Królewicz Nocy

Tekst napisany wspólnie z Nieocenioną Jun. 
Dziękuję


Leżąc w swoim szerokim, przepełnionym miękkimi poduchami łożu, Amariell nieprzerwanie wpatrywał się w okno, częściowo tylko przysłonięte ciężką zasłoną. Najmniejszy szmer sprawiał, że jego ciało spinało się, a on wytężał wszystkie zmysły, chcąc wyczuć swojego gościa i mając nadzieję, że to właśnie on. Tymczasem to ciągle kpił sobie z niego wiatr, który poruszając lekko firaną, wciskał się w każdą najmniejszą szczelinę, przypominając mu o oznakach obecności tego, którego tak uparcie wyczekiwał.
Młodzieniec nie był do tego przyzwyczajony. Do wyglądania za kimś, do poczucia, że to nie czas określony przez niego jest świętością. Był Królewiczem, a królewicze nie zwykli czekać.
Oblizał pełne wargi i mocno potarł o siebie jasnymi udami, skrytymi pod pierzyną. Ile to już dni minęło od czasu, gdy widzieli się po raz ostatni? Trzy? Cztery? Nie było to nawet ważne, bo cały ten okres był wypełniony jedynie nieznośnym oczekiwaniem, w mniemaniu Amariella, trwającym nieskończoność.
Był Królewiczem, a czuł się jak pies. I mógł się denerwować, mógł być wzburzony, ale doskonale wiedział, że gdy tylko jego Pan się zjawi, odda mu się bez chwili wahania. Każdy kolejny podmuch wiatru napawał go drżeniem, a cień kryjący się za zasłoną przybierał kształty kochanka by zaraz rozmyć się i ulecieć, pozostawiając za sobą jedynie palące niespełnienie.
Nagle jednak, ku jego uldze na marmurowym parapecie wylądował jego gość. Amariell od razu wbił wzrok w jego ślepia i zacisnął mocniej pięści na krawędzi pierzyny.
Wraz z silniejszym podmuchem wiatru, Dunkan z głośnym łopotem nietoperzych skrzydeł wpadł do środka, a on obserwował, drżąc, jak z niewielkiego nocnego łowcy jego ciało przemienia się w ciało rosłego mężczyzny. Gdy wyprostował się dumnie, dłońmi zakończonymi ostrymi szponami rozchylił na boki pelerynę i zwrócił szkarłatne spojrzenie ku łożu.
– Czekałeś, Amariellu…? – zapytał spokojnym tonem i oblizał sine wargi od razu czując jak krew w ciele młodzieńca płynie szybciej.
Królewicz natychmiastowo uniósł się do siadu, a jego policzki pokryły się wyraźnym rumieńcem. Mimo ciemności od razu dostrzegł lśniące czerwienią oczy swojego kochanka, tego, na którego tak czekał. Tego, który kazał mu siebie wypatrywać. Na swojego Pana Nocy.
Chciał zmarszczyć brwi, przybrać zły wyraz twarzy i dobitnie okazać całe swoje niezadowolenie, jakie jeszcze chwilę temu czuł, ale w takich momentach potrafił tylko na niego patrzeć i zatracać się w jego postaci. Choć nie chciał, by Dunkan o tym wiedział, nie łudził się, że tak jest.
Bezwiednie skinął głową, jednak zreflektował się szybko i ze świstem wypuścił powietrze.
– Zawsze każesz mi czekać tak długo…! – sapnął, chcąc zabrzmieć groźnie, ale nawet on sam doskonale usłyszał, że jego głos był raczej miauknięciem. Prośbą. Błaganiem. Tęsknotą.
Dunkan uśmiechnął się kącikiem sinych ust i podszedł do łoża, głośno stukając obcasami butów.
– Doskonale wiesz, że to dla twego dobra – powiedział nieco hipnotyzującym głosem i usiadł na pościeli, sięgając chłodną dłonią do ręki młodego Królewicza. Miękkie miedziane włosy przelały się kaskadą na jego ramię, łaskocząc lekko dłoń Amariella.
– Nie powinienem zbyt często upuszczać ci krwi – dodał wampir i pogładził jego ciepłą, delikatną skórę. Bardzo trudno było mu się powstrzymywać, gdy czuł jej zapach, a Amariell ostatecznie pozwalał mu na wszystko. Jego krew była jak boski nektar, zbyt mocno zaślepiała jego zmysły, by mógł się jej opierać, będąc tuż obok.
Amariell pokręcił uparcie głową i zmarszczył jasne brwi. Wiedział, ale ta wiedza niczego nie zmieniała, bo i tak każdą chwilę pragnął z nim dzielić.
– Nieprawda! Wytrzymałbym to – zarzekał się, splatając place z chłodnymi palcami Dunkana i przyciągnął go ku sobie. – Teraz czuję, jakby za dużo krwi płynęło w moich żyłach. Nie słyszysz jak buzuje? – zapytał, ściszając głos i sięgnął do jego warg, miękkich i cudownych, choć chłodnych. Dopiero po nocy z nim zawsze stawały się cieplejsze i nieco zaczerwienione.
– Czuję – szepnął wampir i przesunął nosem po gładkim policzku Amariella. Obnażył lekko kły i wciągnął drżąco zapach ciała młodzieńca. Nie zamierzał spierać się z upartym Królewiczem o to, jak wiele ten mógł znieść, zresztą pragnął go zbyt mocno, by rozpraszać utarczkami, przepełnione żądzą myśli. – Czuję, Amariellu i wiedz, doskonale słyszę jak mnie woła i kusi – szepnął sięgając wargami do ucha kochanka i skubiąc je lekko zębami. – Ale powiedz mi, czym zajmowałeś się przez te dni, gdy się nie widzieliśmy?
Amariell zadrżał pod dotykiem warg i zębów Dunkana i przylgnął do niego ciaśniej. Podniósł na jego cudownie przystojną twarz, błyszczące oczy i odetchnął płytko.
– Czekałem – odparł natychmiastowo, splatając dłonie za jego karkiem. Każda inna odpowiedź wydawała mu się nieprawdziwa, bo nawet jeśli na jego barkach spoczywały różne obowiązki, on myślami ciągle był przy ich wspólnych nocach. – Och, i wiesz… moja Pani Matka zażyczyła sobie balu. Takiego, na którym wszyscy goście noszą maski – dodał po chwili, po raz kolejny wychylając się do ust wampira. Czasami nie mógł znieść tego, że on sam był tak bardzo spragniony i tak mocno łaknął bliskości, a jego Pan Nocy zawsze, nawet jeśli mówił, że było inaczej, potrafił być opanowany.
Dunkan uśmiechnął się w skórę młodzieńca, czując jak niecierpliwie oczekuje kolejnego jego ruchu.
– Nmmm… więc będę musiał oddać ciebie na tę noc? – zapytał z pomrukiem i dłonią rozsunął poły jasnej koszuli kochanka. Rozpalonym wzrokiem przesunął po szczupłej klatce piersiowej, w której tak głośno łomotało gorące serce Amariella. – Musisz więc zaspokoić mnie na długo – dodał wsuwając się głębiej na pierzyny, którymi zasłane było przepastne łoże. – Masz na myśli coroczny bal ku czci zmarłych? Czy aby na pewno nie powinieneś tej nocy świętować ze mną? – zapytał, drocząc się z Amariellem. W końcu on sam również nie był już żywy.
Przesunął paznokciami po jego piersi i w końcu sięgnął wargami do różowych ust kochanka.
Amariell jęknął cicho oddając się tej pieszczocie i przylgnął ciaśniej do Dunkana, zachłannie oddając pocałunek i pogłębiając go.
– Tak… właśnie to – wyszeptał po chwili i spojrzał w jego twarz. Ciągle tak bardzo spokojną! – Chcę z tobą. Tylko z tobą! Wiesz o tym… – westchnął, drżąc lekko pod dotykiem jego chłodnych dłoni. – Nienawidzę tych głupich zobowiązań…!
Dunkan rozsunął szerzej koszulę młodzieńca i zaraz zsunął ją z jego ramion.
– Jesteś Królewiczem, takie są twoje powinności – szepnął przygryzając lekko wargi Amariella. – Ale nie mówmy o tym, nie mam zamiaru cię pouczać – dodał, rozkoszując się przyjemnym, ciepłym oddechem kochanka. – Rozbierz mnie, jestem spragniony. – Oblizał powoli wargi, wpatrując się mocno w jego błyszczące oczy. – Ty też. Czuję to. Nie zwlekaj już… – westchnął wsuwając dłoń w jego piękne, jasne włosy.
Amariell ponownie wychylił się ku jego wargom i pocałował go mocno, jednocześnie sięgając do sprzączki od peleryny. Rozpiął ją, a ta ciężko opadła na ziemię.
– Wolałbym być twoim sługą niż takim królewiczem… – wyszeptał chrapliwie, ocierając się zaczerwienionymi wargami o jego usta. Zaczął przy tym sprawnie rozpinać ciemną koszulę swojego kochanka, a gdy rozchylił jej poły, pochylił się do jego torsu i pocałował go w miejscu, pod którym znajdowało się milczące serce jego kochanka.
Dunkan odetchnął głośno, gładząc dłonią gorące plecy Amariella i odchylając lekko głowę.
– Och… Amariellu, nie bluźnij, mój Królewiczu – szepnął jedynie, przeczesując ostrymi paznokciami jego włosy. Po chwili też odsunął jego wargi od swojego wychłodzonego ciała i odwrócił młodzieńca tyłem do siebie. Słyszał jak krew w jego żyłach burzy się i szumi głośno, lecz opierając się jej, przesunął kłami po gładkim ramieniu i wbił je bardzo delikatnie, tylko tak, by Królewicz mógł poczuć lekkie ukłucie. Sam powoli się rozgrzewał, lecz jego ciało nie było nawet w małej części tak gorące jak ciało Amariella.
Kiedy rozkrył pierzynę odetchnął aż ciężej na widok jego nagich pleców i gładkich pośladków skąpanych w ciepłym świetle świec. Ten widok uświadomił mu szybko, że nie tylko za gęstą krwią Amariella tak niemożliwie tęsknił. Pochylając się nad nim, przesunął nosem po jego łopatkach i zacisnął palce na biodrze.
– Mój słodki – westchnął, obcałowując kusząco wygięty kręgosłup Królewicza letnimi wargami. – Przygotuj się na mnie – szepnął jeszcze, nie chcąc samemu poranić go długimi szponami.
Amariell wstrzymał oddech i wyprężył się mocniej pod Dunkanem. Oddychając płytko przez rozchylone usta, sięgnął pod poduszki i wyjął spod nich małą fiolkę z gęstym, pachnącym olejkiem. Odkręcił ją od razu i wylawszy sobie nieco chłodnego płynu na dłoń, roztarł go między palcami, a potem sięgnął do swoich pośladków i między nie.
– Wiesz… wczoraj leżałem już gotowy… – przyznał drżącym z podniecenia szeptem. – Tak bardzo cię chciałem… – westchnął, napierając palcem na swoje wejście i wślizgnął się w nie szybko. – Tak tęskniłem… a ty, Dunkanie? Tęsknisz za mną czasem?
Wampir przesunął spojrzeniem po palcu niknącym, aż po knykcie w ciasnym wnętrzu młodzieńca i sam zacisnął mocniej palce na pośladkach Królewicza.
– Czasami – powiedział z błyskiem w oku i pochylił się by zacząć obcałowywać jego jasną skórę. – Czasami pragnę porwać cię w swoich ramionach do mojej Twierdzy i zamknąć cię tam na zawsze, tak, byś nigdy nie mógł już spojrzeć na innego mężczyznę – powiedział opanowanym głosem, skubiąc ustami pomarszczoną różową skórkę zaciskającą się na palcu Amariella. – Jednak wiesz jak bardzo chciałbym uchronić cię przed takim losem – szepnął sięgając dłonią do pasa swoich spodni i rozpinając je powoli, czuł jak ciepło bijące od Amariella i jego woń sukcesywnie pobudzała jego męskość.
– Mmm… – Amariell zamruczał z przyjemności, mając przy swoim wejściu usta kochanka i szybko naprał na nie kolejnym palcem. Pragnął go już poczuć, bo ta przyjemność, którą mógł dać sobie sam palcami była niczym w porównaniu z tym, co mógł dać mu jego kochanek.
– Ja i tak nigdy na żadnego nie spojrzę – zarzekał się, wypinając mocniej. – Żaden mężczyzna tobie nie dorówna, Dunkanie – westchnął, trąc o siebie rozgrzanymi udami, między którymi pulsowało jego zupełnie już sztywne przyrodzenie. – A ty… pragniesz innych, mój Nocny Książę?
Wampir przygryzł zębami skórę na pośladku młodzieńca i otarł się o nią policzkiem.
– Jedynie krwi mógłbym pragnąć, ale na zawsze chciałbym posiąść jedynie ciebie – szepnął sięgając do jego nadgarstka i wąchając go lekko. Czuł jak poprzez znajdującą się w nim tętnicę krew płynie szybkim nurtem. – Wiesz o tym, Amariellu – dodał półtonem i wyprostował się za nim. – Podobnie jak o tym, że nie ma na tym świecie słodszej krwi od twojej – dodał spokojnym głosem i ujął w dłoń swoją nabrzmiałą męskość. Otarł się nią o wilgoć między pośladkami kochanka i zaraz naparł mocno na znajdującą się między nimi różę. – Nmm… Ani ciała słodszego – szepnął wsuwając się głębiej i przytulając biodra do jego szczupłych pośladków.
– A-ach…! – Amariell przeniósł obie dłonie przed siebie, by móc podeprzeć się na nich, jednak i tak trudno było mu utrzymać się na drżących kolanach i łokciach.
Dunkan wypełniał go idealnie. Ich ciała pasowały do siebie tak bardzo, że od kiedy tylko po raz pierwszy mężczyzna się z nim kochał, Królewicz był już pewien, że zostali dla siebie stworzeni.
– Dla-atego powinieneś mnie zabrać… zamknąć! – sapnął, czerwieniejąc na policzkach jeszcze mocniej i zakręcił zachęcająco biodrami. – Proszę… mój Panie, tak cię pragnę! – wyszeptał żarliwie, zaciskając się na nim bardziej.
Dunkan zafalował mocniej biodrami, ocierając się podbrzuszem o pośladki kochanka. Jego ciało również zadrżało mocniej, kiedy czuł jak otula je to niesamowite, aksamitne gorąco.
– To nie jest życie dla ciebie – powiedział stanowczym głosem i pochylił się do jego szyi, podpierając się na silnym ramieniu. – Nie skażę cię na takie cierpienie – szepnął wtulając twarz w jego buchającą ciepłem skórę i podrygując mocniej biodrami. Wolną ręką masował jego szczupły tors, co chwilę zahaczając paznokciami o twarde brodawki. – Doskonale wiesz, jak bardzo cię kocham – dodał przyspieszając i upajając się zapachem jego ciała.
Amariell jęczał głośno pod dotykiem kochanka, nie obawiając się, że przez grube mury i ciężkie dębowe drzwi ktokolwiek go usłyszy.
– Mmmm…! Ja też, te-ż… Tak cię kocham! – westchnął, przymykając oczy i czerpiąc tylko przyjemność z ruchów wampira. – I nie chcę… nie chcę, żebyś mnie zostawił! Nie możesz…! – wyszeptał, opadając twarzą w poduszkę i tylko ruchem bioder odpowiadając na tak cudownie rozpalające go posunięcia.
Wampir przymknął oczy oddając się przyjemności i wsuwając się w młodzieńca nadludzko szybkimi ruchami.
– Och… Nie zostawię – szepnął, uchylając wargi i ocierając się swędzącymi kłami o szyję młodzieńca. Chciał już go skosztować, poczuć gęstą krew rozgrzewającą jego wnętrze, mieszającą się z jego własną. – Nie zostawię, Królewiczu – szepnął wchodząc w niego pojedynczymi ruchami.
Kiedy poczuł jak Amariell zaciska się mocniej na jego męskości uniósł go ku górze i w końcu z głośnym jękiem ulgi zatopił kły w jego miękkiej skórze. Od razu natrafił na gorącą tętnicę i wessał się w nią z pomrukiem, ściskając kochanka ramionami i podrzucając mocniej biodrami. Czuł nową energię wpływającą w jego ciało, czuł jak zimne członki rozgrzewają się i odradzają, nawet wnętrze Amariella stało się ciaśniejsze, jakby znajdująca się w nim męskość nagle nabrzmiała mocniej i delikatnie się powiększyła.
– A-aaach! – Amariell krzyknął rozdzierająco, gdy wraz z zanurzającymi się w jego skórze kłami, jego ciałem wstrząsnęła obezwładniająca rozkosz. – Du-duuun-kanie! – jęknął głośno i doszedł, nie dotykając nawet swojego pulsującego i rozgrzanego przyrodzenia.
To właśnie tak działało na niego każde ugryzienie kochanka w połączeniu z posuwistymi ruchami, które ciągle czuł w swoim spragnionym wnętrzu. Gdyby nie silne, coraz cieplejsze ręce wampira, opadłby bezwładnie na pościel. Tymczasem, choć zamroczony przyjemnością, ciągle przyjmował go głęboko w siebie.
Wampir niemal zawył w szyję Amraiella, czując jak ten szczytuje. Ssał jeszcze chwilę nie potrafiąc oderwać się od tego słodkiego źródła. Poruszając się mocno, czuł jak na chwilę ożywione ciało szarpie się mocno w spazmach rozkoszy i po chwili rozlał się w pulsującym wnętrzu młodzieńca. Dopiero wtedy powoli wyjął z niego kły, męskością nadal go wypełniając, a podbrzuszem ocierając się o te jędrne pośladki. Zasyczał głośno przez zęby, widząc jak gęste krople skapują z jego kłów i barwią purpurą ramię Królewicza. Upojony, opadł z nim na pościel i podrygując biodrami, poruszał się w nim przeciągłymi ruchami, jednocześnie zlizując najmniejsza kropelkę nektaru z jego skóry.
– Mój słodki Królewiczu – szepnął masując tors Amariella i tuląc mocno jego plecy. Dopiero po chwili wysunął się z niego i okrył jego ciało pierzyną. Sam nie mógłby zmarznąć, pomimo tego jak swawolnie wiatr poczynał sobie w komnacie, jednak jego Królewicz bardzo łatwo mógł ulec chorobie.
Amariell oddychał płytko z wypiekami na policzkach i przymkniętymi powiekami. Za każdym razem, gdy tak bardzo tęsknił, wyobrażał sobie jak kochają się z Dunkanem nieprzerwanie od zmroku, aż do świtu, ale prawda była taka, że jeden taki raz wystarczał by odebrać mu wszystkie siły i pozostawić po sobie tylko cudowne wspomnienie rozkoszy.
– Dunkanie… – wyszeptał po chwili i przyciągnął go bliżej siebie. – Nie zostawiaj mnie, Dunkanie… – jęknął cicho, nie mając nawet sił by spojrzeć na niego trzeźwo.
Wampir pochylił się do jego warg i ucałował je niespiesznie.
– Nie zostawię. Śpij – szepnął pieszcząc jego wargi i ramiona. – Musisz nabrać sił. Ja zawsze jestem przy tobie – dodał całując go lekko w czoło, uprzednio odgarniając z niego wilgotne kosmyki.
Amariell pokręcił słabo głową. Postać jego kochanka rozmywała mu się przed oczyma.
– Nie chcę tego balu… – odetchnął po chwili, oblizując zaczerwienione wargi. – Ani być królewiczem nie chcę. Ani dziedzicem. Ani żony… Tylko ciebie chcę, Dunkanie, ciebie tylko – westchnął nieco schrypniętym głosem, czując jak zmęczenie coraz boleśniej zaczyna o sobie przypominać, a jemu tak trudno jest zachować świadomość.
– Tak, tak wiem – szeptał Dunkan czekając cierpliwie aż młodzieniec uśnie wyczerpany. Głaskał go nieprzerwanie i całował niekiedy jego miękką skórę. – Niezależnie od wszystkiego tylko do mnie należysz – przypomniał mu łagodnym tonem. Przecież to jemu Amariell oddał swoje dziewictwo, a to wraz z krwią połączyło ich już na wieki, niezależnie od tego, którą drogą Królewicz podąży.
Leżąc tak u jego boku, zawsze niemal z zachwytem wpatrywał się w jego rumianą twarz, uwielbiał obserwować te błyszczące usta uchylone delikatnie i łapiące spokojne oddechy. Zazdrościł mu tego. Snów, ciepłego oddechu, bijącego mocno serca, które w stałym silnym rytmie pompowało krew do jego żył. Tęsknił za życiem, za słońcem, które okraszało policzki Amariella brązowymi piegami, nadając mu jeszcze więcej młodzieńczej świeżości. Gdyby tylko Królewicz wiedział, jak błędne ma pojęcie o życiu wampira. Nie mógł go na to skazać, choć oczywiście, chciał go mieć zawsze u swego boku, by móc zaspokoić swój głód, żądzę, która tak boleśnie spalała jego ciało. Może nawet boleśniej niż słońce?
Przesuwając ostrymi paznokciami po policzku Amariella, Dunkan oblizał powoli kły. Nie sądził, że będąc tak silną i martwa już istotą, nadal tak mocno będzie przywiązany do żywych. Tak od nich zależny. Jego serce nie żyło, nie mogło kochać, choć przecież to powtarzał spragnionemu czułości Królewiczowi. Dla niego miłością było to uzależnienie od jego krwi, więzią, którą czuł, kiedy i jego żyły wypełniał gęsty płyn z ciała Amariella.
Nim wzeszło słońce, Dunkan osunął od siebie kochanka i okrywając go szczelnie pierzynami sięgnął po koszulę. Narzucił ją na swoje ciało, i bardzo powoli zapiął wszystkie guziki. Później na plecy zarzucił pelerynę z czarnego aksamitu i po raz ostatni pochylił się nad swoim ukochanym, który w tym momencie zerknął na niego nieco półprzytomnie.
– Śpij słodko, Królewiczu – szepnął skubiąc jego wargę i gładząc po włosach o niemal księżycowym odcieniu. – Śpij… – odsunął się od łoża i w kilku szybkich krokach stanął pod oknem.
Dzięki krwi Amariella niemal nie poczuł tego obrzydliwego zapadnięcia i skurczu, które towarzyszyły przemianie w nietoperza. W końcu stanął na marmurowym parapecie i rzucił się w noc, opuszczając kuszącą ciepłem komnatę, goszczącą go zawsze najznamienitszym nektarem.

