Till We Are – Bon i bony

Aby wczuć się bardziej w odważnego Theo polecam wejść w podany link  –> omhai <– i włączyć piosenkę w momencie, gdy w tekście pojawi się [***]


Po kilkunastu minutach jazdy przez centrum miasteczka, Theo w końcu wyjechał na ostatnią prostą drogę, która prowadziła na obrzeża Greenley.  Tegoroczne, upalne lato, pomimo tego, że dopiero się rozpoczynało, dawało w kość mieszkańcom, a jemu i Colinowi dostarczało wielu pacjentów do kliniki. Czasami aż dziw brał jak bardzo niektórzy ludzie są lekkomyślni, jeżeli chodzi o swoich pupili, szczególnie, gdy panuje taki skwar.
Ostatnie dnie były strasznie pracowite i Theo wracał o wiele później do domu niż obiecywał to kochankowi. Ten oczywiście nie zapominał się na niego o to złościć, ale stało się to już ich rutyną, więc obaj zarówno tę złość jak i to ciągłe zostawanie po godzinach traktowali z przymrużeniem oka.
Ten dzień był jednak wyjątkowy i Theo już wszystko dokładnie zaplanował. Mając nadzieję, że nic tych planów mu nie zepsuje. Od kilku dni już przypominał Colinowi, że dzisiaj wychodzi wcześniej, w końcu nic nie mogło być aż tak ważne jak urodziny jego faceta.
Sklepy Greenley nie oferowały zbyt wiele, więc miał piękny plan, by zamówić prezent w sieci. Oczywiście przez pracę zupełnie o tym zapomniał i ostatecznie wzbił się na wyżyny swojej kreatywności i angażując do tego Colina, przygotował dla kochanka cały plik pięknych, tęczowych bonów. Spaliłby się ze wstydu, gdyby jego przełożony przeczytał, co tam w nich powypisywał, już po godzinach, kiedy skończyli z kolorowaniem, ale sądził, że Anthony będzie zadowolony. Na szczęście znalazł w miejscowej księgarni piękne pudełeczko, akurat rozmiarem pasujące do bonów. Mimowolnie już teraz dostawał rumieńców na samą myśl, że architekt to zobaczy. Co gorsza jeżeli wpadłby – a raczej wpadnie – na pomysł, by go zawstydzać i czytać to na głos.
Theo nie był pewien czy to nie jest już choroba, ale pomimo całego zażenowania jakie by czuł, wiedział, że w stu procentach bardzo by mu się to podobało.
Upewniwszy się, że na drodze jest spokojnie, Theo sięgnął do schowka starając się wygrzebać z niego okulary, bo o tej porze, popołudniowe słońce ostro świeciło mu w oczy, niemal zupełnie uniemożliwiając widzenie. Kiedy w końcu je znalazł szybko wsunął na nos, odgarniając do tyłu długie włosy.
Po raz kolejny obejrzał się na duży tort stojący na tylnym siedzeniu i uśmiechnął się lekko do siebie. Przynajmniej o nim nie zapomniał i zamówił go wcześniej. Nie zamierzał się jednak przyznawać, że Nina z cukierni dwa razy dzisiaj do niego dzwoniła, przypominając mu, by go w ogóle odebrał.
Theo zaśmiał się pod nosem i skupił się na drodze. Wzrokiem przesunął jeszcze po dużym, kolorowym bukiecie kwiatów, licząc na to, że nie zwiędną w tym upale.
Miał też nadzieję, że Anthony wróci trochę później z tej całej inwentaryzacji, na którą pojechał na drugi koniec Greenley, i że sam zdąży przygotować wszystko na jego przyjazd. Co prawda w planach miał jedynie nadmuchanie balonów i przyczepienie kilku innych dekoracji w salonie na dole, i oczywiście doprowadzenie się do porządku po całym dniu pracy w tym upale.
Kiedy tak jechał i dumał nad dzisiejszym popołudniem, nagle sapnął ciężko i zahamował ostro. Nie klął zbyt często, jednak na widok psa uwiązanego do jednego z przydrożnych drzew nie umiał inaczej zareagować. Z jego ust wypłynęło więc siarczyste przekleństwo, którego nie powstydziłby się żaden zabijaka, a on szybko zgasił silnik i odrzucił okulary na siedzenie obok. Szybko złapał za butelkę z wodą i wyskoczył z auta.
Widząc nieco zamglone spojrzenie zwierzęcia od razu ruszył w jego stronę. I choć miał ochotę podbiec do psa, wziąć go w ramiona i wyprzytulać, podszedł do niego ostrożnie, mając nadzieję, że ten nie jest agresywny. Widząc jednak jego puchatą mordkę, nie mógł się nie uśmiechnąć.
– No cześć, mały – zawołał łagodnym głosem pochodząc do niego powoli.
Nie chciał się denerwować, ale gdy widział jak szczeniak wciska się w mały kawałek cienia, które dawało mu drzewo, naprawdę zaczynał się wkurzać.
