd zaczęły go otaczać nieprzyjemne odgłosy, a wyobraźnia jak zwykle w takich chwilach zaczynała wzbijać się na wyżyny. Theo odetchnął znowu głęboko, nie mając najmniejszego zamiaru pozwolić sobie na łzy, jakby nie miał pojęcia, że te już płyną po jego policzkach.
Kiedy w pewnym momencie uderzył w coś twardego i poczuł wokół siebie silne ramiona krzyknął cicho, a serce niemal wyskoczyło mu z piersi. Od razu jednak poczuł znajomy zapach i odetchnął głęboko.
– Zwariowałeś? – usłyszał ganiący głos, a Anthony złapał go szybko za rękę i pociągnął w tylko sobie znanym kierunku.
Theo zaśmiał się z ulgą i ściskając jego dłoń szedł za nim. Po kilku minutach znaleźli się już na brzegu lasu, gdzie było o wiele widniej, bo księżyc nad łąką świecił jasno i chłopak dostrzegając srogą minę kochanka posłał mu przepraszające spojrzenie.
– Wracaj do domu. – polecił mężczyzna uparcie unikając jego spojrzenia – I nie włócz się więcej sam po lesie. – dodał jeszcze twardo, chociaż odetchnął z ulgą. Usłyszał jego wołanie lecz oczywiście nim doprowadził swój głos do porządku chłopak zdążył już odejść i nim go odnalazł minęło kilka chwil pełnych strachu.
Theo podszedł blisko do blondyna i oparł dłoń na jego torsie.
– Przyniosłem ci płaszcz… – westchnął i podsunął mu go – Posłuchaj, ja… – zaczął lecz mężczyzna szybko pokręcił głową. Było mu wstyd za wcześniejsze słowa i też za łzy które nadal stały mu w oczach uparcie chcąc znowu spłynąć po policzkach,
Odebrał od Theo płaszcz i szybko włożył go na siebie.
– Okej, teraz już idź. – dodał.
Chłopak jednak ponownie do niego podszedł i sięgnął do jego podbródka zmuszając go by na niego spojrzał. Przygryzł wargę bez trudu już dostrzegając jego mokre policzki i pełne łez oczy.
– Anthony… – westchnął i odgarnął mu włosy z twarzy – Nie chcę nigdzie iść – powiedział tylko i spojrzał mu czule w oczy.
Mężczyzna odwrócił szybko wzrok czując kolejne łzy i odsunął się od niego ruszając między drzewa.
– Daj mi na trochę spokój. – rzucił jeszcze jakby ze złością lecz Theo szybko go dogonił i odwrócił ku sobie.
– Nie chcę dawać ci spokoju. – powiedział twardo – Czego się wstydzisz? Łez? – zapytał już spokojniej – przecież to żaden wstyd. – dodał i szybko zarzucił mu ręce na szyję i przyciągnął do siebie – Przecież straciłeś tak bliską osobę… to nie wstyd… – dodał ciszej i pogłaskał go drżącą dłonią po włosach.
Po chwili z ulgą poczuł jak Anthony obejmuje go mocno i przyciska do siebie.
– Cholera… Theo… – wydusił i zatrząsł się w jego ramionach – Nie mam pojęcia co dalej… – jęknął płaczliwie, dociskając się do niego łapczywie.
Theo uśmiechnął się smutno i utulił go mocniej przymykając oczy. Wsłuchując się w jego szloch sam pociągnął nosem i schował twarz w jego ramieniu. Nie myślał, że to będzie proste, ale czuł się naprawdę bezsilny w tej sytuacji. I miał tylko nadzieję, że to co może zrobić wystarczy mężczyźnie.
Anthony przez dłuży czas tłumił płacz w kurtce Theo czując zarazem złość na siebie jak i ulgę.
Kiedy po kilku minutach odsunął się od niego i spojrzał mu żałośnie w oczy, szybko odwrócił wzrok i opadł do tyłu na pień rosnącego za nim drzewa.
– Wiesz… – zaczął nieco zachrypniętym głosem i odetchnął głęboko – To co mówiłem… to…
Theo przygryzł wargę i pokręcił głową ponownie przysuwając się do kochanka.
– Wiem, że nie tak miało być.. – szepnął – I… ale Anthony… nie pomyślałeś, że jest zupełnie odwrotnie, mm? – zapytał i pogłaskał go czule po policzku.
– Odwrotnie?
– Mhm, że wcale nie chcę cię zostawiać. – powiedział ciszej Theo i oparł się o niego bardziej – Pamiętasz jak kiedyś mówiłeś o… o tym naszym domku? O tym, że będziemy grubi i szczęśliwi? – dopytał z lekkim rumieńcem – Ja pomyślałem, że też chcę mieć w niego jakiś wkład. Rozumiesz… – westchnął i zerknął na niego do góry – To nie tak, że… że nie chcę już być z tobą… przecież cię kocham.
Anthony odetchnął zaskoczony i poczuł aż rumieńce na policzkach. Zaraz zaśmiał się cicho i pokręcił głową obejmując chłopaka. Osunął się powoli z nim na ziemię i szybko przycisnął go do siebie.
– Oszalałeś… – szepnął tylko i pocałował go lekko w policzek.
Theo który szybko usadowił się wygodnie na jego kolanach, spojrzał na niego uważnie.
– A nie… nie chcesz już? – zapytał.
– Chcę! – powiedział szybko Anthony – Chcę tylko… wiesz… wolałbym byś był przy mnie, byś się ze mną kochał, a na domek możemy poczekać dłużej. – powiedział półgłosem głaszcząc go po włosach – Nie chcę być sam, gdy mam ciebie.
Theo pokiwał głową i wsunął dłonie na jego gorącą szyję.
– Wiem… przepraszam. – westchnął spoglądając w jego zapuchnięte oczy.
Anthony oparł się mocniej o pień i przymknął powieki oddychając głęboko.
– Wiesz… nie myślałem nigdy o tym… o tym, że którekolwiek z nich… – zaczął i zacisnął mocno zęby – Ale przecież…
Theo szybko pokiwał głowa i pogłaskał kochanka po głowie.
– Myślę, że to niesprawiedliwie i… mnie też będzie go brakowało, bo przecież był dla mnie zupełnie jak ojciec. – westchnął i przytulił się mocno do jego torsu, czując już kolejne łzy stające w oczach – Ciągle myślę co by powiedział gdyby był teraz z nami i… i wiesz co? – zapytał jeszcze bardziej zdeterminowanym tonem – Wydaje mi się, że nie możemy pozwolić, żeby to wszystko tak po prostu stało zaniedbane.
Anthony uśmiechnął się i pokiwał lekko głową.