*

Podirytowany Amariell wygonił z komnaty wyjątkowo upartą służącą, mającą mu pomóc z przygotowaniem się do balu i w pośpiechu sam zaczął przebierać się w uszyte specjalnie na tę okazję szaty. Robił to gwałtownie, jakby z nadzieją, że przypadkiem uda mu się coś uszkodzić, a to uniemożliwi mu godne zaprezentowanie się przy gościach, przez co jego Pani Matka odeśle go do komnaty. Chciał, by właśnie tak to wyglądało, by tak się to skończyło, jednak od dawna nie miał pięciu lat, a obecność na wszelkich uroczystościach nie była już przywilejem, a obowiązkiem.
Nie tak chciał spędzić tę noc. Teraz, dopinając ostatnie guziki granatowej kamizelki z tłoczonymi wzorami wijących się gałązek wierzby, co raz zerkał w kierunku uchylonego jak zawsze okna. W ten sposób w jego komnacie stale było chłodno, ale on zarzekał się, że tak mu było dobrze, mimo że zimą sypiał pod niezliczoną liczbą pierzyn i narzut. Był jednak Królewiczem i mógł sobie pozwolić na przeróżne zachcianki i dziwactwa, a przynajmniej, jak się domyślał, takiego zdania była służba.
Gdy był już gotów, przejrzał się w dużym lustrze osadzonym w ciężkiej złotej ramie. Widział w nim odbicie swojej jasnej postaci. Alabastrowej skóry, na której jednak zawsze malowały się pokaźne rumieńce, platynowych fal, okalających twarz i spływających po ramionach, i oczu w kolorze płynnego złota. Uwielbiał, kiedy Dunan mówił, że jest jak Słońce. Jego własne i świecące tylko dla niego, w przeciwieństwie do tego na niebie nietrawiącego jego skóry.
Uśmiechnął się do tych myśli, jednak wraz z ciepłem rozchodzącym się po jego ciele, poczuł w ustach smak goryczy. Znowu tak bardzo tęsknił i to ze swoim Panem Nocy chciał spędzić ten wieczór. Tylko z nim i tylko w jego ramionach, nawet jeśli, tak jak niemal zawsze, ostatecznie miałby skończyć w nich niemal bezwładnie. Kochał to. Kochał czuć go w sobie i kochał, gdy Dunkan się w nim rozsmakowywał, gdy powoli zanurzał kły w jego skórze. Przyjemność, którą zawsze mu dawał, była jak nie z tego świata. Tak samo zresztą jak i jego Pan, jego ukochany.
Amariell nie pamiętał, ileż to już nocy z nim spędził, ale stale było mu ich zbyt mało. Nie czuł się nawet odrobinę nasycony, choć jego ciało za każdym razem aż eksplodowało rozkoszą. Jednak to nie ciało było najważniejsze. Od samego początku było między nimi coś, co któregoś razu wyraziły dopiero szeptane niczym w gorączce zapewnienia o miłości. Wówczas pierwszy raz Amariell poczuł się tak dobrze, tak prawdziwie, i całym sobą odczuł, że oto właśnie tam jest jego miejsce, przy tym mężczyźnie, w jego silnych ramionach.
Dlatego tak okropnym było budzić się samotnie. Nawet jeśli rano czasami niemal boleśnie czuł w sobie Dunkana, nawet jeśli miał na sobie jego woń, a pod palcami wyczuwał miejsce, w którym tym razem zatopiły się kły mężczyzny, to wszystko było mało. To wszystko sprawiało tylko, że jego tęsknota rosła, stawała się niemal namacalna i aż bolesna.
Nigdy nie chciałby otwierać oczu przy kimkolwiek innym niż jego Pan Nocy, nawet gdyby mianem poranków miał zacząć określać zmierzch. Nie rozumiał Dunkana. Nie potrafił pojąć, dlaczego nie chciał go całego tylko dla siebie, dlaczego nie zgodził się, by go przemienić. Sam mówił, że to przekleństwo, więc dlaczego nie chciał podzielić się z nim tym ciężarem? Amariell był silny.
Po raz ostatni spojrzał w stronę okna, zdając sobie sprawę, że od jakiegoś już czasu powinien być w sali balowej. Nie widząc i nie czując żadnych oznak obecności Dunkana, strapił się nieco i oblizał zaczerwienione jak zawsze wargi. Potem ubrał maskę, która była specjalnie dopasowana do jego stroju i wyszedł ze swojej objętej chłodem sypialni.
Zjawiwszy się na dole, w pierwszej kolejności dyskretnie przeprosił za spóźnienie swoją Panią Matkę. Wydawało się jednak, że ta bawiła się dobrze i być może dlatego bardzo się tym nie przejęła, każąc mu tylko jak najszybciej dołączyć do gości. Dając się porwać do tańca jednej, z podstawionych mu przez jakiegoś lorda, panience, jak się domyślał jego córce, czuł się oderwany od własnego ciała. Nie tego pragnął. Nie niedojrzałych, drobnych dam, jeszcze dzieci, a swojego jedynego Pana. To w jego ramionach chciał wirować, im się oddać, nawet, jeśli mieliby przetańczyć wieczność, bo przecież dla niego właśnie to byłoby błogosławieństwem.
Nie miał pojęcia jednak jak wbrew jego myślom, blisko był wampir, którego tak pragnął.
Tej nocy jak rzadko, Dunkan, miał możliwość obserwowania swojego Królewicza z oddali w towarzystwie panien w szeleszczących, szerokich sukniach i panów w odświętnych kostiumach. Oczywiście to Amariella zauważył w pierwszej kolejności, nie dlatego, że wyglądał go u szczytu schodów, a raczej dlatego, że z oddali już czuł jego zapach. Lawirując między gośćmi starał się dyskretnie zbliżyć do swojego kochanka i móc zawstydzić go jakimś komplementem. Nie sądził, by dany był im taniec na parkiecie tej pięknej, przestronnej sali, lecz spragniony, pragnął jedynie ogrzać się jego ciepłem i zapachem.
Oczywiście, że nieraz upominał Amariella, buntującego się przeciw swoim obowiązkom, ale tego wieczora chyba mu na przekór, Królewicz był bardzo przykładny i sumienny. Spełniając swoje powinności, większość wieczoru spędzał ujmując w tańcu kolejne kobiety, co chwilami złościło Dunkana. Podobnie jak wzrok niektórych mężczyzn podążających za szczupłym ciałem młodzieńca. Nie musieli być bardziej bezpośredni w swoim zachowaniu, jemu wystarczyło tylko to, jak przyspieszały ich tętna, kiedy przesuwali wzrokiem po udach czy pośladkach Królewicza. Wyostrzone zmysły rejestrowały to wszystko i zaraz tuż za pożądaniem, pojawiały się w nim inne, mroczniejsze już instynkty. By jednak nie zwracać na siebie zbytniej uwagi, i on pozwolił sobie na taniec z kilkoma hrabiankami, oczywiście w każdej chwili dyskretnie obserwując kochanka.
Kiedy po jakimś czasie, Amariell w towarzystwie kilku kobiet stał przy jednej z fontann pączu, Dunkan ruszył ku nim spokojnym krokiem, wiedząc, że zupełnie nikt nie rozpozna w nim bestii z zamczyska stojącego w gęstym lesie. Przecież nawet kobiety, z którymi przed chwilą tańczył były zauroczone jego obyciem i zdolnościami tanecznymi. Maska, jaką miał na twarzy skutecznie przesłaniała ziemistą bladość jego skóry, a rękawiczki skrywały szpony. Jedynie sylwetką górował nieco nad najroślejszymi mężczyznami i tym zwracał uwagę, szczególnie dam. Doskonale czuł, która z nich był jeszcze czysta, a która chociażby przechodziła właśnie swój miesiąc. Jednak pomimo otaczających go kuszących zapachów tylko jeden był na tyle silny i mamiący, by zwabić go bliżej.
I w końcu stanął przy Amariellu i niemal przygryzł wargi, w ostatniej chwili się przed tym powstrzymując, nie chcąc zdradzić się ostrymi kłami. Pochylił się wyjątkowo nisko, unosząc szkarłatne spojrzenie na skryte pod maską oczy Królewicza.
– Witaj, mój najdroższy Królewiczu – skłonił się nie spuszczając z niego spojrzenia i powściągając lekko wargi, by nie ukazać kłów. – Jak zawsze olśniewa nas Królewicz swą obecnością – dodał ujmując jego dłoń i składając na jej wierzchu czuły pocałunek. Mógł zwrócić tym na siebie uwagę, tym bardziej, że gdy był tak blisko tego pulsującego nadgarstka, jego kły wysunęły się mocniej. Na szczęście jednak długie włosy przelały się prze z jego ramiona i osłoniły jego twarz, a on z ekstazą mógł zaciągnąć się tą wonią. Niemal zasyczał jak wąż, czując poruszenie w spodniach i przymknął oczy. Musiał go dzisiaj posiąść inaczej, tym razem już na pewno, jego ciało się rozpadnie.
Amariell poczuł dreszcze na ciele na dźwięk znajomego głosu. Przez krótką chwilę miał wrażenie, że to omamy, że do głowy uderzyło mu już wypite tego wieczora wino, choć przecież nie było go wcale dużo. Zamrugał kilka razy, ale obraz przed nim nie stracił na wyrazistości, a on całym sobą odczuł obecność Dunkana. Właśnie tu! Na balu i między innymi! Wydawało mu się, że serce wyskoczy mu z piersi.
– A-ależ nie… – wyszeptał w końcu chrapliwie, mając wrażenie, że swoim zachowaniem przyciągnął spojrzenia kilku kobiet. – To ja jestem rad, widząc tak licznie przybyłych gości. Nawet tych z najdalszych zakątków Królestwa… – dodał, siląc się na swój właściwy ton, choć po prawdzie trudno mu było nawet uwierzyć, że ciągle jeszcze trzyma się na nogach.
Dunkan zadrżał mocno, dopiero po dłuższej chwili unosząc tułów i prostując się dumnie przed Królewiczem.
– Doprawdy? – zapytał półtonem walcząc z pożądaniem i mrużąc lekko oczy, by trudniej było dostrzec ich kolor. – Jak na moje oko Królewicz doskonale się bawi w towarzystwie tylko nadobnych dam – dodał i skinął lekko głową w stronę ufryzowanych szlachcianek. – Czy jednak pozwolą mi panie na porwanie Królewicza w celu omówienia kilku interesów? – zapytał miłym tonem i z ociąganiem odwracił ku nim spojrzenie.
– Ależ oczywiście, panie, jednak po warunkiem, że zgodzi się pan zatańczyć ze mną jeden z kolejnych tańców – powiedziała ta odważniejsza, widocznie ośmielona zasłoną, jaką była maska na jej twarzy.
Dunkan uśmiechnął się nieznacznie i zerknął wyczekująco na Amariella.
– Obawiam się, że to nasz Królewicz ma tutaj decydujący głos.
– Ach, oczywiście! – zawołała kobieta i nadęła lekko karmazynowe wargi.
– Czy pozwolisz Panie, że na kilka minut oddam się tej przyjemności? – zapytał Dunkan, patrząc na drżącego młodzieńca naprawdę prowokującym wzrokiem, nie miał pojęcia jak szybko złość na obłapiających jego Królewicza mężczyzn weźmie nad nim górę.
Amariell odetchnął płytko, jednak szybko zebrał się w sobie, starając się ignorować to, co działo się w tej chwili z jego ciałem. Nie podobała mu się odpowiedź Dunkana, przecież mógł wybrnąć z tego inaczej, bo wiedział, na pewno wiedział, że on nie mógłby odmówić tej damie! Jakże zresztą bezczelnej!
– Oczywiście – odparł jednak, siląc się na spokojny ton i uśmiechnął nawet nieco sztywno w stronę kobiety. – Nie mógłbym odmówić moim gościom chwili zatracenia na parkiecie – dodał płynnie, choć najchętniej wyplułby każde to słowo.
Czując niesamowitą gorycz w ustach obserwował jak Dunkan unosi lekko ramię, do którego zaraz przypada ta kobieca dłoń. Z lekkim uśmiechem ruszył u jej boku na środek sali, gdzie pary wirowały w kolejnym walcu. Dołączyli do nich, a on przypatrywał się jak wampir wsuwa dłoń na lędźwie partnerki i zaciska ją lekko na jej szmaragdowej sukni. Stanowczo zbyt nisko! Tak po prawdzie wcale nie pamiętał nazwiska tej szlachcianki, a ona ot tak zbierała mu Dunkana. Jego Dunkana!
To on powinien być na jej miejscu! To jego Dunkan powinien tak obejmować, tylko jego! Mrużąc oczy, wpatrywał się w nich nieprzerwanie, coraz bardziej wzburzony. Po to kochanek przyszedł? By tak okrutnie z nim pogrywać?