– Kto cię tu zostawił, co? – zapytał i w końcu przykucnął przy psie i spokojnie wyciągnął rękę by go pogłaskać. Westchnął  głośno czując jak mocno nagrzana jest jego czarna sierść na łbie i zaraz podrapał go za uchem. – No ale już, zabierzemy cię stąd, dobrze? – dodał spokojnym tonem, a szczeniak, co najwyżej pięciomiesięczny, zaskamlał cicho. – Ech, mały… – westchnął Theo, sięgając po butelkę z wodą. – Pewnie jesteś spragniony, co? – dopytywał. Miał nadzieję, że szczeniak nie spędził zbyt dużo czasu na tym słońcu.
Szybko przysunął dłoń do jego pyszczka i powoli zaczął na nią wylewać wodę, by mały mógł się jej napić. Kiedy poczuł na skórze język psa zaśmiał się cicho i poił go cierpliwie, widząc jak bardzo ten jest spragniony. Po kilku chwilach odsunął się jednak i zaraz sięgnął do linki, którą szczeniak był przywiązany do drzewa.
– Już… zaraz pojedziemy do domu – zapewnił rozwiązując supeł. Pies ożywił się nieco i zaczął go obwąchiwać. Kiedy w końcu udało mu się odwiązać linkę niemal od razu wziął szczeniaka na kolana i zaczął go głaskać i przytulać. Miał cholerną słabość do psów, a szczególnie takich – porzuconych. Ściskał go więc i droczył się z nim dosyć długo, mając nadzieję, że Anthony nie wkurzy się za bardzo za to, że sprowadza do domu kolejne bezpańskie zwierzę.
Po kilkunastu minutach ponownie napoił malca, a później wziął go na ręce i wrócił do auta.
– Bądź tylko grzeczny – pogroził mu palcem i roześmiał się w głos, gdy pies zaszczekał na niego głośno. Szybko wyjął spod niego okulary i wsunął je na nos, po czym zapalił silnik i ruszył w kierunku domu.
Całą drogę przeżywał to wydarzenie. Był tak strasznie zły i rozgoryczony, tym bardziej, że pies wydawał się być rasowy. Nie mógł uwierzyć, że ktoś go kupił i tak szybko się nim znudził! A przecież mały był tak piękny i jeżeli faktycznie, jak Theo przypuszczał, należał do rasy landseerów, to przecież wystarczyłaby mu do szczęścia tylko miłość.
Wzdychając do siebie i co raz oglądając się na wiercącego się na siedzeniu szczeniaka, Theo starał się uspokoić.
Kiedy po kilkunastu minutach zajechał na podwórze przed domem, skrzywił się lekko widząc, że samochód kochanka stoi już na podjeździe przed garażem. To nieco krzyżowało jego plany, lecz ostatecznie uśmiechnął się ładnie i obejrzał na psa.
– Mały? – rzucił i szybko rozejrzał się po wnętrzu auta. Kiedy dostrzegł go na tylnym siedzeniu, łapiącego zębami za karton z tortem serce w nim zamarło. – Ej! Nie wolno! – dodał głośniejszym tonem i sięgnął po niego. – Ty, niegrzeczniaku, to dla Anthonego – zagnił go i pogroził mu palcem.
Szczeniak w jego ramionach tylko zapiszczał głośno i wyrwał się do przodu, chcąc go polizać po policzku.
Chłopak pozwolił mu na to ze śmiechem, ale szybko odsunął się i otworzył drzwi auta.
– Masz być grzeczny, klusko – dodał puszczając na ziemię szczeniaka i sam wysiadł z samochodu.
Skoro Anthony już był, szybko podjął decyzję, że najważniejszy jest tort, a zakupy rozładują później.
Kiedy otworzył tylne drzwi szybko przewiesił przez ramię swoją torbę i  sięgnął po karton, na którym ułożył bukiet. Ujął wszystko w obie ręce jakby to było coś najcenniejszego, co aktualnie posiadał. Biodrem zamknął drzwi i zagadując do plączącego mu się pod nogami szczeniaka, ruszył w kierunku drewnianej werandy.
Naraz doszło go ujadanie dobiegające zza domu, a on wyszczerzył się szeroko słysząc już swoją gromadkę widocznie pędzącą w jego stronę.
– Theo! – usłyszał i uniósł wzrok na wejście do domu, gdzie w cieniu stał Anthony. Zaśmiał się do niego i ruszył w jego kierunku.
– Cześć! Czeeeść! – rzucił zarówno do kochanka jak i do psów, które dopadły do niego i zaczęły domagać się jego uwagi. Ze śmiechem objął całą piątkę wzrokiem i zacisnął mocniej dłonie na katonie. – A gdzie Pixel? – zapytał, lecz nim zdążył się obejrzeć pies skoczył na niego z boku.
Ze zduszonym okrzykiem Theo upadł na ziemię, a gdy przewrócił się na plecy, od razu rzuciły się na niego psy szczekając donoście i liżąc go gdzie tylko popadnie. Tort który wylądował gdzieś na jego brzuchu, psy szybko rozprowadziły po jego koszulce i twarzy, zadeptując i rwąc karton.