– Tak, ale… twoja szkoła? Praca? – zapytał i uniósł ku sobie jego twarz – Ja porozmawiam z Danielem i na pewno do czegoś dojdziemy, ale ty? Nie mam zamiaru być tu sam. – westchnął chociaż w ogóle nie łudził się, że będzie mu łatwo tu teraz mieszkać.
– Przeniosę się na kurs weekendowy i po prostu na te dni będę wyjeżdżał, a w tygodniu będę tu dbał o wszystko, a ty będziesz mógł spokojnie pracować – powiedział, a Anthony aż zerknął na niego zaciekawiony.
Nagle pomyślał, że przez ten ubiegły czas Theo nieco się zmienił, co mu zupełnie umknęło.
– A wiesz, całkiem możliwe, że za jakiś czas któreś z twojego rodzeństwa jednak postanowi tu zamieszkać. Za kilka lat, jak już ułożą swoje sprawy… mmm? Wtedy wrócimy do Denver. – dodał i zerknął na Anthonego – Żeby mogły tu sobie biegać dzieci.
Ten posłał mu smutny uśmiech ale pokiwał głową.
– Brzmi jak dobry plan… – zaśmiał się cicho i objął go mocniej – Zresztą ojciec chciał żebyś zajmował się stajnią. – dodał wspominając te wszystkie razy, gdy to właśnie Theo nazywał swoim zastępcą.
Theo pokiwał tylko głową i ponownie wtulił się w jego tors.
– Mhm…Wiem… – zaczął i znowu uniósł się by spojrzeć w jego oczy – Wiem… Ale teraz będę przy tobie, będę już lepszy. – zapewnił – Nie tylko dlatego, że ojciec… że… – wydukał, a Anthony pokręcił głową i nabrał powietrza w płuca.
– To nie tak. – westchnął głaszcząc go po policzku – Ja wiem, że szkoła jest ważna, i że kochasz pracę w schronisku, ale… chyba lubię być najważniejszy, wiesz? – dodał z krzywym uśmiechem.
– Jesteś! – zapewnił od razu chłopak lecz on pokręcił głową.
– Ale najbardziej nie lubię być sam, bo… och. Nie widzisz, że latam za tobą jak ten szczeniak? Jesteś całym moim światem i chcę być zawsze z tobą i żebyś ty też chciał… a nie miał ważniejsze sprawy ode mnie. – westchnął jeszcze wpatrując się w pociemniałe policzki Theo – Ale idąc na kompromis mogę się zgodzić na chociaż wspólne wieczory. – dodał i spojrzał mu głęboko w lśniące oczy – Dobrze? Postaramy się? – dopytał, a Theo pokiwał szybko głową.
– Tak. – zapewnił – W końcu to ty jesteś moją rodziną… nie chcę tego stracić. – westchnął nie mając zupełnie pojęcia co by zrobił, gdyby Anthony nie znósł tego wszystkiego i go zostawił. Niejednokrotnie podczas ubiegłych dni myślał co byłoby gdyby on był na miejscu Mary, gdyby ot tak stracił Anthonego już na zawsze. Na pewno nie umiałby sobie poradzić.
Przez kilka chwil tulili się do siebie w milczeniu aż w końcu architekt zaśmiał się cicho.
– Wiesz co…? – zamruczał przegarniając palcami jego włosy – Tak wyobraziłem sobie, że… mógłbym założyć biuro w Greeley, ty po szkole może znalazłbyś pracę w którejś z lecznic w mieście i jakoś byśmy sobie poradzili, mm? – powiedział a chłopak szybko pokiwał głową – Najważniejsze, żeby dopilnować domu. – dodał jeszcze i pocałował kochanka w czubek głowy.
– Dopilnujemy. – zapewnił szybko Theo – I będziemy blisko Mary. – dodał jeszcze i w końcu pocałował czule usta Anthonego.
Mężczyzna oddał pieszczotę i po chwili pokręcił głowę.
– Dziękuję, że przyszedłeś… mimo tego co wtedy powiedziałem. – szepnął zakładając mu włosy za ucho – Tak bardzo mi ciebie brakowało. – dodał i ponownie pochylił się do jego ust.
Później już przytulił mocno do siebie i przymknął powieki.
– I co teraz…? – zapytał po kilku chwilach.
Theo wzruszył ramionami.
– Pójdziemy do domu, powiemy mamie. – westchnął ciesząc się ze słów blondyna. Czuł, że naprawdę mu się na coś przydał, nawet jeżeli to co teraz zrobił ograniczało się tylko do bycia przy nim – A później pójdziemy spać, a jeszcze później ustalimy z nią co i jak odnośnie domu.
– Mmm… brzmi jak dobry plan. Jestem zmęczony. – zamruczał architekt.
– No to chodź. Teraz ja się tobą zajmę. – obiecał żywo brunet i skradł mu kolejny pocałunek – I… wiem, że będzie ciężko bez ojca, ale… pamiętaj, że masz mnie i że zrobię wszystko żebyś był szczęśliwy, wiesz? – dodał jeszcze, a Anthony tylko przymknął oczy bo te ponownie zaczęły go piec.
– Wiem… – szepnął i spojrzał mu głęboko w oczy. Widząc jego zdeterminowane i stanowcze spojrzenie uśmiechnął się smutno. Naprawdę dopiero teraz chyba zauważył, że Theo już nie jest tamtym zaszczutym chłopakiem sprzed roku i wierzył, że z nim byłoby mu o wiele prościej. Gdyby tylko nie był tak okropny przez te ostatnie dni na pewno byłoby mu lżej. Od razu też przypomniały mu się słowa Melindy i pokręcił aż głową. Przecież to oczywiste, że bez niego, łaziłby sam po lesie i złościł. Nigdy nie podjąłby decyzji o zostaniu tu i zadbaniu o dom, chociaż było to przecież jego obowiązkiem.
Byli ze sobą związani i nawet gdyby inni mieli mu mówić, że jest zupełnie inaczej, że nic ich przy sobie poważnego nie trzyma on doskonale wiedział, że jest inaczej.
Theo pocałował go ponownie i w końcu uniósł się z jego kolan. Kiedy wyciągnął do niego rękę, spojrzał na niego takim innym niż zawsze spojrzeniem, a Anthony ponownie zdusił łzy.
Chyba nigdy nie spodziewał się, że będzie miał kogoś, przed kim wcale nie będzie musiał być zawsze idealny i silny, i przed kim nawet tak po prostu będzie mógł się rozpłakać nie czując się jak ostatnia ciota. I gdy widział jego jasną dłoń przed sobą, miał wrażenie, że to prawdziwe, dorosłe życie, które dopadło go wraz ze śmiercią ojca zupełnie nie będzie takie trudne. A Theo był znacznie silniejszy niż mu się wydawało i z nim tak po prostu ze wszystkim sobie poradzi. Absolutnie ze wszystkim.
– No to chodźmy… – dodał jeszcze przez nieco zaciśnięte gardło i ujął jego dłoń.