Odetchnąwszy drżąco, Amariell skierował swoje kroki ku wyjściu na taras, z którego szerokimi schodami można było zejść aż do rozległego ogrodu. Nic go nie obchodziło, że powinien był poczekać, że zachowywał się nieodpowiednio. Zwyczajniej nie mógł znieść tego widoku.
Kiedy będąc już pomiędzy krzewami nagle poczuł wokół siebie ramiona, wzdrygnął się zaskoczony.
– Jesteś zazdrosny – szepnął do jego ucha wampir i musnął je wargami, nie wyczuwając nikogo w pobliżu. – Na swój sposób pasuje to do ciebie – zaśmiał się nisko i pocałował go po szyi, czując jak szybko jego ciało reaguje na tę bliskość. Niemal nie roześmiał się głośno, widząc jak nadal młodzieniec jest wzburzony. Ten zadrżał mocno pod dotykiem kochanka i czuł, że jeszcze chwila jego bliskości, a znowu mu ulegnie. Odsunął się więc natychmiastowo i zsunął z twarzy maskę, która skrywała jego rozemocjonowane oblicze.
– Myślałem, że do mnie przyszedłeś – powiedział, ignorując uwagę Dunkana. Oczywiście, że był zazdrosny, bo przecież tych chwil, w których mogli być razem było tak niewiele! I nawet, jeśli to była gra, próba dokuczenia, w pojęciu Amariella nie mieli na to czasu, bo jego zegar, w przeciwieństwie do Dunkana, stale tykał.
Wampir zaśmiał się tylko, czując jak mocny zapach kochanka niemal go upaja.
– Nie dramatyzuj, mój słodki Królewiczu, przecież wiesz, że to ciebie pragnę – powiedział, obnażając lekko kły, tak by faktycznie Amariell mógł dostrzec jego pożądanie. Przystąpił do niego i ujął jego dłoń, bez chwili zwłoki przyciągając ją ku swemu kroczu. – Czujesz? Zapewniam, że to nie wdzięki tej damy tak go pobudziły – dodał chrapliwie i spojrzał na kochanka rozpalonym wzrokiem. – Nie myślałeś chyba, że daruję ci tę noc? Że pozwolę byś ty z kolei otaczał się tymi uroczymi pannami i może też, przypadkiem zapomniał się z którąś – dodał ciszej i ujął w dłoń jego szczupłą twarz. Wpatrując się w nią, zasyczał przez zęby i naparł mocniej na jego ciało swoim własnym.
– Ja bym się nigdy nie zapomniał – odparł wojowniczo Amariell, czując jednak jak już mięknie. Choć z inną częścią jego ciała działo się coś zupełnie odwrotnego. – Bawisz się mną… – szepnął, ciesząc się z tej otaczającej ich ciemności, w której mogli być tak blisko.
– Nie jestem głupcem – szepnął Dunkan, zaciskając palce na jego ramionach. – Może nie z kobietą, ale z mężczyzną? Cóż takiego daje ci moje zimne ciało, byś miał się opierać innemu, które mocniej cię rozpali? – zapytał powoli, choć kroczem otarł się mocniej o jego biodro. – Myślisz, że ja nie byłem zazdrosny, widząc jak wszyscy na ciebie patrzą? – sapnął, łapiąc go mocno za nadgarstek.
Niemal się nie roześmiał, kiedy Amariell pokręcił uparcie głowę. Wiedział jak upojny jest pocałunek wampira, jednak nie sądził, by za dnia nie brakowało młodzieńcowi towarzystwa. Był przecież słońcem, należącym do dnia, niezwiązanym z nocą i nocnymi poczwarami, jaką on sam był. Ile czasu będzie się temu opierał? Jak długo będzie mu wystarczało to, co mają – kilka schadzek w miesiącu, podczas, gdy to za dnia jego serce pragnęło i tęskniło najmocniej, żyło najmocniej.
– Nigdy, Dunkanie – szepnął chrapliwie Królewicz i wolną dłonią sięgnął do jego maski i zdjął mu ją z twarzy. Widząc teraz lepiej jego błyszczące oczy, posłał mu pewne spojrzenie. – Żaden mężczyzna poza tobą, by mnie nie zadowolił – dodał, zastanawiając się jak to możliwe, że teraz to wampir wystąpił w roli oskarżyciela, a jego własna złość znowu gdzieś wyparowała.
– Kusisz ich jednak – powiedział spokojnym tonem Dunkan i zerknął krótko na trzymaną przez niego maskę. – Nie ręczę za siebie, gdy znowu zobaczę, jak któryś z nich mierzy cię tym lubieżnym spojrzeniem. – Zacisnął lekko pięść i wsunął rękę na plecy Amariella. – Nie jestem jedynie twoim pupilkiem i zapewne niejedno moje oblicze mogłoby cię przerazić. Nie chcemy, by komukolwiek stało się coś złego, prawda? – szepnął pochylając się do jego warg i odsłaniając kły. Wpił się w nie zachłannie, dłoń zsuwając na jego pośladek i ściskając go mocno. – Nie zapominaj, do kogo należysz – dodał jeszcze i ponownie złączył ich usta w wygłodniałym pocałunku.
Amariell odrzucił ich maski na ziemie i objął kochanka za szyję, przyciskając się do niego mocno i wypinając do jego chłodnych dłoni.
– Nigdy nie zapominam… To raczej ty… – szepnął i oblizał zaczerwienione wargi. – Ty, Dunkanie, nie chcesz bym stał się twój jeszcze bardziej – dodał cicho i przełknął głośno.
Doskonale zdawał sobie sprawę, kim jest jego kochanek, jednak mimo tego, że w takich chwilach jeszcze wyraźniej niż zwykle czuł jego siłę, nigdy się go nie obawiał.
– A ty chcesz być potworem? – dopytał niemal prześmiewczym głosem wampir. – Jesteś Królewiczem, słońcem, nie tobie jest pisana egzystencja w mroku, na ruinach dawnego życia. Nigdy mnie o to nie proś. Zabraniam ci o tym wspominać i nigdy, nigdy, nie przemienię cię w taką bestię – powiedział mocnym głosem, zerkając na jego kuszące usta i ściskając go mocniej. – To przekleństwo, a ja nie zrobiłbym ci czegoś takiego, choć może uważasz, że skoro moje serce jest zimnym kamieniem nie powinien mieć skrupułów, prawda? – zapytał ostrzejszym tonem.
Amariell zadrżał lekko i przytulił się bardziej do zimnego ciała Dunkana, które mimo tego, jego potrafiło rozgrzać.
– Nieprawda, kochasz mnie przecież – szepnął z przekonaniem i podniósł na niego spojrzenie swoich złotych oczu. – Ale nie chcę się z tobą rozstać. Nigdy – odetchnął płytko. – Nie chcę kobiety w moim łożu, Dunkanie… Nie chcę patrzeć kiedyś na pomarszczone dłonie i zmęczoną twarz starca… A ty? Takiego nadal będziesz mnie pragnął? – zapytał żarliwie i przełknął głęboko, wpatrując się w jego lśniące krwistą czerwienią oczy.
Dunkan zacisnął usta i wsunął dłoń w jego mleczne włosy.
– Nim ten dzień nastanie, zapomnisz o wampirze – powiedział przesuwając wierzchem drugiej dłoni po jego policzku. – Te noce będą jedynie mglistym wspomnieniem, wyjątkowo uporczywym snem, zapewniam Amariellu. Nie proś mnie o coś takiego. Nie masz pojęcia, jakie życie musiałbyś wieść, będąc bestią – powiedział, przyglądając się jego młodzieńczej, delikatnej twarzy. – A ja, może ze względu na miłość do ciebie, nie mogę być tym, który cię przemieni – dodał odsuwając się delikatnie.
Amariell przygryzł wargi i wlepił w niego niezrozumiałe spojrzenie. Nie chciał usłyszeć takich słów. Zatrząsł się lekko mimo jego dotyku, który zawsze potrafił go albo uspokoić, albo rozpalić.
– Nigdy nie zapomnę – zarzekał się. – Nie możesz mnie zostawić. Nie możesz, Dunkanie! Ja tylko dla naszych nocy żyję – powiedział rozgoryczony, czując jak jego ciałem wstrząsają mocniejsze dreszcze.
Wampir pokręcił głową i zmarszczył mocniej brwi.
– To nie jest życie dla ciebie – odparł pewnym głosem, jednak zaraz odwrócił wzrok. Nie mógł skazać swojego najdroższego Królewicza na życie w potępieniu. Nigdy nie wybaczyłby sobie, gdyby jego piękny kochanek, stał się takim upiorem, jakim był on sam. – Zrozum mnie. Ty życie masz przed sobą, a ja… wolałbyś być martwy? Jak ja? Zimny, jak ja? Samotny i przeklęty? – dopytał mimo wszystko nie potrafiąc zapanować nad pragnieniem, które ponownie załaskotało jego kły, tak, że obnażył je jak drapieżnik i zacisnął mocniej pazury na ramionach Amariella, przebijając delikatne rękawiczki.
Amariell pokręcił głową i zdjął ze swoich ramion dłonie Dunkana. Lekko zsunął z nich rękawiczki, a potem złożył na jego dłoniach pojedyncze pocałunki. Były zimne, ale jego rozpalały, tylko je kochał.
– Jakie życie, Dunkanie…? Bez ciebie? – odetchnął i zagryzając mocno wargę, pokręcił głową. – Gdybym mógł być z tobą na zawsze, nigdy nie poczułbym się ani samotny, ani przeklęty i ty… Ja bym już nigdy nie pozwolił, byś dłużej cierpiał – zapewnił żarliwie i objął się ramionami kochanka, a potem sięgnął jego chłodnych, sinych warg i wcałował się w nie mocno, pragnąc przekazać im nieco swojego ciepła.
Dunkan oddal pocałunek, przygryzając wargi młodzieńca. Nie miał pojęcia, czemu ten jest tak uparty, tak nieznośny. Czemu rozbudza w nim wątpliwości? Już dawno temu postanowił, że nie skaże nikogo na taka egzystencję. Szczególnie Amariella, swojego ukochanego Królewicza.
Kiedy całując go przygryzł mocniej jego usta, jęknął, czując posmak słodyczy sączący się z małej ranki na wardze kochanka.
– Pozwól mi się napić – szepnął po chwili, kiedy udało mu się opanować swoje ciało. – Tylko trochę, potrzebuję jej – dodał czując jak ta mała kropla, której przed chwilą zażył, rozbudza palące pragnienie.
Amariell oblizał lekko szczypiące usta i uśmiechnął się do Dunkana, sięgając do jego chłodnego policzka.
– Nie musisz pytać mnie o zgodę… – szepnął, gładząc jego jasną skórę. – Wiesz, że to wszystko tylko dla ciebie – zsunął dłoń z policzka na kark mężczyzny i odetchnąwszy głęboko, przechylił głowę na bok i odgarnął opadające na ramiona jasne włosy, a potem przyciągnął do siebie Dunkana.
Wampir zasyczał głośno, wbijając palce w ramiona kochanka. Rozwierając mocno szczęki wysunął mocniej kły, wpatrując się w alabastrową skórę Amariella. Później na pewno jeszcze tym pomówią, później mu ponownie powie, czemu nigdy nie przemieni go w wampira, ale teraz musiał tylko ugasić to pragnienie.
Już niemal czuł tę rozkosz wpływającą do jego żył, już zatapiał czubeczki kłów w miękkiej skórze kochanka, kiedy wtem, wyrwał go z tego transu rozdzierający krzyk.
– Dunkan… – Amariell drgnął mocno i szybko spojrzał najpierw na kochanka, a potem rozejrzał się dokoła, czując jak jego ciałem wstrząsają mocne dreszcze. Ktoś ich widział…? Odetchnął chrapliwie i posłał ukochanemu spojrzenie pełne strachu i niepewności.
Wampir wbił jednak spojrzenie w krzyczącą kobietę, która wpatrywała się w przerażeniu w ich splecione ciała. Mimo to z trudem zamknął usta, mając wrażenie, że zbyt wiele czasu zajmuje mu powstrzymanie swojej żądzy. Słysząc głos Amariella szybko złapał go za nadgarstek chcąc schować go za sobą tak by choć on nie został rozpoznany.
Nie byli jednak daleko od budynku i już po chwili wrzask kobiety zwabił strażników i pozostałych gości, którzy zaaferowani jej krzykiem już wylegli na ogród.
Dunkan zasyczał głośno, napinając wszystkie mięśnie i pochylając nisko kark.
– Wamipr! Przeklęty Dunkan! – usłyszał zewsząd i najeżył się jeszcze mocniej, chcąc przede wszystkim zasłonić Amariella przed ich wzrokiem. Ale już po chwili dotarł do niego pisk, a wraz z nim lament zmieszany ze złorzeczeniami. Kiedy wśród nich znalazło się imię Królewicza niema zawył głośno ze złości. Nim ktokolwiek odważył się do nich podejść odwrócił się i otulił Królewicza peleryną po czym porwał w ramiona i umknął w las, kurczowo ściskając w ramionach roztrzęsionego młodzieńca.