– Ach…! Dosyć! – sapnął chłopak chcąc unieść się chociaż do siadu. – Bunny, Pixel, Mora…! Spokój! Siad! Siad, powiedziałem! – rozporządzał i po chwili dopiero udało mu się unieść na nogi. – Co ja mówiłem o takich powitaniach?! – zrugał całe towarzystwo, które widocznie wyczuwając jego złość spotulniało nieznacznie. – Siad! Siad, powiedziałem! – dodał mocniejszym tonem i pogroził im palcem. Odetchnął ciężko rozglądając się wokół. Oczywiście znaleziony dzisiaj malec nic sobie z  jego zakazów nie robił, wręcz przeciwnie skakał przy jego nogach, co raz jednak podskakując w stronę rozwalonego na trawie tortu, który Theo miał oczywiście też na ubraniu. Skrzywił się widząc jak szczeniak widocznie szybko znudzony zaczyna szarpać się z bukietem i szybko dopadł do niego.
– Och, mały! Teraz to już przesadziłeś! – rzucił do niego, kiedy w końcu udało mu się wyrwać kwiaty.
Słysząc za sobą śmiech szybko przegarnął dłonią pozlepiane masą włosy i z nieco żałosną miną odwrócił się w stronę architekta, który był już tylko kilka kroków od niego.
– No dzień dobry, kochanie – zaśmiał się Anthony widząc jego minę i cały ten bałagan.
Theo uniósł dłoń i pokręcił głową.
– Tylko nie mów: a nie mówiłem – westchnął i zaraz wsunął mu dłonie na szyję. – Nic nie mów w ogóle. Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin – dodał ciepłym tonem i choć Anthony ze śmiechem starał się od niego odsunąć, by nie ubrudzić się w cieście, przyciskał się do niego mocno i całował jego wargi.
Po chwili oderwał się od pocałunku i wsunął między nich sfatygowany bukiet. Spojrzał na niego sceptycznie i uśmiechnął się krzywo.
– Liczą się chęci? – zapytał, a Anthony roześmiał się w głos.
– Ta… w ogóle, rozumiem, że to mój tort? – dopytał rozbawiony i wyjął kawałek kolorowego ciasta z włosów Theo.
– Coś jeszcze da się uratować…
– Dobra… chodź. Upiekłem kurczaka na obiad. A na deser mogą być lody – westchnął Anthony i pochylił się do kartonu z ciastem, by je uprzątnąć nim wesoła gromadka Theo postanowi opchać się słodyczami.

Kilka godzin później Theo miał już z głowy kąpiel i obiad, do których przystąpił oczywiście dopiero po upewnieniu się, że znaleziony dzisiaj szczeniak ma się dobrze, nie ma żadnych ran, jest najedzony, napojony i czysty.
Chwilę też zabawił przy psach zapoznając je ze sobą i pouczając, że mają być miłe dla małego i mają traktować go jak swojego. Cała gromadka wpatrywała się niego szczerze, wsłuchując się w jego słowa, a Theo cały rósł w sobie, widząc jakie ma u nich posłuchanie. Nie omieszkał też wspomnieć jak bardzo zawiedli go swoim nagannym zachowaniem, i że zepsuli mu cały wspaniały wieczór z Panem.
Theo oczywiście wiedział, że tylko udają takich grzecznych, a tak naprawdę wiedzą już, że muszą się swoje nasłuchać, niekoniecznie zrozumieć, a wtedy będą mogli się pobawić. Był jednak twardy i pomimo ich proszących spojrzeń, przepełnionych nadzieją i tym bezgranicznym uczuciem, szybko wrócił do domu wiedząc, że nie może tego popołudnia spędzić ze zwierzakami, a raczej powinien poświęcić się Anthonemu.
Podczas obiadu starał się przekonać kochanka, że kolejny pies wcale, a wcale nie będzie problemem. Że landseery to taka kochana, spokojna i szlachetna rasa, że na pewno małego da się ułożyć, a jak wyjdzie z wieku szczenięcego to na pewno będzie najspokojniejszy i najdumniejszy ze wszystkich psiaków.
Później będąc pod porządniejszym już prysznicem, układał sobie w głowie kolejną ckliwą przemowę do kochanka, mając nadzieję, że ten naprawdę nie każe mu odwozić psa do schroniska. Nie był pewien, czy w takiej sytuacji nie musiałby sięgnąć po broń ostateczną, czyli łzy. No ewentualnie seks.
Czysty i pachnący, zszedł na dół, gdzie Anthony siedział przy stole w części jadalnianej i przeglądał jakieś papiery.
– Eeeej… – westchnął podchodząc do niego i wtulając się w jego plecy. – Nie gniewasz się chyba, mmm?
– Masz na myśli zepsute urodziny czy oczywiście psa – zapytał mężczyzna i przełożył jakiś rachunek na drugi stosik.
Theo zaśmiał się cicho i powoli wsunął na jego kolana.
– Oczywiście psa – pokiwał głową, a Anthony odetchnął ciężej.
– Kochanie… nie sądzisz, że to już za dużo? – zapytał ponownie, a Theo zrobił smutną minkę.
– Ale nie masz pojęcia… wiesz ile taki pies daje frajdy? – zawołał i sięgnął do jego warg, by ucałować je czule. – Wiesz, jakie są silne? W zimie mógłby nawet ciągnąć sanki dla dzieciaków. Oczywiście bez przesady, ale mały Sam pewnie byłby zadowolony. No i poza tym, on jest taki kochany! One też świetnie pływają i w ogóle…! Są takie porządne. To tylko kwestia ułożenia – dodał, wpatrując się szczerze w ukochanego.