KONIEC

Reklamy

25 thoughts on “Till We Are Vol. 3 Ch.19

  1. Po 4 latach wrocilem do tego opowiadania. Uwielbiam je. Ethan i Keith, Anthony i Theo chyba na zawsze zostana jedna z moich ulubionych par.
    No i oczywiscie Aaron.
    Jake i Danny nie zawladneli moim sercem, raczej nie czuje sympatii do par, ktore zdradzaja. Aczkolwiek zasluzyli na szczescie i dobrze, ze sie spotkali. Przynajmniej Aaron ma mozliwosc poznania kogos lepszego dla siebie.
    W ogole jest jakis moze dluzszy watek z nim? Gdziekolwiek byla o nim mowa jeszcze? Strasznie za nim tesknie 🤔 Pamietam, jak z niecierpliwoscia na niego czekalem i jak sie irytowalem, gdy zamiast niego wystepowal Jake z Dannym.

    1. O hejo! No miałam pisać o tym bonusie, ale widzę, że już go odnalazłeś. C:
      Przez Ciebie, a może dzięki Tobie, i ja przejrzałam sobie TWA tak pobieżnie, 2 i 3 część. Do pierwszej się boję wracać xDDD
      Rety, tyle lat mineło… Cieszę się, że TWA zagrzało miejsce w Twoim serduszku na aż tak długo. <3

  2. Tyle czasu minęło od przeczytania „Till We Are”, a ja dopiero sobie przypomniałam, że nie skomentowałam tego tomu. Uwaga – brak czasu wzmaga amnezje, potwierdzona informacja. W zasadzie wiele już powiedziałam w poprzednich komentarzach, więc postaram się nie rozpisać. Ogólnie opowiadanie podobało mi się strasznie, było cudowne. Moją ulubioną parą zostali oczywiście Keith i Ethan (kto by się nie domyślił) i cała moja uwaga skupiła się głównie na nich. Co mogę jeszcze dodać? Życzę weny i obiecuję, że jak znajdę czas przeczytam inne opowiadania!

    Pozdrawiam,
    Coco Deer!

    P.S. Nie pamiętaj czy już to robiłam, ale kryptoreklama (a może nie krypto) musi się pojawić. Zapraszam do siebie:
    http://historienadeser.blogspot.com/

    1. Ależ ja doskonale rozumiem brak czasu, także spoko. Najważniejsze, że przeczytałaś i ze się podobało.
      : D Keith i Ethan oficjalnie podbili wszechświat xD
      Spoko, spoko. Jak będziesz miała chwilkę to zapraszam oczywiście. Nie sugeruj się tym, że dawno nie było rozdziału. Jestem okropnym człowiekiem, ale he! :u>

      Zapraszam do krypotoreklamowania się oczywiście. Może też żeby Ci to ułatwić dodam Cię do polecanych jak wrócę z podróży! : D <33

      Pozdrawiam ciepło! <3

  3. W dwa dni przeczytałam wszystkie 3 części + bonusy. Od dawna miałam w swoich zakładkach Twojego bloga ale dopiero teraz zdecydowałam się zacząć czytać i żałuję, że dopiero teraz to zrobiłam bo naprawdę przyjemnie się czyta to co piszesz.
    Z całego opowiadania najbardziej polubiłam Danny’ego, był taki przyziemny i prawdziwy, żałuję, że jego historia z Jake nie była bardziej rozwinięta, że ich początki nie były bardziej rozwinięte, ale to nic bo bonusy trochę zaspokoiły moją potrzebę czytania o nich.
    Kolejna para – Keitha i Ethana, dobrze mi się o nich czytało, każdy z nich miał swoje za uszami, swoje problemy z którymi się borykał i starał na swój sposób radzić. Dobrze, że Ethan przeszedł przemianę, ale myślę, że cały czas ją przechodzi i walczy ze zmianami w swoim życiu, stara się pozostać po ‚ dobrej stronie mocy’ :D i myślę, że dzięki temu iż Keith jest dojrzałym facetem to będzie przy nim trwał, a jak młody coś zrobi to napewno znajdzie dla niego odpowiednią karę =)
    A co do głównej pary opowiadania – Theo i Anthony – byli/są parą, której losy najmniej mnie ekscytowały, mimo, że losy Theo najbardziej mnie poruszyły. To jak ‚ szczęście’ i ‚ nieszczęście ‚ było rozłożone między tą dwójką trochę mnie do nich zniechęciło. Wolę gdy nie ma aż takiej rozbieżności między bohaterami, bo takie połączenie kojarzy mi się za bardzo z filmami romantycznymi, których nie jestem fanką.
    Czytając ostatni bonus nawet zaczęłam współczuć Aaronowi. Chciałabym żeby życie zafundowało mu jakiś naprawdę mocny bodziec, który wyrwał by go z jego skorupy, w której czuje się bezpiecznie ale niezbyt szczęśliwy, żeby coś lub ktoś pchnął go N tyle mocno żeby się otworzył na świat i zmienił swoje życie, choć w jego wieku to pewnie będzie trudne.
    Podsumowując – podoba mi się to jak piszesz, napewno wrócę jeszcze do Twojego bloga i przeczytam inne opowiadania. To było moim drugim, pierwszy był Maj, ale nie wiem czy dałam tam komentarz, bo wieki temu czytałam. Ale wiem jedno, naprawdę mi się podobało to krótkie opowiadanie osadzone w realiach Polskich; )
    Tak więc, do zobaczenia przy twoich innych opowiadaniach (mam nadzieję, że wezmę się za nie szybciej niż za to), życzę weny i mam nadzieję, że coś jeszcze tutaj opublikujesz.
    Pozdrawiam
    Levi.