Amariell nawet nie zorientował się, w której chwili Królewski Ogród przeistoczył się w ciemny las, w którym on sam niczego nie dostrzegał. Drżąc, kurczowo trzymał się ciała Dunkana, który ściskał go tak mocno, że Amariell czuł, jak jego szpony rozrywają delikatny materiał jego jedwabnych spodni.
Nie wierzył w to, co się stało. To wszystko było jak sen. Wszystko, począwszy od pojawienia się Dunkana na balu, a skończywszy na tym rozdzierającym krzyku, który jego sen, jego marzenie przeistoczył w koszmar.
Rozpoznali ich.
– Dunkanie… Dun-kanie… – wyszeptał drżąco, choć miał wrażenie, że jego głos jest tak cichy, że niemal niesłyszalny.
Teraz obaj byli już martwi.
Prawdą było, że każdy w Królestwie o Dunkanie słyszał. Matki straszyły niegrzeczne dzieci opowieściami o wampirze Dunkanie, upiorze, diable. W dzieciństwie i Amariell nasłuchał się tych historii, ale jego, postać tego przerażającego mężczyzny od zawsze w jakiś sposób niebezpiecznie fascynowała.
Dzięki temu się poznali, a potem… potem okazało się, że Dunkan z tych opowieści nie istnieje. Że jest tylko jego Dunkan, jego miłość, jego Pan Nocy, który wcale nie musiał zabijać, by przeżyć, który mógł pić tylko z niego, nawet, jeśli w oczach mieszkańców Królestwa w momencie, w którym Dunkan po raz pierwszy zatopił w nim kły, przeklął go i skazał na wieczne potępienie.
Młodzieniec nigdy nie czuł się jednak potępiony. Nigdy do tej chwili.
Słysząc zduszony głos swojego Królewicza, Dunkan docisnął go mocniej do siebie, nie zwalniając kroku ani na chwilę. Zabujał nim lekko, jak kołysze się dzieci do snu i choć wiedział, że jego zimne ciało nie uspokoi go, był to odruch, z jakim dba się o swoje najcenniejsze skarby.
Nie zważał na gałęzie raniące mu twarz i dłonie, priorytetem teraz było ochronienie Amariella. W miarę jak zbliżali się do Zamczyska na Czarnym Wzgórzu, nieco się uspokajał, lecz dopiero, gdy znaleźli się za ciężką bramą, której kraty opuścił jednym uderzeniem w korbę, zwolnił i spokojnym już krokiem ruszył przez martwy dziedziniec prowadzący ku posępnej budowli, porośniętej zeschniętymi drzewami i pnączami.
Dzikie zwierzęta, które podczas nocy zakradały się tu, uchodziły mu z drogi widocznie wyczuwając jego gniew, a jedynie próżne szczury przemykały mu pod stopami. Nie zważając na nic, nadal ściskał kochanka w ramionach i parł przed siebie, aż w końcu dotarli do żeliwnych wrót zamku.
Dunkan uchylił je i zaraz weszli do przepastnej sali tronowej. Popękana, kamienna posadzka głośno oddawała stukot jego obcasów, poprzez porozbijane witraże do wnętrza wpływała ciemna noc i jedynie zmurszały tron stojący na piedestale, ku któremu zmierzał, oświetlony był nikłym blaskiem księżyca. Omijając wielkie filary połączone ze sobą firanami gęstych pajęczyn, wampir w końcu dotarł do tronu i delikatnie złożył w nim Królewicza.
– Amariellu – szepnął i od razu przyklęknął przy nim, szybko wtulając czoło w jego drżące uda. – Wybacz mi… wybacz mi, mój słodki… – szepnął ujmując go za łydki i gładząc je drażliwie. Nie tego dla nich chciał. Dla siebie, dla Amariella! Doskonale wiedział, że teraz młodzieniec jest już skreślony, że nie ma już powrotu do zamku, do życia, które znał. A wszystko to przez jego lekkomyślną decyzję, przez to, że nie mógł opanować się tej nocy, że za wszelką cenę chciał napić się jego krwi, być przy nim.
Pomimo setek lat nie wiedział, co teraz mieliby począć. Amariell, jako królewski potomek, nie powinien był żyć z nim – w ruinach tego zamku, w ciemności, w brudzie! Zresztą, co go tu czeka? Dunkan nie skupiał się już na wyższych potrzebach młodzieńca, ale nawet na tych podstawowych jak jedzenie, ubiór, spanie. Nie miał mu nic do zaproponowania prócz struchlałych szat sprzed wielu wieków, spróchniałych pierzyn i mebli, w których zalęgły się larwy. Czy tak miał żyć Królewicz?
– Amariellu – westchnął żałośnie i pokręcił głową ocierając się czołem o jedwabne spodnie, którymi były zakryte jego uda.
Królewicz wplótł palce w lśniące, miedziane włosy swojego kochanka i przeczesując je powoli palcami, zaczął się uspokajać. Choć jeszcze nie wierzył w to, co zaszło, przy tym mężczyźnie zawsze czuł się bezpieczny. Nawet teraz, kiedy nie wiedział, jaki los ich czekał.
– Dunkanie… – odezwał się po jakimś czasie i oblizał usta.
Podniósł wzrok i rozejrzał się po przestronnym, lecz starym wnętrzu, na którym czas wyraźnie odcisnął swoje piętno. Był w tym miejscu coś fascynującego i pociągającego, tak samo jak i w jego mężczyźnie. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, że tylko przy wampirze, mógłby czuć się tu dobrze. A on…? Jak wiele samotnych lat tu spędził?
– Mój Panie Nocy… – wyszeptał, ujmując w jeszcze nieco drżące dłonie jego twarz.
Widząc jego zbolałe spojrzenie, wypuścił powietrze ze świstem. Czy diabeł, jak określano go czasami w Królestwie, mógłby tak patrzeć? Czy potwór by go żałował?
– Dunkanie… jesteśmy tu bezpieczni – zapewnił go i pogłaskał po chłodnym policzku. – A ja cały jestem twój – szepnął, na co Dunkan niemal nie roześmiał.
– Nie masz pojęcia o tym mówisz – powiedział sięgając do jego dłoni i przyciskając je do swoich ust. Zapach krwi uderzył mocno jego nozdrza, jednak przymknąwszy oczy, tylko pokręcił głową. – Oni tu przyjdą. Zechcą nas rozdzielić. Zabrać cię. Zabić – dodał ciszej i uchylił powieki. Wpatrując się w jego piękne oczy czuł, jak coś jeszcze mocniej się w nim zapada. Coś porusza, pęka i tak niemożliwie boli. Tak oto przez niego ten piękny młodzieniec został skazany na wieczne potępienie.
Nagle zerwał się z miejsca i z wściekłością odszedł na bok, wzbijając przy tym tumany kurzu. Z rozmachem odrzucił dalej półleżący na ziemi blat starego stołu i zawarczał głośno, zamiatając peleryną podłogę.
– Nie tego dla nas chciałem! Dla ciebie! – krzyknął wzburzony i rzucił się do filara, z którego zwisał potężny gobelin z godłem jego dawnego królestwa. – Nie taką przyszłość chciałem ci dać! – huknął zrywając gruby, zawilgocony materiał i odrzucając go na bok ze wściekłością. Czuł, że tylko tak mógłby rozładować ten gniew. – Byłem głupcem! Chciałem twojej krwi! Byłeś tak niewinny…! Bóg tylko wie jak żałuję! Gdybym tylko cię nie pokochał..! Ach, gdybym mógł cię zostawić, gdy tylko się nasyciłem, ale nie… och! Nie! Wpadłem w twoje sidła, jak młoda kózka, a teraz przyjdzie mi patrzeć jak giniesz! – niemal zawył, rysując szponami po kamiennym filarze, podtrzymującym popękały strop znajdujący się kilkanaście metrów nam nimi.
Królewicz uniósł się z miejsca, jednak przez chwilę tylko wpatrywał się w Dunkana, zaskoczony jego wzburzeniem i gwałtownością.
– Nie przyjdą – wyszeptał i szybko znalazł się przy nim, wciskając się między jego ciało, a filar. – Nikt tu nigdy nie przyjdzie, nawet, jeśli wiedzą, że tu jesteś. Boją się tego miejsca. Uważają za przeklęte… – przypomniał i przełknął głośno, starając się złapać na sobie spojrzenie kochanka. – A ja wiem, że ono jest przeklęte tylko dla ciebie, bo trzyma cię w sidłach samotności – powiedział nieco mocniej, wsuwając dłonie na jego tors i przyciągając go do siebie. – Ale koniec z tym. Zostanę z tobą. Teraz już nie możesz mnie odtrącić – dodał z zapałem, wpatrując się w niego lśniącymi złotem oczyma. – Zdejmę z ciebie to przekleństwo…!
Słysząc słowa kochanka, Dunkan zadrżał mocniej i zacisnął pięści na jego ramionach.
– Przyjdą! Przyjdą, Amariellu. Jesteś Królewiczem, nie pozwolą ci żyć! Przeklęli cię, więc muszą też zgładzić – powiedział i spojrzał mu bezsilnie w oczy. – W nocy byłbym twoją tarczą, ale oni przyjdą o świcie, kiedy będę słaby, a ty sam nie zdołasz im umknąć – dodał zakładając jego jasne włosy za ucho. – Mój słodki ja… nie chciałem tego – szepnął patrząc na niego z żałością i przesuwając wierzchem palców po jego policzku. – Mój najdroższy… miałeś żyć – dodał doskonale wiedząc, co mogłoby sprawić, by ich nie rozdzielono, by nie zabito Amariella jak upiora i nie spalono jego ciała. Przecież i on sam jedynie dzięki temu mógł wieść to życie, jakim żył obecnie. Nie chciał go na to skazywać, lecz myśl, że młodzieniec miałby umrzeć, zostawić go spragnionego i nieszczęśliwego już na zawsze, niemal paraliżowała go całego. Zakładał, że miną lata nim się rozstaną, że zdąży nasycić się Amariellem, jednak to już teraz okrutny los ich rozdzielał.
– Przemień mnie… – wyszeptał młodzieniec, czując jak serce galopuje mu w piersi. – Przemień, a wtedy nikt nas nie rozdzieli, a ty, mój Panie, nigdy więcej nie będziesz samotny – dodał, zaglądając mu w oczy błagalnie.
On sam nie wierzył, by jego lud pokonał strach przed tą Twierdzą, nawet w obliczu tego, że diabeł porwał ich Królewicza. I chciał, by właśnie tak było. By wszyscy o nim zapomnieli, pochowali go w pamięci, a wówczas on mógłby na zawsze pozostać u boku swego Pana, tak jak zawsze tego pragnął.
– Dla mnie życie bez ciebie i tak nigdy by życiem nie było… Dunkanie, proszę!
Wampir przesunął dłoń na jego szyję i obnażył lekko kły. Był głodny, jednak nadal, choć wiedział, że to jedyne wyjście, nie chciał zabijać swojego kochanka. Nie chciał go zimnego, nieczułego, przecież to właśnie te rumiane policzki, to żywe spojrzenie było tym, co zawsze go tak mocno urzekało w tym młodzieńcu.
– Nie mogę! – jęknął i odsunął się od niego szybkim ruchem. – Nie proś mnie o to! Więc ja mam cię zabić? Nie oni, a ja ?! – dodał i zaraz odsunął się jeszcze dalej od tego kuszącego ciała. – Rozpalę ogień byś nie zmarzł, zaczekaj tu – powiedział znikając zaraz z sali. Nie chciał mu ulec. Nie teraz. Świadomość, że jego ukochany miałby stać się upiorem jak on, była boleśniejsza niż samotność i głód, który zaczynał go trawić.
Przez dłuższy czas przemierzał szybkim krokiem zakurzone ruiny zamku. Nie był to miły widok lecz jego zupełnie nie raził. Nie przeszkadzały mu wcale tumany kurzu, które wzbijał każdy jego krok, ani chowające się w kątach łasice czy szczury. Nic mu nie przeszkadzało, ale wiedział, że Amariellowi mogłoby, był w końcu tak delikatną i kruchą istotą. Dunkan wiedział, że nawet gdyby udało mu się rano odeprzeć atak ludzi i później przez dłuższy czas bronić Twierdzy. To jednak życie człowieka w takich warunkach nie byłoby łatwe ani przyjemne.
Pomijając już to, nie miał pojęcia jak sam da radę utrzymać Twierdzę. Był silny, ale tylko nocą, a pomimo tego, że nadal był tajemnicą dla ludzi, oni wiedzieli jak destrukcyjny wpływ miało na niego słońce. Na pewno z tego skorzystają i na pewno, kiedy już odnajdą Amariella i zabiją go, znajdą również i jego śpiącego w trumnie i bez oporów wbiją mu kołek w serce, a usta wypełnią kamieniami tak, by nigdy już nie mógł się podnieść. Odżyć. Ale czy ogóle by chciał, gdyby stracił swojego Królewicza? Czy naprawdę cokolwiek mogłoby mu przynieść takie ukojenie, jakie przynosił Amariell wraz ze swoimi oczyma, uśmiechem i ciepłem? Wiedział, że nie.
To złościło go bardzo, ale i sprawiało, że gdzieś w głębi czuł, że pomimo setek lat samotności właśnie odnalazł swojego towarzysza, swoją zagubioną duszę.
Kiedy wszedł na szczyt obalonej wieży, która przed laty pięła się jeszcze co najmniej kilkanaście metrów wyżej, zwrócił swe spojrzenie ku dolinie w której kilkaset lat temu pobudowano nowy zamek. Był świadkiem narodzin tego królestwa, świadkiem narodzin kolejnego króla, a także samego Amariella. Już wtedy, gdy Królewicz był niemowlęciem, a później dorastającym chłopcem był jak słońce, a coś tak niebezpiecznie ciągnęło go ku jego komnatom, jednocześnie jednak powstrzymując go przed skrzywdzeniem malca. Był tak delikatny, a zarazem silny, a jego złote spojrzenie nawet w nim, upiorze, dojrzało coś więcej niż bladość skóry i śmierć. Jakże mógłby mu teraz pozwolić mu umrzeć? Zdradzić go, czy porzucić…?
Nim zaczęło świtać zszedł na dół, do sali tronowej, gdzie Amariell sam już rozpalił ogień przed piedestałem i siedział przy nim, otulając się zmurszałą zasłoną. Jego ciało trzęsło się z zimna, ale w oczach wesoło skrzył ogień. Zapach jego gorącej krwi znowu pobudził wampira, ale opierając się mu po raz kolejny zatrzymał się przy filarze i przegarnął szponami miedziane włosy.
– Dobrze, Amariellu – powiedział po dłuższej chwili wpatrywania się w ogień – Przemienię cię… zamienię w wampira – dodał, czując gorycz drapiącą jego podniebienie i głód dopominający się krwi. Spojrzał przy tym na młodzieńca pociemniałym spojrzeniem jakby chciał wyryć we wspomnieniach widok jego zarumienionej twarzy. Wiedział już jednak, że zupełna strata Królewicza byłaby dla niego niewyobrażalną udręką.
Amariell słysząc głos ukochanego uniósł szybko wzrok i odrzucił okrycie. Przełknął głośno i zbliżył się do niego nie wiedząc nawet, co powiedzieć. Wiedział, że gdyby nie to, że zostali przyparci do muru, Dunkan nigdy by się nie zgodził, dlatego choć w mniemaniu wampira musiał być głupcem, był rad z tego, co się wydarzyło.
– Kochany… – wyszeptał, wsuwając mu dłonie na ramiona i splatając na jego karku. By spojrzeć mu w te cudowne oczy, musiał zadrzeć głowę do góry. – Nie żałuj mnie… czy będziesz mnie kochał mniej, kiedy stanę się taki jak ty? – zapytał szczerze i stając na palcach sięgnął do jego zimnych warg, by ucałować je lekko.
Dunkan drgnął i zacisnął zęby.
– Będę tęsknił za twoim ciepłem – powiedział półgłosem i przeczesał szponami jego jasne włosy. – Ale nie chcę cię stracić – dodał czując wilgoć stającą mu pod powiekami. Przymknął je więc i pochylił się, by oprzeć się czołem o czoło młodzieńca. – Nie utrzymam Twierdzy za dnia, nie obronię cię pomimo swej siły. – Musnął ustami jego słodkie wargi. – Ale kocham cię, jesteś moim słońcem… od kiedy jesteśmy razem nie umiałbym już żyć inaczej…
Amariell przylgnął do niego mocniej i spojrzał mu w oczy, czując jak lekko zaczyna drżeć. Nigdy wcześniej nie był tak pewien uczucia Dunkana jak właśnie w tej chwili.
– Ja też cię kocham – zapewnił żarliwie. – I obiecuję, że nawet przemieniony, będę potrafił cię rozgrzać. Zobaczysz… nadal będę twoim słońcem – powiedział, wierząc w to całym sobą. Był pewien, że nawet jeśli jego ciało będzie zimne, jego gorące uczucia otulą Dunkana przyjemnym ciepłem.
Dunkan skinął głową i wsunął dłoń na jego szyję. Dociskając go do siebie, pocałował go drażliwie i otarł się nosem o jego policzek.
– By cię przemienić muszę spuścić z ciebie krew, a później napełnić twoje żyły mą własną – powiedział, po chwili ujmując go za ramię i podchodząc do piedestału. – Musisz umrzeć by odrodzić się na nowo, a żeby powstać z martwych musisz zostać pochowany. Kiedy oczyszczę cię z krwi, ułożę na tronie, za dnia pada na niego słońce, więc kiedy ludzie otoczą Twierdzę i cię znajdą w blasku promieni, pomyślą, że nie żyjesz i pochowają zgodnie z rytuałem – mówił, siadając na stopniach i usadził Amariella między swoimi udami. – W siódmą noc obudzisz się w grobie, a wtedy ja będę tuż obok by napoić cię krwią, a gdy wpłynie ona w twoje ciało będziesz już upiorem – powiedział gładząc jego ramiona i włosy. – Wybacz mi… – szepnął niemal bezgłośnie.
Amariell uśmiechnął się blado i pokręcił głową, przekręcając się w jego stronę.
– Nawet, jeśli uważasz mnie za głupca, wiesz przecież, że zawsze właśnie tego pragnąłem – odparł i sięgnął jego warg. Wcałował się w nie mocniej, chcąc rozgrzać je swoimi i sprawić, by ukochany jeszcze długo mógł czuć ich smak. – Kiedy narodzę się ponownie, będę mógł zostać przy tobie na zawsze. I wieczność nie będzie już dłużej dla ciebie przekleństwem – dodał, wpatrując się szczerze w jego oczy. – Kocham cię, Dunkanie…
– Nie byłaby nawet gdybyś mógł pozostać żywym – odparł wampir i pogładził palcami jego szyję. – Niedługo wzejdzie świt – powiedział tylko i obnażył kły, czując jak mocno go świerzbią, gdy tętno młodzieńca tak przyspieszało.
Amarielll wciągnął powietrze ze świstem, czując jak podniecenie mimo wszystko miesza się w nim ze zdenerwowaniem i odrobiną strachu. Szybko ponownie sięgnął do ust kochanka i pocałował go w ich kącik, ostatni raz zerkając też w jego błyszczące czerwienią oczy.
– Będę na ciebie czekać, mój Panie Nocy…! – powiedział przez ściśnięte gardło, drżącą dłonią przegarniając jasne włosy na jedną stronę. – Kocham cię. Bardzo cię kocham – powtórzył z oddaniem i przymknął powieki. Poczuł jeszcze jak Dunkan odchyla go na swoje udo i przysuwa kły do pulsującej tętnicy. Wbił się w nią miękko i zassał z jękiem rozkoszy. Amariell sam westchnął z przyjemności i zacisnął palce na nodze kochanka. Czuł jak z każdą kolejną chwilą traci siły, jak jego ciało wiotczeje, staje się ciężkie i ospałe, jednak nie czuł bólu. Nawet śmierć w ramionach ukochanego i przez niego mu zadana, była dla niego niczym słodki sen.
Kiedy Dunkan poczuł jak ciało Królewicza opuszczają już wszystkie siły ssał nadal, upajając się gorącą posoką. To było niesamowite uczucie – móc pić z tego ciała. Trzymając go w swoim silnym, ale też i czułym uścisku ssał mocno, czując jak ciało młodzieńca przejmują spazmy rozkoszy, a także jak wraz z nimi uchodzi z niego życie. Czuł, jakby jego ciało nabrzmiewa i nabiera nowych sił. I dla niego nadchodzący czas miał być próbą, nie miał pojęcia czy po takiej uczcie wytrzyma bez krwi Amariella kilka kolejnych dni i nocy.
Bezwładne ciało kochanka przelewało się przez jego ramionach, a on spojrzał po raz ostatni na jego blade już policzki i oczy, błyszczące zza lekko rozchylonych powiek.
– Mój kochany… – szepnął odgarniając włosy z jego twarzy. – Mój najsłodszy – przetarł kciukiem jego policzek i złożył czuły pocałunek na różowych wargach młodzieńca, które teraz jeszcze mocniej odbijały się na tle jego jasnej twarzy i włosów. Przez kilka kolejnych chwil tulił go do siebie jeszcze mocniej, kołysząc w swoich ramionach.
Czuł już zbliżających się ludzi i smród, jaki nieśli ze sobą. Nadal jednak żegnał się ze swoim Królewiczem i głaskał jego stygnące ciało.
Kiedy w końcu uniósł się i wstąpił w promienie słońca oblewające tron, w pierwszej chwili poczuł się niemal niezniszczalny, dzięki wypitej przed chwilą krwi. I dopiero, gdy na jego dłonie zaczęły wstępować wielkie burchle, ułożył Amariella na tronie.
Kiedy się cofnął, objął go wzrokiem i przyklęknął przed nim oddając mu cześć, w tym samym momencie słysząc jak upada pierwsza z bram.
– Idą po nas – szepnął i zerknął na swoje dłonie, które goiły się powoli. Dopiero, gdy skóra się wygładziła ruszył ku drzwiom, omijając dogasające ognisko. Wiedział, że powinien wróci do katakumb pod zamkiem i złożyć się w trumnie na spoczynek, jednak zamiast tego przemienił się w szczura, chcąc móc zadbać o to, by wszystko poszło zgodnie z ich planem i ustrzec Amariella, gdyby jednak od razu wbito mu kołek w serce.
Nie czekał długo nim do sali wpadł oddział żołnierzy uzbrojonych w miecze i klechę, już od progu pokrapiającego wszystko wyświęconą przez biskupa wodą i niosąc ze sobą ciężki i duszący zapach czosnku. Dunkan wcisnął się mocniej w kąt, czując jak ten drażni jego nozdrza. W napięciu przyglądał się z jaką ostrożnością podchodzą do piedestału i w końcu, po kilkunastu minutach jeden z nich dochodzi do wniosku, że skoro Królewicz nie spłonął od słońca, musi być zwykłym trupem.
Nie byli wcale delikatni przy zabieraniu jego ciała, lecz złożyli je na tarczach i w końcu, w pośpiechu ruszyli ku drzwiom.
Wampir szczurzymi drogami ruszył ku katakumbom i przemieniwszy się z powrotem ułożył się w grobie, lecz nie dany był mu sen. Nie minęło wiele czasu, gdy całą Twierdzę zaczął trawić ogień położony przez rycerzy, a on musiał opuścić swoje schronienie. Czuł się jednak silny. Wystarczająco silny.