Anthony pokręcił głową i odetchnął ciężko.
– Sam nie wiem… – rzucił w końcu i przesunął dłonią po udzie kochanka. – Musisz się bardziej postarać – dodał, a chłopak przybrał proszącą minkę i spojrzał mu tak szczerze w oczy, że architekt roześmiał się w głos i zaraz poklepał go po udzie.
– No…
– Och! Cholera! – zawołał nagle Theo i zerwał się z jego kolan. – Zapomniałem o zakupach…! One tam się pogotowały w tym bagażniku…! – dodał, już wybiegając z salonu.
Anthony odprowadził Theo wzrokiem nieco zaskoczony, a kiedy ten zniknął za drzwiami, podparł łokcie na stole i roześmiał się cicho. Theo był naprawdę niemożliwy.
Kiedy po jakimś czasie do niego wrócił, Anthony kończył już zabawę z rachunkami. Wiedząc, że jeżeli nie zrobi tego teraz, później już prawdopodobnie nie będzie mu się chciało do tego wracać.
– Wiesz Anthony – zaczął Theo ponownie do niego podchodząc i obejmując za szyję, oparł się o jego plecy.
– Mmm? Co takiego? – zamruczał Anthony, czując na sobie ten przyjemny, lekki ciężar.
– Kupiłem nam szampana, ale chyba lepiej by się trochę schłodził – szepnął i pocałował go przy uchu. –  W ogóle, dlaczego się tym zajmujesz w swoje urodziny, co?
– Nie przesadzaj, dzień, jak co dzień. A akurat dzisiaj mam na to straszną ochotę – zaśmiał się nisko mężczyzna. – Już kończę…
– No ja myślę – westchnął Theo, przeczesując palcami jego jasne włosy. – Wiem, że nie masz w zwyczaju świętować swoich urodzin, ale ja naprawdę chciałem, żeby ten dzień był ładny… przepraszam, że tak wyszło z tym psem – dodał i pocałował go przy uchu.
– Daj spokój – westchnął architekt i pocałował go lekko po dłoni opartej o swoje ramię. – Nie byłbyś sobą, gdybyś go nie chciał przygarnąć. A średnio przyprowadzasz coś co drugi tydzień, więc skłamię jeżeli powiem, że się nie spodziewałem – dodał lekkim tonem.
Theo zaśmiał się i ścisnął go mocniej.
– Wiem, wiem… ale chciałem nam zrobić małe przyjęcie – westchnął głośno i w końcu ponownie wsunął się na jego kolana. – No już, chodź. – powiedział bardziej zdecydowanym tonem.
– Mało mi zostało – westchnął mężczyzna od razu, opierając rękę o jego udo. Spojrzał na niego ciepło i szybko cmoknął go w policzek. – Chyba, że…
– Tak! – uciął chłopak i zakręcił się na jego udach. – Nici z toru, z kwiatów i z balonów…
– Balonów?
– No tak. Chciałem trochę przystroić salon nim wrócisz z pracy – powiedział, ale szybko pocałował go mocniej, nim mężczyzna zdążył dopytać go bardziej o cokolwiek. – Ale mam jeszcze jeden prezent – westchnął i uniósł się z jego ramion. Ujął go za rękę i spojrzał mu w oczy w ten sposób, że architekt nawet się nie obejrzał na porzucone dokumenty.
Kiedy chłopak podprowadził go do kwiecistej kanapy i usadził na niej, zaraz sięgnął do leżącej obok torby i wyjął z niej prostokątne pudełeczko.
Zaciekawiony Anthony ujął je szybko i uśmiechnął uroczo, przyciągając kochanka do pocałunku.
– Co to takiego? – dopytał, kiedy Theo usiadł obok i wtulił twarz w jego ramię.
– Ech… wiesz, jaki jestem zapominalski – westchnął i pocałował go po ramieniu. – Ale tak sobie myślę, że to ci się spodoba. Otwórz i zobacz. Wszystkiego najlepszego – dodał jeszcze i poczerwieniał mocniej.
Anthony zaintrygowany zdjął wieczko pudełka i roześmiał się w głos, kiedy jego wzrok padł na pierwszą wąską kartkę, na której obok tęczy i balonów widniał fioletowy napis „Wszystkiego najlepszego, Anthony!’ zapisany płynnym, starannym pismem chłopaka.
– Postarałeś się, widzę – zaśmiał się, bo obaj już dawno doszli do wniosku, że jeżeli chodzi o rysowanie, Theo pozbawiony jest jakiegokolwiek talentu.
– No pewnie – szepnął Theo, nie zamierzając zdradzać, że za rysunki odpowiedzialny jest Colin. – Wyjmij wszystkie. – dodał, skrywając się za nim.
Anthony z nieschodzącym z ust uśmiechem, wyjął wszystkie karteczki i przełożył pierwszą na koniec. Napis: „Bony na Theo” brzmiał co najmniej zachęcająco więc odsłonił kolejną kartkę.