    1. Hej Syśka! Wybacz, że odpisuję dopiero teraz. :<
      Fajnie, że piszesz i przyznaję, że chyba jesteś jedną z nielicznych osób, które najbardziej lubią Danny'ego. Ale masz rację, nie było go zbyt wiele i sama żałuję, że jego watek został tak troszkę przeze mnie po macoszemu potraktowany. Postaram się nadrobić to jakimiś bonusami, albo coś. C:
      Sama tez przyznam, że hehe, Theo i Anthony to taka… uch… para… Mam do nich sentyment bo to moi pierwsi chłopcy, może dlatego też chciałam w nich wpakować tyle wszystkiego… Na pewno wiele rzeczy z ich historii rozwiązałabym teraz inaczej, ale cóż. Całe Till We Are traktuję jako etap, który musiałam przejść w swojej własnej pisaniowej karierze XD. Jest tu wiele schematów, a samo opowiadanie nie należy do gatunków jakimi chciałabym się zajmować na poważniej. Jako coś lekkiego, owszem, można poczytać, ale przecież od razu wiadomo, że będzie happy end i tak dalej, że jest to tylko kolejna obyczajówka, a rozwiązania są wzięte żywcem z jakiejś komedii romantycznej, tak jak mówisz. Tosiek to taki książę, a Theo to nasz Kopciuszek. xD
      Podczas pisania opowiadania strasznie nie lubiłam Aarona. Jego bierność doprowadzała mnie do szewskiej pasji, ale teraz chyba dojrzałam do tego by i jego nie szufladkować. I choć nadal podchodzę do niego jak pies do jeża staram się dać mu jeszcze szansę, a przy okazji sobie, bo jednak nie lubię gdy wszystko jest tak czarno-białe, i gdyby Aaron pozostał "tym złym" to uważałabym to jako swoją małą porażkę.
      Tez mam nadzieję, że jeszcze kiedyś napiszesz i że pozostałe opowiadania również Ci się spodobają.
      Do zobaczenia, a przy okazji Wesołych Świąt! C:

  4. Witaj, miła Autorko !
    Wstyd się przyznać, ale przeczytałam wszystkie Twoje opowiadania a odzywam się dopiero teraz. Wiem, wiem, to bardzo brzydko z mojej strony, jednak tak już mam, że jak zacznę czytać coś, co mi się podoba i mnie wciągnie, to zupełnie jakbym znalazła się w alternatywnej rzeczywistości i ponowny kontakt z naszym światem łapię dopiero kiedy skończę czytać. Zupełnie jak narkoman na głodzie :). Zresztą, zawsze jakoś tak trudno komentować mi poszczególne rozdziały, zdecydowanie wolę powiedzieć kilka słów, kiedy przeczytam całość.
    Lubię Twój styl pisania, sposób prowadzenia narracji, to jak przedstawiasz swoich bohaterów. Są tacy prawdziwi ( choć momentami, przynajmniej niektórzy, mogą przestraszyć). Fajnie było się zanurzyć w ich świecie. Najbardziej podoba mi się to, że nie boisz się kontrowersyjnych zakończeń i nie zawsze jest to happy end. Tak jak w życiu, niestety. I to właśnie mi się podoba.
    TWA dostarczyło mi wielu wzruszeń, kilka razy zdenerwowało, rozczuliło (więcej niż kilka razy) i na koniec usatysfakcjonowałaś mnie takim zakończeniem. Dziękuję.
    Acha, od razu się przyznam, że niektóre opowiadania przeczytałam po dwa razy :).
    Niestety, niestety nie mogę czytać „Synów”, chociaż bardzo cieszyłam się na nowe opko. Dlaczego? Cóż, chyba po prostu za dobrze piszesz i stałaś się ofiarą swojego geniuszu :). Marcin jest, przynajmniej dla mnie, nie do strawienia. Nawet nie wiem jak go określić, jako socjopatę ze skłonnościami psychopatycznymi? Nie jestem psychiatrą, ale on zdecydowanie kwalifikuje się do leczenia. To jak traktuje ludzi w swoim otoczeniu, jak nimi manipuluje… No, po prostu nie wyrabiam, nie mogę tego spokojnie znieść. Wiem, że to fikcja literacka i może po jakimś czasie inaczej podejdę do jego postaci, ale na teraz nie mogę zmusić się do czytania. Na pewno jednak, na ile siebie znam, podejmę kolejną próbę :).
    Pozdrawiam, Tazkiel