Kilka kolejnych dni spędzonych w lesie, w zwierzęcych norach sprawiło, że cały zapas energii szybko go opuścił. Czasami miał wrażenie, że traci zmysły, ale nie chciał jeszcze wracać do Twierdzy. Jej zgliszcza, podobnie, jaki las wokół nadal się tliły, a on w swoim obecnym stanie nie mógłby sobie pozwolić na rany. Miał wrażenie, że nawet borsuki czy wydry stanowiły dla niego zagrożenie, jednak co kilka godzin zasadzał się na któreś z nich by ugasić głód ich krwią. Nie było to danie nawet w najmniejszym stopniu zbliżone do nektaru, którym upajał się przez ostatnie lata. Musiał to jednak przetrwać.
Bezsenne dnie trawił na wspomnieniach sprzed kilku nocy, kiedy to mógł się jeszcze cieszyć swoim Królewiczem. Nie dbał wtedy o to, że ktokolwiek mógłby ich dostrzec, skazać na takie potępienie, na ból. Pod powiekami nadal widział młodzieńca i odnajdywał siebie w jego ramionach. Czuł się tak słaby i uległy, że nie poznawał siebie. Nieczęsto zdarzało się by był na głodzie aż tak wiele dni, przecież w każdej chwili miał do dyspozycji ciało Amariella. Teraz nie miał pojęcia już, co stało się z jego kochankiem. Nie miał aż tyle siły by udać się od razu do kaplicy, gdzie trzymano jego zwłoki, a obawiał się, że mimo wszystko mogły one zostać spalone, czy chociażby przebite osinowym kołkiem. To wystarczyłoby by ich rozdzielić już na wieki, by naprawdę zabić Amariella. Dunkan nie chciał roztrząsać takich scenariuszy, choć przecież były bardzo prawdopodobne. Wmawiał sobie, że to głód osłabia też jego ducha, który do tej pory zawsze był tak pewny i silny.
Dopiero po kilku nieznośnie długich nocach poczuł coś niespodziewanego. Amariell był pierwszym człowiekiem, którego przemienił, a cały rytuał znał jedynie z teorii, więc teraz mógł czekać. Ale z chwilą gdy poczuł mamiącą go woń, tak dobrze znajomą nie mógł mieć już wątpliwości. Każdej kolejnej nocy przybliżał się do zamku ludzi, coś naprawdę go ku niemu ciągnęło. Jakiś zapach, jakiś głos, który w jego wnętrzu wołał o ratunek, jakby była tam uwięziona jakaś część jego własnej duszy. To musiał być Amariell. Jego słodka, niewinna ptaszyna. Udało się!
Parł więc naprzód, za dnia chowając się w różnych zakamarkach. Był jak pełzający robal, ale szedł, wił się w tamtą stronę. Nie mógł zawieść swojego kochanka.
Kiedy kilka dni później pod osłoną nocy dotarł już do cmentarza, uniósł spojrzenie na majaczące się w mroku królewskie mauzoleum, otoczone cuchnącą mgłą unoszącą się znad grobów.
– Najdroższy…! – szepnął stając w końcu przez żelazną bramą budowli i napierając na nią słabymi rękoma. Ta początkowo ani drgnęła lecz po kilku mocnych uderzeniach w końcu uległa mu. Był wycieńczony, jednak nic nie mogło go oddzielić od jego wiecznego kochanka!
Kiedy wpadł do środka niemal od razu przypadł do marmurowego grobowca, skąd dobiegał go krzyk przerażonego młodzieńca.
– Amarie… – jęknął napieraj mocno na rzeźbione wieko oddzielające go od kochanka. Zapach otaczających ich trucheł mącił mu w głowie, a on czuł się zbyt słaby, by poruszyć kamienną płytę. Nie miał pojęcia co sprawiło, że w ostatnim podrygu mocy wraz z głośnym warknięciem naruszył je. Niewiele, ale tak, że powstała szczelina szerokości palca.
Od razu uderzył w niego znajomy zapach Królewicza, ale on osunął się na posadzkę czując jak jego ciało zaczyna się skręcać.