– „Trzy słodkie buziaki od Theo” – przeczytał niskim tonem, a Theo ścisnął go mocniej. Czując to, mógł się tylko domyślać jak czerwony jest chłopak na twarzy, ale nie chcąc go męczyć, już teraz przełożył kilka kolejnych kartek, które jak na razie składały mu obietnice cudownych całusów od Theo w większej ilości.
Kiedy natrafił na kolejną kartkę, tym razem opatrzoną koślawa pandą trzymającą prezent, przygryzł mocniej wargę.
– Mmm… „Gorący masaż wykonany przez Theo” – odczytał i  ruszył dalej. – O, to mi się podoba – zaśmiał się, kiedy dotarł do bonu z napisem „Theo zadowala mnie ustami”, zaśmiał się ponownie. W sumie nawet przez myśl nie przeszło mu, że Theo mógłby napisać cos takiego jak „lodzik”, „obciąganie”. To było takie typowe dla niego, że nie określał ich zbliżeń w potoczny sposób.
Kiedy przełożył kolejne kartki, a na nich nadal widniało owe „Theo zadowala mnie ustami’ obejrzał się na chłopaka i uszczypnął go w policzek.
– Sam nie wiem czy to na pewno nadal jest prezent dla mnie  – zauważył, a kochanek  wyszczerzył się do niego i pokiwał głową.
– Oczywiście – rzucił nieco zduszonym głosem.
Anthony w doskonałym humorze przeglądał karteczki, nie mogąc nie szczerzyć się do tych wszystkich rozkoszy, jakie mu zapewniały. Oczywiście Theo nie używał słowa „seks”, a raczej „miłość”. „Miłość na sianie”, „Miłość w lesie  za domem”. Nie było też słowa „szybki numerek”, którym Anthony określiłby „Chwilę rozkoszy” między innymi na kuchennym stole, na schodach, przed pracą i pod prysznicem.
– Och, Theo… – westchnął, kiedy dotarł ponownie do pierwszej karteczki.
– Podoba ci się? – zapytał chłopak, a on odchylił się do tyłu i oparł plecami o oparcie kanapy.
Od razu wsunął dłoń na szyję kochanka i przyciągnął go do swoich ust.
– No pewnie! Jesteś taki słodki – dodał i pocałował go czule, po chwili pogłębiając pieszczotę. – Jak długo są ważne te bony? – dopytał po chwili i pogłaskał wierzchem dłoni czerwony policzek Theo.
– Aż do wykorzystania – zapewnił chłopak i uśmiechnął się szeroko, pomimo tych palących rumieńców. – Kocham cię – westchnął jeszcze i spojrzał na niego przejęty. – To co byś chciał dzisiaj? – zapytał szybko.
Anthony zastanowił się dłużej i ponownie przejrzał podarowane bony. W końcu odnalazł ten z czerwonym napisem.
– Czy „Zmysłowy taniec” zawiera w sobie sceny rozbierane? – dopytał szybko prezentując chłopakowi kartkę. Widząc jego minę, roześmiał się w głos i przygryzł wargę.  – Rozumiem, że tak, i że skoro widnieje tu taka propozycja, to jesteś zupełnie świadomy, że ci nie odpuszczę – dodał, a Theo odetchnął głośno.
Jasne, że miał tego świadomość. Choć musiał przyznać, że wszystkie te propozycje zawierające aż tyle odwagi z jego strony zapisał chyba zaślepiony tym, by za wszelką cenę sprawić Anthony’emu radość i przyjemność.
Pokiwał jednak głową, a widząc jego wyczekujące spojrzenie odebrał od niego kartkę i nieco drżącymi palcami przerwał ją do połowy.
– Pewnie, że tak… w końcu masz urodziny – rzucił i zaraz zsunął się z kanapy. Szybko przeszedł do stojących przy komodzie przy schodach kolumn i nieco się ociągając, włączył podłączony do nich telewizor. Zaraz  pilotem przełączył na odtwarzacz i po kilku sekundach odnalazł piosenkę, która według niego przynajmniej trochę nadawała się do takich celów. Kiedy ustawił ją na powtarzanie, odłożył pilot i sięgnął do szuflady po żel nawilżający. Zaciskając na nim palce w końcu odwrócił się ku mężczyźnie, na twarzy, którego podniecenie walczyło z zaskoczeniem. Kochanek na pewno nie spodziewał się po nim czegoś takiego, a to dodało mu nieco więcej odwagi. [***]
Anthony niemal z zapartym tchem obserwował chłopaka, który z dosyć poważną miną wrócił do niego i położył na stoliku tubkę z żelem, tuż obok pudełeczka z włożonymi w nie bonami.
Zakręcił się nieco niespokojnie, czując jak już od pierwszych taktów piosenki, jego ciało przechodzą przyjemne dreszcze.
– Och… Theo… – westchnął wpatrując się w niego mocno.
Chłopak zakręcił lekko biodrami i spoglądając na niego z zawziętą miną, przesunął dłońmi po swojej szyi, odchylając ją nieco na kark.