    1. Dzień dobry, Tazkiel! C:
      Oj tam, niekoniecznie brzydko. Tym bardziej skoro az tak Cię wciągnęły moje opowiadania. Fajnie, że chociaż teraz piszesz, co myślisz. Zresztą z doświadczenia wiem, że jak już opowiadanie jest zakończone i hen hen za tym, które teraz wychodzi, to nawet tak dziwnie się komentuje, prawda? C:
      Cieszę się, że doceniasz mój styl, i mam nadzieję, że polepszył się odkąd pisałam TWA. Ale żeby to ocenić musiałbyś się zmusić do przeczytania Synów, z którymi, jak piszesz na razie jest ciężko. Przyznaję się, że to opowiadanie nawet przede mną stawia duże wyzwania i niekoniecznie jest mi łatwo pisać niektóre rzeczy. W sensie, że ja zawsze tak się wczuwam w każdego z chłopaków, a wczuwanie się w Marcina jest cóż… wymagające i wyczerpujące. Tym bardziej, że przynajmniej dla mnie, jest on dosyć złożoną postacią. Może najbardziej ze wszystkich, jakie do tej pory napisałam. Z tym, że się kwalifikuje do leczenia, akurat się zgadzam. Mam nadzieję, że nie skończę podobnie. C:
      A z tymi zakończeniami to jest tak, że no staram się by pomimo tego, że to fikcja, były możliwie realne. A wiadomo, niektórzy chłopcy pasują do siebie bardziej lub mniej, niektórzy na dłużą metę tak naprawdę nie mogliby być ze sobą (według mnie), no a niektórzy jak w przypadku Ciem… jeżeli czytałaś, musisz przyznać, że inne zakończenie, jeżeli chodzi o Kaia, byłoby wprost kosmiczne. C:
      Dziękuję, że się odzywasz i mam nadzieję, że niedługo ponownie coś napiszesz. Zawsze miło jest przeczytać jakiś dłuższy, złożony komentarz. Ale nic na siłę. C: Synowie niedługo się skończą, to może wtedy po nich sięgniesz, pokochasz ich i znienawidzisz, i na sam koniec napiszesz co myślisz? To byłoby ładne! C:
      Trzymaj się ciepło i do miłego zobaczenia.
      Inga

    1. Hej.
      Z jako takim przyłapywaniem to był albo rozdział siódmy z trzeciej serii (seksy w stajni) albo dodatek ‚Już nigdy nie spojrzę jej w oczy” jak sąsiadka łomotała do drzwi. c:

  5. Nie było mnie tu ze sto lat, ale wróciłam. Wybacz, że tak długo mnie nie było. Poprzedniego rozdziału nie skomentowałam, bo byłam za bardzo zdołowana, a jak ochłonęłam, to mi się już nie chciało. Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe. Prawie się poryczałam, jak usłyszałam o śmierci Patricka. Łzy dosłownie stały mi w oczach i miałam wielką gulę w gardle. Musiałam na chwilę przerwać czytanie, żeby się uspokoić, bo liter nie widziałam przez tą mgłę z łez. Lubiłam tego gościa i żal mi się zrobiło, jak usłyszałam, że nie żyje. Myślałam, że jak będę czytać o pogrzebie, to się totalnie rozkleję, ale jakoś dałam radę to przeczytać. Może to przez tak długą przerwę i dlatego, że się przyzwyczaiłam do myśli, że nie żyje? Nie wiem.
    Cały rozdział był taki… przygnębiający, ale na koniec nie mogłam się nie uśmiechnąć. Na szczęście skończyło się szczęśliwie. Przez chwilę obawiałam się, że jednak zakończenie będzie z tych bad, a nie happy, ale na szczęście wszystko się jakoś ułożyło, chłopcy porozmawiali szczerze i od serca… i żyli długo i szczęśliwie. Dobrze, że Anthony może liczyć na wsparcie kochanka, a nie tylko on na jego. Oni się tak bardzo kochają, że nieznośne było czytanie o tym, jak się męczą i oddalają od siebie. No i jeszcze te słowa Anthony’ego wypowiedziane w złości. Nie chciałabym usłyszeć czegoś takiego od ukochanej osoby. To bolesne słyszeć, że ktoś, kogo kochasz, myśli, że byłeś z nim tylko dlatego, żeby odbić się od dna. Wiem, że powiedział to pod wpływem emocji, ale gdyby o tym choć raz nie pomyślał, raczej takie słowa nie padły z jego ust. Ale to mogło być zwykłe zwątpienie spowodowane śmiercią ojca i oddalającym się od niego przez szkołę i pracę kochankiem. Na szczęście wszystko sobie wyjaśnili i doszli do porozumienia, co zrobić dalej ze swoim życiem i najważniejsze, że nie widzą go bez siebie nawzajem u swojego boku.
    Jeśli bredzę, albo piszę niezrozumiale, to przepraszam. Jakoś się nie mogę skoncentrować na tym, co piszę. Mam nadzieję, że jednak zrozumiałaś, co chciałam przekazać w komentarzu.
    Wkrótce zabiorę się za czytanie „Synów Rosemary”, dzisiaj już nie mam głowy, żeby zaczynać nowe opowiadanie. Na pewno nie zrobię sobie takiej dużej przerwy jak pomiędzy przedostatnim i ostatnim rozdziałem. Myślę, że zbierałam się do niego tak długo, bo bardzo nie chciałam się rozstawać z tym opowiadaniem. Postanowiłam jednak je skończyć, bo ciekawość zwyciężyła nad tą niechęcią do rozstania (nienawidzę pożegnań). Mam nadzieję, że jeszcze nie raz przyjdzie mi poczytać o chłopakach z tego opowiadania w bonusach.
    To chyba tyle. Mam nadzieję, że nie zanudziłam Cię moim przydługim komentarzem.