Intensywne zapachy wypełniły jego nozdrza, a ciałem wstrząsnął dreszcz, choć nie potrafił nazwać tego dziwnego uczucia, które go spowodowało. Ono było i nie było, a on czuł i nie czuł. Coś sunęło wzdłuż jego kręgosłupa, jego i nie jego, bo całe to ciało, chociaż znajome zdawało się też obce. W kościach mu strzyknęło, a on zasyczał w bardzo naturalny sposób, jakby robił to zawsze, jednak coś mówiło mu, że to był pierwszy raz.
Pierwszy raz od kiedy…? Gdy w jego głowie pojawiły się pytania, poczuł niepokój. Wytężył słuch i skupił się na zapachach, które atakowały go ze wszystkich stron. Mimo całej swojej intensywności zdawało się, jakby były też czymś tłumione. Przedzierał się jednak przez nie uparcie, uświadamiając sobie, że poszukuje jednego, który powinien tu być. Czekać.
Jego poszukiwania przybrały na sile, a on powoli poruszył palcami. Dopiero teraz miarowo odzyskiwał władzę nad zimnym ciałem. Jakże nienaturalnym, a jednocześnie fascynującym było wprawienie w ruch każdego sztywnego członka, oczekującego na rozkład.
Zasyczał i szeroko otworzył powieki, nagle sobie przypominając sobie wszystko.
Nie umiał zebrać myśli, ale zaczął odnajdywać się w ich skrawkach, tworząc z nich obraz przeszłości, wcale nie tak odległej, bo przecież… Ile właściwie spał? Jego złote oczy lśniły nienaturalnie w całkowitym mroku, a pionowe źrenice jakby nie mogły się zdecydować czy chcą pozostać jedynie cienkimi paseczkami, czy przysłonić jego jasną tęczówkę.
Coś podpowiadało mu, że nawet w takiej ciemności powinien był coś widzieć, jednak teraz zdawało mu się, że ma przed sobą tylko zimną ścianę. Chciał ku niej sięgnąć, ale ręce okazały się być skrępowane. Szarpnął nimi mocniej, a kajdany od razu ustąpiły, jakby były tylko dziecięcą zabawką. Wystawił dłoń przed siebie i sięgnął do tej powłoki. Była tam.
Naparł na ścianę mocniej, ale ani drgnęła nawet w obliczu jego nowych sił. W tej samej chwili zrozumiał, co to za zapachy wstrząsają jego ciałem i wykrzywił się mocno. Otaczające go trupy w różnych stadiach rozkładu, nie kusiły go, odrzucały, mimo że w tej chwili to z nimi miał więcej wspólnego. Lecz właściwie dlaczego?
To instynkt sprawiał, że wiedział wiele rzeczy, ale na żadne pytanie zdawał się nie mieć prawdziwej odpowiedzi, a chciał ją uzyskać. Chciał! I musiał też stąd wyjść, musiał. Choć nie obawiał się tej ciasnoty, coś kazało mu, wydostać się na zewnątrz i znaleźć ten zapach, którego tak rozpaczliwie poszukiwał, którego tak pragnął.
Nagle poczuł jak jego zaciśnięte mocno do tej pory usta, rozwierają się nieznacznie. Oblizał je. Czuł jak są spuchnięte, jak obrzydliwie suche. Przesunął językiem po zębach i w chwili, w której zahaczył on o ostre kły, przypomniał sobie kły swojego Pana Nocy zatapiające się w jego gorącej, pulsującej życiem szyi. To na niego czekał. To jego zapachu szukał i on miał go wyzwolić.
Napiął ciało w oczekiwaniu, lekko drapiąc szponami o wieko grobowca. Obudził się! Czy jego Pan nie wiedział, czy nie czuł tego?
– Du…Dun-ka-nieee… – wysyczał słabym, zdławionym głosem, przygryzając lekko język.
Z jego języka nie popłynęła ani kropla krwi, której teraz tak rozpaczliwie pragnął. Jego Pan Nocy musiał go napoić, musiał przekazać mu choć odrobinę tego życiodajnego płynu, który wyrwałby go z ramion śmierci, której obecność czuł nad sobą. Jeszcze na niego czekał.
A on z chwili na chwilę, choć jemu wydawały się tak nieznośnie długie, stawał się bardziej głodny, bardziej spragniony. Dunkan powinien tu być, powinien czekać do chwili, w której otworzy oczy i pozwolić mu pić z siebie. Dlaczego znowu kazał mu czekać…?!
Jego Pan Nocy, jego ukochany, jego wybawiciel nigdy by go nie zostawił i Amariell, mimo pragnienia, które sprawiało, że coraz trudniej było mu zapanować nad myślami, doszedł do wniosku, że mężczyzna się z nim bawi, że tak jak zawsze chce, by Królewicz nie mógł już wytrzymać, by nie mógł nad swoimi żądzami zapanować. Ludzkie pragnienie ciała kochanka było jednak niczym w porównaniu do rozdzierającego głodu, od którego jego suchy przełyk zdawał się stawać w ogniach piekielnych i spalać się już doszczętnie.
Krzyczał, choć nie wiedział, kiedy zaczął. W tej wąskiej trumnie, krępującej jego ruchy, wił się jak robak, nie mogąc poradzić sobie z palącym bólem. Zaczął mocniej drapać wieko, a jego długie szpony co raz łamały się boleśnie i mimo rozległych ran, z żadnej z nich nie popłynęła ani kropla krwi. „Dunkanie! Dunkanie!” – łkał w myślach, bo z jego trawionego ogniem gardła wydostawał się jedynie krzyk i skomlenie. Gdzie teraz był jego Pan Nocy? Gdzie było jego zbawienie?
Wijąc się i piszcząc już z bólu, zasyczał głośno, gdy wieko, o które drapał tak rozpaczliwie, poruszyło się. Słodki zapach przejął całe jego ciało i sprawił, że instynktownie odnalazł w sobie jeszcze jakieś siły kierowane jego rozpaczliwym pragnieniem i żądzą.
Wsunął dłonie z połamanymi paznokciami między szczeliny, zdzierając z nich przy tym skórę. Warcząc niemal zwierzęco i sycząc zepchnął płytę na tyle by, ocierając się o nią boleśnie kręgosłupem, wydostać na zewnątrz górną połowę ciała, wykrzywiając ją nienaturalnie. Jego żebra pękały w tej karykaturalnej pozie, ale on nie czuł niczego poza źródłem buchającej słodyczy, która wołała go, przyzywała.
Na oślep odnalazł cudowną, miękką skórę, w której od razu zatopił kły. Pił łapczywie, zwierzęco, dociskając do siebie mocno dawcę swojego nowego życia. Wraz z każdym kolejnym łykiem, jego rany zasklepiały się, żebra zrastały, pazury rosły, a twarz nabierała rumieńców. Wolną dłonią odepchnął marmurową płytę dalej. W tej chwili nie stanowiła już dla niego żadnego ciężaru.
„Dunkanie! Dunkanie…!” zawołał w myślach, pochłonięty tą nieziemską rozkoszą i właśnie wtedy oderwał się gwałtownie od karku, z którego spijał najsłodszy ze wszystkich nektarów świata. Odetchnął chrapliwie i spojrzał na trzymanego w mocnym objęciu mężczyznę, którego twarz, chodź gładka i piękna, przypominała poszarzałe oblicze starca. Z jego gardła wydarło się żałosne jęknięcie, a on szybko wyszedł z grobowca, przytulając do siebie ciało ukochanego, które teraz niemal bezładnie spoczywało w jego ramionach.
– Kochany…! Mój Panie! Moje Życie! – załkał, składając ciało wampira na zimnej posadzce mauzoleum i przyklęknął przy nim. – To ja…? To ja…? – pytał z przerażeniem przez łzy, które spływały po jego twarzy, tak ludzkiej i tak niepodobnej do zimnego oblicza trupa, którym był w ciągu ostatnich dni.
Kierowany instynktem, mimo przerażenia, rozerwał kłami gorący nadgarstek, w którym krew pulsowała tak, jakby ciągle był żywy. Żadnej kropli nie pozwolił się zmarnować i od razu przysunął dłoń do rozchylonych, sinych warg Dunkana.
– Pij, pij, mój Panie Nocy – szeptał, drżąc mocno z przerażenia. – Dałeś mi życie! Tylko do ciebie należy, całe jest twoje, ja jestem twój – powtarzał nad nim i w napięciu czekał na jakiś sygnał, na choćby drgnięcie powieki. Nie docierało do niego, że to on mógł to zrobić, że to przez niego ukochany leżał przy nim niemal bez życia. Nawet tego potępionego.
Już po kilku chwilach z ulgą dostrzegł grymas na twarzy kochanka i poczuł jak ten wbija mocniej kły w jego rękę.
– Dunkanie! – szepnął rozpalony.
Starszy wampir jęknął głośno, kiedy usta zalała mu krew. Niemal od razu przyssał się do jej źródła, unosząc się nieznacznie. Z każdym kolejnym haustem odżywczego nektaru jego martwe ciało budziło się i nabierało sił. Już po kilku sekundach uniósł powieki, a jego wzrok padł na twarz Amariella.
Jęknął tylko głośniej widząc, że choć ta ubrudzona krwią nadal pozostawała tak samo szlachetna i piękna jak jeszcze przed przemianą.
– Nmmmm! – jęknął głośno i po kilku kolejnych chwilach odsunął jego dłoń. – Jesteś – szepnął łapiąc dłonią za zakrwawioną koszulę. Sam czuł jak z kącika jego ust upływa nieco krwi, ale nie zważając na to wychylił się do jego warg i przycisnął się do nich łapczywie. Chciał wiedzieć już teraz czy jego słodki kochanek, nadal takim pozostał.
– Amariellu! – zawołał całując go zachłannie, co chwilę jednak przygryzając wargi młodzieńca. – Jesteś tak piękny – szepnął ciszej, słysząc jak echo niesie jego głos po ścianach mauzoleum. Oczy kochanka hipnotyzowały, jednak prawdą musiało być, że wampiry mają moc uwodzenia, ale czy nie miała ona działać tylko na ludzi? – Pocałuj mnie – zażądał, jakby nie czuł, że Amariell oddaje już te pocałunki. – Nakarm…!
Amariell z jękiem naparł na wargi ukochanego i całował go zaborczo, zahaczając o nie lekko wysuniętymi kłami i spijając z nich jeszcze nieco krwi, dzieląc się z nim też swoją.
– Kochany… – wyszeptał, odrywając się na krótką chwilę od jego słodkich ust, jednak zaraz znowu do nich przywarł i całował go stęskniony za tymi cudownymi wargami. – Jestem, jestem… – wychrypiał, przytulając się do ukochanego mocno. – Dunkanie… kochasz mnie nadal? – zapytał, choć był przekonany, że znał odpowiedź.
Starszy wampir zadrżał upojony zarówno wypitą krwią jak i bliskością kochanka.
– Ja możesz pytać mnie o to…? – uniósł się wyżej w jego ramionach – Tylko ciebie. Już po wieki – dodał czystym tonem, mając wrażenie, że w jednej sekundzie trudy ubiegłych dni odchodzą w niepamięć.
Królewicz przygryzł wargi w uśmiechu, raniąc je przy tym lekko i ze śmiechem dosunął się do kochanka, żeby ten zlizał z nich nieco jego krwi. Krwi, którą teraz z ukochanym dzielili.
– Ja też, tak samo! – zapewnił z zachwytem i znowu otarł się ustami o słodkie wargi wampira. – Tak czekałem… Bałem się, gdy się przebudziłem, a ciebie przy mnie nie było – dodał po chwili i przytulił się do niego mocniej, gdy przypomniał sobie o katuszach, jakie przeżywał pod marmurowym wiekiem swojego grobowca. Nawet, jeśli oba ich ciała powinny być teraz martwe, miał wrażenie, że pulsuje gorącem i chciał, by Dunkan też to czuł. To, że on naprawdę nadal mógł go ogrzewać.
Mężczyzna uśmiechnął się nieznacznie i skinął głową z namaszczeniem wręcz ocierając się o rozbudzonego Królewicza.
– Król rozkazał spalić Twierdzę i nie miałem gdzie przeczekać tego czasu – szepnął gładząc go po włosach – Dlatego byłem tak słaby… wybacz mi… Musisz wiedzieć, że ten grobowiec będzie teraz twoim domem. Miejscem, w którym będziesz musiał spędzać noce, by zregenerować siły – powiedział jeszcze wpatrując się w oczy kochanka.
– A ty, Dunkanie…? – zapytał nagle młodzieniec, bo skoro jego Pan Ojciec kazał spalić Twierdzę, gdzie noce miał spędzać jego ukochany? – Co z twoim grobem? – odetchnął głęboko, czując jak wzbiera w nim gniew.
– Nie mógł doszczętnie spłonąć – powiedział przesuwając palcami po jego skórze. – Kiedy zgliszcza przygasną wrócę tam i sprawdzę – dodał wychylając się do niego po kolejny pocałunek. – To nic. Nic już nie jest ważne… Teraz po prostu… – szepnął, po czym przylgnął do jego ciała mocniej. Czuł, że coś w nim jest takiego, co mogłoby równie dobrze zastąpić jego grobowiec, coś, co pozwalało mu odetchnąć i nabrać wigoru.
– A czy mój nie może stać się i twoim domem? – zapytał, odwracając się krótko w stronę swojego grobu. – O tym zawsze marzyłem… By budzić się w twoich ramionach i każdą chwilę z tobą dzielić, mój ukochany – odetchnął, całując zaczerwienionymi wargami jego policzek. Mimo że jego skóra zdawała się być jeszcze bledsza niż kiedyś, barwa ust nie straciła na intensywności.
– Nie wiem… może możemy je połączyć – szepnął Dunkan i przymknął na chwilę zmęczone powieki.
Amariell pokiwał głową i zapatrzył się dłużej na oblicze ukochanego.
– Dunkanie… Oni muszą zapłacić za to, co ci zrobili – wyszeptał, czując napięcie w głosie. – Ja… Ja nie pozwolę, byśmy żyli tu jak szczury – dodał i przesunął językiem po wysuniętych kłach. Ciągle był głodny.
Wampir cofnął się lekko, opierając zmęczone ciało o grobowiec Królewicza.
– Co masz na myśli? – zapytał półgłosem, marszcząc mocniej brwi. Sam doskonale pamiętał te pełne gniewu i żalu dni tuż po przemianie. Czy wtedy też nie dokonał zemsty na swoich oprawcach? Poddanych, którzy chcieli go zabić, gdy dowiedzieli się o jego przemianie? Żałował tego, co wtedy zrobił, bo później już na setki lat pozostał samotny, mogący żywić się jedynie zwierzętami i zabawiać się tylko własnymi myślami.
– Co chcesz zrobić? – zapytał spokojnym tonem.
Amariell spojrzał na Dunkana dłużej, ogarnięty nagłym i jeszcze bardziej intensywnym gniewem.
– To nadal moje Królestwo. Jestem dziedzicem – powiedział tak wyniośle, jakby Dunkan zarzucił mu, że było inaczej. – To mój dom. Nasz, mój Panie Nocy… mój Królu – odetchnął z zachwytem, a złote oczy błysnęły w ciemności. – Niech uciekają, albo zginą! – postanowił, podnosząc się na nogi.
Czuł jak jego ciało przepełnia nieznana dotąd fascynująca moc, którą chciał wypróbować, sprawdzić jak najszybciej.
Dunkan uniósł się tuż za młodzieńcem i ujął go mocniej za rękę.
– Amariellu – szepnął tylko i spojrzał na niego niemal prosząco. – Zostańmy w mojej Twierdzy – powiedział wpatrując się w niego mocniej. – To nam wystarczy. Zaufaj mi. – dodał, spoglądając na niego w napięciu. – Nie bezcześć swojej krwi, nie ulegaj temu, co teraz czujesz… To zupełnie nowe, wiem. Ta siła, głód, potęga, ale proszę… Proszę zostańmy tak… – dodał, przystępując ku niemu i wsuwając dłoń na jego śliczny policzek. – Nie chcę byś żałował…
– Czego, Dunkanie? – zapytał, przytulając policzek bardziej do jego dłoni. Ciągle tak samo łaknął jego ciała i tak samo mocno reagował na jego bliskość. – Jesteś przy mnie, mój Królu – powtórzył, uśmiechając się.
Był przekonany o słuszności tych słów, o prawdzie w nich zawartej. Chciał odkupić te lata samotności i cierpienia Dunkana. Pokazać mu na jak wiele zasługuje. Podarować mu swoje Królestwo.
– Dlaczego obchodzi cię los tych, którzy od wieków zwali cię potworem, którzy skazali na samotność, wyklęli, pozbawili domu? – pytał jak w gorączce wpatrując się w niego lśniącymi oczyma.
– Ponieważ nie chcę by do tego ciężaru jaki złożyłem na twe barki doszedł kolejny. – Wampir spojrzał na niego mocniej. – Teraz tego nie czujesz i może miną lata, może wieki, nim zdasz sobie sprawę jak lekkomyślnie chcesz postąpisz pozbawiając życia niewinnych ludzi. Nie znają tego przekleństwa, nie wiedzą, co się z nim wiąże, nie mogą być zatem świadomi jaki ból zadają ze strachu, z niewiedzy…? Czy można ich za to skazać na śmierć? – zapytał jeszcze, szukając w złotych oczach młodzieńca choć przebłysku dawnego Amariella, wierzył, że tamten Królewicz nie byłby tak bezwzględny. – Proszę, pomyśl o tym dłużej… Kochany…
– Nie wiedzą? – prychnął Amariell, czując jak złość wzrasta w nim równomiernie do poczucia siły i przekonania o słuszności swoich czynów. – Oczywiście, że nie wiedzą…! Nigdy nie mieli pojęcia o twoim cierpieniu! Woleli cię potępić niż zrozumieć… Głupcy! – warknął, zaciskając pięści i mrużąc żarzące się wściekłością oczy. – A ja, Dunkanie…? Mnie, swojego Królewicza bez mrugnięcia okiem skazali na śmierć! Czy myślisz, że mój Pan Ojciec mnie żałował, moja Pani Matka płakała? – zapytał, marszcząc jasne brwi i spojrzał na niego ze złością i żalem. – Sam mi powiedz! Powiedz…! – sapnął i odsunął się nieco od kochanka. Starając się uspokoić, potrząsnął głową, a jego jasne włosy zafalowały lekko. – Król tylko dlatego wysłał swych ludzi do Twierdzy, by pokazać swą potęgę. To nie był ani żal, ani chęć zemsty. Upokorzyłeś go…! – odetchnął głęboko i posłał kochankowi pewne siebie spojrzenie. – Ale teraz to ja pokażę mu swoją siłę! Pokażę mu, że ma się kogo obawiać, że i zza grobu moja nienawiść go dosięgnie!
Dunkan zacisnął usta i pokręcił głową.
– Kierujesz się jedynie gniewem – powiedział przyglądając się mu ze spokojem. – A jeszcze nie tak dawno, każdy twój gest przepełniony był miłością, Amariellu…
– Każdy mój gest, ale tylko ten skierowany ku tobie, mój Panie – Amariell zmarszczył brwi, dotknięty tymi słowami. Odpowiedział jednak ze spokojem, który trudno było mu w sobie odnaleźć. – I to się nie zmieniło. Choć o to nie prosisz, nie pozwolę byśmy żyli jak robaki na zgliszczach dawnej świetności. To ja jestem dziedzicem. Mnie się należy to Królestwo – powiedział mocno, zadzierając głowę do góry, by spojrzeć w oczy Dunkana. – Ale dobrze. Nie żądza mordu mną kieruje, dlatego ostrzegę ich.
– Ale jakie będzie to królestwo bez poddanych? Zniszczeje jednako, jak moje – Dunkan pokręcił głową i przystąpił do młodzieńca. – Nie chcę byś żałował, kiedy już po setkach lat będziesz musiał patrzeć na pajęcze girlandy zwisające z okien – powtórzył i ujął jego twarz w dłoń.
– Moje oczy i tak zawsze tylko ciebie wypatrują, mój Panie – Amariell pokręcił głową i uśmiechnął się delikatnie, bo dotyk Dunkana działał na niego kojąco. Stając na palcach sięgnął jego warg i musnął je drobnym pocałunkiem. – Ale nie dam o sobie zapomnieć. Muszę ugasić swój żal… czy przez to kochasz mnie mniej?
Straszy wampir pokręcił szybko głową i pochylił się by musnąć czułym pocałunkiem pełne wargi kochanka.
– Nie mów tak. Moja miłość jest wieczna – szepnął zakładając mu włosy za ucho. – A ostatecznie to twoi poddani, nie moi. Ja mogę cię jedynie ustrzec przed błędami, a decyzja leży w twoich rękach. Będę za tobą podążał, niezależnie od tego, co wybierzesz… – szepnął, choć nie był przekonany o słuszność pojętych przez kochanka planów.
– Nie będę tego żałować, mój Panie Nocy. Pragnę dla nas jedynie miejsca, na jakie zasłużyliśmy i jakie nam odebrano – wyjaśnił już spokojniej Królewicz i przytulił się do niego mocno. Nie wiedział czy to złudzenie, czy powodem tego jest krew Dunkana, która dała mu sił, ale czuł jak od ich ciał bije przyjemne ciepło. – Dzisiaj ostrzegę ojca, więc za dnia skryjemy się w pozostałościach po twym dawnym domu – postanowił. – A trzeciej nocy od dzisiaj wrócę tu po to, co mi się należy i zasiądę na tronie, który albo zostanie mi ofiarowany, albo który sam mu wydrę – wytłumaczył Dunkanowi tonem spojonym, ale nieugiętym.
Pocałował jego miękkie usta ponownie, a potem przymknął powieki. Wyobraził sobie skrzydła. Wyobraził sobie jak wiatr niesie jego drobne ciało i w tej samej chwili z głośnym westchnieniem przemienił się. W nowej postaci nietoperza zatrzepotał skrzydłami wkoło Dunkana, ciesząc się tym niesamowitym, nowym doznaniem, a potem skierował swój lot ku komnatom swego Pana Ojca.
Jego złote oczy zabłysły mocno w ciemności, a tym, co poczuł już z daleka była pulsująca w ciele jego Króla krew. Już teraz wiedział, że żadna nie mogłaby równać się ze smakiem nektaru, jakim mógł uraczyć go jego Pan Nocy, jednak w żyłach Króla zdawała się płynąć pycha i władza, której on teraz tak bardzo łaknął.