Architekt uwielbiał jego jasną skórę i odetchnął aż, widząc, jak kochanek ją przed nim prezentuje. Jak urzeczony przyglądał się jego powolnym ruchom. Nie oczekiwał dzikiego striptizu i pewnie dlatego też zmysłowe ruchy Theo tak bardzo go podniecały. To, jak  przesuwał dłońmi po swoim torsie czy bokach, wpatrując się przy tym w niego intensywnie. Z każdym jego ruchem jego długie, piękne włosy przelewały się po jego szyi i ramionach, a architekt mógł przysiąc, że nawet z tej odległości czuje ich pociągający zapach. Kiedy dostrzegł jak kochanek oblizuje lekko usta, poczuł mocno ukłucie podniecenia.
– Podoba ci się? – zapytał Theo, a on tylko skinął głową, obserwując jak powoli podciąga do góry koszulkę. Kiedy odrzucił ją na bok, a jego włosy rozsypały się na jego ciało, westchnął aż głośniej i wsunął dłoń na swoje udo.
Theo zakręcił się i zaraz odwrócił do niego tyłem. Obserwując jego plecy, wzdłuż których biegły cienkie blizny, Anthony miał ochotę zerwać się z miejsca i natychmiast się do nich docisnąć, wtulając się kroczem w jego pośladki. Kiedy jednak dostrzegł, jak kochanek zsuwa powoli spodnie, przełknął ciężej ślinę i sapnął głośniej. Był pewien, że w momencie, w którym Theo pochylił się niżej, by je ściągnąć do ziemi, a w końcu zdeptać, nie miał nawet pojęcia jak bardzo na niego działał. Kiedy wyprostował się i przegarnął ręką włosy, Anthony mimowolnie zafalował biodrami.
– Odwróć się… – szepnął nieco ochrypłym głosem, a kiedy Theo to zrobił, niemal jęknął na widok jego zarumienionych policzków. Chłopak ponownie zaczął przesuwać palcami po swoim szczupłym ciele i nagle coś w Anthonym zaczęło się buntować. Czemy to on nie mógłby tego robić?
Szybko uniósł się z miejsca i uśmiechnął zadziornie do kochanka.
– Wiesz… to niesprawiedliwe. Ja powinienem cię tak dotykać – szepnął przekręcając go do siebie tyłem i od razu wsuwając dłonie na jego ciało. Falował lekko biodrami, zgodnie z rytmem piosenki, który jeszcze bardziej go podniecał.
Theo odetchnął głośno i odchylił głowę na jego ramię.
– To twoje urodziny, więc możesz robić co tylko chcesz – zapewnił nieco drżącym głosem, nadstawiając się ochoczo do jego rąk.
Anthony zaśmiał się nisko i wtulił twarz w jego szyję.
– Pewnie, że tak… –  westchnął, znacząc jego skórę powolnymi, mokrymi pocałunkami.
W końcu podszedł z nim do kanapy i skubnął zębami jego ucho.
– Uklęknij i pokaż mi się – polecił, a Theo szybko wykonał jego polecenie. Zaraz poczuł, jak kochanek powoli ściąga z niego bokserki, uwalniając tym samym sztywną męskość, która od razu ciężko wyprężyła się między jego udami. Kiedy przeciągłymi ruchami zaczął masować jego uda i pośladki, Theo zacisnął wargi i przymknął oczy, wbijając palce w podłokietnik, o który się opierał.
– Anthony… – szepnął zduszonym głosem i obejrzał się na niego, czując jak kochanek pochyla się do niego mocniej.
Mężczyzna oblizał usta, obserwując jak ciało Theo pokrywa się gęsia skórą, a każdy pojedynczy włosek staje dęba. Uwielbiał doprowadzać go do tego stanu. Przesuwając palcami jednej ręki  wzdłuż przerwy między jego pośladkami, sam sięgnął do rozporka, chcąc jak najszybciej zsunąć spodnie z bioder. A przynajmniej wyjąć na wierzch pulsującego penisa.
Kiedy mu się to udało, od razu przykrył ciało Theo swoim i pocałował go po karku, a  później wzdłuż kręgosłupa, aż dotarł do jego połóweczek. Rozszerzając je dłońmi, wtulił między nie twarz i językiem zaczął obrysowywać zaciśniętą dziurkę.
Głośny jęk kochanka szybko udowodnił mu, że pomimo mijającego czasu, kiedy byli razem, ten dotyk nie znudził mu się jeszcze, a może nawet wręcz przeciwnie, sprawiał więcej przyjemności.
Pieszcząc go ustami, sięgnął po leżącą na stole tubkę z lubrykantem i zaraz wycisnął nieco żelu na swoje palce. Zamknął ją i odłoży na bok, a palcami powoli zagłębił się w szparce Theo.
– Och…! Tak…! – westchnął głośno chłopak i przymknął aż oczy, odchylając do tyłu głowę. – Anthony…! – jęknął drżąco i wygiął się mocniej, wiedząc, że mężczyzna uwielbia, gdy jego ciało przybiera taki kształt.
Architekt odetchnął głęboko i uniósł się lekko, podpierając się kolanem o siedzenie kanapy. Wolną dłonią przesunął wzdłuż wygiętych pleców kochanka i uśmiechnął się czując pod palcami wilgoć.