    Trochę literówek wyłapałam
    „Theo wsłuchując się w nią zerknął na siedzącego tuż obok Anthonego, który uparcie zaciskając usta wpatrywał się w wieko trumny, jakby naprawdę starał się sobie wmówić, że pod nim wcale nie spoczywa jego ojciec, a wszystko co się przed nimi się rozgrywało zupełnie nie było prawdą.” – to drugie „się” niepotrzebne.
    „Nie miał pojęcia jak udało mu się zapanować na wszystkimi sprawami dotyczącymi pogrzebu i całej ceremonii, zresztą miał wrażenie, że połowy z tego, co robił przez ostatnie dni naprawdę nie pamiętał.” – „nad”.
    „Nawet nie wiedział, w którym momencie zapadł zmierzch a goście, prócz najbliżej rodziny rozjechali się do domu.” – „najbliższej”.
    „– Och, i zostawiłbyś go dla mnie? – dodał lekkim tonem kobieta, na co on pokręcił tylko głową.” – dodała”.
    „– Nie potrzebuję twojej łaski i wiesz… po co to wszystko robisz, co? – zapytał, a chłopak spojrzał na niego nic nierozumiejącym tonem” – nie powinno być „wzrokiem”?
    „Po kilku krokach rozejrzał się niepewnie i odwrócił w kierunku, z którego dobiegł do odgłos łamanej gałązki.” – „go”.
    „Theo szybko pokiwał głowa i pogłaskał kochanka po głowie.” – „pokiwał głową”.
    „Przecież to oczywiste, że bez niego, łaziłby sam po lesie i złościł.” – nie powinno być ” się złościł”?

    Pozdrawiam i życzę weny

    Ps. Mam nadzieję, że wrócisz wkrótce do czytania mojego opowiadania. Trochę się wydarzyło pod Twoją nieobecność… Oczywiście do niczego nie zmuszam. Po prostu… stęskniłam się za Twoimi komentarzami. Jestem ciekawa Twojej opinii.

  6. Ale… ale… no bo… ale…CO JA MAM ZROBIĆ ZE SWOIM ŻYCIEM TERAZ?! Wpędziłaś mnie w tygodniową depresje i kaca opowiadaniowego i książkowego…ALE CZEMU ON UMARŁ? Czysty dowód, że gościa lubiłam. Nie powiedziałam zdechł, ale UMARŁ… Przemilcze teraz fakt, że życze ci śmierci nie chcąc żebyś umierała… to przez depresje… I gdzie mój Danny? Mężu? Zgubiłeś się? I co z matką Ethana? Wsadzą ją do pierdla nie?? I jezu czemu opowiadania i książki muszą się kończyć ;-; Dajcie mi sznur… Niewiemcotupisaćichybapowinampoczekaćażmidepresjaprzejdziebotunicsensownegominiewyjdzie tak sie czuje… czuje sie pustką jak pomiedzy tymi wyrazami na górze… A najgorasze jast, że z tym opowiadankem kojaży mi się zdanie „I przeszło, ale Billemu” Pomyśle oopowiadaniu i mi sie w myślach cytuje… A TERAZ ON NIE ŻYJE JEZU ZRÓB COŚ Z TYM, NIE ZGADZAM SIE. …………… A co z Giną? Jezu jak mi jej szkoda jest… Wszyscy szczęśliwi a Gina sama… To może przestane na chwile przeżywać koniec i wytłómaczysz mi proszę ( nawet błagam na kolanach bo mnie to męczy od początku) Jak można wyjęczeć „Anthony” Bo to jest dla mnie naprawde niezrozumiałe… to jest długi wyraz, ma dużo literek i aż 3 sylaby! Za każdym razem jak sobie to wyobrażam to wizja jest tak debilnie głupia XD I teraz znacznie ważniejsza sprawa! Jaki kjrde Petersburg… Jedyny jaki znam to ten w Rosji i takie wtf za każdym razem… Ale istnieje też spora szansa, że po prostu mój mózg nie istnieje, a ja nie umiem czytać… naduźym 3 kropek to już nawny znak, że nestem w represji poopowianiowej, bo ostatnio staram się je ograniczać. Podsumowując kocham cię za to opowiadanie, ale nienawidze cię za to, że ne skończyłaś i chwilo życze ci smierci. To przez depresje. Przejdzie. Chyba…

    1. Haaaa…. mam inne opka na blogu! Zapraszam! C: I przepraszam. Ale ten tasiemiec musiał się kiedyś skończyć! Ale skłamałabym mówiąc że nie cieszy mnie Twój ból. :I Jako balsam oferuję ci Synów Rosemary i inne opowiadania w przyszłości. No i by w przyszłości jeszcze smaczki z TWA. c:
      Hahaha. Przyznam, że na próbę jęknęłam kilka razy „Anthony!’ i oooo. Wychodzi. Musisz bardziej się wczuć. xDD Nie wiem czy wyszło mi coś głupiego, tak mogło być, ale co tam, żaden sąsiad kijem nie walił w sufit by uciszać…
      Co do Petersburga to pojadę po najniższej linii oporu. proszu: http://en.wikipedia.org/wiki/Petersburg,_Virginia

      Tak sobie myślę, że to najbardziej urocze życzenie śmierci jakie słyszałam! QuQ Mam nadzieję, że już troszkę lepiej? Że mózg wrócił do życia a depresja odpuściła! Daj znać jak się trzymasz. Jestem gotowa wziąć odpowiedzialność za Twój stan. Chyba…

  7. W ogóle nie komentowałam od bardzo dawna, ale to nie znaczy, że mnie nie ma… Tak krótko, bo jest późno… Przeżyłam swoiste katharsis i dobrze mi z tym. Trochę popłakałam, co dobrze wpłynie na sen. Koniec opowiadania nigdy nie jest fajny… W sensie… Zawsze jest ten ból, że dana historia się kończy. Pewnie, życie bohaterów toczy się dalej, ale już my o tym nie poczytamy. Dobre, emocjonalne opowiadanie, czekam na nowe. Weny, czasu i szczęścia życzę :)

    1. No nie komentowałaś, ale wiem jak to jest i miło, że piszesz. Nawet teraz. Mam nadzieję, że życie w realu układa się dobrze, to chyba ważniejsze niż internetowe blogi. C:
      Pisząc też rozdział też chlipałam. Wiesz, nigdy nie powiedziałam, że to juź koniec koniec. Koniec regularnego TWA ale kto wie? Może kiedyś jakiś bonusik? Chłopcy raczej nie dadzą o sobie zapomnieć.
      Dziękuję! Mam wrażenie, że w Synach będzie jeszcze więcej emocji i że też Ci się podobają.
      Dziękuję i wzajemnie! Powodzenia ze wszystkim! <3