*

W sali tronowej panowała niemal idealna cisza, którą mącił czasami szczęk mieczy stojących pod każdą ze ścian rycerzy. Argon wyprostował się dumniej na tronie, z którego nie zamierzał schodzić ani tej nocy, ani kolejnej. Nie ulegnie przecież demonom! Doskonale wiedział, że upiór, który go nawiedził, nie był już jego potomkiem, a widmem obudzonym do życia przez diabelskie sztuczki. Od lat to na nim spoczywała piecza nad Królestwem i tak też pozostanie, do czasu, aż jego najmłodszy syn nie dorośnie i nie będzie zdolny, by przejąć obowiązki władcy.
Siedząc niemal nieruchomo wyczekiwał tego potwora, pragnąc zadać mu ból tak wielki jaki on sam poczuł, gdy trzy noce temu, upiór zacisnął trupie palce wokół jego szyi. Szukał zemsty? Krwi?
Dostanie je na pewno, ale nie tej jakiej by pragnął. Noc dawała im przewagę, ale posadzka aż lśniła od świętej wody, a kilkoro z księży stale odmawiało egzorcyzmy, klęcząc przed ołtarzem Najświętszej Dziewicy ustawionym pod wschodnią ścianą przepastnej komnaty. Czy więc tak nieczysta bestia, która zawładnęła ciałem jego syna mogłaby mieć tu wstęp? Na pewno nie! On, Argon, udowodni kim jest i pewnie jako jedyny ze swego rodu zasłynie już na wieki, jako ten, który zgładził upiora z Twierdzy.
Nagle podmuch silnego wiatru zafalował wiszącym za nim wielkim, złotym gobelinem, na którym widniało godło królewskiego rodu.
W ciągu tych zaledwie dwóch nocy Amariell zakosztował już siły, jaką dawało mu jego nieśmiertelne ciało i nektar, który mógł spijać z szyi ukochanego, a także swoich licznych ofiar. W miarę jak rosło w nim poczucie potęgi, przeświadczenie o tym, że jeszcze nie poznał swoich limitów także stawało się większe.
W postaci nietoperzy, tej, którą tak bardzo sobie upodobał, przekroczyli wysokie mury obronne. Mijali licznych strażników, dzierżących w dłoniach miecze, łuki i niezliczoną ilość żarzących się pochodni, ale na Królewiczu nie zrobiło to żadnego wrażenia – wiedział, że tak będzie, że Król nie ulegnie. Był przepełniony zbyt wielką dumą, by ustąpić mu tronu, który przecież prawnie mu się należał i za to, za ten upór tej nocy miał ponieść karę.
Niezauważanie wlecieli do sali tronowej i Amariell skrzywił się w duchu, widząc jak jego miejsce zajmuje jego Pan Ojciec. Tak żałośnie wyglądał w jego, teraz maleńkich, ale lśniących, oczach. Choć chciał być dumny, był już zbyt stary, by spędzać długie godziny na tronie, który od lat był już dla niego niewygodnym, czy raczej, zdaniem Amariella, to on był jego niegodzien.
Smród wody święconej drażnił jego nozdrza, a jednocześnie rozbawiał. Starania księży były niczym zabawa w obliczu jego siły, a modlitwy co najwyżej drażniły jego wrażliwe uszy.
Noc była młoda, ale on nie zamierzał dłużej zwlekać. Jeszcze dziś chciał zasiąść na swym tronie i cieszyć się nim. Wydając z siebie cichy syk, oderwał się od sufitu i przemieniwszy się w locie, wylądował zgrabnie w samym centrum wielkiej sali.
Argon drgnął mocniej i wbił wzrok w dwie postacie, które zupełnie nagle zjawiły się przed nim. Spojrzał zimno w ich martwe ślepie i zacisnął mocniej dłonie na podłokietnikach.
– A więc jesteś, demonie – powiedział zimnym głosem i skinął na swych rycerzy. Nieco zawiedziony spojrzał pod stopy przybyszy. Czy pokrywająca posadzkę woda nie powinna ich palić? – Głupcze! Przybyliście po śmierć! Każdy z tych mężczyzn ma zbroję skąpaną w święconej wodzie, a u pasa osinowy kołek, który jednym ruchem wbije w wasze martwe serca – dodał pewnym tonem.
– Niech spróbuje – zasyczał Dunkan przesłaniając kochanka własnym ramieniem. – Odejdź starcze, ustąp tronu, nie twojej cuchnącej krwi pragniemy – powiedział obserwując uważne stojących na antresoli łuczników. To nimi powinni zająć się w pierwszej kolejności.
– Moje Królestwo nie uległo przez setki lat upiorowi z Twierdzy i teraz również nie ulegnie. Strącę wasze dusze do piekieł!
Amariell zadrżał z dziwnego, nieznanego dotąd podniecenia i uśmiechnął się krzywo.
– Byłem pewien, Królu, że czekałeś, by samemu złożyć koronę na mojej głowie – zakpił, patrząc jak życie tli się słabo w oczach jego Pana Ojca.
Zerknąwszy krótko na Dunkana oblizał usta i ruszył między zbrojnych. Żaden z nich nie dorównałby mu ani szybkością, ani zwinnością, a jego nagłe działanie zaskoczyło ich na tyle, że ci nawet nie zareagowali. Zaśmiał się w duchu, wbiegając na ścianę i po kroku zamieniając się w szczura, który z łatwością wdrapał się na balkony, skąd celowali łucznicy.
Jego pierwsza ofiara też nawet nie spostrzegła, w której chwili wyrósł za nią, w swojej już zwykłej postaci i wbił kły w jej tętniącą życiem szyję. Po kilku zachłannych łykach wycofał się, skręcił mężczyźnie kark i wyrzucił go przez balkon między rycerzy w dole, którzy z przerażeniem odskoczyli na boki.
– Nie przyszliśmy tu po wasze życia, a po tron – przemówił mocnym, przepełnionym pewnością głosem. Łucznicy nadal w niego mierzyli, ale nie obawiał się. Ich strach tylko utwierdzał go w poczuciu własnej mocny. – Oddaj go Królu, albo do świtu nie będzie już życia między murami tego zamku. Złóżcie broń, opuście te mury i przeklnijcie, jeśli chcecie, bowiem na zawsze staną się one siedzibą mocy, przed którą tak drżycie.
– Zabijcie ich lub sami zginiecie! – huknął Król przyglądając się swoim drżącym rycerzom. Dunkan za to nie tracąc czujności śledził ruchy kochanka, który pewnym krokiem szarżował między łucznikami. Po chwili dołączył do niego przetrącając kark kilku kolejnym mężczyznom, w przeciwieństwie do Amariella nie sycił się ich krwią, czując jak jej zapach, przesiąknięty trwogą, odrzuca go.
– Nie masz pojęcia z kim chcesz walczyć. Noc jest nam podległa i nawet cała armia twoich klech nie dałaby nam rady – rzucił donośnym głosem obserwując kątem oka, jak księża wymykają się z sali chyłkiem. – Ujdźcie wszyscy, którzy możecie – zawołał spychając przez balustradę kolejnego rycerza. – No dalej! – huknął zeskakując z antresoli i opadając niemal bezszelestnie na posadzkę.
Amariell za to sycił się poczuciem strachu bijącym od jego Pana Ojca. Widział jak ten próbuje nad sobą panować, ale zapach jego krwi mówił mu więcej, niż mogły zobaczyć oczy. Zauważając jak ostatni łucznicy wbrew jego rozkazom umykają przez boczne wejścia, jak niektórzy z rycerzy rzucają miecze i uciekają, zaśmiał się, odrzucając głowę do tyłu.
Słyszał jak cały zamek budzi się do życia i jak jego mieszkańcy opuszczają go w pośpiechu, przepełnieni trwogą i strachem. A gdyby tylko Król go wysłuchał, tej nocy nie musiałoby przelać się przez niego morze krwi. Tymczasem on sam skazał na taki los swych poddanych.
– Uciekajcie! – zasyczał Amariell zeskakując z powrotem w dół sali, a jego nagłe pojawienie się na dole sprawiło, że kilku kolejnych rycerzy znowu z przerażeniem odrzuciło miecze i pognało ku wyjściu. – Masz jeszcze szansę… – Amariell skierował wzrok ku swojemu Panu Ojcu i wolnym krokiem ruszył ku niemu.
Wiedział, że gdyby ktokolwiek ośmielił się go zaatakować, a on, by go nie wyczuł, ponieważ jego zmysły drażniła święcona woda, Dunkan na pewno pozbawiłby tego kogoś życia. Dlatego niczego już się nie bał.
– Odejdź i zbuduj swój zamek na zgliszczach Twierdzy, którą spaliłeś! Odebrałeś nam dom, więc ja odbiorę ci ten! – warknął i choć tron znajdował się na wzniesieniu, a Król patrzył na niego z góry, wiedział, że ten w końcu zdał sobie sprawę z ich potęgi.
Argon, który ze złością obserwował jak jego rycerze uciekają, drżąc sam uniósł się z tronu i pewnym krokiem ruszył w kierunku drzwi, które przesłaniały strumyki krwi spływające z antresoli.
– Wrócę – powiedział zbliżając się ostrożnie ku wampirom i zaciskając pięść na trzymanym u pasa sztylecie – Nie oddam tronu bez walki – dodał mijając ich w napięciu i mierząc pobudzonym spojrzeniem. Dunkan najeżył się cały, starając się skupić na każdym z pozostałych rycerzy, na Królu i na samym Amariellu, otumanionym przez krew i wszystkie inne zapachy.
Mężczyzna mijał ich powoli i dopiero, gdy był za nimi Dunkan zdał sobie sprawę ze świstu ostrza, które przecina powietrze. Nim dosięgnęło ono głowy jego kochanka zablokował je ramieniem, z którego niemal natychmiast buchnęła ciemna krew. Rana zapaliła go żywym ogniem, więc domyślił się, że ostrze musiało być obmyte wodą święconą. Zawył krótko, bardziej ze złości niż bólu.
– Plugawcze! Podniosłeś jednak rękę na mojego Królewicza! – huknął za nim, czując jak wzrasta w nim gniew. Zadrżał mocniej ruszając za Argonem, umykającym w stronę drzwi. Jeden gest jego ręki wystarczył by wzburzona fala zimnego powietrza wpadła przez wrota zamykając je z hukiem. – Byłem łaskawy dla ciebie, Argonie – zagrzmiał kolejnym gestem odtrącając na bok ruszającą na niego garstkę rycerzy. Siła z jaką uderzyli o mury sali, sprawiła, że ich ciała pozostawiły na nich mokre, krwiste plamy. – Łaskawy dla twego ludu, który pragnąłem uchronić! Ujdą z życiem ci, którzy w porę skorzystali z tej łaski, ale ty…! Ty, Argonie – zagroził, a jego głos przemienił się w bolesny syk. – Zbyt długo ulegałem tobie i twoim przodkom, i zniósłbym to jeszcze przez wieki, pragnąc w zamian jedynie twojego pierworodnego! Mogłeś się z tym pogodzić – dodał widząc jak mężczyzna napiera na zamknięte na głucho drzwi ramieniem i słysząc jak każdy jego mięsień drży ze strachu.
Amariell zadrżał mocno, obserwując jak jeden z niedobitych łuczników ostatkiem sił wymierza w jego kochanka. Zerwał się w jednym momencie, uświadamiając sobie, że jednak była rzecz, której się obawiał. Jego największa słabość i największa miłość. Gniew i siła, które wybuchły w ciele jego ukochanego uspokoiły go jednak, a on z zachwytem wpatrywał się, jak jego Pan Nocy radzi sobie z każdym napotkanym człowiekiem, jakby byli oni tylko nic nieznaczącymi pyłkami.
Jego siła w porównaniu do siły Dunkana była niczym, była zabawką. Z westchnieniem ulgi wymieszanym z ciągłym napięciem, obserwował jak Dunkan sięga ręką do strzały i wyrwa ją szybko, nim nasączony wodą święconą grot wpuściłby w jego żyły kolejne krople trucizny. Pozbył się jej tak, jakby strzepywał ze swego płaszcza uschnięte igliwie po spacerze w lesie.
Królewicz opadł na twardy tron, który zdawał się idealnie wpasowywać w jego ciało. Dla niego był stworzony. W ciszy i skupieniu wsłuchiwał się w krzyki dochodzące zza muru, napawał się zapachem krwi i strachu, strachu, który buzował w żyłach jego Pana Ojca. Zadzierając głowę ku górze wyprostował się dumnie i posłał kochankowi powłóczyste spojrzenie. Pragnął, by ten rozprawił się z tym, który targnął na jego życie, by złożył mu z niego ofiarę.
– Drżysz, teraz drżysz, Argonie? – zakpił bezlitośnie Dunkan odrzucając na bok ostatnie z trucheł. – Jesteś już sam – powiedział stając przed nim i wysuwając mocniej pazury i kły. – A ja nie będę już litościwy – wycedził.
– O-odejdź! De-monie! – jęknął Król wciskając się plecami we wrota.
– Czego tak się boisz? Twój ród ocaleje, wszakże Amariell ma brata, może pomści tak łaskawego Pana Ojca – wycedził łapiąc go za ramię i zwracając ku siedzącemu na tronie wampirowi. – Tak plugawego tchórza, zasadzającego się na swego syna zza pleców!
– Nie przemienisz mnie w upiora! – zawył wyrywający się mężczyzna, a jego oprawca roześmiał się głośno. Tak głośno, że dało się słyszeć drżenie witraży w oknach.
– Głupcze! Nie zwykłem upajać się cuchnącą breją, płynącą w żyłach stetryczałych, tchórzliwych starców – warknął odchylając na bok jego głowę i unieruchamiając ją w stalowym uścisku. Król drżał mocno, pocąc się i wierzgając rękoma, jednak Dunkan nie zważał na to. Zacisnął szpony na jego tętnicy i wyrwał ją wraz z mięsem jednym szybkim ruchem. Krew trysnęła mocnym strumieniem lecz jej zapach odrzucał. Wampir upuścił tańczące w ostatnich spazmach ciało pod swoje stopy. Przez chwilę obserwował jak pulsująca z przerwanego gardła krew zalewa posadzkę i miesza się z płynącą po niej krwią rycerzy i wodą święconą, którą wcześniej tak naiwnie zlano komnatę.
Kiedy uniósł spojrzenie na Amariella uśmiechnął się bezwiednie i obnażył mocniej kły. Ruszył ku niemu pewnym krokiem brodząc w cuchnącej brei, a kiedy zatrzymał się przed piedestałem napiął mocno kark i zaraz opadł kolanami na pierwszy z jego stopni.
– Czy tego chciałeś, mój Królewiczu? – zapytał, pochylając przed nim głowę. Młodzieniec wyglądał jak władca, jego władca, mogący pobudzić w nim pokłady mocy, o której zapomniał już przed wiekami. – Czy to cię uszczęśliwiło? – dopytał, przesuwając spojrzeniem po jego butach i nie ważąc się unieść jeszcze wzroku. Był jego sługą i choć nigdy nie chciał być zniewolonym jeszcze bardziej, niż przez przekleństwo poczuł, że mógłby być mu podległym. Mógłby być jego tarczą. Czy po tylu latach bezsensownej egzystencji nie odnalazł w końcu idealnego celu swojego życia?
– Panie mój, rozporządzaj moją mocą wedle swojego rozkazu, mój nadobny Królewiczu Nocy!
Młody wampir wyprostował się na tronie, czując rozchodzącą się po jego ciele moc, która wprawia w drżenie jego smukłe dłonie. Patrząc na mężczyznę, kłaniającego się mu, który złożył mu najświetniejszą ofiarę, czuł, jakby to sama Noc składała mu hołd.
– Dunkanie… – wyszeptał wibrującym głosem i wyciągnął dłonie ku niemu. – Dunkanie… – powtórzył i ze świstem zaczerpnął powietrza, choć wcale tego nie potrzebował, a był to tylko kolejny ludzki odruch.
Oderwawszy pociemniałe spojrzenie od kochanka, przesunął wzrokiem po truchle swego Pana Ojca i zmrużył oczy. Ich role się odwróciły.
– Podnieś wzrok, kochany… – odetchnął chrapliwie. – Jeśli nazywasz mnie swoim Królewiczem, to wiedz, że ty, ty jesteś moim Królem…! – szepnął żarliwie, nadal będąc oczarowanym potęgą mężczyzny. – Dunkanie… – powtórzył niemal rozpaczliwie, chcąc znaleźć się między tymi silnymi ramionami.
Wampir uniósł głowę i obnażył kły.
– Na wieki już pragnę być twoją osłoną, Królewiczu, twoim powiernikiem i twoją mocą – szepnął, pokonując kilka dzielących ich stopni. Amariell na tle złotych gobelinów wiszących za tronem, był niczym słońce, niczym bóg, który zstąpił z niebios by ukoić jego cierpienie. – Kochankiem, jeżeli mnie będziesz pożądał, pożywieniem, gdy będzie trawił cię głód – mówił mocnym głosem, który przebijał się przez rzężenie niedobitych ofiar. – I choćby miały runąć te mury, a całą krainę strawić miał ogień, pozostanę u twego boku i oddam ostatnią kroplę krwi, by to ciebie ocalić – dodał oblizując wargi, na których czuł zeschniętą krew. – Jesteś moim sensem, Panie, sensem, który utraciłem. Teraz to widzę jeszcze wyraźniej…!
Oczy Amariella błyszczały złotem w coraz niklejszym świetle kolejnych, wypalających się i gasnących świec. Nie mogąc opanować napięcia i żądzy, którą trawione było jego ciało, Królewicz poderwał się z tronu i dopadł do kochanka tak gwałtownie, że gdyby nie jego niesamowita siła, obaj na pewno upadliby i stoczyli w dół schodów, prosto w wodę święconą, teraz wymieszaną z krwią ich ofiar.
Wczepiając się w kochanka i oplatając udami jego biodra, Amariell wcałował się gwałtownie w jego wargi, raniąc je wysuniętymi kłami, scałowując i spijając ich mieszającą się krew.
– Pragnę cię…! – zawołał, a jego głos rozszedł się echem po wielkiej, skąpanej w półmroku sali. – Pragnę cię tak, jak jeszcze nigdy, mój Królu!
Dunkan przejęty dreszczem szybko poderwał się na nogi, ujmując młodzieńca w silnym uchwycie. Zasyczał przez zęby czując ich ostre pocałunki sam również nie oszczędzał warg kochanka. Korzystając z tego jak wczepiony był w niego Amariell i jak kurczowo trzymał się go udami, sięgnął rękoma do jego torsu i jednym potężnym ruchem odarł go z odzienia.
– Dostaniesz ode mnie godniejsze szaty, Królewiczu – szeptał pomiędzy ich krwistymi pocałunkami. – Dostojniejsze i… och…! – jęknął opadając na tron i od razu sięgając rękoma do jego pośladków. Nie czekał już na nic czując, jak sącząca się z warg krew kochanka pobudza jego męskość. Nadal była szlachetna i czysta, tak słodka jak najprawdziwszy miód, pomimo tego z jak wielu ciał Amariell dzisiaj pił. To w mniemaniu Dunkana mogło świadczyć jedynie o tym, że młodzieniec był wyjątkowy, że był prawdziwym Królewiczem Nocy.
Wbijając szpony w materiał jego aksamitnych spodni rozdarł je na poślakach i od razu zaczął uciskać jego pośladki mocnymi ruchami. Dopiero po chwili rozdarł je jeszcze z przodu by uwolnić przyrodzenie kochanka. Było jasne i twarde, jak najprawdziwsze królewskie berło z białego, szlachetnego złota.
– Mój Panie… mój Królu – szeptał chrapliwie Amariell, nie potrafiąc na dobre oderwać się od jego warg, które ranił co raz i które po chwili były już zasklepione, tak miękkie, tak cudowne i gorące. – Posiądź mnie… – jęczał, nie potrafiąc panować nad pragnieniami tego przepełnionego potęgą nocy ciała. Miał wrażenie, że ciągle jeszcze docierają do niego pojedyncze okrzyki, że mury zamku w pośpiechu i strachu opuszczają ostatni żywi. Tylko, że czym było to ich marne życie, w porównaniu do jego śmierci, która dała mu tyle słodyczy, wieczność w tych ramionach?
Dunkan zawarczał głośno sięgając do własnych spodni i wydzierając z nich swoją męskość. Dziki instynkt pokierował jego rękoma, które uniosły szczupłe ciało kochanka i zaraz z wielką mocą nasadził go na siebie.
Niemal zawył czując jak wdziera się w ciasne wnętrze, a to otula go królewskim aksamitem. Brutalność, z jaką się w nim poruszył niemal wykrzesała między nimi iskry, a tarcie powodowało obezwładniające gorąco. Zaciskając szpony na jego biodrach uniósł je ku górze tylko po to by z powrotem ściągnąć je ku sobie.
– Wessij się we mnie – szepnął ekstatycznym głosem, odchylając głowę na rzeźbione okucia tronu, w którym się kochali. – Złączmy się w jedno…!
Amariell krzyknął rozdzierająco z przyjemności, jaką dawał mu kochanek. O tysiąckroć przewyższała ona każdą ich poprzednią noc i choć Królewicz pamiętał jak wówczas zarzekał się, że dla siebie zostali stworzeni, właśnie teraz czuł, jakby byli jednym. Jakby to ta sama noc ich zrodziła.
Za poleceniem ukochanego, dopadł do jego jasnej, pulsującej krwią szyi i wbił się w nią, a potem zaczął pić łapczywie. Nie zmarnował żadnej kropli, choć w tej samej chwili wił się i z trudem tylko powstrzymał piski. Uczucia, które wstrząsały jego ciałem, nie były ludzkie i nawet jeśli kiedyś miałby pokutować za taką rozkosz, ona była tego warta!
Odpowiadając na ruchy ukochanego z taką intensywnością, zatracał się w nim. W jego ciele, we krwi, która mieszała się z jego własną.
Jęcząc głośno i odrzucając głowę do tyłu, doszedł, czując jak w tej jednej chwili ich ciała stapiają się w całość. Jak stają się najczystszą i najpełniejszą Nocą.