– Już… odwróć się – szepnął, a Theo zsunął się z jego palców i ułożył się na plecach. Zarumieniony posłał mu rozkochane spojrzenie i rozłożył pod nim uda.
– Ale ty też się rozbierz – zaproponował i uniósł się by pomóc mu ściągnąć koszulkę. Przesunął przy tym dłońmi po torsie mężczyzny i jęknął cichutko, kiedy Anthony odsunął się by zdjąć spodnie i bieliznę. Szybko jednak wrócił między jego uda i ułożył się na jego ciele.
Od razu wcałował się w jego tors, falując zmysłowo biodrami.
– Wiesz… możesz głośniej… – szepnął, słysząc jak Theo za zaciśniętymi wargami hamuje jęki.
Chłopak spojrzał na niego nieco nieobecnym spojrzeniem i zaraz, wsuwając dłoń w jego miękkie włosy, docisnął go do swojej szyi.
– Anthony! – westchnął i zadrżał mocno, kiedy poczuł, jak kochanek sięgając między ich ciała nakierowuje penisa na jego mokrą dziurkę. Uniósł wyżej uda, by mu to ułatwić i jęknął głośno, czując jak rozpycha go sobą powoli.
– Dobrze? – dopytał chrapliwym głosem, nie przestając pieścić jego ucha i szyi.
Chłopak jęknął płaczliwie i pokiwał głową.
– Tak! Boże… Ant… Anthony… – wydusił przez zaciśnięte podnieceniem gardło. – Tak dobrze…! – jęknął i napiął się cały, kiedy mężczyzna zaczął się w niego wsuwać powolnym, mocnymi ruchami. Wsłuchując się w jego głębokie oddechy i wypełniającą pomieszczenie piosenkę, Theo wariował pod jego dotykiem, mając wrażenie, że melodia tylko potęguje jego doznania.
Wzdychając i jęcząc, ocierał się o niego i masował mocno jego szerokie plecy, starając się odpowiadać na jego ruchy w sobie.  Miał wrażenie, że czas zupełnie przestał mieć znaczenie i dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że biodra mężczyzny przyspieszają, a do odgłosów ich miłości, dołącza ten dźwięk, gdy Anthony obija się mocno o jego pośladki.
– Dobrze ci? – dopytał zdławionym głosem, a spojrzenie jakie architekt mu posłał, mówiło więcej niż jakiekolwiek słowa.
Już po chwili dobijając się do niego ostatnimi chaotycznymi ruchami, Anthony dopadł do jego warg i wcałował się w nie mocno. Zdusił jęk w tym pocałunku i doszedł głęboko w ciele Theo.
Ten zakręcił się niespokojnie i skubnął zębami wargę mężczyzny.
– Och…! An… Tony…! Anthony…! – wzdychał, ocierając się o jego podbrzusze wrażliwym członkiem. Mężczyzna wtulił się w niego mocno i już po kilku chwilach, poczuł jak chłopak ściska go mocno całym sobą i dygocząc, dochodzi między ich ciałami.
– Anthony…! Anthony! Tak dobrze…! – wydusił i  po chwili rozluźnił się lekko, choć jego ciało nadal drżało.
Architekt zaśmiał się nisko i ułożył na jego ciele.
– Mmm… najlepsze urodziny w całym moim życiu – szepnął całując jego wilgotną szyję i oddychając głęboko.
Theo roześmiał się starając się uspokoić spazmatyczny oddech.
– Och… – westchnął jedynie i przymknął oczy, rozkoszując się leniwymi pocałunkami, jakimi pieścił go mężczyzna.
Po chwili Anthony wysunął się z niego i ułożył obok, ciasno się do niego przytulając i masując po żebrach.
– Jesteś najseksowniejszym mężczyzną jakiego znam – westchnął i przegarnął dłonią jego włosy. Theo zachichotał tylko i oblizał usta.
– To dobrze, ale wiesz co… wiesz na co mam ochotę? – dopytał i przetarł kciukiem jego szorstki policzek. Widząc jego zaciekawione spojrzenie, sięgnął do jego warg i pocałował je krótko. – Na szampana – zaśmiał się i zaraz uniósł się z kanapy.
– Jesteś okrutny… tak szybko mi uciekasz – westchnął Anthony obserwując jak chłopak sięga po ubranie i zaczyna je na siebie zakładać.
Theo tylko się na niego obejrzał i zaśmiał krótko, wciągając szybko spodnie.
– Nie marudź. Ubieraj się i chodź. Będzie miło. Obiecuję – dodał i pochylił się jeszcze raz by pocałować go mocniej. Kiedy udało mu się oderwać od tej pieszczoty, którą Anthony przedłużał, roześmiał się w głos i przeszedł do komody. Wyłączył muzykę i z uśmiechem ruszył w kierunku kuchni.
– Chodź na werandę – rzucił jeszcze zakładając po drodze koszulkę.
Kiedy wyjął z lodówki szampana i wziął jeszcze z szafki dwa kieliszki od razu ruszył z powrotem. Przechodząc przez salon upewnił się, że Anthony zebrał się z kanapy i zaraz wyszedł na zewnątrz.