  8. Już tak koniec-koniec? Nie spodziewałam się… Tak dawno już nie było barmana i lekarza, że myślałam, że może coś o nich będzie, dla przykładu, no ale Theo i Anthony też są genialni ;)
    Co do rozdziału, to nie powiem, był on naprawdę przygnębiający i w pewnej chwili miałam nawet wrażenie, że stanie się dodatkowo coś złego między bohaterami, ale na szczęście tak nie było.
    Tak dziwnie się czuję z myślą, że już nie będzie TWA. Kurcze, mam wrażenie, że ono już ma wieki, i tak właściwie istnieje odkąd znalazłam się w tym „światku facetów i opowiadań”. Przykra sprawa, co jednak nie zmienia faktu, że niezmiernie się cieszę, że tutaj trafiłam i poznałam te wszystkie genialnie wciągające historie. Zdecydowanie będę tęsknić! ;)
    Mówiłaś kiedyś, że lubisz szczęśliwe zakończenia, więc miejmy nadzieję, że jeżeli te postacie żyją gdzieś tam w jakimś odległym, surrealistycznym wymiarze, „ich zakończenia” też będą równie szczęśliwe.
    Cóż więcej mogę powiedzieć, dzięki za tą fajną przygodę, i w ogóle za wszystko. Mam nadzieję, że kiedyś coś jeszcze napiszesz, czy może nawet wydasz? Jeśli planujesz, to wspieram! ^^
    Pozdrawiam serdecznie i mam nadzieję: Do poczytania! ;)

    PS
    Przepraszam, że komentarz tak spóźniony, ale niestety jestem trochę wypompowana.. ;P

    1. Ha haaa… no chyba koniec. Chociaż przyznaję, że sama, gdy już skończyłam TWA, jakos tak… się rozregulowałam. DO tej pory był piątek i o, starałam się za wszelką cenę by był rozdział i pisałam. A teraz… hehe, trochę ciężko.
      Ojej, jak to fajnie brzmi. xD Znaczy to, ze TWA istnieje od zawsze… hehe. <33 Nie musisz tęsknić, zawsze możesz wpaść i poczytać jeszcze raz. Zapraszam.
      Huuu… ale przecież… dla każdej pary skończyło się szczęśliwie? nie wiem no, takie sama odniosłam wrażenie. Dan i Jake są ze sobą, Keith i Ethan jakoś tam walczą z Catherine, ale teraz już razem zamieszkają, no i Tosiek przekonał się, że zawsze może liczyć na Theo, nieważne co. xD
      HA HA HA HA…. napiszę na pewno. CO do wydania – brzmi pięknie i podniecająco. Alee jak to się mówi: nigdy nie mów nigdy, więc cóż… może kiedyś, coś… C:

      Również pozdrawiam i ściskam ciepło i zaraz zabiorę się za odpisywanie na maila…. he he… ._______.

      <333

  9. Byłam tu juz w piątek. Ale nie chciałam komentować. Chciałam przedłużyć moment rozstania z tym opowiadaniem. Jego bohaterowie stali mi sie bliscy i to że muszę sie z nimi pożegnać jest smutniejsze niż bym kiedykolwiek przypuszczała. Dziękuje Ci, że pisałaś dla nas tak wytrwale. Z pasją i w taki sposób że wszystko wydawało sie tak realne. Dziękuje Ci za Twoj czas który na to poświecilas. Mam nadzieje kolejne opowiadanie przyniesie mi kolejne wzruszenia a Tobie satysfakcję ;)
    Kurde… Troche Cie nie lubie za to że każesz mi powiedzieć żegnaj do Theo i Anthonyego:):*

    1. Powtarzam, nie ma powodów do smutku. Przecież wszystko skończyło się dobrze, a poza tym już mam pomysły na parę bonusów z nimi. >D HEHE…
      Nie ma za co… To ja dziękuję – za słowa wsparcia i komentarze, i czytanie! Bez Was pewnie nie miałabym aż takiego zapału do pisania, wiele razu zresztą nie mając weny „zmuszałam” się do pisania, bo wiedziałam, że czekacie na rozdział w piątek. Także to, że nie miałam aż takich obsuw, że w ogóle skończyłam TWA w dużej mierze zawdzięczam także Wam. C:
      I ja również liczę na to, że kolejne opowiadanie Ci się spodoba.

      haha… nie każę. Czekają tu na Ciebie zawsze o ile zechcesz tylko zajrzeć. C;

      <333

  10. Wypłakałam się za wszystkie czasy, ale mimo, że rozdział był bardzo wzruszający, to wciąż słowo „KONIEC” rozbiło mnie najbardziej… Nie mogę w to uwierzyć, nie potrafię… Cały czas zdawałam sobie sprawę, że kiedyś to musi nastąpić, ale teraz wydaje się to tak nierealne .__.
    Będzie mi niesamowicie brakować chłopców ; – ; No ale cóż, będę niecierpliwie wyczekiwać Twoich nowych dzieł c:
    No i muszę powiedzieć jeszcze jedno, obowiązkowo: dziękuję za całą serię. Nawet nie wiesz jak często w piątkowe lekcje nie mogłam się doczekać końca, żeby móc wrócić do domu, zrobić kawę i przeczytać przy niej nowy rozdział. Jestem Ci straszliwie wdzięczna za to, że stworzyłaś tę historię i nie zawiesiłaś bloga pomimo problemów, braków weny, małej ilości czasu i podobnych. Ja bym nie dała rady, więc wiedz, że podziwiam Cię za to <3
    Pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję <3 <3 <3

    1. Nie… Nie ma powodów by czuć się rozbitą. Chłopcy szczęśliwi ze sobą i w ogóle. I na pewno pojawią się w conajmniej kilku bonusikach.
      Jejejejejej… Dziękuję! To ja dziękuję, że chciało Ci się to czytać i tu zaglądać, i komentować! I za te miłe słowa. Jej… QuQ Dziękuję! *ryczy*
      Teraz też pracuję nad dalszym opowiadaniem, więc jeżeli nie znudzi się Tobie czekać to zapraszam. Postaram się już niedługo napisać co to będzie i w ogóle… Jeju! <333333
      Ściskam gorąco! <333