Reklamy

15 thoughts on “Królewicz Nocy

  1. Skończyłam! Po trzech dniach, bo brak czasu nie pozwalał na czytanie jednym tchem, ale jednak >_<
    Opowiadanie bardzo klimatyczne i w pewnym stopniu oryginalne przez trzymanie się dawnego stereotypu o wampirach, tylko – na bogów – dlaczego używacie tak komicznych zwrotów, jak "podrygując biodrami", czy "podrzucając biodra"?! Podrygiwanie to mi się kojarzy z napadem padaczki, a nie gorącym gejowskim seksem! Cały, budowany do tej pory klimat legł w gruzach, bo aż sobie zaplułam monitor herbatą, kiedy parsknęłam śmiechem. No w takim zajebistym opowiadaniu się tego nie robi! :P
    Kreacja postaci, to, jak różnią się one od siebie, ich odmienny charakter i zachowanie bardzo mi się podobają, tak samo równowaga pomiędzy akcją a scenami seksu, przez co całość można nazwać mrocznym romansem erotycznym, a nie zwyczajnym pornosem. Nie, żebym się spodziewała tego drugiego – Lola tylko czasem podsyła mi naprawdę dziwne opowiadania, zwykle są to dobre opowiadania :D – raczej liczyłam na to pierwsze, dlatego cieszę się, że się nie zawiodłam.
    Troszkę boli mnie ilość błędów, czy niedociągnięć w tekście, bo całość trzyma poziom, a że niestety jestem typem, którego drażni nawet przecinek nie w tym miejscu, w którym powinien być, miałam parę momentów, kiedy musiałam się zatrzymać na trochę i kilka razy przeczytać zdanie, czy dwa, żeby ogarnąć jego przekaz.
    A tak odbiegając od głównego tematu… chyba zostanę tu na dłużej :P

    1. W imieniu Ingi pozwolę sobie powitać na blogu, HA!
      Miło słyszeć, że udało nam się tekst wyważyć, bo z tym różnie bywa, chociaż może nie idzie to wówczas w stronę porno, tylko w takie drobne pitupitu, do którego mam słabość 8D. Ale tutaj klimat na to nie pozwolił, więc trzymałam się dzielnie!
      Jeśli chodzi o te dwa zwroty, to wydaje mi się, że to już kwestia indywidualnego odbioru, bo ja osobiście bym w życiu tego z padaczką nie powiązała @A@. Jak dla mnie to tak ładnie oddaje, jakie te ruchy są chaotyczne, szybkie, pełne napięcia i może trochę rozpaczliwe… EHEM. Na pewno wiesz, o co mi chodzi!
      A co do błędów to niestety jest ich sporo i biję się w pierś z tego powodu D: Tyle tekstów czeka na ponowną edycję, ale czasu jak nie było, tak nie ma. Powolutku, powolutku postaramy się coś zdziałać na tym polu, bo szkoda, żeby opowiadanie straszyło Czytelników literówkami!
      Zostań, zostań, serdecznie polecam *U*!

      1. Haha, tak, wiem, o co Ci chodzi i też zdaję sobie sprawę z tego, że odbiór właściwie każdego wyrażenia jest w pewien sposób indywidualny, ale po prostu nie mogłam się powstrzymać, musicie mi wybaczyć. Lola często mi wypomina, że się czepiam, ale wychodzę z założenia, że każda krytyka jest w pewien sposób dobra, bo pokazuje subiektywny odbiór tekstu przez czytelnika. No i wiem sama po sobie, że autor często nie zauważa błędów, jakie popełnia, za to osoba trzecia potrafi je wyłapać, przez co późniejszy tekst nie tylko zyskuje na poprawie, ale też i autor uczy się o swoim warsztacie czegoś nowego :P Ale byłam dzielna i powstrzymałam się przed wyszczególnieniem tego, co wyłapałam w komentarzu! A kusiło! xD
        I w sumie… bo ten… skoro już robię betę dwóch opowiadań… to mogłabym skromnie zaproponować małą pomoc, jeśli nie macie czasu na edycję. Mogłabym Wam mailowo wysyłać pliki z wyszczególnieniem błędów i propozycjami zmian. Bo w sumie i tak przy czytaniu skupiam się na tym, a że zamierzam poczytać u Was to i owo… można by połączyć przyjemne z pożytecznym. :P

        1. Wielkie dzięki za propozycję! Jestem tu jednak tylko gościnnie i wyłącznie przy Królewiczu maczałam palce. Co do reszty Ingowych tekstów, to jakaś korekta powolutku, powolutku brnie do przodu. Jakbyś miała ochotę na zapoznanie się z kolejnym opowiadaniem tutaj, to mocno polecam „Ćmy i Anioły”, przy których sprawdzaniu nie tak dawno pomagałam. Jak tam wyłapiesz jakieś literówki, to stracę wiarę w siebie! D:

        2. Tym razem witam już osobiście. C:
          Cieszę się, że mimo wszystko Królewicz przypadł Ci do gustu. Co do betowania, dziękuję ogromnie za taką propozycję, ale obawiam się, że przy moim obecnym trybie życia nie udałoby mi się wysłać Ci rozdziału na kilka dni przed publikacją, czy też nawet na kilka godzin. Stare teksty wolałabym też najpierw przejrzeć sama, ponieważ niektóre – jak choćby Till We Are – potrzebują według mnie dogłębnej, porządnej korekty, zaczynając od tej autorskiej. Niemniej, jeżeli zdecydujemy się z Junem jeszcze raz napisać coś dłuższego wspólnie, ośmielimy się odezwać. C:
          Zdaję sobie sprawę z jakości poprzednich tekstów, pod wieloma względami są tragiczne (o TWA już nic nie będę lepiej mówić) i liczę na to, że kiedyś będę miała chwilę by poświęcić ich korekcie i edycji więcej czasu, na razie jednak chyba będą dalej „straszyć”, a ja liczyć na wyrozumiałość. QuQ
          Pozdrawiam serdecznie.

          1. Z tym straszeniem to jednak lekka przesada :P Poprzedni czytelnicy się nie skarżyli, a że ja jestem przewrażliwiona… musicie mi wybaczyć ^_^”
            W razie czego jestem do dyspozycji, a czytać resztę tekstów na pewno będę, tylko sama znajdę trochę więcej czasu xD

  2. Ja osobiscie wszystko wole jednym tchem czytac. Nie lubie czekac na rozdzialy. Ale takiej marudzie jak ja, ciezko dogodzic xD
    Amariell taki niby delikatny ksiaze, a tak naprawde wladczy i uparty chlopaczek. Nie sadzilem, ze bedzie zdolny zrobic cos takiego ojcu. Ma szczescie, ze trafil na takiego wampira. Nie dosc, ze dobry to jeszcze przystojny i madry. Szkoda, ze nie istnieja naprawde. Dalbym sie porwac i wyru…… xD

    1. No! Też nie lubię czekać, i też jestem niecierpliwcem. Dedukuję, że akurat tym razem, razem z Junem Ci dogodziłyśmy? xD I dobrze! c:
      Amariell po przemianie to tak się wyzwolił i wypaniał, że od razu Dunkan przed nim padł na kolana. A Dunkan miał setki lat by nauczyć się jak być idealnym facetem, więc myślę, że nikt by nie pogardził. QuQ

  3. Genialnie wykreowane postaci! I ta zamiana ról na koniec, kocham ;;
    Szkoda tylko, że nie rozbiłyście tego na kilka rozdziałów. Wydaje mi się, że gdyby pojawiało się fragmentami, na przykład dzień po dniu trzy rozdziały, to czytelnikowi łatwiej byłoby się wczuć w fabułę. W końcu towarzyszyłaby przez kilka dni, a nie jeden.
    Mimo to bardzo mi się podobało c:
    Pozdrawiam <3

    1. Pozwolę sobie odpisać…! xD
      Bardzo dziękujemy!
      Jak patrzę na to teraz, to rzeczywiście masz rację, bo tekst jest na tyle długi, że spokojnie mogłybyśmy rozbić go na części, tyle że z drugiej strony dowalenie takiego opowiadania na raz, mega dużo satysfakcji daje. 8D
      I miło słyszeć, że kreacja postaci przypadła Ci do gustu.
      Pozdrawiaaaam C:

    1. Ja też się dałam porwać tej mrocznej atmosferze i jeszcze Ingę przycisnę (huehuehue), byśmy znowu razem coś w takich klimatach napisały!
      Dziękujemy <3

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s