Uśmiechnął się od razu na widok swojego mężczyzny i postawił kieliszki na wiklinowym stoliku stojącym przed dwuosobowa huśtawką. Szybko też wręczył butelkę architektowi i zajął miejsce obok niego.
Anthony roześmiał się pod nosem i zabrał się za otwieranie szampana, wiedząc, że Theo najzwyczajniej na świecie boi się to zrobić. Z uśmiechem na ustach i znaczącym spojrzeniem kierowanym ku chłopakowi otworzył butelkę i napełnił kieliszki.
Kiedy podał jeden Theo, sam oparł się wygodniej o oparcie huśtawki i objął kochanka ramieniem.
– Tak, zdecydowanie są to najlepsze urodziny – powtórzył jeszcze i pocałował chłopaka w pachnące włosy.
Theo zaśmiał się cicho i upił łyk alkoholu. Przez chwilę rozkoszował się ciszą, jaka panowała wokół. Zapadał już wieczór, więc było nieco chłodniej niż jeszcze kilka godzin temu.
– Jest tak spokojnie – westchnął. – Wiesz, cieszę się, że jednak tu zamieszkaliśmy – dodał i zerknął na profil mężczyzny.
– Ja też. Tylko czasami się boję, że skoro podoba mi się taka sielanka, to oznacza jedynie to, że się starzeję – zaśmiał się cicho i pogłaskał Theo po włosach. – I czasami się też boję, że w końcu, wymienisz mnie na jakiegoś kolejnego zwierzaka znalezionego po drodze.
Ledwie o tym pomyślał, a już do jego uszu dobiegło wesołe poszczekiwanie i na werandę wpadło całe ich stadko psów. Roześmiał się w głos i złożył kolejny pocałunek na głowie Theo.
Nie mógł tego przyznać, by Theo się nie zapomniał w tym przygarnianiu porzuconych zwierzaków, ale naprawdę to ujmowało go to na swój sposób. Uwielbiał obserwować, jak Theo w wolnych chwilach bawi się z psami lub je ‘układa’, a czasami po prostu przewala się z nimi po trawie.
– Oszalałeś – sapnął chłopak i pocałował go przy uchu. – Nigdy cię na nic nie wymienię. Za bardzo cię kocham – dodał i zerknął na niego ciepło.
Psy widząc, że nie mają na co liczyć z jego strony też w końcu się pokładły na deskach. I jedynie ich nowa znajda kręciła się niespokojnie, co raz obwąchując jakieś przedmioty stojące na werandzie, albo inne psy.
– To jak go nazwiemy? – zapytał po chwili Theo, przyglądając się łaciatej kulce, aktualnie zajmującej się przygryzaniem ucha Barry’emu. Stary bernardyn nic sobie z tego nie robiąc, ziewnął przeciągle i złożył łeb na łapach.
Anthony zaśmiał się pod nosem i skubnął policzek Theo.
– Może Bon?
– Bon? – zdziwił się chłopak i zaraz zarumienił się delikatnie. – Ech… niech będzie i Bon – zgodził się i uniósł spojrzenie na mężczyznę. – Kocham cię i tylko dlatego zgadzam się na twoje szalone pomysły – dodał, a widząc rozbawienie na jego twarzy, szybko się w niego wtulił i upił łyk szampana.
– Wiem, mój książę i też cię kocham. Najmocniej.

Reklamy

2 thoughts on “Till We Are – Bon i bony

  1. Ohmai QUQ. To jest tak niemożliwie idealneeeeee! Tak strasznie chciałam wiedzieć, co u nich, jak sobie radzą i w ogóle… i nareszcie! Jakoś tak czytając, od razu pomyślałam o Theo na samym początku TWA. Wtedy jeszcze o Andy’m. O tym zaszczutym, przestraszonym chłopcu. Bogowie! Jaką on długą drogę przeszedł. Dzielniak <3.
    Tak samo zresztą jak i Tosiek! Takie cudowne ciepło od nich bije, od tego uczucia między nimi, od tego, co ich łączy i co razem zbudowali. I od tych wszystkich piesełków, z którymi pewnie Tosiek dzielnie musi rywalizować o uwagę Theo. Trzymam za niego kciuki! xD
    Ten pomysł z bonami jest tak piękny! A Theo ubiera to w takie niewinniakowe słowa, to tak bardzo w jego stylu QUQ. Ach, uwielbiaaaaam~ I ten jego taniec, i te seksy, i piosenka, która tylko nadaje klimatu i pozwala tak bardzo się wczuć. Naprawdę zwolniłam w tamtej chwili czytanie, żeby się tym momentem… sama nie wiem… sycić? XD

    1. No, dzielniak. Chyba jak do żadnej z par, pasują do nich takie sielankowe klimaty i pieseły u stóp. Na szczęście pewne rzeczy się nie zmieniają i Theo nigdy chyba nie umiałby być wulgarny. xD Tosiek kiedyś umrze z przesłodzenia. Ale kto wie, może i kiedyś, kiedyś, kieeedyś Theo by zaczął mówić my brzydko. Skoro już mu zatańczył, to o, może za kilka lat… a za jakieś sto lat jakieś klimaty sado-maso.
      Rety… sama się skrzywdziłam tą wizją. :D
      <3333

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s