  11. ,,Za wszelką cenę też starał się skupić na wszystkim byle nie na rozmyślaniu, chociaż to dopadało go również, gdy już leżał przy Theo na strychu, przez zaśnięciem. ” ~ ,,przed”
    ,,Było po prostu pusto, bez ojca, który tym momencie tubalnym głosem, żartowałby z czegoś, nawet z tego, że podczas pogrzebu wuj…” ~ ,,w tym momencie”
    ,,– Tak, tak. Rozumiem dziecko. – westchnęła Mary i przetarł oczy dłońmi – Chodzi o to, że… ja strasznie nie chcę być tu sama. – wydusiła i zaraz wtuliła się w ramiona synowej, a Anthony szybko pogładził ją po plecach – Już jak wyszliście w domu, to… nie było zbyt wesoło, ale z Patrickiem… jakoś się tu odnaleźliśmy, a teraz…?” ~ ,,przetarła” i chyba ,,z domu”
    ,,Że nienawidzi podejmować decyzji, nienawidzi dorosłego życia i wydawało mi się, że chociaż do tej pory żył na własną rękę,…” ~ ,,mu” a nie ,,mi”
    ,,Mary, który chyba wyczuła to jak ten się spiął poklepała go po ramieniu i uśmiechała się nieco wymuszenie.” ~ ,,która”
    ,,Myślisz, że przyjechałeś tu ze mną, potrzymałeś mnie za rękę i nasze wcześniejsze problemy ot taki zniknęły? – dodał patrząc na niego ze złością.” ~ ,,ot tak”
    ,,Kiedy ja chciałem tu z tobą przyjechać, miałeś ważniejsze sprawy, a teraz litujesz się nade mną bo biedny Tony stracił tatusia, tak?” ~ przecinek przed ,,bo”
    ,,– A tak cię prosiłem w ubiegły weekend. – dodał gorzko – Może gdybym… – zaczął a Theo aż zesztywniał cały.” ~ przecinek przed ,,a”
    I troszke tych przecinkow przed ,,że” i ,,ale” brakuje.
    Nie wierze, ze to juz koniec. Szczerze po rozdziale sie nie zapowiadalo. Strasznie bede tesknil za Anthonym, Keithem, Ethanen, Aaronem i Theo. Moi kochani bohaterowie. Powtarzam po raz setny – wszystko sie kiedys konczy. Jedno sie zaczyna, drugie konczy. Tak samo jak z nimi. Ojciec Tonny’ego umarl, a on dopiero wchodzi w to prawdziwe zycie. Musi sie zajac matka, opiekowac sie Theo, ktory tak samo jak on – nim. No, miejmy nadzieje, ze im sie uda i beda juz zawsze szczesliwi ze soba, bo sa dla siebie przeznaczeni. Mimo wielu klotni, problemow potrafia zakonczyc ten topor wojenny i wszystko miedzy nimi jest dobrze. I niech tak zostanie.
    Bede tu jeszcze wchodzil majac nadzieje, ze cos dodalac :)
    Pozdrawiam

    Damiann

    1. Dziękuję uprzejmie za literówy. C:

      No, wszystko się kiedyś kończy. Również TWA. Ale myślę, że chłopcy nie przepadną gdzieś i nie raz zobaczymy ich chociażby w jakimś rozdziale specjalnym. C: Także, nie dołujmy się. xD
      Wchodź, wchodź. Mam nadzieję, że już niedługo będę mogła Was uraczyć nowym opowiadaniem!
      Dziękuję że wytrwałeś ze mną te trzy serie! xDDD

      Pozdrawiam ciepło!

  12. Wybeczałam się wczoraj, więc dzisiaj było już w porządku, ale i tak czuję się tak nieswojo przez ten ‚KONIEC’. Myślę, że… chyba przeczytam TWA znowu (a potem jeszcze raz i jeszcze i tak do końca świata *U*). Fokle, jestem zauroczona tym jak opisałaś pogrzeb. A znowu ta mała kłótnia w domu wydała mi się tak bardzo realna. I Amber mnie zirytowała mocno na sam koniec. Nigdy jakoś jej sympatią nie darzyłam i na koniec tylko utwierdziłam się w tym przekonaniu xD. Za to Theo… mój Theo QUQ. Jest twardy, huuu. Mimo że usłyszał od Tośka tyle nieprzyjemnych słów, nawet nie myślał o nich długo. Chyba to też jeden z dowodów na to jak bardzo się zmienił, że nabrał pewności, że jest coś wart.
    Koniec kompletnie skradł moje serce. Chyba poczynając od momentu, kiedy Theo wspomina o tych grubych starych dziadkach, którymi będą. I Tosiek. Cholera, zauważyłam, że zawsze jednak koncentrowałam się na zmianach jakie zachodzą w Theo. Tosiek od początku wydawał się idealny, ale przecież… porównując go do tego Tośka z początków, dojrzał i to nie przez śmierć ojca (która to uwydatniła), ale przez to, że do swojego perfekcyjnego światka, wpuścił takiego chłopca, jakim jest… BYŁ Theo. Ach, jak ja ich uwielbiaaaaam!

    1. Heheee… możesz czytać do woli, kochaneczgu! <333
      To takie kochane – już Ci zresztą mówiłam – że napisałaś w końcu jakiś komentarz. Tag, ludzie, to ten mój Jun~~ xD
      Nuu, Theo się zmienił. przecież wiesz. Byłby chyba głupkiem jakby zaczął wątpić. No i tak w sumie było, że o, zawsze Theo był w centrum uwagi, ale mówiłam Ci juz dawno temu że właśnie chciałabym pokazać na koniec, że to nie tylko Theo może liczyć zawsze na Tośka, ale i Tosiek na niego. He heee….
      Jej, niby koniec, ale… heheheee… <333
      *buzi buzi*

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s